Pawełek pęka z dumy. Drugiego takiego meczu to ze świecą szukać
Weszło

Pawełek pęka z dumy. Drugiego takiego meczu to ze świecą szukać

Ponad 22 600 widzów zjawiło się dziś na stadionie we Wrocławiu z nadzieją, że nie będzie to ten dzień, w którym wreszcie przyjdzie im obejrzeć pierwszą domową porażkę Śląska, od kiedy prowadzi go Tadeusz Pawłowski. Mieli rację, choć będąc całkowicie uczciwym – zabrakło niewiele. Gdyby ten mecz, zamiast 1:1, zakończył się zwycięstwem Lecha 3:0, z przebiegu spotkania trudno byłoby się temu dziwić. A jednak… wrocławianie kontynuują swoją bardzo dobrą passę i przynajmniej przez króciutki moment znów mogą poczuć się liderem ekstraklasy.

Lech już na samym wstępie doskonale „ustawił sobie” to spotkanie, dając jednocześnie idealną zapowiedź kilkudziesięciu kolejnych minut – świetnych, emocjonujących i przynajmniej do przerwy mocno zdominowanych nieszablonowymi zagraniami Darko Jevticia.

Mają z tym chłopakiem w Poznaniu ewidentny problem, bo każdy taki występ – choć oczywiście z korzyścią dla Lecha – tylko oddala go od pozostania w nim na dłużej. Skorża stawia sprawę jasno: „Zatrzymanie go w klubie to nasz priorytet”. Rzecz w tym, że w tej sprawie niewiele atutów jest po polskiej stronie. Pewnie można by założyć, że Jevticiowi w Poznaniu naprawdę się podoba, że się zaaklimatyzował, że wyobraża sobie tutaj swoją przyszłość. Problem w tym, że wystarczy jeden telefon z Bazylei i będzie musiał wracać, bo Szwajcarzy zagwarantowali sobie możliwość skrócenia wypożyczenia w zimowym okienku. No i żeby tego było mało – FC Basel to dla niego przecież coś jak Lech dla Kownackiego. Matecznik, klub, w którym się wychował. Czyli – trudna sprawa.

Koncert, wracając do samego meczu, zaczął już w drugiej minucie. Lekką przygrywkę wykonał mu Pawłowski, ale jednak co najlepsze, to dorzucił Jevtić. Minął Danielewicza, ograł Hateleya, Celeban nie zdążył doskoczyć, więc pozostało celnie strzelić tuż przy słupku. Zaczęło się więc świetnie i co najważniejsze, kolejne minuty wcale nie przyniosły nam obniżki poziomu. Derby Manchesteru chwilami zawstydzone spływały rumieńcem. Zdecydowanie więcej z gry – przynajmniej w tym fragmencie – mieli zawodnicy Lecha. Byli bardziej agresywni w środku pola, dobrze radzili sobie z odbieraniem piłek, kreowali więcej sytuacji. Sam wspominany tyle razy Jevtić próbował czterokrotnie…

To że do przerwy na liczniku mieliśmy tylko wynik 1:0, Śląsk zawdzięcza de facto dwójce zawodników. Po pierwsze – Mariuszowi Pawełkowi, który trzykrotnie popisał się świetnymi interwencjami, w spektakularny sposób odbijał strzały Szwajcara oraz Kownackiego. A po drugie – wyraźnie przyczynił się do tego Flavio Paixao. Portugalczyk w ostatnich tygodniach wszystko co miał, to zamieniał na gole. Chodziły nawet słuchy, że dziś na żywo oglądać ma go ktoś ze sztabu kadry. I o ile tak faktycznie było, to musiała to być obserwacja lekko rozczarowująca. Flavio dostał dwie – nie będzie w tym przesady – doskonałe piłki od Dudu Paraiby, ale żadnej z nich nie wykorzystał. Podczas gdy zwłaszcza pierwsze z podań wymagało wyłącznie precyzji w pojedynku „jeden na jeden” z Gostomskim. Typowa patelnia.

Tak się jednak składa, że po przerwie tych dwuznaczności było… tylko więcej. W ciągu 20 minut wypisaliśmy trzy kolejne sytuacje, w których Pawełek w pojedynkę ratował zespół Śląska, ciężko pracując na – naszym zdaniem – w pełni zasłużony dzisiaj tytuł gracza meczu. Lech po raz kolejny grał bez nominalnego napastnika, dopiero na końcówkę wszedł Sadajew i Skorża tym razem z całą pewnością nie dostał potwierdzenia, że brak następcy Teodorczyka to problem, który można zignorować.

Wystarczyła jedna niefortunna akcja. Bardzo dobre, napędzające ją podanie ze środka boiska i interwencja Arajuuriego, która na pierwszy rzut oka ratowała sytuację, a tak naprawdę okazała się asystą. Piłka trafiła pod nogi Machaja, a ten właśnie w starciu ze swoim byłym klubem zdobył pierwszą ligową bramkę w barwach Śląska. Wreszcie – weWrocławiu znów zaczyna przypominać piłkarza.

Krótko podsumowując: Śląsk mógł zebrać srogie lanie. Pierwszy raz od dłuższego czasu słabszy moment przytrafił się Paixao, za to duże piwo w szatni należy się Pawełkowi. Lech miał tak wiele dogodnych okazji, że aż… wykorzystał tylko jedną i w efekcie wraca do Poznania ze skromnym punktem.

9UAmph

KOMENTARZE (0)