Dla dobra piłkarza skłamałbym drugi raz
Weszło Extra

Dla dobra piłkarza skłamałbym drugi raz

Tomasz Drankowski zasłynął sprowadzaniem do Polski Japończyków. To dzięki niemu nad Wisłę trafili Akahoshi czy Murayama, to on stoi także za wytransferowaniem do Jubilo Iwata Krzysztofa Kamińskiego. Czy Kamiński to dziś już poziom Premier League? Czy Drankowski okłamał Pogoń Szczecin w sprawie młodego Jakuba Iskry i dlaczego zrobiłby to drugi raz? Czy na rynku działają menedżerowie-oszuści, którzy pobierają od młodych piłkarzy pieniądze za załatwienie klubu? Jak robi się interesy z Japończykami i… dlaczego mieszkanie Kitano w Siedlcach było nawiedzone? O tym wszystkim w wywiadzie, zapraszamy! 

Dalej nie lubisz słowa agent? 

Tak, szczególnie w kontekście mojego imienia, agent Tomek źle się kojarzy (śmiech). Nie lubię, agent kojarzy mi się z osobą, która coś kupi od jednej osoby i sprzeda drugiej z zyskiem. Wolę być osobą, która się opiekuje, która kogoś prowadzi, zwłaszcza, że mam do czynienia z wieloma młodymi piłkarzami. Przy starszych czasami robi się deale na zasadzie: mam dla ciebie klub, podpisujemy, zgarniamy pieniądze, radź sobie. Młody wymaga innego podejścia. 

A jak reagujesz na określenie pośrednik transakcyjny? 

Z uśmiechem na twarzy. Taką nomenklaturę obrał PZPN i trzeba się do niej dostosować. Czasami jakiś prezes czy dyrektor sportowy, który nie jest do mnie pozytywnie nastawiony, próbuje mnie takim tekstem zgasić. Ale mnie to nie rusza. Przecież jestem pośrednikiem transakcyjnym, sam się na to zgodziłem. 

Pytam dlatego, że prezes Pogoni, Jarosław Mroczek, mawia o tobie właśnie per pośrednik. Po transferze Jakuba Iskry do SPAL napisał na Twitterze, że parę tysięcy euro jest dla ciebie ważniejsze niż rozwój zawodnika. Rozumiesz to larum, jakie podniósł? 

Nikt pistoletu do głowy piłkarzowi nie przykładał. To konflikt dwóch interesów. Jest młody, zdolny zawodnik. Jest też klub, w którego interesie leży, by go jak najszybciej zatrzymać kontraktem. Pogoń tego nie zrobiła, być może liczyła na to, że skoro jego menedżerem jest Drankowski, którego znamy od lat, to nie musimy go podpisywać. Przespali temat. Jakub Iskra był od roku wyróżniającym zawodnikiem w kadrze Polski. Fajna oferta była naprawdę kwestią czasu. Nie mówię o klubie z Polski, bo w Polsce chciałby go każdy, ale zza granicy. Moim interesem było zadbanie o to, by piłkarz zrobił to, co chce. W życiu bym go na siłę nie wysyłał do SPAL, gdyby on sam tego nie chciał. Mogę mu doradzać, sugerować, że nie będzie łatwo, zwłaszcza że Kuba słabo mówi po angielsku. Znam jednak jego charakter i moim zdaniem się na to nadaje. Taką decyzję podjął po konsultacji z rodziną i bratem piłkarzem, który mógł kiedyś wyjechać, lecz tego nie zrobił i dziś jest w piątej lidze. 

O co jest zła Pogoń? O to, że skłamałem. Nie boję się do tego przyznać. Kilka dni przed wyjazdem do Włoch spytali mnie:

– Lecisz z Kubą do Włoch, czyli kontrakt z Pogonią już podpisałeś?
– Nie, jeszcze nie. 
– Obiecujesz, że tam nie podpiszesz?
– Teraz na pewno nie podpiszę. 

Wyszło nieporozumienie, zrozumiano chyba, że w ogóle tam nie podpiszemy nigdy. 

