Nie potrafię czytać tej książki. Wspomnienia załatwiłyby mnie szybciej niż wóda
Weszło Extra

Nie potrafię czytać tej książki. Wspomnienia załatwiłyby mnie szybciej niż wóda

Tak, Dawid Janczyk wciąż pije. Gdybyśmy chcieli sygnalizować, w których momentach wywiadu stają mu łzy w oczach, musielibyśmy robić to przy co drugiej wypowiedzi. Gdy wyjeżdżał do CSKA z łatką złotego dziecka polskiej piłki, ledwie rok młodszy Robert Lewandowski tkwił jeszcze niezauważony w drugoligowym Zniczu Pruszków. Dziś zamiast z boiskowymi rywalami, Dawid walczy z demonami, alkoholowymi cugami, samym sobą.

– Po książce ludzie podchodzą do mnie sympatycznie, kibicują, ale już nie dają na kreskę. Powiedzieli dość. Wczoraj tylko właścicielka Żabki dała mi piwo – opowiada o swojej codzienności Dawid Janczyk. Człowiek, który przegrał wszystko, okropnie cierpi i w brutalnie szczerej rozmowie opowiada o tym, jak stoczył się na dno. Choć jest bezradny, chce wrócić.

Nie do piłki. Do życia. 

***

Piotr Dobrowolski (autor autobiografii Dawida Janczyka): – Gdyby nie mama, Dawid już by nie był.

Dawid Janczyk: – I żona.

Piotr Dobrowolski: – Dawid wciąż walczy ze swoimi słabościami. Tylko w tym roku jego mama przyjeżdżała z Nowego Sącza 19 razy.

Dawid Janczyk: – Zawsze jest jeden schemat. Posprzątać, postawić mnie na nogi, napierdolić na mnie, jaki to ja nie jestem, napierdolić na wszystkich dookoła. I wrócić.

Słowa mamy po tylu razach jeszcze do ciebie w ogóle trafiają?

– To nie są opierdole. To jest „idź się wykąp”, „idź coś zjedz”. Człowieka będącego w tygodniowym amoku takie słowa doprowadzają do furii. Trudno zrozumieć, po co ktoś ci to każe. Ale wstaję, ogarniam się. Wcześniej po ogarnięciu się szedłem do żony. Teraz niestety takiej możliwości już nie mam.

Piotr Dobrowolski: – Gdyby Dominika go nie kochała, nie byłaby z nim tak długo. Przecież oni nie mają pieniędzy, nie mają nic. To nie jest WAGs. Ona go kocha. Bo on jest dobrym człowiekiem. Moje dzieci pojechały z moją mamą w lipcu do Rabki. Pierwsze co kupiły w tej Rabce to widokówka dla Dawida. One jak go widzą to krzyczą „Dawidek!!!”. Nawet w telefonie zmieniły mi jego kontakt na „Dawidek mówione z entuzjazmem”. Bo to mega fajny chłopak, naprawdę. Jedzą go łyżkami. Powiedziały do mnie: – Skoro Dawid ma problem, zrób wszystko, tato, żeby mu pomóc. I zrobię wszystko. Ja go nie zostawię.

Dawid Janczyk: – Nie jest ze mną aż tak źle. Jest dużo lepiej, niż było przed Piastem. Wtedy… To było coś, czego nie mogłem zatrzymać.

Próbuję sobie wyobrazić…

Jeśli nigdy nie piłeś, nie dasz rady. Tego się nie da zatrzymać. Odwyk na Sobieskiego, detoksy, wszywki przepite, wszywki nieprzepite. To jak maszyna. Nigdy nie ćpałem, nigdy nie paliłem papierosów, ale wypicie jednego piwa działa na mnie jak zapalnik. Wypijam jedno, muszę wypić drugie. Nie mam pieniędzy, więc kombinuję, jak napić się trzeciego, czwartego, piątego. Potem wódka. Jeżdzenie po całej Warszawie. Proszenie się o pieniądze. Proszenie się w sklepach o wodę…

Ludzie bardzo mi pomagają. Gdy poproszę w sklepie o szklankę wody, zawsze wyciągają rękę.

– Panie Dawidzie, super, że szklanka wody. Wodę zawsze dam.

Gdy masz problemy, gdy życie ci ucieka, alkohol to… Nie wiem, jak to nazwać. Wielki kłopot. W pewnym momencie nie dasz rady tego zatrzymać. Gdy mówiłem „stop”, potrafiłem nie pić nic. Wiem, że robiłem źle, bo tak się nie robi. Powinno się schodzić stopniowo.

Niestety stop mówiłem sobie tylko wtedy, gdy mi się kończyły pieniądze. Gdy już nie miałem za co się napić. Tylko to zmuszało mnie do przestania.

Kiedyś robiłem jeden dzień przerwy, teraz trzy. Organizm potrzebuje więcej, już traci na sile. Ale ciągle tę siłę mam. Jeszcze coś z niej zostało.

Zobaczymy, na ile uda się wszystko uratować.

Masz jeszcze ludzi, do których możesz zwrócić się po pieniądze na alkohol? 

Pewnie, że tak. Pójdę do Żabki i każdy człowiek sprzeda mi wódkę. Po tej książce ludzie podchodzą do mnie sympatycznie, kibicują, by mi się udało, ale już nie dają na kreskę. Powiedzieli dość. Koniec. Mają podobne sytuacje w domach i też parają się z takimi problemami.

Wczoraj tylko właścicielka Żabki dała mi piwo. Powiedziała, że nic więcej. Z całym szacunkiem do pana osiągnięć, mówiła, ale proszę wyjść, bo niczego już nie dostanę. Ludzie to widzą. Nie chcą już pomagać. Pomagać… To było ratowanie.

