Wygaszone w trzy kwadranse. Gliwice żegnają europuchary
Weszło

Wygaszone w trzy kwadranse. Gliwice żegnają europuchary

41. minuta. John Alvbage, bramkarz Goteborga przeciąga wybicie jak tylko może. Trwa to i trwa. Dla kibiców Piasta to był sygnał, że europuchary 2016 w Gliwicach szybciutko przechodzą do historii. Mniej niż trzy kwadranse po tym, jak na Stadion Miejski wróciły. Golkiper gości był bowiem doskonale świadom, że już przed przerwą może grać na utrzymanie. Że jego koledzy mają zajebisty wynik. Chyba nawet lepszy niż ten, po jaki do Polski przyjechali.

0:3. W dzisiejszym meczu nie trzeba było drużyn podpisywać, artykułować, która w europucharach grywa regularnie, a która wpada w gości dopiero po raz drugi. I choć Goteborg zwykle grzecznie wyproszony zostaje jeszcze na biforze, to samo obycie było po Szwedach doskonale widoczne.

Plan taktyczny zrealizowali w trzystu procentach. Wiedzieli doskonale, że na fantazji, nie popartej chłodną kalkulacją daleko nie zajadą. Mieli więc opracowany jeden wariant rozegrania rzutu rożnego, który wypalił już przy pierwszej próbie. I, co ważne, byli gotowi na to, co stanie się potem. Cofnęli się i cierpliwie czekali. Ich bank informacji zadziałał znakomicie, daleko od słynnego „opierdolimy ich”. Raz za razem wjeżdżali stroną, po której pozbawiony mapy biegał bez celu Mokwa. Nie tylko wpędzali chłopaka w kompleksy, wyczuwając że szybko stracił ochotę do grania. Jego stroną pociągnęli też na 2:0, zmuszając Latala do zmiany już w przerwie. A to była dopiero 35. minuta…

13695905_10208196804530651_128979583_n„We’re blue, we’re white’ we’re fucking dynamite” niosło się co chwila z kilkudziesięciu gardeł na trybunie gości. Nie jest to może najliczniejsza i najbardziej imponująca ekipa wyjazdowa jaką widzieliśmy, ale nawet panowie na oko koło sześćdziesiątki przez pełne 90 minut dawali radę.

Powiedzieć o Piaście, że tylko wystawił dupę i poprosił o jak najniższy wymiar kary byłoby jednak mimo wszystko niesprawiedliwe. Gliwiczanie zdominowali posiadanie piłki, szczególnie w pierwszej połowie, trzymali ją długo blisko bramki Alvbage, tylko że brakło im konkretów. W paru momentach wydawało się, że za szybko chcieli pociągnąć akcję w pole karne, czasami znów, że marnowali okazje do otwierającej, penetrującej piłki. Jak tak próbujemy sobie przypomnieć jeden moment, w którym szwedzki bramkarz mógłby się czuć poważnie zagrożony – no nie za wiele przychodzi nam na myśl. Tu minimalne pudło Żivca, tam nieznacznie z piłką minął się Mraz, to znowu Murawski fajnie złożył się do strzału, który poleciał jednak prosto w dobrze ustawionego golkipera. Ale czy Szwedzi przeżywali jakąś nerwówkę? Poczuli że desperacko bronią oblężonej twierdzy? No nie.

Zdecydowania, którego brakło Piastowi, pod dostatkiem mieli Szwedzi. Minuta po minucie coraz łatwiej było im się znaleźć pod bramką Szmatuły. Robili to dwoma, trzema, maksymalnie czterema podaniami, bez wielkich kombinacji, wykorzystując bez żadnej litości wolne przestrzenie. Strach pomyśleć, jak by się ten mecz skończył, gdyby byli w tym wszystkim nieco dokładniejsi, bo poza sytuacjami bramkowymi, parę razy groźne akcje posypały im się na ostatnim dograniu.

I z tym Piast jednak pomógł. Prosty błąd obrony, która myślami już była przy spotkaniu z kibicami pod przeniesionym dziś na trybunę „studencką” młynem, a w tym czasie wprowadzony parę minut wcześniej gość wychodzi sam na sam ze Szmatułą. Engvall kończy demolkę, kibice mogą tylko zaintonować na koniec „fuck IFK”, ale umówmy się – wynik wytrąca z ich rąk jakiekolwiek inne argumenty.

Światła zgaszone. Mogą wjeżdżać napisy.

KOMENTARZE (0)