Trener na lata? Legia nie może się doczekać nawet trenera na rok
Weszło

Trener na lata? Legia nie może się doczekać nawet trenera na rok

Był sobie kiedyś taki genialny węgierski szkoleniowiec, Bela Guttmann, który na początku lat 60-tych poprowadził Benfikę do dwóch triumfów w Pucharze Europy. Wybitna, nietuzinkowa postać. Mówi się jednak, że gdy przyszło mu opuścić portugalską drużynę – w niezbyt sympatycznych okolicznościach – to targnięty wściekłością rzucił na nią klątwę. I Benfica od czasów Guttmanna przegrała wszystkie europejskie finały, do których udało się jej zawędrować, a było takich sytuacji aż osiem. Zaczynamy się pomału zastanawiać, czy i na Legii nie ciąży jakieś okrutne przekleństwo. Bo od czasu Henninga Berga ani jeden szkoleniowiec Wojskowych nie utrzymał stołka przez pełen rok.

Czyżby norweski szaman na odchodnym cisnął na Łazienkowską jakieś perfidne zaklęcie?

Oczywiście stołek trenera w Legii z natury rzeczy jest gorący. Wielki klub (no, w skali polskiego podwórka), wielkie ambicje, nieustanna presja, a ostatnio jeszcze właściciel, która stara się nam wszystkim udowodnić, że z Józefa Wojciechowskiego to był w sumie całkiem spokojny i rozsądny gość, który dobrze kumał piłkarski biznes. Tak czy owak, szkoleniowiec pracujący na Łazienkowskiej nigdy nie może być pewny dnia ani godziny. Zwłaszcza gdy jego podopieczni permanentnie grają marną piłkę i notują niezadowalające rezultaty. Jednak jeszcze tych parę lat temu wyglądało to w miarę normalnie. Jan Urban objął klub w 2007 roku i prowadził drużynę aż przez 1015 dni, co z dzisiejszej perspektywy brzmi po prostu jak szaleństwo, absolutne wyżyny zaufania. Sir Alex Ferguson w skali warszawskiej. Urban kierował zespołem w 90 meczach, co jest naprawdę świetnym rezultatem.

Nieco mniej, bo 85 razy piłkarze Legii wybiegli na boisko pod czujnym okiem Macieja Skorży. Ten charyzmatyczny słynący z błyskotliwych spostrzeżeń pochodzący z Radomia trener spędził na swoim stanowisku 729 dni. Solidnie. Po drodze między tymi szkoleniowcami zakręcił się tam jeszcze Stefan Białas, notując 11 meczów i 78 dni w klubie. Ale to była opcja aż nadto tymczasowa.

Potem do Warszawy powrócił niestrudzony Jan Urban. Tym razem jego kadencja potrwała znacznie krócej – 80 meczów, 568 dni. Mimo wszystko, wciąż bardzo przyzwoicie. Ze stanowiska zluzował go wspomniany już Berg, którego w swoim czasie uznaliśmy nawet za najlepszego zagranicznego trenera, jaki przewinął się przez Ekstraklasę w przeciągu ostatnich dwudziestu lat (cały RANKING). Z Norwegiem trochę jak z dzieciństwem – im człowiek starszy, tym mniej pamięta o jego wadach, a z coraz większym rozrzewnieniem wspomina zalety. Trochę ich u Berga było. I wad, i zalet znaczy się.

W swojej schyłkowej fazie Henning – zwany niekiedy pieszczotliwie „Heniutkiem”, między innymi przez Pawła Zarzecznego – pierniczył już na konferencjach prasowych takie smuty i kocopoły, że zdołałby nimi zanudzić nawet swojego fryzjera podczas trwającego trzynaście sekund zabiegu pielęgnacji skóry. Ale miał też wielkie chwile, a w europejskich pucharach potrafił kręcić wyniki, za które dziś w Warszawie daliby się pokroić. Frajerów golił, średniaków umiejętnie punktował. Wirtuoz trenerki to z niego nie był, ale 654 dni na stanowisku i 97 meczów w roli trenera Wojskowych nie wzięło się znikąd. Często można natrafić na opinie sympatyków Legii, że należało dać Bergowi więcej czasu i zaufania. Z jednej strony – brzmi to nawet ciekawie i jest to kwestia warta analizy po latach, choć  końcówka Norwega była już mocno przeciętna.