Niby pomaganie, a jednak szkodzenie. 

Gdy się trzęsiesz, możesz zbajerować jedną, drugą dziewczynę na kasie. Ale właścicielki sklepu już nie zbajerujesz. Ludzie mnie szanują. Wejdę tu do sklepu i słyszę „cześć, Dawid, co słychać?”. Mam wiele znajomych w Warszawie. Pójdę, poproszę i zawsze mi dadzą.

Wszystko, na czym w życiu mi zależało, przyszło zbyt szybko. Po latach mogę powiedzieć, że się zachłysnąłem.

Gdy wyjeżdżałeś do CSKA, Robert Lewandowski był jeszcze w drugiej lidze. Być może miałeś większy talent od niego. 

Nie chcę mówić, że miałem talent.

Miałeś.

Ale to nie ma znaczenia. Zobacz, jak łatwo można ten talent przepierdolić. Przejebać. Nie udało mi się zwyciężyć z pewnymi rzeczami.

Ale to nie tylko alkohol. To był dodatek. Bardziej zaszkodziło mi obracanie się w moim towarzystwie, w złym towarzystwie złych ludzi. Robiłem rzeczy, których nie powinienem robić, których się teraz wstydzę. Ale zrobiłem je. Co teraz? Cofnę czas? Mieszkałem w Mariocie i Inter Continentalu po miesiącu. I co z tego? Co z tego, że wejdę teraz do Mariotta i nie będę musiał płacić za pokój? Co mi z tego, jak ja zniszczyłem swoje życie?

Swoje? Nie tylko swoje. Wielu innych ludzi. Nawet Piotra. Niszczę do tej pory. Swoich dzieci, żony, matki, ojca, siostry, brata… Z bratem miałem mały kontakt, ale wiem, że też cierpiał przez to wszystko, co musiałem przejść. A nie było łatwo. Każde powstawanie… Raz, drugi, trzeci… Później dzwonienie dziennikarzy. „Ile ty razy jeszcze, kurwa, powstaniesz?”. Tyle, ile będzie trzeba. I będę wstawał. Za każdym razem wstanę. Bo mam siłę i wiem, że jestem w stanie to zrobić.

Odrzuciłem wszystko. Została mi tylko żona i moje dzieci. Mam jednego przyjaciela. Reszty nie chcę znać. Tylko żerowali na tym, co mam. Myśleli, jak spieniężyć naszą znajomość. „A pomóż mi, a daj na to”.

A dziś? Nie mam do kogo pójść i poprosić, by mi kupił chleb.

Prędzej pomoże mi pani z Żabki. Nie kupi wódki, ale kupi coś do jedzenia.

A oni? Wydawałem na nich fotruny. Mieszkali po najlepszych hotelach. W Sopocie w Grand Hotelu po tysiąc złotych za noc. Pili najlepszą wódkę. A teraz nie mogę zapytać ich o pięćdziesiąt złotych. Było ich trzech, czterech. Kontaktu nie utrzymuję ani z moim menedżerem, który pożyczył ode mnie bardzo dużo pieniędzy…

Piotr Dobrowolski: – Pół bańki pożyczył.

Dawid Janczyk: – Nie pożyczył, tylko sobie wziął. Oddał połowę, choć jemu się wydaje, że oddał wszystko.

Piotr Dobrowolski: – W pewnym momencie traktowali Dawida jak bankomat. Machał kartą kredytową jak Zorro szpadą. W ten sposób uciekał od samotności.

Dawid Janczyk: – A później się każdy ode mnie odpierdolił. Gdy trzeba było płacić dług z karty kredytowej, musiałem prosić moją matkę.

Piotr Dobrowolski: – Kiedy Dawid poprosił do swojego „kumpla” Januszka o sto złotych, powiedział, że nie ma.

Dawid Janczyk: – Januszek, Andrzej, syn śp. Janusza Wójcika. To, co my żeśmy na Warszawie wydali…

Piotr Dobrowolski: – Nie my, tylko ty.

Dawid Janczyk: – No ja. To są niezliczone sumy.

Myślałeś wtedy, że to trwałe przyjaźnie? 

Tata Andrzeja pomógł mi trafić do Legii, do reprezentacji. Poprzez jego tatę, zbliżyłem się do ich rodziny. Bardzo lubię matkę Andrzeja, pani Krystyna jest niesamowitą kobietą. Ona by mi oddała serce, jak moja matka. Andrzej? Jak to Andrzej, miał swoje amoki, był agresywny, zły. Ale lubiliśmy się, bo lubiłem pobawić się na mieście. Wiedzieliśmy, gdzie iść, co robić. Później wkradła się już rutyna, te same miejsca…

I moja nerwica natręctw. To jeden z głównych powodów mojego picia. Nie mam problemu tylko z alkoholem, mam z wieloma rzeczami. To nie jest tak, że pójdę się napić, bo lubię. Wezmę i pierdolnę setkę, bo lubię wódkę. Ta nerwica… Muszę mieć poukładane wszystko. Jak coś mi przeszkadza, sięgam po alkohol.

Co na przykład?

Wszystko. Głupie krzesło w pokoju. Ktoś je przestawi i to nie daje mi żyć. Nienawidzę tego. Nerwica natręctw nie daje mi funkcjonować. Jestem wielkim zazdrośnikiem – o żonę, o dzieci, o to, że ktoś zrobił coś lepiej, niż ja. Wykańcza mnie monotonia. Kolejny dzień taki sam jak poprzedni. To nie daje mi żyć. W pewnym momencie ustaliłem sobie godzinę, że po 19 nie mogę się napić. I nie robiłem tego.