To po co mielibyście niby lecieć do klubu na rekonesans? Po to by obejrzeć mecz i przy okazji wyskoczyć na spaghetti? 

Finalnie nie podpisaliśmy wtedy nic, dopiero za jakiś czas. Pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda klub i tak się tam Kubie spodobało, przedstawiono nam tak konkretny plan na jego rozwój, że wróciliśmy i od razu wiedzieliśmy, co robić. Zaczęła się kłótnia, która trwała miesiąc, ale nie ugięliśmy się, postawiliśmy na swoim. 

Niech będzie zatem, że skłamałem, ale robiłem to w interesie mojego zawodnika, więc gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to samo. Miałem świadomość tego, jakie może mieć to konsekwencje. W pełni je ponoszę, dlatego nie wojuję i nie reaguję na wpisy na Twitterze czy zaczepki w telewizji. Ja reprezentuję piłkarza, a nie Pogoń Szczecin. 

Nie żałuję. 

Co jest w stanie dać 16-latkowi SPAL, czego nie da Pogoń Szczecin, która by na pewno na niego stawiała?

Żeby było jasne – nie uważam, że Pogoń byłaby dla niego złym klubem. Przeciwnie, byłaby bardzo dobrym. W Pogoni zrobił niesamowity postęp przez te dwa lata, gdy przyszedł do Szczecina z wioski. Jestem przekonany, że gdyby został, przy swojej pozycji i fizyczności byłby jednym z pierwszych z rocznika 2002 z debiutem w pierwszym zespole. Byłem w SPAL, widzieliśmy treningi, mecz z Sampdorią i to jest, bądźmy szczerzy, inny poziom. Cel młodego zawodnika jest taki, by wejść do jak najwyższej ligi. Przeskok między ligą polską a włoską jest wręcz kosmiczny. Klub był bardzo otwarty, rodzinny, bardzo duże znaczenie miał fakt, że jest tam też młody Polak z rocznika 2002, Damian Maksymowicz. Oprowadził nas po bursie i zadeklarował, że ze wszystkim pomoże. Fajny chłopak, w rok nauczył się włoskiego. Mówię do Kuby:

– Patrz, też jesteś w stanie po roku tak funkcjonować. 

W mojej kłótni z Pogonią padały argumenty „po co go tam dajesz, za dwa lata będzie grał już w Ekstraklasie i sprzedamy go za dwa-trzy miliony euro”. Nie wątpię w to, pewnie tak by było, ale może zadebiutuje w SPAL i pójdzie za osiem milionów euro? Wierzę w tego chłopaka, bo dziś ciężko znaleźć wśród młodych osobę, która mało mówi, a dużo robi. 

Twój piłkarz zyskał, ale takim ruchem spaliłeś sobie długoterminowo kontakt z Pogonią, z którą robisz większość biznesów.

Na pewno. Kolejny raz powtórzę – reprezentuję piłkarzy. Dziś piłkarz X jest zawodnikiem Pogoni, ale zaraz może być zawodnikiem Lecha albo trzecioligowego Stilonu Gorzów. Mam świadomość, że relacje są bardzo złe. Podobało mi się jednak to, że mimo naszej kłótni trzeźwo podeszli do sprawy innych zawodników. Zapytałem ich:

– No dobrze, co z resztą? Mam w Pogoni czternastu piłkarzy.
– Absolutnie to nie ma na nich wpływu, bylibyśmy głupi, gdybyśmy robili im teraz pod górkę.

I to jest dla mnie najważniejsze. A że ja będę obrywał – przyzwyczaiłem się. 

40137871_10209868366906091_1690401528868765696_n

Jest taka opinia, że teraz wokół młodych chłopaków jest wiele menedżerów-pijawek, którzy snują wizję o Realu Madryt chcąc się przyssać, zarobić krótkoterminowo, a jak nie wyjdzie to trudno, bo to dla nich i tak żaden koszt. Czym ty się od nich różnisz?

