Dobra, spróbujmy. Powody do optymizmu przed rewanżem ze Spartakiem
Weszło

Dobra, spróbujmy. Powody do optymizmu przed rewanżem ze Spartakiem

Nastał nowy dzień, w dodatku taki, w trakcie którego żaden polski klub nie skompromituje się w pucharach. Emocje trochę już opadły, więc postanowiliśmy jeszcze raz spojrzeć na to coś, co wczoraj zrobiła warszawska Legia. Ba! Wyciągnęliśmy z szuflady różowe okulary po to, by poszukać jakichś powodów do optymizmu przed rewanżem na Słowacji. Co prawda w dalszym ciągu uważamy, że taki występ mistrza Polski przeciwko Spartakowi Trnawa to wielopoziomowa klęska i tego stanowiska nie zmieni nic, ale jednocześnie jesteśmy zdania, że jeszcze nie wszystko stracone. 

Trzeba się trochę wysilić, by obronić tę tezę, jednak dla chcącego nic trudnego. Lecimy.

Po pierwsze: gorzej zagrać już nie można. 

Nie pomyślcie Broń Boże, że rzucamy piłkarzom Legii wyzwanie. Nic z tych rzeczy! Prawda o wczorajszym meczu jest jednak dość bolesna, a mianowicie taka, że kapela Klafuricia miała sporo szczęścia, bo gdyby gorszy dzień przytrafił się Malarzowi (lub lepszy snajperom Spartaka), to na Słowację można by wysłać młodzież i Eduardo, by rozruszał stare kości. Dno i metr mułu. I po prostu nie chce nam się wierzyć, że ci piłkarze, których w większości uważamy za dobrych lub przyzwoitych, są w stanie kolejny zagrać w Europie aż tak bardzo źle. Pewnie wielu z nich ma ten wynik głęboko w czterech literach, ale uwierzcie, że wśród legionistów są też ludzie, dla których dzisiejsze wyjście po mleko i mierzenie się ze spojrzeniami przechodniów nie było przyjemne. Jest tylko jedna droga, by zmazać plamę.

Po drugie: rywal w dalszym ciągu jest ogórkowy. 

W całej tej katastrofie chyba najgorszy jest rzut oka na listę strzelców goli we wczorajszym meczu. W ekipie Spartaka znajdzie się kilku gości, których chętnie widywalibyśmy na boisku co tydzień w ramach rozgrywek ekstraklasy, ale pięknymi strzałami załatwili warszawiaków akurat Erik Grendel i Jan Vlasko, którzy odbili się nawet od klubów z naszej średniej półki. Można mówić, że pierwszy koniec końców padł ofiarą nowej polityki kadrowej Górnika, a drugi miał wielkie problemy ze zdrowiem, ale w wielu meczach ich widzieliśmy i żaden nie zapowiadał się na nowego Hamsika. Żaden nie zapowiadał się nawet na nowego Roberta Jeża, który w pewnym momencie coś w tej lidze znaczył.

I to nie tak, że ci panowie są tam jakimiś wyjątkami – przeciętniakami, których udało się wkomponować w zespół dobrych grajków. To ekipa, dla której wzmocnieniem jest przyjście kopacza z drugiej ligi austriackiej. Zresztą pisaliśmy o tym sto razy, chyba nie ma co ponownie strzępić ryja. Chodzi jedynie o jedno – jeśli ta drużyna straci bramkę i zacznie się jej trochę palić w dupce, to spokojnie można jej też wrzucić drugą i trzecią. To nie będzie cud. Cudem słowackie media określały ewentualny awans Trnawy.

Po trzecie: piłkarze nie będą mieli problemów z brzuszkiem. 

Uwielbiamy zdania zaczynające się od słów: „nie chcę się tłumaczyć, ale…”, bo pewnie w większości przypadków po przecinku pada coś osobliwego, a nierzadko głupiego. Tym razem Dean Klafurić zdradził, że wielu z jego graczy przed meczem dopadł tajemniczy wirus, piłkarze wymiotowali i generalnie czuli się fatalnie. Zgodnie ze słowami trenera najmocniej cierpieli ci, którzy wczoraj pojawili się w wyjściowej jedenastce i w których można było pokładać największe nadzieje (m.in. Kante, Carlitos czy Szymański). Abstrahując od tego, że w takim układzie chyba wypadałoby pomyśleć o zmianach w składzie… Rewanż jednak powinien być łatwiejszy, bo jest czas na regenerację i przystąpienie do niego w pełni sił.

Co prawda polskim drużynom w Europie może się przytrafić absolutnie wszystko, ale drugie zatrucie z rzędu chyba byłoby przesadą.

Po czwarte: zmiany, zmiany, zmiany. 

I chodzi nam tu zarówno o personalia, jak i taktykę zespołu. Już zapominając o Jarosławie Niezgodzie, który na pewno potrzebuje trochę czasu, by dojść do siebie, do rozgrywek zostali zgłoszeni też m.in. Michał Pazdan i Michał Kucharczyk. Pierwszy odpoczywał dłużej w związku z mundialem (tak jak Artur Jędrzejczyk), drugi narzekał na uraz, ale na rewanż powinien być gotowy. Szczególnie „Kuchy” już pokazywał, że potrafi wyciągnąć drużynę z różnych opresji. No, możliwa jest też roszada na stanowisku trenerskim, ale na razie nie ma co się wyrywać przed szereg.

Tym bardziej, że nawet jesteśmy trochę ciekawi, co zrobi teraz „Klaf”. Dostał kolejny dobitny dowód, że ta taktyka z trójką obrońców w ogóle nie funkcjonuje. Może się oczywiście dalej upierać, bo wielu trenerów nie potrafi uderzyć się w pierś i w porę zareagować, ale może też spróbować wrócić do tego, co zdało egzamin w końcówce poprzedniego sezonu. I na jego miejscu chyba wybralibyśmy bramkę numer dwa.

Po piąte: nie takie odrabianie strat widział świat!

Jasne, dwójka w plecy u siebie to w kontekście rewanżu wynik fatalny, ale zanim zagra się o to, by jesienią powalczyć z najlepszymi w grupie, warto wziąć z nich przykład. By nie grzebać w dawnych historiach, wystarczy przypomnieć sobie, co w poprzedniej edycji zrobiła AS Roma z FC Barceloną (i co prawie powtórzyła z Liverpoolem). Wiadomo, że nawet jak mocno zmrużymy oczy, to nie uznamy, że Carlitosowi blisko do Dżeko, a Antolić to w zasadzie prawie De Rossi, ale pamiętajmy o jednym – Marvinowi Egho do Messiego równie daleko.

Fot. FotoPyK