Gdyby Paweł żył, to pewnie on wygrałby ten puchar
Kuźnia Weszło

Gdyby Paweł żył, to pewnie on wygrałby ten puchar

I Turniej im. Pawła Zarzecznego, jak sam jego patron, musiał być niekonwencjonalny. Na Marymoncie przez cały dzień trwało święto piłki i piwa. Sześć ekip, twarze znane z ekstraklasowych boisk, a także niespodziewany triumfator. Scenariusz, z którego Paweł Zarzeczny mógłby być zadowolony i zdaniem jego przyjaciół – byłby.

Paweł Zarzeczny był postacią nietuzinkową. Trudno go nawet próbować scharakteryzować w kilku zdaniach. Kiedy wspominam jego postać, widzę przede wszystkim intelektualnego cwaniaka i jest to pozytywne wspomnienie. Paweł sprawiał, że musiałeś zacząć myśleć. Nie dało się go czytać ani słuchać robiąc w między czasie naleśniki. Skupiał na sobie uwagę i 29 czerwca na Marymoncie znów wszystkie myśli były skupione na nim i pucharze jego imienia. Pucharze tak dużym, jak jego mniemanie o sobie.

Na Potocką 1 przybyłem przed 9. Na trybunach jeszcze pustki, no ale sobotni poranek rządzi się swoimi prawami. Nawet spiker – Wojciech Piela – mecz zapowiadał niemal szeptem, żeby nie zbudzić śpiących jeszcze mieszkańców pobliskiego osiedla. Wiedziałem jednak, że za chwilę osób będzie coraz więcej. Ja sam nie wyobrażałem sobie, żeby nie spędzić tego dnia na Marymoncie. Turniej ku pamięci Pawła Zarzecznego dostał u mnie nawet wyższy priorytet niż ostatni egzamin na studiach, który zdecydowałem się odpuścić. Bez żalu zresztą, w końcu we wrześniu jeszcze zdążę go napisać.

Turniejowe zasady wyglądały następująco: były dwie trzyzespołowe grupy, mecze trwały po 40 minut (bez przerwy), a finał rozgrywany w dwóch połowach po 25 minut.

W Grupie B znaleźli się gospodarze, Pojemna Halina oraz Wielkopolska i Przyjaciele. KTS Weszło zmagał się z problemami kadrowymi (wesela, wyjazdy i inne wymówki), ekipa z Wielkopolski to turniejowa drużyna gwiazd, bo w składzie mieli choćby takie postaci jak Bartosz Ślusarski, Łukasz Garguła, Sebastian Przyrowski, Błażej Telichowski, Fabian Pawela czy Radosław Majewski, cóż, mieli kim postraszyć. Języczkiem u wagi była Pojemna Halina, która zgłosiła się do turnieju i przebrnęła przez wszystkie szczeble kwalifikacyjne. Jak się później okazało, zawodnicy spod znaku Haliny to największa niespodzianka turnieju, oczywiście in plus.

To właśnie z Pojemną Haliną rywalizował KTS Weszło w meczu otwarcia. Pierwszy gwizdek sędziego wybrzmiał chwilę po 9 i chyba nie tylko ja miałem poczucie, że trochę przedwcześnie zwlokłem się z łóżka. Szczególnie widać to było po gospodarzach, którzy poza kilkoma przebłyskami Fundambu, próbującego obsługiwać kolegów prostopadłymi podaniami, nie mieli pomysłu na grę. Więcej werwy było w zawodnikach Pojemnej Haliny, którzy dostrzegli słabość KTS-u w postaci dziurawej defensywy i regularnie stwarzali poważne zagrożenie, szczególnie dzięki dobrym podaniom z głębi pola, które omijały wolnych stoperów KTS-u. W 10. minucie spadł pierwszy cios na KTS. Weszło oczywiście próbowało polepszyć swoją sytuację, ale kolejne nieudane ataki były tylko kwitowane gromkim „kurwa, ja pierdolę”, w wykonaniu stopera Wojtka Kowalczyka. Te słowa dobitnie obrazowały poranną formę Weszlaków.