Tym, że jestem uczciwy. Pijawki to jedno – wielu jest zwyczajnych oszustów. Czasami piszą do mnie 15-latkowie, czy mogę im pomóc i się nimi zaopiekować, bo ich menedżer jest już dla nich za drogi. Łapię się wtedy za głowę. Jak to za drogi? Menedżer? Przecież jest przepis, że od nieletniego gracza nie można pobierać pieniędzy. Młody zawodnik to tylko inwestycja. Z czego menedżer ma pobierać te pieniądze, ze stypendium, które wynosi czterysta złotych?

– Tata płaci mu co miesiąc tysiąc złotych. 

– No to zgłoście sprawę do PZPN-u, to nielegalne – odpowiadam.

Patologia. Rodzice są wykorzystywani. Ktoś przyjdzie i nawija makaron na uszy, oni nie znają przepisów… Bo kto wpadnie na to by sprawdzić w przepisach PZPN, czy na nieletnich można w ogóle zarabiać? Najczęściej płacą ci z majętnych domów, którzy chcą, by syn zrobił wielką karierę. Poświęcam tej pracy cały swój czas. Non stop jestem w rozjazdach, przez ostatnie trzy lata zrobiłem półmilionowy przebieg, jestem dla zawodników ciągle dostępny, moje życie prywatne jest w dużej mierze powiązane z życiem piłkarskim. Ostatnio przyjechał do Polski Akahoshi i trochę poimprezowaliśmy. Niby prywatnie, ale wciąż piłkarsko. Kocham to, co robię, więc nie mam zamiaru niczego zmieniać. 

Próbujesz ukształtować tych chłopaków czy ograniczasz się do pomocy w sprawach klubowych? 

Nigdy nie chcę ingerować w treningi i trenerów. Nie będę dzwonił: – Weź wystaw mojego do składu. Nie wchodzi to w rachubę, bo to bardziej szkodzi niż pomaga. Młody musi wiedzieć, że życie nie jest usłane różami i o wszystko trzeba walczyć. Konkurencja jest coraz większa, piłka z każdym rokiem jest coraz bardziej popularna, oglądalność ciągle wzrasta. Walczyć o przyszłość z każdym rokiem trzeba coraz bardziej. 

Zawsze jestem dla nich i jesteśmy w stałym kontakcie, ale lubię, gdy każdy ma swój charakter. Nie chcę zabijać w nich ich cech czy na siłę budować czegoś, czego nie mają. Oceniam przed podpisaniem kontraktu osobowość piłkarza, by wiedzieć, jaki on jest i z czym musi ewentualnie popracować przy pomocy psychologa czy z rodzicami. Staram się dobierać ludzi ciekawych, którzy mają coś do zaprezentowania poza piłką nożną. 

Jaki błąd popełniają najczęściej kandydaci na piłkarzy? 

Brakuje im cierpliwości. Zawsze im powtarzam, że w piłce to najważniejsza cecha, zresztą w każdej dziedzinie życia, w miłości też jest potrzebna. Podpalają się albo za szybko poddają. „O, nie wystawia mnie”. Stary, jesteś po kontuzji, potrzebujesz kilku tygodni by złapać rytm. Później wskakują do składu i źle wypadają, bo się za bardzo napalają. Do tego dochodzą u starszych chłopaków – siedemnaście, osiemnaście lat – alkohol czy imprezy.

Stały problem.