Ale jak do 19 wypijesz siódemkę whisky, to tak czy tak nie jesteś w stanie wstać rano do roboty, by od ciebie nie śmierdziało.

Nietrzeźwy na treningu byłem tylko raz, w Belgii. Z metra nie trafiłem w trzymetrową bramkę. Wtedy byłem pewien, że w klubie już wiedzą.

Nikt cię nigdy nie podkablował.

Nikt.

Lepiej byłoby, gdyby podkablował?

Nie wiem. Podkablowaliby mnie i by rozwiązano ze mną kontrakt.

Albo próbowaliby cię ratować, mówię jeszcze o czasach Moskwy czy Belgii. 

Koledzy wiedzieli. Mówili „Dawid, przestań pić”. Ale ja „przestań pić” słyszałem, jakby to było „przestań pić wodę”. Odcinałem się od takich rad grubą kreską. Uważałem, że nie jestem alkoholikiem, że nie nadużywam, że piłem jak normalny człowiek. W wielu wywiadach to powtarzałem.

Wręcz buntowałeś się, gdy ktoś zarzucał ci, że masz problem. 

Buntowałem się, tak. Ale w pewnym momencie – dzięki Piotrowi, który powiedział mi, że muszę stanąć twardo i powiedzieć ludziom, że jest źle – uznałem, że nie ma sensu oszukiwać.

Piotr Dobrowolski: – Oszukując ludzi oszukiwałeś sam siebie.

Dawid Janczyk: – To prawda. Oszukiwałem sam siebie.

Kiedy doszło do ciebie, że jesteś alkoholikiem?

W Gliwicach, gdy trafiłem na ostry dyżur. Na drugi dzień ledwie mogłem zobaczyć swoją siostrę i mamę. Ludzie z sali mówili, że całą noc krzyczałem coś po rosyjsku i po angielsku. Wtedy sobie uświadomiłem, że jednak jest problem.

Tyle że to nic mi nie dało. Wytrzymałem tam dziesięć dni. Wypisałem się na własne życzenie.

I poszedłem po wódkę.

To było wtedy, gdy schodziłeś pięć razy. 

Lekarz rano mi powiedział, że mnie pięć razy ratowali. Poszedłem potem na AA z narkomanami, lekomanami, alkoholikami. Z każdą hołotą, jaka może w ogóle być. Z taką hołotą, jak ja.

Zadałeś sobie wtedy pytanie, co jeszcze może na ciebie podziałać, skoro pięciokrotne zejście po cugu alkoholowym nie dało rady? 

Podziałać może na mnie chyba tylko Bóg.

Próbowałeś wszywek. 

Przepijałem. Jedną wytrzymałem w Piaście przez cały rok. Tylko było odliczanie do końca wszywki. „Jeszcze miesiąc. Jeszcze pół!”. W końcu przyszedł grudzień. Wróciłem do Warszawy. Spróbowałem małe piwo. Nic mi się nie stało. To drugie, trzecie, czwarte i poszło. Miałem w dupie. Potrafiłem przeleżeć pięć dni w domu w Gliwicach. Na treningi nie chodziłem. I mnie wyjebali. Tyle, że pan Zdzisiław Kręcina poprosił, by mnie nie wyrzucać, a byśmy podpisali klauzulę. Niestety dwa tygodnie później sytuacja się powtórzyła. Nie było już jednak czego ratować. Prezes tylko podsunął rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron, by nikt nie pisał, że znów poszedłem w długą.

Byłem też na odwyku na Sobieskiego. Biały domek, podobno jednen z lepszych ośrodków. Co mi to pomogło? Nic. Poznawałem tam kumpli, wychodziliśmy sobie do Biedronki, a przecież nie można było, bo to ośrodek zamknięty. Nie po alkohol, ale chodzi o samo wyjście za furtkę, której masz nie przekraczać. Przełamujesz pewne zasady.

Na to sobie pozwolisz, zaraz pozwolisz sobie na coś więcej. 

Możesz w każdej chwili wyjść i wrócić do nałogu. Wytrzymałem tam cztery tygodnie. Poznałem naprawdę mnóstwo ludzi. Nawet tam był gość, który pracował w Radomiu w sekcji koszykówki. Jego syn jest menedżerem piłkarskim, spotykałem się z nim na miejscu. Chciał mi pomóc.

I co mi to dało?

Tam jest non stop gadka o alkoholu. Kto jak gdzie nie upadł. Będąc w tym cały czas wracała ta monotonia, którą mam na co dzień w domu. Musiałem robić te same rzeczy, każdego dnia o tej samej porze. I wtedy wraca ochota. No to co to za leczenie?

Wypijałem połówkę wódki dziennie już w Moskwie. A ktoś mi mówi, że wypija dwa piwa dziennie i jest alkoholikiem.

Piotr Dobrowolski: – Bo jest.

Dawid Janczyk: – Kobietę, która przeszła cały cykl leczenia, osiem tygodni, zobaczyłem później na AA. Płakała, że wyszła z ośrodka i pierwsze co zrobiła to się zapiła.

To jak ja mam w to wszystko wierzyć?

Na korytarzu widzę tych samych ludzi. Wszyscy pierdolą tylko o alkoholu. Nie mówią o niczym innym. Później wychodzą z ośrodka i sami przynoszą alkohol. Słuchasz, słuchasz… Nagle wychodzisz. Później ci sami ludzie idą z tobą na wódkę. To się już robi tak debilne, że nie ma sensu. Jak się nie zafiksujesz sam w środku, nie masz szans wyjść z tego. Mówię to do ludzi. Jeśli ty nie poukładasz swojego życia samemu, nie jesteś w stanie z tego wszystkiego wyjść. Choćbym nie wiem ile był na odwyku, i tak zawsze z niego wyjdę i pierdolnę wódkę. Jeden dzień wyszedłem i co? Poszedłem do sklepu po wódkę. Napiłem się. Wszystko wróciło. Jedziesz dalej i masz kolejne dwa tygodnie cugu. A później kolejny detoks.