KTS przesuwał się do przodu, a Halina kontrowała. Brak skuteczności się zemścił i na dziesięć minut przed końcem było już 2:0. Bramka zamknęła mecz i odebrała resztki wiary w korzystny wynik. W 37. minucie Pojemna Halina dobiła KTS i ekipa gospodarzy rozpoczęła turniej równie efektownie, co reprezentacja Polski ubiegłoroczny mundial.

Chwile później sędzia rozpoczynał już pierwszy mecz Grupy A. W niej znalazł się jedyny zagraniczny klub tego turnieju, PFC Victoria Londyn, a także współorganizator eliminacji PKS Radość oraz ekipa Nocnej Ligi Halowej.

W drugim meczu turnieju Victoria Londyn zmierzyła się z PKS-em Radość i dość szybko pokazała, że ekipa z Radości będzie w tym meczu głównie tłem.

4

A propos tła. Nim był dziś oczywiście Paweł Zarzeczny. Z uwagi na fakt, że trybuny powoli się wypełniały, przybywało osób, które Pawła znały nie tylko z ekranu. Spotkałem między innymi pana Adama, który przyjaźnił się z nim przez dwadzieścia lat, zjechali wspólnie kawałek świata, bywali u siebie, pomagali sobie i wspólnie biesiadowali. Z Adamem rozmawiałem ponad dwie godziny, które były świetną dawką anegdot.

– Paweł byłby bardzo zadowolony z tego turnieju. Lubił taki futbol bez komercji. Był przeciwnikiem Ligi Mistrzów w obecnym kształcie, denerwowało go, że w LM bez kwalifikacji gra na przykład piąta drużyna ligi angielskiej. Dobrze by się tu czuł, bo sam kibicował drużynom z małych miasteczek, oglądał mecze drużyn, o których ja nigdy nawet nie słyszałem. Do tego jest grill, piwko… nie mam wątpliwości, byłby bardzo zadowolony z tego turnieju – mówił pan Adam, który cholera jasna, nawet trochę mi Pawła Zarzecznego przypominał…

***

Przyjaźnił się pan z Pawłem Zarzecznym bardzo długo, jak skrzyżowały się wasze drogi?

Pawła poznałem 20 lat temu na półfinale Miss Polski. Zaprzyjaźniliśmy się, sporo wspólnie przeżyliśmy i jak tylko dowiedziałem się, że Weszło organizuje turniej poświęcony jego pamięci, to musiałem tutaj przyjechać, żeby poczuć jego obecność i spotkać się z naszymi wspólnymi znajomymi.

Czyli połączyła was pasja do pięknych kobiet, o których Paweł miał w zwyczaju opowiadać równie często, co o futbolu.

Można tak powiedzieć. Nawet polecieliśmy wspólnie do Tunezji na finał tego turnieju Miss, co ciekawe, nawet mieszkaliśmy z misskami w jednym hotelu.

Wielu zna Pawła Zarzecznego z ekranu lub z gazet, inni mieli okazję z nim pracować, ale pan przez 20 lat zżył się z nim pewnie w sposób wyjątkowy.

Pracuję w branży księgowej i pomagałem Pawełkowi przy finansach i w księgowości. Bardzo często jeździliśmy razem na mecze. Takim charakterystycznym wyjazdem, który zapadł mi w pamięć, był mecz Anglia – Polska, wówczas selekcjonerem reprezentacji był Janusz Wójcik. Spędziliśmy tam fajne dni, byliśmy blisko reprezentacji Anglii, bo odwiedziliśmy ich ośrodek przygotowawczy. Dzięki Pawłowi miałem przyjemność spotkać między innymi Davida Beckhama, Dennisa Bergkampa, Arsena Wengera i wielu innych ciekawych ludzi. Paweł znał każdego. Mogliśmy jechać do dowolnego miejsca, a i tak była duża szansa, że Pawełek miał tam kogoś, z kim mógł się spotkać przy okazji. Mieliśmy mnóstwo wspólnych wspomnień. Dlatego też tu jestem, żeby je sobie odświeżyć.