Był, jest i będzie. Zawsze staram się uświadamiać, że to nie idzie w parze ze sportem. Nie można palić i pić i jednocześnie mieć organizm, który ma dobrze funkcjonować. Oczywiście nie chodzi o to, by całymi dniami klęczeć i nie wypić nigdy ani grama, piłka to sport zespołowy i trzeba żyć z drużyną też poza szatnią. To oczywiste, że czasami można wyjść a imprezę. Nie można się tym jednak zachłysnąć. Zawsze pytam młodego chłopaka, kim jest jego dziewczyna. Jeśli ciąga go po imprezach sugeruję, że warto przemyśleć życiowe wybory. Jeśli mówi, że na przykład trenuje siatkówkę – taka osoba może mu pomóc w karierze. Trzecia sprawa – młodzi zbyt szybko otrzymują zbyt duże pieniądze. To potrafi totalnie zepsuć. Jeszcze nie tak dawno miałeś osiemnaście lat i jakbyś nagle z kilkuset złotych kieszonkowego przeskoczył na sześć tysięcy złotych i w ogóle nie musiał chodzić do szkoły, bo masz indywidualny tryb nauczania… Można zwariować. Takim ludziom trzeba pomóc, a w piłce często jest tyranie. Zagubili się, ale każdy przez taki okres przejdzie. Nie można przekreślać takiej osoby. Jeśli ktoś nie zrozumie po drugiej szansie – trudno, jest po ptokach.

Skąd w twoim pomyśle na siebie wzięła się ta przemiana? Zasłynąłeś jako menedżer, który ściąga Japończyków do polskiej ligi, a dziś skupiasz się głównie na młodych piłkarzach. 

To było zaplanowane przez szefa naszej agencji menedżerskiej Foot Link. Przez pierwsze lata mieliśmy nie ruszać Polaków, a powoli budować sobie relacje z klubami poprzez proponowanie Japończyków. Po trzech-czterech latach chcieliśmy uderzyć bardziej na Polaków. Zweryfikowały wszystko też wymogi rynku – a konkretnie limit obcokrajowców. Kluby już nie chcą Japończyków, bo w niższych ligach jest jedno miejsce dla piłkarza spoza UE, a wcześniej nie było żadnego limitu. W tym samym czasie była wojna na Ukrainie i piłkarze stamtąd zalali Polskę. To o tyle problematyczne, że Japończycy zawsze lepiej rozwijali się w grupie. Gdy Japończyk idzie gdzieś sam, zazwyczaj przepada, więc optymalnie lokować ich dwójkami. Miałem w Widzewie jakiś czas temu super piłkarza, Yudai Ogawa. Wszyscy łapali się za głowę. „Jezus Maria, co on z piłką robi! Japoński Messi!”. Trener po pół godziny treningu powiedział, że go podpisujemy. Potencjał przeogromny, ale po pół roku mu podziękowali. Możliwości może ma, ale przez kilka miesięcy nauczył się po polsku tylko „dzień dobry”. Cisnąłem go, że ma się uczyć angielskiego i polskiego, ale w Łodzi wynajął fajne mieszkanko i zamiast z książką siedział, nie wiem, z dziewczynami. 

Ciekawe, bo Japończycy uchodzą za demonów pracowitości. 

To trochę przerysowana cecha. Są pracowici, zwłaszcza na treningach, ale zdarzają się bardziej leniwi ludzie, jak wszędzie. Gdy masz kogoś, kto z piłką robi co chce, zazwyczaj ciągnie się za nim jakiś problem. 

Za łatwo mu wszystko przychodzi.

Właśnie na tej zasadzie. Jemu łatwo przyszło, bo dostał kontrakt po trzydziestu minutach. 

To prawda, że Japończycy za wszelką cenę chcą wyjechać z Japonii gdziekolwiek, żeby się przebić? Łatwo ich namówić na Koszaliny czy Grudziądze? 

Jeśli chodzi o chęć Japończyków do wyjazdu, ciągle się ona zmienia. Sześć-pięć lat temu mieliśmy masę Japończyków, którzy sami do nas uderzali, wysyłali filmiki, prosili nas o pomoc. Teraz trend się zmienia. Też ze względu na to, że liga japońska dzięki takim nazwiskom jak Iniesta poszła bardzo do góry. Japończycy wiedzieli, że działamy na terenie całej Europy Środkowo-Wschodniej, też w Rosji, Serbii czy na Łotwie i odzywali się, bo chcieli po prostu trafić do Europy, a w zamyśle jako stację końcową mieli Niemcy. Rozumieją, że bardzo ciężko się tam dostać. Przedstawialiśmy im drogę z pomostem w Europie Wschodniej. Morioka pokazał, że jest to możliwe. Aka w sumie też – poszedł na Łotwę, potem trafił do Pogoni – gdzie stał się w sumie legendą, jest dziś obcokrajowcem numer jeden pod względem liczby meczów – i trafił do rosyjskiej Premier Ligi. Teraz także w Hiszpanii robi się moda na Japończyków – stylem gry faktycznie fajnie tam pasują. 