Piotr Dobrowolski: – Właśnie dlatego go nie zostawię. Bo ja widzę, jak on cierpi.

Jak reaguje organizm, gdy przepijesz wszywkę? 

Dawid Janczyk: – W pewnym momencie to dla mnie nie miało żadnego znaczenia. Przepiłem jedną, przepiłem drugą… Wszystko było OK. Bałem się. Zaczynałem od piwa. Później wypijałem setkę. Nic mi nie jest, ciśnienie nie skacze, jak opisują w książkach. Nic nie boli. No to waliłem następną. I trzecią setkę. I do wyczepania zapasów, do wyczerpania kasy. Kasa? Na Wilanowie nawet nie potrzebuję pieniędzy.

Piotr Dobrowolski: – On nie może mieć pieniędzy.

Dawid Janczyk: – Ja bym nawet nie chciał mieć pieniędzy. Bo wiem, że każdą kwotę można przemienić we wszystko. Za dużo pieniędzy wydawałem, przepijałem, przehulałem. Z kolegami, sam… Sto tysięcy za hotel to dla mnie było ot tak. Zarabiałeś 160 tysięcy, więc miałeś jeszcze to 60. Z każdego meczu dodatkowo po 40 tysięcy premii. Nie wiem, jakby się zachował inny człowiek. Może by odkładał? Wbrew pozorom ja odkładałem. Lubiłem wydawać pieniądze tylko na buty, ciuchy.

Masz jeszcze te wszystkie ciuchy czy sprzedałeś w lombardach? 

Mam. Sprzedawałem tylko swoje najwazniejsze rzeczy. Zaprzyjaźniłem się z jednym chłopakiem w lombardzie. Do tej pory jest tam koszulka Legii z 2006 roku z podpisami wszystkich chłopaków.

Za ile można ją kupić?

Nie wiem.

Piotr Dobrowolski: – Zbieram koszulki piłkarskie, więc mogę powiedzieć. Za dwójkę.

Za ile sprzedałeś?

Dawid Janczyk: – Za sto złotych. W młodzieżówce wymeniłem się koszulkami z Pique, też sprzedałem. Krył mnie i swoją drogą nie dawał sobie rady, zresztą jak wielu innych, na przykład Vermaelen.

Jak cię przycisnęło, nie myślałeś, co sprzedajesz. To było jak machina. Krąg, w którym musisz biec.

Oglądasz mecze kolegów? 

Tak. Lubię oglądać. Lubię oglądać też swoje mecze. Wracam do tego, boli jak skurczybyk, ale co ma mnie napędzić, żeby wstać na nogi? Czasami napędza nawet jedno dobre słowo. Napędza mnie oglądanie filmików, czytanie… Wczoraj cały dzień płakałem. Czytałem najpierw książkę, później wszystkie te wywiady. To boli. Jak skurczybyk. Ale już nic z tym nie zrobię. Napisaliśmy książkę i – z tego, co czytałem, bo nie czytałem całej i pewnie nie przeczytam – nie żałuję.

Dlaczego nie przeczytasz całej?

Nie potrafię. Wspomnienia załatwiłyby mnie szybciej niż ta wóda.

Ale jestem szczęśliwy z fragmentów, które czytałem. Otwierałem sobie na róznych stronach. Przede wszystkim z tych moskiewskich, o Legii, o kadrze.

Tam się jeszcze przeplatają dobre momenty ze złymi. 

Podczas czytania popadałem w hipnozę. Czytałem fragmentami i człowiek nie zauważa niczego wokół. Te dobre i złe momenty się kumulują, chociaż dla mnie nie ma już dobrych momentów. Czyta się książkę jak wodę. Czytasz ją pełną piersią.

Piotr Dobrowolski: – Na koniec rozdziałów robiłem wywiady. Jedyne, za co ludzie mieli do niego żal, to angielskie wyjścia. Tłumaczyłem im, że uciekał, bo się wstydził. Nikt jednak nie powie o nim złego słowa. On nie ma wrogów. To mega fajny chłopak. Dla mnie jak młodszy brat.

Która motywacja była dla ciebie najsilniejsza? Wyrzucenie wszystkiego z siebie, przestroga dla młodych chłopaków czy zdobycie środków na odkucie się?

Wszystkie trzy.

Ale która najmocniejsza? 

Pamiętam swoje dzieciństwo…

Nie chciałbym, żeby ktokolwiek tak trafił jak ja.

Próbujesz odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat ty?

Bo tego chciałem. Wódki do gęby nikt mi nie wlewał. Nikt mnie nie zabierał na imprezy. Wszyscy ludzie to tylko otoczka.

Jestem człowiekiem bardzo wierzącym. Uważam, że wszystko, co miało miejsce, ma jakiś sens.

I że to wszystko nie jest jeszcze skończone.

W życiu jest wiele dróg. Ja wybrałem tą złą. Wybrałem ludzi, którzy pokazali mi pierwsze zabawy, night cluby, imprezy, kobiety. Miałem wtedy zaledwie piętnaście lat. Wiem, że jeszcze można zmienić tę drogę. Spytałeś, co może zmienić moje życie. Tylko ja sam i Bóg. I ja pójdę tą drogą.