Jak pan go zapamiętał?

To była postać bardzo barwna i niekonwencjonalna. Miał swoje spostrzeżenia w każdym temacie. Znałem go bardzo blisko, więc wiem, że był świetnym i wrażliwym człowiekiem. Ktoś, kto znał go gorzej, mógł mieć o nim inne, często krzywdzące zdanie. Niektórzy traktowali to co mówi zbyt dosłownie, obrażali się, a on po prostu prowokował i obserwował reakcje. Potem wykorzystywał te obserwacje w swojej pracy. Chciał też, żeby ludzie zaczęli myśleć. On sam miał wielką wiedzę w każdej dziedzinie. Literatura, sztuka, historia. Potrafił prowadzić dyskusje na każdy temat, proszę mi wierzyć, trudno o drugą osobę, która miała tak szerokie horyzonty.

Miał też luźne podejście do pracy.

Wie pan, ja jestem koneserem piłki nożnej, oglądam piłkę od deski do deski. Naszą ekstraklasę chłonę mecz za meczem, a Paweł… on potrafił tylko zerkać i choć nie był zainteresowany jakimś meczem, to później potrafił opisać go idealnie. Zresztą jego interesowały nawet bardziej sprawy około meczowe i zakulisowe. To bywało ciekawsze niż same mecze. Znal ludzi. Prezesów, piłkarzy, działaczy. W sport lubił wplatać kulisy.

Wplatał je tak, że palił sporo mostów. Nie podlizywał się nikomu.

To prawda, kosztowało go to wiele. Jego podejście do życia to chociażby źródło licznych zwolnień z pracy, ale zawsze podchodził do tego z dystansem. Mawiał: „Jak zwalniają, to będą zatrudniać”. I faktycznie tak było, bo pracował we wszystkich kluczowych mediach w Polsce. Jak zwolniono go z jednej redakcji, to za chwilę zajmował miejsce w drugiej. Na brak zajęcia nie narzekał. Rozliczałem go jako księgowy, więc coś na ten temat wiem. Był bardzo pracowity, miał w zwyczaju pracować na kilka etatów. I nie były to dwa czy trzy etaty, a zdarzało się, że źródeł dochodu miał nawet siedem lub osiem.

***

PKS Radość uległ gościom z Londynu 3:0, a przed nami był już mecz o wszystko dla KTS-u Weszło. Po porażce z Pojemną Haliną morale były niezbyt wysokie, a rywalizacja z ekipą Wielkopolska i Przyjaciele mogła przynieść jeszcze większe rozczarowanie. Radosław Majewski, który lada moment przeniesie się do Australii kręcił piłkarzami KTS-u. Po jego asyście i bramce Błażeja Telichowskiego Wielkopolska wyszła na prowadzenie. Weszło jednak miało coś do udowodnia i wzięło się za atakowanie. Ten mecz był chyba najbardziej emocjonujący ze wszystkich turniejowych rywalizacji. Gol za gol, atak za atak i finalnie skończyło się 4:4. Co ciekawe, wszystkie bramki dla gości zdobył Błażej Telichowski, którego przecież znamy z bardziej defensywnego przysposobienia.

Na murawie zostali piłkarze Wielkopolski, którzy za chwilę mieli podjąć Pojemną Halinę. Przed nimi był mecz o zwycięstwo w grupie, a jednocześnie o awans do finału. Faworytem była oczywiście ekipa Błażeja Telichowskiego, który zresztą otworzył wynik tego spotkania, dopisując sobie piątą bramkę w całym turnieju. Pojemna Halina wspierana przez trybuny jak na kopciuszka przystało, zdołała jednak wyrównać, co pozwoliło jej awansować do finału turnieju. Niespodzianka? Z pewnością, tym bardziej że drużyna naszpikowana ligowcami musi zadowolić się tylko meczem o trzecie miejsce.