42098039_10210008452568145_5030579689249308672_n

Co jest najtrudniejsze dla Japończyka po przyjeździe do Europy? Wielu z nich – jak na przykład Nakamura w Espanyolu – nie radzi sobie mentalnie. 

Przeżywają szok kulturowy. To kompletnie inny styl życia. Byłeś w Japonii i widziałeś, jak inne jest życie, jak inaczej zachowują się ludzie na każdym kroku. Druga sprawa to język, zwykle są słabi z angielskiego, dosłownie jednostki na kilkadziesiąt graczy, jakich się przewinęło, potrafiły się dogadać ze mną bez przymuszania mnie do użycia mojego koślawego japońskiego. Ich gramatyka jest do niczego nie podobna, więc mają ciężko. Ze sportowych aspektów, problemem jest głównie fizyczność. Są szybcy, zwinni, ale co z tego, skoro dryblas w trzeciej lidze go przepchnie i zawodnik skasowany. Zobacz, o ile lepiej radzi sobie Morioka w Anderlechcie – lepszym klubie – niż w Polsce, gdzie gra się fizycznie. Pewnym zaskoczeniem jest też pogoda. Gdy Akahoshi przyjeżdżał na testy do Polski i nagle zobaczył minus dziesięć stopni i śnieg, był zszokowany, że w takich warunkach w ogóle można grać. Ale do wszystkiego da się przyzwyczaić. Aka akurat to osoba cierpliwa i karierę zrobił dzięki temu, że był niesamowicie otwarty. Na początku może mało rozumiał, ale jego się nie dało nie lubić. Gdy rzucali mu hasło, że po kontuzji pójdzie do rezerw – a trenerzy często są skrępowani, gdy muszą zawodnikowi pierwszego składu coś takiego zaproponować – reagował bardzo pozytywnie. 

– Do rezerw? No pewnie! Gdzie gramy? 
– W Jarocinie. 
– Okej! Dobrze!

Cieszył się, że w ogóle gra. A wiesz, że z piłkarzami jest różnie. Niektórzy słyszą hasło „rezerwy” i się obrażają. 

Pytanie od strony biznesowej – z Japończykami robi się interesy łatwo czy trudno? 

Są bardzo uczciwi. Chyba nie ma drugiego takiego narodu, który byłby w biznesie tak fair. Bardzo długo musisz budować sobie u nich zaufanie, sprawdzają cię. W tak dynamicznym sektorze jak piłka, gdzie trzeba szybko decyzje podejmować, to trudne, chociaż z roku na rok jest coraz lepiej. Jeśli już ci uwierzą, wszystko będziesz miał wypłacone co do centa. Nie ma jak w wielu innych krajach, że to co na papierze to tylko na papierze. Badają mnie cały czas. Są bardzo grzeczni, uśmiechnięci, ale w głowie wszystko analizują, obserwują. Czasami myślisz, że zrobiłeś świetne wrażenie, a później słyszysz, że ta osoba powiedziała komuś innemu coś, czego byś się w ogóle nie spodziewał.

Sam miałem podobną sytuację. Znajoma pomogła mi skontaktować się z osobą, która miała przetłumaczyć mój wywiad z Daisuke Matsuim. Dla tłumacza było to tak wielkie wydarzenie, że tysiąc razy podziękował mi za możliwość rozmowy z taką personą. Był tak zachwycony, że aż z tego wszystkiego… kompletnie zapomniałem mu zapłacić. Mimo że przy pożegnaniu krzyczał jeszcze z kilkunastu metrów „big thanks!”, usłyszałem potem od znajomej, że jestem oszustem. Oczywiście wszystko od razu uregulowałem. 