Potrzebujesz jeszcze szansy od jakiegoś profesjonalnego klubu? Czy lepszym impulsem byłoby coś pozapiłkarskiego?

Potrzebuję tylko dobrego słowa. Mi to wystarczy. Od rodziny, dzieci, ludzi na ulicy. Klub? Gdybym chciał, to bym wstał dziś z tego stołu i zrobił wszystko, by wrócić do piłki. Ale to nie jest takie proste. Wiem, że mogę. I klub też mogę znaleźć.

Pewnie wiesz, jak mi pomagał Leśnodorski. Fajny facet, opowiadał mi przeróżne rzeczy, nieraz byłem u niego w klubie z żoną, z dziećmi. Opowiadał mi, jak bardzo mi chciał pomóc. Ale sam nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Po tych wszystkich przejściach wszyscy w Legii stracili zaufanie. Ale on nie. Dalej chce mi pomóc. Dziękuję też Krzyśkowi Stanowskiemu za szansę w KTS Weszło. Wie, że napisał o mnie wiele złego, ale dał mi szansę jako kolejna osoba. Mam nadzieję, że nie zawiodę. Zwłaszcza, że ostatnio tylko siedzę w domu i nic nie robię. Może mi się jeszcze uda znaleźć trenera personalnego.

Jeśli dobrze pójdzie, dam radę do grudnia już zupełnie stanąć na nogi. Zdaję sobie sprawę, że wypiłem hektolitry tej zgubnej ambrozji. Ale mam silny organizm. I jeszcze dam sobie radę.

Jakąs motywacją może być to, jak wróciłeś w Piaście Gliwice. Z totalnego dna stałeś się człowiekiem, który zaczynał strzelać na najwyższym poziomie. 

Piotr Dobrowolski: – Najważniejsze pytanie: czy tobie się jeszcze chce?

Dawid Janczyk: – Oczywiście, że chce.

Piotr Dobrowolski: – Masz siłę?

Dawid Janczyk: – Mam siłę. Jeśli trzeba będzie, mogę wstać z tego stolika i przebiec sto kilometrów. Mam zaparcie, ducha, rodzinę, dzieci, żonę. To nie tylko chodzi o mnie. To wielu ludzi, którym jestem to winien. Michał Globisz nawet. Jacek Magiera. Dariusz Wdowczyk. Wszyscy wypowiadają się o mnie w dobrych słowach.

Ale za każdym razem musiałem zapierdolić.

Zgubne trochę było to, że jak piłeś i szedłeś na trening, nie było tego po tobie widać. Byłeś w stanie normalnie trenować. Mogłeś sobie to tłumaczyć, że picie ci w niczym nie przeszkadza. 

To było zgubne, masz rację. W Belgii wypijałem już siódemkę dziennie. Jak przegiąłem i piłem do 21, wstawałem o piątej biegać, przetrzeźwieć, wykąpać się i iść w spokoju na trening. To już nawet nie chodziło o mój spokój fizyczny, a psychiczny. Myślałem, że oni wszyscy wiedzą…

Nakręcałeś się.

Tak. Myślałem, że Włodek Lubański wie, chociaż nigdy mi tego nie powiedział, a pewnie nie raz widział. Jak mówiłem, w Belgii przyszedłem raz pijany. Mecze? Wielokrotnie byłem na nich w strasznym stanie psychicznym, ale chyba przez moją renomę każdy przymykał oko. Nawalony nie byłem na meczu nigdy, ale potrafiłem wypić dwie butelki wódki dzień przed meczem. To nie jest normalne. Mieliśmy dużo czasu, bo nie zamykano nas, jak w Moskwie. Chociaż i tam niektórzy potrafili sobie zorganizować co nieco.

Przed meczem nigdy nawet drinka?

Nigdy. Ale i tak dojście do sprawności było trudne. Czasami zdarzało się, że przed meczem dla siebie biegałem tyle, co w meczu.

Czyli ile? Dziesięć kilometrów?

Tak. W dniu meczu tyle biegłem po to, by wypocić z siebie alkohol.

I nie przeszkadzało ci to na meczu? Nie czułeś się zmęczony? 

Nie, wcale. Mimo picia, w Beerschot byłem czwartym najlepiej przygotowanym fizycznie zawodnikiem.

Przed ostatnim meczem sezonu w Lokeren mogłem zdobyć koronę króla strzelców. Lukaku miał siedemnaście bramek, ja czternaście. Trener powiedział, że będę grał od początku. Jechaliśmy na wyjazd do Gent, przyszedłem na nasz stadion na zgrupowanie i zacząłem się przebierać w naszej szatni. Chwilę się zastanowiłem: o kurwa, przecież gramy na wyjeździe. Na miejscu trener powiedział, że jednak nie zagram od początku. Wszedłem na drugą połowę i miałem trzy szanse. Słupek, słupek, zmarnowane sam na sam. Koledzy mnie opierdolili w szatni mówiąc, że zrobiłem to celowo. Ale czy ja wiem? Nie wiem, byłem na niego strasznie zły. Wyszło jak wyszło. Mogłem zdobyć wtedy koronę króla strzelców. Skończyłem na trzecim miejscu ex aequo z Benteke.

Może gdybym wtedy to wykorzystał, został królem strzelców, to ja poszedłbym wyżej a nie Lukaku? Później się potoczyło, jak się potoczyło. Klub zbankrutował, poszło się wszystko pierdolić, rozwiązali kontrakt, pieniędzy nie wypłacili…

Po meczu wypijałem dwa browary i szedłem spać. Tak było co tydzień. Raz masz trening o dziesiątej, a następny kolejnego dnia o siedemnastej. Duża swoboda. Dużo czasu, z którym musisz coś zrobić. Włączało się głupie myślenie.

