Naoliwione trybiki Lecha. Trzecie miejsce będzie najgorsze
Weszło

Naoliwione trybiki Lecha. Trzecie miejsce będzie najgorsze

Bryndza, remis na Arce, porażka z Koroną, głód, halucynacje z niedożywienia. Później comeback w starciu ze Śląskiem Wrocław, przegrane spotkanie w Warszawie z Legią, aż wreszcie sprawienie lania Jagiellonii Białystok 5:1 i spokojne 3:0 nad Lechią Gdańsk. W tym czasie trener Bjelica ani nie dokonał spektakularnych zmian w składzie, ani nie wywrócił do góry nogami struktury szatni, ani też nie zmienił swoich metod treningowych. Jednak gra lechitów uległa sporemu progresowi. Wychodzi na to, że po prostu wystarczyło dodać kapkę oleju, by wszystkie trybiki w maszynie się zazębiły.

25 lutego. Lech Poznań przegrywa z Koroną Kielce 0:1, kibice domagają się zwolnienia Nenada Bjelicy, Karol Klimczak w Lidze+Extra nie radzi sobie z pytaniami o mistrzostwo Polski, a sam Lech zaprasza kibiców na kolejny mecz hasłem „walczymy o podium”. Pewność siebie lechitów jest tak wiotka, że mógłby ją powalić lipcowy wietrzyk. Nastroje w Poznaniu są tak szare i przygnębiające, że nie wiemy, czy to jeszcze stolica Wielkopolski, czy postapokaliptyczna Moskwa z opowieści Głuchowskiego. Kibice zastanawiają się, czy lepiej spaść do I ligi z Termalicą czy jednak z Sandecją i rozważają trasy do Suwałk i Bytowia.

16 marca. Lech Poznań pokonuje Lechię Gdańsk 3:0, tydzień wcześniej rozbija lidera z Białegostoku 5:1. Poznaniacy depczą po piętach Jagiellonii i Legii, w Poznaniu trwają już rozważania na kogo fajnie byłoby trafić w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a do rangi „solidnego ligowca” urasta nawet Mihai Radut.

Te dwie daty nie dzieli nawet miesiąc, lecz nastroje wśród sympatyków Kolejorza wystrzeliły w górę. I w sumie nie ma się co dziwić, bo skoro w ciągu tygodnia strzelasz osiem bramek, tracisz jedną, odprawiasz z kwitkiem lidera Ekstraklasy i wreszcie grasz tak, że aż chce się cię oglądać, to naturalne, że optymizm rośnie. Natomiast na ciekawą rzecz zwrócił uwagę ostatnio Nenad Bjelica mówiąc, że akurat w Poznaniu fani mają niezwykłą tendencję do popadania ze skrajności w skrajność. Albo „idziemy na majstra”, albo „wszyscy won”.

No dobra, ale czy taką nagłą przemianę Lecha idzie jakoś wytłumaczyć? Czy Bjelica odkrył jeden prosty trik na poprawę gry zespołu, co sprawiło inni trenerzy Ekstraklasy go nienawidzą? Czy któryś z zawodników nagle wystrzelił formą i teraz na jego plecach wozi się cały zespół?

Kluczem w wytłumaczeniu zwyżki formy Lecha wydaje się cierpliwość. Bo poznaniacy nie eksperymentują z ustawieniem, w składzie dochodzi co mecz do jednej lub dwóch zmian. Trener Bjelica często był pytany o przyczynę kiepskie formy na początku roku: – Trenujemy tam samo, jak wiosną zeszłego roku. Gramy w takim samym ustawieniu. Zimą też przygotowywaliśmy się w niemal identyczny sposób, co teraz. Dlatego trudno mi powiedzieć dlaczego gramy słabiej – tłumaczył.

Wreszcie machina zaskoczyła, trybiki wskoczyły w swoje miejsca. Lepsza forma (przede wszystkim fizyczna) Gytkjaera spowodowała, że pomocnikom łatwiej było mu stwarzać sytuacje strzeleckie. Radut i Situm nagle przypomnieli sobie, że potrafią wygrywać dryblingi i kreować przewagę na skrzydłach. Do tego Majewski poczuł chyba zaufanie od trenera i wskoczył na poziom, który pokazywał w zeszłym sezonie.

Zmieniły się tak naprawdę niuanse, które wlały olej między tryby lechitów. Przede wszystkim wychodzić zaczęły stałe fragmenty – nawet mimo tego, że Lech wcale nie poświęca im wielu godzin na treningach. Spójrzmy chociażby na mecz z Jagiellonią – gole Trałki, Dilavera i Jóźwiaka padły po rzutach rożnych, do tego rzut karny wykorzystał Jevtić. Ponadto znacznie wyższy i skuteczniejszy pressing – co było widoczne przede wszystkim w drugiej połowie starcia z Jagiellonią i przed przerwą w meczu z Lechią. No i Lech gra po prostu prościej, a przy tym skuteczniej – nie wymienia już tysiąca podań w kwartecie Gumny-Dilaver-Vujadinović-Kostewycz, a po prostu pcha akcje do przodu. Już bez tego sterylnego posiadania piłki. Czyli trochę w stylu Jagi. Akurat w tym aspekcie kawał dobrej roboty odwalają Gajos z Trałką.

Ale żeby nie było zbyt słodko, to pamiętajmy, że Lech i z Jagą, i z Lechią grał u siebie. A przy Bułgarskiej wygrywa od dawna – to już dziewiętnaście (!) meczów z rzędu bez porażki na własnym stadionie. Patrzymy zatem w terminarz – zaraz po przerwie na reprezentacje Kolejorz jedzie do Krakowa na mecz z Wisłą, a rundę zasadniczą zakończy starciem w Poznaniu z Górnikiem. Jeśli mielibyśmy stawiać jakieś poważne pieniądze, to nie położylibyśmy całej sumki na komplet punktów. U siebie Lech może i ogra Górnika, ale na wyjeździe węszymy jakiś remis. Przypomnijmy, że zespół Bjelicy ostatnie zwycięstwo z delegacji przywiózł w sierpniu zeszłego roku.

I taki obrót spraw prowadzi do tego, że Lechowi – z perspektywy wyjazdowej indolencji – terminarz rundy finałowej ułoży się fatalnie. Bo naszym zdaniem Lech po 30. kolejce znajdzie się na trzecim miejscu, a zatem czekają go wyjazdy na Jagiellonię i Legię. A zerknijmy jak lechici radzili sobie z obecnym TOP8 ligi:

U siebie – 4 zwycięstw – 2 remisy – 0 porażek – bilans bramek 13:4

Na wyjeździe – 0 zwycięstw – 2 remisy – 4 porażki – bilans bramek 3:8

Będąc na miejscu Lecha złożylibyśmy wniosek formalny o rozgrywanie wszystkich meczów na stadionie przy Bułgarskiej. Bo dobra forma w ostatnich meczach to niezły prognostyk przed decydującą fazą rozgrywek, ale samymi meczami u siebie lechici mistrzostwa Polski nie zdobędą. Mecz z Wisłą Kraków powie nam, czy ostatnie dwa efektowne zwycięstwa to efekt „twierdzy Bułgarska”, czy faktycznie poznańska drużyna rozpędziła się na dobre.

fot. FotoPyk