Czas na końcowe rozstrzygnięcia w Grupie A. Tam PKS Radość szukało punktów w meczu z Nocną Ligą Halową. Szukało, choć nieskutecznie. Pomimo pięknego gola z dystansu, którego sieknął piłkarz PKS-u, górą byli zawodnicy NLH, którzy zwyciężając 2:1 dali sobie szansę na wielki finał. Ostatnim krokiem w tym kierunku było starcie z Victorią Londyn, lecz finał dla Nocnej Ligi Halowej oddalał się z minuty na minutę. Ekipa PFC dominowała od pierwszej akcji. Polacy z Londynu rozpoczęli strzelanie kapitalnym golem z rzutu wolnego. Widać było, że ich wizyta w Warszawie to nie tylko wakacyjny wypad. Zawodnicy PFC rozstrzelali Nocną Ligę Halową 4:1 i z kompletem punktów w grupie awansowali do finału turnieju, w którym czekała na nich Pojemna Halina.

Faza grupowa zakończona, a na Marymoncie w najlepsze trwał piłkarski piknik. Kiełbasa niezmiennie skwierczała na ruszcie, a stadionowy barman powoli napoczynał piątą beczkę z piwem. Do końca zostały już tylko trzy mecze. Najpierw starcie o piąte miejsce: KTS Weszło vs. PKS Radość, potem o trzecie: Nocna Liga Halowa vs. Wielkopolska i Przyjaciele, a na koniec wielki finał, najlepsi z najlepszych, czyli PFC Victoria Londyn vs. Pojemna Halina.

5

Skoro jesteśmy przy najlepszych… Paweł Zarzeczny też zawsze był najlepszy. Sam się tym chwalił i robił to w interesujący sposób. Czytelnika potrafił zbesztać, aby za chwilę pochwalić samego siebie. Twierdził, że czytelnik, szczególnie ten komentujący, w większości przypadków jest zbyt głupi, aby to zrobić. Prowadził swoją grę i to on zawsze musiał rozdawać karty. Lubił brylować, prowokować i zaskakiwać.

– Napisałem też o moim wuju, lotniku z Anglii, który wysyłał mi w dzieciństwie prezenty, między innymi albumy o piłkarzach. I napisałem, a był początek zeszłego roku, przed Smoleńskiem, że gdyby wuj przysyłał mi książki o samolotach, nasze władze nie musiałyby podróżować tupolewami… Bo zostałbym najlepszym konstruktorem, zresztą każdym, kim zechciałbym, bo zawsze miałem łeb jak sklep. Zawsze byłem najlepszy – pisał Paweł Zarzeczny w jednym ze swoich felietonów.

Przyjaciel Pawła, Adam, z którym rozmawiałem przez prawie połowę turnieju długo opowiadał mi o tym, jak niezwykłą postacią był Paweł Zarzeczny. Na trybunach nie mogło zabraknąć zatem ludzi jego pokroju. Nietuzinkowych i idących swoją drogą. Spotkałem między innymi Andrzeja Bobowskiego, a w zasadzie Bobo, który jest uznawany jest za króla kibiców reprezentacji Polski. Bobo był na wszystkich mundialach od 1978 roku, zjeździł pół świata, więc nie mogło go zabraknąć także na sobotnim turnieju na Marymoncie.

– Tak… nie mogło mnie tu zabraknąć. Z Pawłem byliśmy przyjaciółmi, mam nadzieję, że mogę tak to ująć. Już w 1978 roku wspólnie wyjeżdżaliśmy do Francji na mistrzostwa świata. Paweł załatwił samochód i pojechała niezła ekipa, dziennikarze plus Bobo. Innym razem, za czasów Antoniego Piechniczka za sterami reprezentacji, byliśmy razem w Neapolu, zabraliśmy małżonki i spędziliśmy tam dwa tygodnie – wspominał Bobo, który na sobotnim turnieju pojawił się w koronie.