Której z danych szans na odbudowę – Legia, Piast, Sandecja – żałujesz najbardziej?

Legii. Dla mnie Legia to jedyny klub w Polsce. Legię kocham, będę kochał. Wiem, że ludzie w tym klubie są dla mnie życzliwi, maja dobre podejście. Żałuję, że to spieprzyłem tyle razy.

Czasami nie wszystko było zależne ode mnie, od głupich kilku zdań, które mówiły nie idź na trening, bo ten powiedział, bo ten zwyzywał. Dawid łatwowierny, a jeszcze lubił wypić, więc wypiłem jednego, drugiego, trzeciego drinka. Zwłaszcza, że towarzystwo było mocne, w którym nie można było nie pić. Nie poszedłem na pierwszy trening, drugi… Tak się skończyła moja przygoda z Legią. Jacek Magiera wyciągnął ręke, ale przez kilka popierdolonych wywiadów ludzie znowu zaczęli myśleć, że popijam. Dwa, trzy piwka tygodniowo – co to za profesjonalista? Dużo rzeczy się w międzyczasie wydarzyło. Awantury, policja, wytrzeźwiałka na Kolskiej. Ale nawet tam spotykałem ludzi, którzy chcieli mi pomóc. Wszyscy najebani, a oni mi przynoszą kawę, bo Dawid musi iść na 10 na trening.

Poszedłeś? Dałeś radę?

Dałbym radę. Ale mocniejsza była chęć dalszego napicia się, zwłaszcza że w domu czekał alkohol… Z Kolskiej pojechałem prosto do domu, a nie na Legię. Nie dałem rady. Wypiłem i poszedłem spać. Tak wyglądał koniec przygody z Legią.

Zawsze wykonywałeś najgorszą, najtrudniejszą pracę – dojście do formy, zrzucenie kilogramów – i gdy zaczynałeś już grywać, wszystko pękało.

W Sandecji masz prosty przykład – trener Mroczkowski dał mi szansę w dwóch meczach przed końcem sezonu. W pierwszym strzelam, w drugim strzelam. Zaczyna się okres przygotowawczy, a ja jestem jednym z lepiej przygotowanych fizycznie zawodników. Lepszy był tylko Bartek Kasprzak, z którym pod tym względem nie można było rywalizować. Trener nagle mówi: o kurwa, tak się przygotować? Nie biegał nic, a teraz tak? Dla wszystkich to było szokiem, byli pod wrażeniem.

W pewnym momencie wszystko pękło. Alek Aleksander odchodził z Sandecji i robił pożegnanie. Pojawił się na nim niestety mój menedżer, Jerzy Kopiec. Tak jak wszyscy prosili, żebym nie pił, tak się napiłem. I to nie z kolegami, a na zapleczu w kuchni. Szefem kuchni był gość, który kształcił Jurka, znali się bardzo dobrze. Poszliśmy na tył, przechyliłem… Wróciłem na salę, wypiłem na sali, trenerzy już patrzyli na mnie.

No a później…

Schemat ten sam.

Tak. Zebrałem się wcześniej, żeby się zabawić w swoim gronie. Zostawili mnie gdzieś na ulicy. Wszystkiego nie pamiętam. Obudziłem się pod hotelem.

Tego nie można było zatrzymać. To jest jak kolej transsyberyjska. Możesz nią jechać i jechać. Dlatego cieszę się, że spotkałem Piotra na swojej drodze. Mogłem o tym wszystkim opowiedzieć. Niech ludzie wiedzą. Gdzie bym teraz nie poszedł, wszyscy mówią „Dawid, trzymaj się”. Nie mam ani jednego negatywnego komentarza na swoich Instagramach. Wszyscy trzymają kciuki. Bo wiedzą, jaki to jest problem.

Ludzie mnie lubią. Ktoś mnie kiedyś widział, jak piję szklankę wódki?

Nie, bo piłeś w domu.

Zamykałem się sam ze sobą. Tylko ja i telewizor.

Piotr Dobrowolski: – To bardzo samotny człowiek. Bardzo. Dopóki się nie spiknęliśmy, on oprócz Dominiki i rodziców nie miał żadnego kolegi.

Dawid Janczyk: – Nie miałem, bo się od wszystkich odsunąłem. Nigdy z nimi nie trzymałem. Ostatnio jechałem autobusem i zobaczyłem Marcina Burkhardta. „Siema, Dawid, co słychać, dawaj spotkajmy się na obiad”. Będę stronił od takich spotkań, bo nie jestem pewny siebie, zatraciłem gdzieś całą pewność.

Ciekawi mnie jedna rzecz. To, że za czasów Rosji czy Belgii przehulałeś pieniądze, to jasne, bo żyłeś jak król i stawiałeś wszystko wszystkim. Ale potem, zamykając się już samemu w domu, twoje picie nie mogło już być tak kosztowne. Wystarczyła ci wódka i tyle. Jakim cudem przewaliłeś taką kasę pijąc sam ze sobą?