Tak czy siak, wraz z końcem jego kadencji zaczęło się w stolicy robić naprawdę nieciekawie, jeżeli chodzi o obsadę pozycji trenera pierwszej drużyny. Choć miłe były złego początki.

Zespół po Bergu objął niezapomniany Stanisław Czerczesow. Wziął towarzystwo za twarz i ze stanowczością właściwą człowiekowi, który podczas wieczornych przechadzek bezdrożami Syberii zwykł gołymi rękami obijać pyski niedźwiedziom, zaciągnął Legię do tytułu mistrzowskiego. Jego odejście to dość specyficzna kwestia. Gdyby Rosjanin popracował w Polsce dłużej, to zapewne w cuglach wygrałby każdy możliwy ranking trenerski, dystansując wszelkich Bergów, Okuków i Radolskich o kilka długości. Momentalnie nadał zespołowi określony styl, a to rzecz w Ekstraklasie nieczęsto spotykana. Jego Legia to może nie był futbolowy Kazuyoshi Funaki, ale cóż – Małyszowi też jedna narta często koślawo dyndała, tylko co z tego, skoro przeskakiwał rywali o -naście metrów.

Czerczesow stawiał na moc w nogach, na pressing, na żelazną defensywę. To co sobie zaplanował, wypracował. Po czym prysnął. – I co? Zrobiłem wszystko, czego ode mnie wymagaliście. To chyba dowód, że was szanuję. Mówi się, że skromność zdobi człowieka. Ale mężczyźni nie potrzebują ozdób – powiedział, żegnając się w swoim stylu. 239 dni, 35 meczów. Szkoda, że tak krótko.

Następny był Besnik Hasi. O ile postawienie na Czerczesowa możemy określić jako strzał w potrójną dwudziestkę, tak wybór Albańczyka był jak rzut lotką prosto w oko barmanki, przechodzącej akurat obok tarczy do darta. Oczywiście polska piłka jest kompletnie pozbawiona sensu, więc nie uda się już nigdy wygumować z jej historii faktu, iż to właśnie ten nieznośny Hasi przełamał niemoc klubów znad Wisły i zakwalifikował się z Legią do fazy grupowej Champions League. Wtedy pewnie byśmy powiedzieli, że po takiej drabince to wspiąłby się nawet kulawy ślepiec z przetrąconym błędnikiem, ale dzisiaj już nie jesteśmy tacy pewni. Łatwo sobie możemy wyobrazić, że skoro Legia Klafuricia ośmieszyła się w dwumeczu z Dudelange, to i od Dundalk zebrałaby w cymbał. Zresztą Irlandczykom w 2016 roku do sukcesu tak znowu wiele nie brakowało.

Hasi w Warszawie się – delikatnie rzecz ujmując – nie zasiedział. 18 meczów w roli trenera Legii, 108 dni na stanowisku i już wszyscy mieli go serdecznie dość. Nie bez kozery jest dziś rozważany wśród potencjalnej obsady albańskiego remake’u filmu „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”.

Screenshot_2019-04-02 Legia Warszawa - Historia kadry trenerskiej

fot. Transfermarkt

Po Hasim zapachniało normalnością, bo w klubie dość – no, w takim kontekście chyba można to w ten sposób ująć – długo popracował Jacek Magiera. 354 dni i 50 meczów w roli szkoleniowca, parę sporych sukcesów po drodze. Do bariery 365 dni nie zabrakło wiele. Ale nie od dziś wiadomo, że najważniejsze jest, aby plusy nie przysłaniały minusów. Magiera, obserwując regularny odpływ najlepszych zawodników ze składu, zaczął niesfornie dokazywać. Wymarzył sobie wzmocnienia składu przed kolejną ułańską szarżą Legii w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Tymczasem Dariusz Mioduski zamiast dokonać wzmocnień, dokonał transferów. A to istotna różnica.