Tym chłopakom – jak w polskim filmie – brakuje trochę luzu. Zapomnieć o czymś takim to dla nich wielka tragedia. Nie lubią bufonady. Nie raz byłem świadkiem, gdy przyjeżdżali jacyś agenci zza granicy do japońskiego klubu z pozycji wielkiego agenta. Japończycy na starcie kasują takie zachowania, zrażają się. Lubią normalnych, skromnych ludzi, którzy potrafią się ukłonić. Małymi detalami budujesz taką relację. 

W twoich kontaktach biznesowych dochodziło do nieporozumień?

Nie raz. Przewinęło się kilkadziesiąt osób, z którymi współpracowałem – byli fajni ludzie, byli mniej fajni, ale były też totalne dzbany. Raz zawodnik przyjechał, oglądam trening i trochę się rozczarowałem, bo myślałem, że będzie na wyższym poziomie. Poszliśmy na mecz Arki i mówi mi:

– Tutaj będę grał. 

No dobrze, szykuję cię, kolego, na trzecią ligę, ale nikogo nie skreślam. Finalnie jednak był tragiczny. Wynajęliśmy mu mieszkanie na bookingu i była w nim zwykła wanna bez kotary. Wydzwaniał do mnie i się darł, że w takich warunkach się nie da żyć. Jaka kotara, czy ty w teatrze jesteś? Nakazał mi, żebym przyjechał mu zamontować kotarę, bo on nie jest w stanie się wykąpać. Współpraca szybko się skończyła. 

Niezłą akcję mieszkaniową mieliście też z Kitano. 

Jego dom był nawiedzony. Wynajęli mu mieszkanie po jakiejś kobiecie, chyba po jakiejś zmarłej babci, która zostawiła w całym domu same krzyżyki. Myślał, że są w nim duchy, Japończycy bardzo wierzą w takie rzeczy. Zła atmosfera, złe powietrze. Nie potrafił zmrużyć oka. Każde skrzypnięcie w nocy go przerażało. Do tego stopnia, że w końcu wyszedł o trzeciej w nocy z mieszkania i zadzwonił do mnie zdesperowany, co ma robić. 

– Tomek, ghost!!! Ghost in the house!!!

Siedział do siódmej rano przed blokiem na walizce i później pojechał na trening. Co kraj to obyczaj (śmiech). Może obejrzał wcześniej „Egzorcystę” i się przestraszył? Śmiali się później, że do Pogoni Siedlce przyszedł antychryst. 

Japonia potrafi cię jeszcze w ogóle zszokować?

Bardziej reaguję na to śmiechem. It’s Japan, everything is possible. Niesamowity kraj, uwielbiam go, ale tak żyć w nim na co dzień jest niemożliwe. Ta codzienność życia, tłum, chłód ludzi, to wszystko przytłacza. Szokujące są trzęsienia ziemi. Wyobraź sobie, że pierwszego stycznia leżysz skacowany po sylwestrze w wannie i nagle coś bulgocze. Zanim się spostrzeżesz, woda już wylewa ci się z wanny. Patrzysz za okno, a tam budynki uginają się jak drzewa. Przeżyłem coś takiego. 

Zdarzyło się, że jakiś Japończyk cię kiedyś oszukał? 

Tak, to nie są krystaliczni ludzie. Był taki jeden, który na samym początku mojej pracy w agencji oszukał nas jako firmę. Szybko mu podziękowaliśmy. Nie róbmy z tych Japończyków nie wiadomo kogo. To też naród, który ma dużo swoich problemów. Są uczciwi jako korporacje, ale nikt nie jest idealny. 

Co jest mitem o Japonii? 