Miałem pozakładanych wiele lokat. Inwestowałem w złoto, w różne rzeczy. Mieszkanie kupiłem za 630 tysięcy. Później miałem też za co funkcjonować. Ale zanim to się wydarzyło, bawiłem się w Warszawie. Jeździłem po Sopotach, spałem po hotelach. Pamiętam, że trafiłem do jednego hotelu z Dariuszem Michalczewskim. Kupiłem pistolet na kulki, zeszliśmy na śniadanie i strzelałem do niego. Oczywiście obok, uśmiechnął się, bo nie chciałbym być później w swojej skórze. Dereck Chisora, dziś pięściarz, był naszym kierowcą. Gdy chciałem iść do toalety, prowadził mnie za rękę, by mi się nic nie stało. Parę lat później on robi karierę. Ja też w sumie robiłem, ale w pewnym momencie on poszedł do przodu. To nie tak, że nie miałem barwnego życia. Bardzo barwne było. W Sopocie wynajmowaliśmy aparatament po tysiąc złotych za noc. Do tego dochodzi SPA, jedzenie. Nasz jednodniowy wypad kosztował mnie dwa tysiące złotych. A jak mieszkałeś tam kilka dni – prosty rachunek. Rozchodziło się. Wycieczki – tu Amman, tu Tajlandia. Zarabiałem duże pieniądze, jedną wypłatą można było to ogarnąć, ale później dochodziły rózne rzeczy. Żona, ślub, dzieci.

Najgłupsza rzecz, na którą wydałeś pieniądze?

Nie było takiej.

Kiedyś mieliście służącego.

Głupie jak głupie. Jak sie nikomu nie chciało wychodzić z domu, a każdy siedział na mieszkaniu i chcieliśmy mieć to czy tamto, akurat był na osiedlu taki pan i nam pomagał.

Piotr Dobrowolski: – Oni go upijali! Starego chłopa gówniarze. To było tak straszne, że aż śmieszne.

Tak było. Ten pan przychodził do nas na mieszkanie i zawsze było: chodź, walniesz setę. No i walił setę za setą i tak dzień w dzień. Raz poprosiłem, żeby mi znalazł na mieście grę. Sęk w tym, że znalazł mi, ale nie bezprzewodową. Zacząłem ganiać go po całej Warszawie, by jeździł i kupił jeszcze raz. Ale dużo mu nie płaciłem, tysiąc złotych miesięcznie. Dla mnie to było jak stówka.

Próbowałeś pracy z psychologiem?

Wiele razy, z psychiatrą też. Może ja jestem źle nastawiony, ale to nie jest mój klimat. Jeśli wszyscy psychologowie mówią mi to samo, to jak oni chcą mi pomóc? Nie mówią nic, co by mnie zaskoczyło. „Jesteś pijakiem, musisz się leczyć”. Za drugim razem słyszysz to samo, to po co masz iść trzeci? Do czego to zmierza? Do niczego. Może ja źle do tego podszedłem. Teraz starałem się zamknąć się tam drugi raz. Może ja to źle przeżyłem, źle przerobiłem? Ale powiedzieli mi, żebym przyszedł za pół roku, bo zbyt krótki czas minął od poprzedniego odwyku. Człowiek chce się leczyć, a ktoś cię wypierdala. Zresztą znowu dostawałem tam te same pytania i zastanawiałem się, po jaką cholerę w ogóle mam tam iść. Znowu przyszedłby człowiek i opowiadał, ile to nie wypił, gdzie się nie wypierdolił… Mętlik w głowie. Idziesz na zajęcia i znowu masz o wódzie. Na stołówce o wódce, na papierosie o wódce. Nie wiem, czy to dobry sposób na leczenie.

Co będziesz robił, gdy nie wyjdzie ci jeszcze raz w piłce?

Będę starał się wyjechać do Stanów. Godzinę temu znowu dostałem propozycję wyjazdu do trenowania dzieciaków. Żeby ogarnąć siebie i wszystko. Zaproponowali mi nawet, że polecą i zamieszkają ze mną, żebym nie zawalił, nie popadł w dalsze cugi. Tam gdybym został sam to jest już po sprawie, bilet w jedną stronę, prawdopodobnie bym już nigdy nie wrócił. Nie wiem, czy jestem gotowy na ten moment. Może mógłbym spróbować, zobaczyć, nauczyć się treningów. Kunsztu raczej nie posiadam. I mam trudny charakter, który mógłby się nie spodobać. Gdy coś mi się nie podoba, mówię wprost.

A jak nie, może założę firmę. Kończyłem budowlankę, elektryka, jakieś pojęcie mam. Z teściem pracowałem ostatnio w Niemczech i Szwecji. Pracowaliśmy przy domie, elewacji, fizyczna robota. W Szwecji robiliśmy tarasy z drewna. Nawet w Polsce ostatnio mieliśmy fajną robotę, też przy tarasie. Nie moja brocha, ale jak nie będę miał wyjścia, będę musiał to robić. Nie wstydzę się tego, że pracowałem fizycznie. Już tyle powiedziałem, że normalnej pracy mam się wstydzić?

Zarabiając przez lata tyle pieniędzy i zawsze mając plik dolarów w kieszeni, trudno jest nie mieć dwóch złotych.

Muszę odbudować rodzinę. Zaczęło mi to wszystko uciekać powoli. Ona bardzo kocha. Gdyby nie kochała, nie byłaby ze mną tyle lat. Gdybym widział to wszystko swoimi oczami, że moja żona tak się zachlewa, ja bym chyba nie wytrzymał. Odszedłbym. A ona jest cały czas. Zaczęła chodzić na terapię i nauczyła się pewnych zasad. Wie, że taki przypadek jak ja nie może mieć kogoś obok siebie. Musi zostać sam i samemu zrozumieć. Jest mi trudno pojąć pewne rzeczy, nie myśleć o piciu, ale rozumiem ją i wiem, że postępuje dobrze. Muszę skończyć nałóg, przetrzeźwieć i wiem, że ona jest. Mieszka teraz z rodzicami trzy kilometry ode mnie.

Dzieciaki są świadome?