Mecz o przedostatnie miejsce zakończył się pogromem, do którego KTS przyzwyczaił swoich kibiców w rozgrywkach ligowych. Ekipa PKS-u Radość nie miała żadnych argumentów. Bolesny łomot 9:1 uratował honor gospodarzy. Ci, choć przegrali tylko jeden mecz, musieli zadowolić się mianem przedostatniej drużyny własnych rozgrywek. Cóż, możemy roboczo nazwać to gościnnością.

W meczu o trzecie miejsce rywalizowali piłkarze Nocnej Ligi Halowej z Wielkopolską. Ekipa Błażeja Telichowskiego podeszła do tego meczu z mocno podrażnionymi ambicjami. Byli faworytami turnieju, a do tej pory nie wygrali jeszcze żadnego meczu. Tym razem jednak wykorzystali swoje doświadczenie i dwoma ciosami powalili swoich rywali. Na listę strzelców wpisał się Bartosz Ślusarski i Fabian Pawela. 2:0 i brąz trafił do byłych ligowców.

– Mam także wspomnienia poza piłkarskie związane z Pawłem. Taka ciekawostka – ja jestem budowlańcem i nawet próbowałem Pawłowi pomóc coś tam budować, jak szykował swoją willę. Zrobiłem mu przynajmniej kosztorys, więc wiedział, na jaki wydatek musi się przygotować – opowiadał Andrzej Bobowski, wiceprezes Klubu Kibica Reprezentacji Polski. – Pawłowi by się tu spodobało. Był kontrowersyjny, ale to jego klimat, tym bardziej że można sobie piwko za darmo wypić. Paweł by nie odmówił – stwierdził z uśmiechem król kibiców, który zapowiedział, że powoli szykuje się już na MŚ w Katarze.

– Fajnie, że chłopakom chciało się tu przyjechać. Myślę, że to też ciekawe wydarzenie dla innych zawodników, którzy na co dzień kopią sobie gdzieś po niższych ligach. To na pewno wyróżnienie mierzyć się z zawodowcami. A czy zawiedli? Tak czułem, że nie będą się tu zabijać o wynik – mówił jeden z kibiców, którego spytałem o to, jak ocenia postawę Telichowskiego i spółki.

Nadszedł czas na wielki finał. Sam fakt, że Pojemna Halina zaszła tak daleko, to już ciekawa historia. Czarny koń turnieju w ostatecznym starciu mierzył się z polską emigracją, Victorią Londyn. Ostatni mecz trwał dłużej – piłkarze rozgrywali dwie połowy po 25 minut. W pierwszej zdecydowanie przeważali londyńczycy, zresztą już w 5 minucie wyszli na prowadzenie.

Szybki gol w finale zazwyczaj zabija mecz. Piłkarze zaczynają kalkulować, bronią wyniku i przez to tempo gry i emocje opadają – mówił jeden z kibiców, szukając źródeł nudy, wiejącej ze strony murawy.

Widać było, że nikt nie chce się odsłonić. Victoria przeważała, ale ciągle czegoś brakowało, aby podwyższyć przewagę. Halina kontrowała, ale też zachowując w tym rozsądek. W drugiej połowie pogromcy KTS-u z meczu otwarcia, zaczęli napierać bardziej zdecydowanie. Ich postawa, pomimo że przegrywali, utwierdzała w przekonaniu, że należy im się miano największej niespodzianki turnieju. Za Haliną murem stały także trybuny, które chciały, aby ich piękny sen spełnił się właśnie tego dnia na Marymoncie.

Do końca meczu pozostawały już tylko cztery minuty. Przy piłce PFC Victoria, powoli szykuje kolejny atak gdzieś na 30. metrze swojej połowy. Jeden z zawodników z Londynu wdaje się w bezsensowny drybling, minął jednego rywala, zatrzymał się na drugim. Strata. Pojemna Halina zaczyna wychodzić coraz większą liczbą zawodników. Szybkie podanie, jeszcze raz do boku i gol! Trybuny oszalały, oszalała też ławka rezerwowych. 1:1, a w razie remisu – rzuty karne. Wynik się utrzymał i to właśnie konkurs jedenastek miał rozstrzygnąć czyją szatnię ozdobi okazały Puchar im. Pawła Zarzecznego.