To, że są najlepiej rozwinięci technologicznie, a tak naprawdę to połączenie nowej technologii ze starociami. Wiesz, czemu tak się utarło, że to rozwinięty kraj? Przez toalety. Fajna rzecz, szczególnie zimą, ale to nie jest jakiś szczyt w technologii. W Polsce też możesz kupić taki sedes za cztery koła – tak drogo, bo to niepopularne. W Polsce też panuje przekonanie, że w Japonii mówią po angielsku, a w rzeczywistości bardzo ciężko się dogadać. W Japonii na lekcji angielskiego nawet nauczyciel nie mówi po angielsku. Zadaje im pytania, oni nie wiedzą co powiedzieć. Te lekcje to jakiś żart. 

Bardzo mi natomiast się podoba w Japonii to, że młodzi piłkarze kompletnie nie patrzą na pieniądze. Często jest tak, że przyjeżdżali do trzeciej ligi grać za dziewięćset złotych i rodzice wysyłali im środki z Japonii. Poza tym są bardzo oszczędni. Młody piłkarz jest w stanie odłożyć 50% pensji. U nas to abstrakcja, jak piłkarz nie wyda wszystkiego to jest sukces. Wiedzą, że trzeba się wypromować, zapierdzielać, a pieniądze przyjdą. Murayama grał za bardzo małe pieniądze, zacisnął zęby, a potem dostał dobry kontrakt w Pogoni.

Co jest twoją ambicją w menedżerce?

Spełnianie marzeń młodych chłopaków. Dla mnie nie ma piękniejszego uczucia niż obserwowanie historii od zera do bohatera. Rzucę przykład. Dawid Wach, rocznik 2000. Pojechałem przypadkowo na jego mecz w Vinecie Wolin. Chory byłem, zima, miałem nie jechać, ale jakoś w ostatniej chwili się zebrałem. Zagrał świetnie, bardzo szybki zawodnik, ale trochę surowy technicznie. Następnego dnia się spotkaliśmy. Odszedł do Ruchu i chwilę później zaczęła się bitwa o niego Lecha, Legii i Pogoni, w końcu trafił do Warszawy. Nie mam ambicji, by być najlepszym na świecie. Ciężko pracuję i wierzę, że ciężka praca nigdy nie idzie na marne. Mam nadzieję, że chłopaki będą spełniać marzenia i jeśli kiedyś będą pisać książki to nie zapomną, dzięki czyjej pomocy to się wydarzyło. 

Czekasz na złoty strzał piłkarza, który wyniesie cię do pierwszej ligi menedżerów?

Sam przyjdzie. 

Może być nim Krzysiek Kamiński? 

Nie wiem, na dziewięćdziesiąt procent to jego ostatni sezon w Japonii. 

Budzi zainteresowanie?

Są tematy. Jubilo bardzo szanuje Kamyka – zresztą ma za co – i ma świadomość, jak on ten szacunek odwzajemnia. Jeśli będzie temat transferu, na pewno się dogadamy. Gdy japoński klub wie, że piłkarz chce spróbować jeszcze w Europie i próbuje powalczyć o reprezentację, nie robi problemów.

Niektórym wydaje się, że jeśli wróci do Europy, to do Płocka albo Zabrza, a prawda jest taka, że to bramkarz znacznie większego formatu, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. 

Jako trójka nie zrobiłby wstydu w reprezentacji, gwarantuję ci to. Świetnie gra nogami, mentalność ma rewelacyjną, broni dobrze. Transfery bramkarzy są jednak najtrudniejsze. Ja doskonale wiem, jaki jest jego poziom, ale z racji gry w lidze japońskiej niektórzy mogą trochę inaczej na niego patrzeć. W Niemczech czy Anglii zdają sobie sprawę, jaki to poziom, ale już w Polsce niekoniecznie. Głównie z jednego powodu – poza Legią w zasadzie nikt nie jest w stanie sprowadzić dobrego piłkarza z J-League. Śląskowi udało się z Morioką, ale na naprawdę dużym farcie. Zawodnik mający dobry kontrakt w Japonii nie myśli o Ekstraklasie. 

A więc jak oceniasz jego potencjał? 

Myślę, że nawet na poziom średniaka Premier League. 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. archiwum prywatne

KOMENTARZE (5)