Starsza córka, osiem lat, tak. Ta młodsza, trzy lata, jeszcze chyba nie. Po książce pewnie będzie kiedyś świadoma. Moja córka pewnie już opowiada jak przyjdzie ze szkoły do rodziców, że ją wytykają palcami. A może nie wytykają? Nie wiem. Bo wiadomo, że ta książka jest nie tylko trudna dla mnie, ale też mojej żony i dzieci. Ale nie żałuję, że ją napisaliśmy. Bardzo chciałem się otworzyć i udowodnić, że jeszcze mam siłę. Poradzę sobie zawsze. Jak nie graniem to będę pracował na budowie, bo to mi nie przeszkadza, tak jak pierdzielenie ludzi. Teraz jest mi już wszystko jedno.

Piotr Dobrowolski: – Z tyłu głowy miałem, by to się nie odbiło na mamie, żonie, dzieciach. Nowy Sącz to nie jest Nowy Jork. Jaka była idea fix tej książki? Miała Dawidowi pomóc. I powiedziałem mu szczerze – jak będziesz chlał, ta książka cię zniszczy doszczętnie. Ale jeśli się ogarniesz, tylko ci pomoże. Bo ludzie docenią to, że jesteś do bólu szczery.

Stesujesz się przed premierą?

Nieee. Będzie co ma być. Już ludziom takie rzeczy opowiedziałem, że się nie stresuję. Żona mnie gani, że o takich rzeczach mówię otwarcie. Ale ona była z taką osobą przez tyle lat i nic z tym nie zrobiła. To najbardziej boli z tego wszystkiego. Zawsze potrzebowałem przy sobie bata, takiego pozytywnego. Kogoś, kto mnie pilnuje. Dominika była do Piasta, ale po Piaście, gdy dalej się to wszystko działo… Wcale jej się nie dziwię. W pewnym momencie coś w człowieku pęka. Nie można tak, kurwa, pić, jak ja piłem. To nie było picie, to było zachlewanie się na umór. Zaczynało się od piwa, a później szło tydzień-dwa. Ciągłe przyjeżdżanie odtruwaczy, czasami nawet dwa razy dziennie. Ona cały czas przy tym była, widziała, starsza córka także. Po co mają dzieci na to patrzeć?

Z początku myślałem, że to błąd. Piotr uważa, że żona powinna być cały czas przy mężu. Ale jeśli ona mnie kocha, ja ją, trzeba było coś zmienić. Dlatego też ta książka powstała, choć ona uważa, że zniszczyła nam nasze życie. A ja uważam na odwrót. Że ta książka coś zbuduje od nowa. Musiałem wyjść do ludzi, opowiadać, zacząć rozmawiać. A nie siedzieć sam ze sobą i butelką wódki. I prosić tylko z zajebanymi oczami po sklepach, by dali mi kolejną butelkę, bo nie miałem nawet dwudziestu złotych. To tu mi ludzie dawali, to tam. Do niczego to nie prowadziło.

Piotr Dobrowolski: – Zobaczysz, on jeszcze będzie królem strzelców Ekstraklasy.

Dawid Janczyk: – Roboty się nie boję. Lubię ciężko pracować, bo wtedy nie myślę, zapominam o wszysktkim. Jest tak samo, jak wtedy, gdy zaczynam pić. Też zapominam. Niestety też o rodzinie i dzieciach. Taka prawda. Nie ma wtedy nikogo. Najlepiej wyłączyć telefon i się schować. A gdy mam wsparcie, jestem w stanie pracować na dwieście procent.

Piotr Dobrowolski: – O ile w książce wielu miało pretensje do Dawida o angielskie wyjścia z klubów, o tyle nikt nie miał zastrzeżeń do jego pracy. On zapierdalał jak dziki.

Traktujesz tę książkę jako ostatnią deskę ratunku?

Nie, ona po prostu miała mnie oczyścić ze wszystkiego. Miałem się wygadać i pokazać ludziom, jak funkcjonuje życie alkoholika. Chcę się oczyścić, bo chcę wrócić do grania w piłkę. Za chwilę mam 31 lat. Myślę, że jestem w stanie to zrobić przy pomocy takich ludzi jak Piotr, rodzice, żona, dzieci. Jestem w stanie jeszcze raz stanąć na nogi. Raz jeszcze wykonać tę katorżniczą pracę. Nie mogę nauczać, bo każdy ma swoje życie. Ale mogę pokazać. Jednego dnia możesz być na piedestale, a zaraz możesz nie mieć nic. A ja mam. Przede wszystkim rodzinę.

Piotr Dobrowolski: – Oni spłacili ze trzysta koła. Masz dla kogo żyć, chłopaku.

Dawid Janczyk: – Przede wszystkim dla dzieci. Moja starsza córka nie czuje do mnie zadry, chociaż znajdowała w domu wódkę. Może się to na niej odbiło, ale zawsze jak ją widzę, to się przytuli, pocałuje, nie ma odruchów „nie chcę cię, tato”. A mała to już w ogóle. Wskoczy na szyję i wtedy nie potrzebujesz niczego. Ani wódki, ani piłki.

Wrócisz? Nie pytam o powrót do piłki, a powrót do życia. 

Mam wyjście? Już nie mam wyjścia. Dobiłem do dna. Ale wyjdę. Z Bożą pomocą wyjdę.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. Aleksander Ikaniewicz

Wywiad przeprowadzony 18 września 2018. 

Już wkrótce dzięki współpracy z PKO Bankiem Polskim będziecie mogli proponować pytania, jakie zadam rozmówcom podczas wywiadów. Więcej informacji niebawem! 

FB_janczyk_packshot_1200x900px_190918

Weszło jest patronem medialnym książki „Moja spowiedź”.