Nerwy. Czuć było gęstą atmosferę w ekipie PFC. Piłkarze byli wkurzeni, że zwycięstwo wyślizgnęło im się z rąk w decydującym momencie. Frustracja odbijała się także na skuteczności w konkursie jedenastek. To Pojemna Halina była skuteczniejsza i tym samym zwyciężyła w I historycznym Turnieju im. Pawła Zarzecznego. Cóż, Paweł mógłby wymyślić taki scenariusz. Zwyciężyła ekipa z eliminacji, która wcześniej grała głównie rolę ciekawostki.

Od ciekawostki urośli do miana mistrzów, którym trofeum wręczyła pani Małgorzata, żona śp. Pawła Zarzecznego.

Strzeliliście dużo bramek, lecz Paweł powiedziałby, że gdyby z wami grał, to strzeliłby więcej – żartowała w stylu Pawła, dziękując jednocześnie wszystkim uczestnikom i organizatorom oraz gratulując zwycięzcom.

– Tworzycie społeczność, która nie pozwoli umrzeć pamięci Pawła – dodała.

6

Turniej dobiegł końca i bez wyrzutów sumienia można powiedzieć, że nie brakowało niczego. Były klasyczne „przyrosie”, było „trałkowanie” w wykonaniu Krzysztofa Stanowskiego, były darmowe piwo i kiełba. Były piękne gole, radość, złość. Byli przyjaciele Pawła Zarzecznego, był wielki puchar i był jego w dzień w dniu jego imienin. Check lista odhaczona, do zobaczenia za rok.

A nam teraz nie pozostało nic innego jak czerpać z tego, co Paweł Zarzeczny nam zostawił. A jest to spora ilość materiału filmowego i jeszcze więcej tekstów. Oglądajmy, czytajmy i się uczmy. Aha, i o nauce Paweł potrafił pisać w typowy dla siebie sposób. Dołączam się do jego prośby.

Ponieważ nie zostało mi wiele czasu, naprawdę nie żartuję, zorientujcie się, że staram się poszerzać nasz świat kultury futbolowej, a autorytet jaki zdobyłem, także chuligaństwem słownym, pozwala mi ocenić każdego.

I każdy to rozumie, jeśli nie jest debilem.

Pycha jak zwykle przeze mnie przemawia, jasne, ale to też poszerzanie – pewności siebie, inaczej nigdy nie zdobyłbym żadnej pięknej kobiety. A zapewniam – jestem w tej dziedzinie choreografem…

Zenek wraca do domu, ktoś mu dmucha żonę… Ona dostrzega męża i mówi: Zenek, ty się nie patrz, ty się ucz!

No więc to moja prośba”.

Mateusz Majewski

Fot. własne

***

To tekst naszego czytelnika. Jeśli chcesz spróbować swoich sił, WYŚLIJ TEKST NA [email protected] Proponujemy czytelne zasady.

Po pierwsze, najlepsze teksty, które wejdą na stronę, będą wynagradzane kasą lub nagrodami okolicznościowymi.

Po drugie, odpiszemy wam na każdy tekst.

Po trzecie, najlepsze mogą liczyć na możliwie drobiazgową recenzję co wypaliło, a co warto przemyśleć, poprawić. Przy słabszych nie spodziewajcie się tysiąca uwag, ale przynajmniej zarysujemy wam największe problemy proponowanego artykułu.

Po czwarte… nie, nie będziemy wam obiecywać nie wiadomo czego, nie chcemy wieszać gruszek na wierzbie. Ale znowu: każdy z nas zaczynał w ten sposób, a jeśli pojawi się talent, którego nie będzie wypadało przegapić, to, cóż, nie będzie wypadało go przegapić.

Macie pełną dowolność: to może być wywiad, reportaż, to może być felieton, to może być nawet football fiction jeśli dobrze się w nim czujecie.

KOMENTARZE (2)