– Prezes Mioduski w jednym z wywiadów przyznał, że zwolnił mnie, bo nie podobał mu się sposób konstruowania drużyny. Przecież za to był odpowiedzialny on! – pieklił się Magiera w Stanie Futbolu. – Żaden ze sprowadzonych piłkarzy zagranicznych nie figurował na mojej liście życzeń. Ja chciałem Polaków. Moim pierwszym wyborem na pozycję napastnika był Mariusz Stępiński. Chciałem, żeby do nas trafił. Drugim moim pomysłem był Artur Sobiech, któremu kończył się kontrakt w Niemczech. Chciałem też Rafała Wolskiego. Żaden z tych zawodników nie trafił do Legii, więc wydaje mi się, że słowa prezesa były zrzucaniem odpowiedzialności.

13 września 2017 roku rozpoczął się w Legii kolejny etap długofalowego rozwoju klubu. Etap chorwacki, zwany również etapem degrengolady. Drużynę objął Romeo Jozak, znany między innymi z tego, że nigdy wcześniej nie był trenerem żadnej drużyny, za to spełniał się na dyrektorskich stanowiskach. Przypomnijmy jego powitalną konferencję prasową: – Pewnego dnia wszyscy będziecie wdzięczni prezesowi Mioduskiemu, że zdecydował się na taki ruch. Kiedy prezes sprowadza tu pięć osób z zagranicy, to pokazuje ogromną odwagę. Uwierzyłem prezesowi i jego ruch oznacza, że bardzo zależy mu na Legii.

Ha, bajerant. Nic dziwnego, że Dariusz Mioduski poleciał na tę gadkę, niczym szekspirowska Julia Kapulet na farmazony innego z Romeów.

Znajdzie się z pewnością parę osób rzeczywiście wdzięcznych prezesowi Mioduskiemu, że ten zdecydował się zatrudnić wygadanego czarusia, który ostatecznie na stołku wytrwał przez 213 dni, rozgrywając z Legią w tym czasie 27 meczów. Na przykład Domagoj Antolić i Marko Vesović mają za co prezesowi dziękować. No i Dean Klafurić. Bo przecież gdyby nie to, że Klafurić – znany i ceniony trener drużyn kobiecych – zakręcił się przypadkowo w Warszawie jako asystent Jozaka, to mógłby co najwyżej zrobić sobie w stolicy Polski zdjęcie pod Kolumną Zygmunta. A tak, proszę bardzo – odrobina szczęścia, odnalezienie się we właściwym czasie i we właściwym miejscu. I został trenerem Legii, zdobył mistrzostwo Polski, po czym powierzono mu misję awansu do Ligi Mistrzów.

Skończyło się to wszystko sromotnym eurowpierdolem i spektakularnym finiszem opcji chorwackiej. 108 dni i 15 meczów wytrzymał w roli pierwszego trenera Legii taktyczny rewolucjonista, miłośnik formacji 3-5-2 z Michałem Kucharczykiem na prawym wahadle. A wtedy w bramie stadionu przy ulicy Łazienkowskiej pojawił się on, cały na portugalsko.

Bilans Ricardo Sa Pinto stanął ostatecznie na 231 dniach w roli trenera Legii i 28 meczach, w których Wojskowi zostali przez niego poprowadzeni. Zaskoczenia nie ma – krnąbrny Portugalczyk ze wszystkich klubów był przeganiany mniej więcej po takim czasie, bo po prostu dłużej z tak antypatycznym gościem wytrzymać się nie da, niezależnie od szerokości geograficznej. Pytanie tylko, czy w Warszawie znajdzie się jeszcze kiedykolwiek trener, który zdoła choćby przez rok wytrwać na stanowisku szkoleniowca Legii. Nie zanosi się na to, choć wciąż napływają ze strony władz Wojskowych brednie o długofalowych projektach i dalekosiężnych wizjach budowy zespołu.

Sa Pinto – 231 dni. Klafurić – 108 dni. Jozak – 213 dni. Magiera – 354 dni. Hasi – 108 dni. Czerczesow – 239 dni. Razem: 1253 dni, co daje średnio 208 dni pracy na głowę. Tak wygląda karuzela trenerska w Legii od października 2015 roku. Jeżeli ktoś w stołecznym klubie myśli długofalowo, to chyba tylko ten, kto opracowując tekst powitalny po zatrudnieniu nowego trenera „na lata” pisze też dla niego za jednym posiedzeniem mowę pożegnalną.

fot. FotoPyk

*

KOMENTARZE (19)