Lech unika kolejnego wpisu na liście hańby. Ale nie przekonuje nic a nic
Weszło

Lech unika kolejnego wpisu na liście hańby. Ale nie przekonuje nic a nic

Lech ogrywa Haugesund 2:0. W dwumeczu Kolejorz wygrywa 4:3. W kolejnej rundzie zagra z Utrechtem. W zasadzie gdyby relację pomeczową ograniczyć do tych trzech zwięzłych komunikatów, brzmiałaby ona dość optymistycznie. I w sumie kusiło nas, by tak właśnie zrobić, bo należeliśmy do tych, którzy ślepo uwierzyli w zorganizowane specjalnie na ten mecz przez Lecha wraz z telewizją WTK Play Pay Per View.

Ale trzeba napisać słów kilka o meczu (drugiej połowie, którą można było normalnie zobaczyć?), bo tak jak można się cieszyć z awansu, z punktów dla federacji i klubu w rankingu UEFA, z kolejnych dwóch spotkań poznaniaków w pucharach, tak styl zwycięstwa był doprawdy mało porywający. A i ofiary poniesione w drodze do europejskiej wiktorii przyprawią Nenada Bjelicę o silny ból głowy.

Przede wszystkim – z boiska z kontuzją zszedł jeszcze w pierwszej połowie Darko Jevtić. Ten, który strzelił pięknego gola na 1:0 z rzutu wolnego i jeden z tych, którzy w tym sezonie mieli stanowić o sile lechickiej ofensywy. Dziś – nie wiadomo, jak długo będzie pauzować, ale obrazek, na którym Jevtić po meczu wchodzi na boisko o kulach na pewno optymizmem nie napawa.

Jak radzili sobie jego koledzy? No średnio. Wydawać by się mogło, że mając Haugesund na widelcu, wystarczy ugryźć po raz drugi i trzeci i zamknąć kwestię awansu. Szczególnie po tym, jak Norwegowie złapali czerwoną kartkę. Lech aż do doliczonego czasu drugiej połowy wypracował sobie jednak ku temu tylko trzy naprawdę dogodne okazje, wszystkie na przestrzeni dwudziestu sekund, w 83. minucie meczu. Najpierw jednak Makuszewski idąc sam na sam z Bratveitem nie potrafił pokonać bramkarza rywali, później w jeszcze łatwiejszej sytuacji prosto w Norwega trafił Radut, a sekundy po nich z dystansu sił spróbował Situm. Znów bezskutecznie, znów strzał zatrzymał golkiper gości.

(W pierwszej połowie, szczególnie na początku podobno było lepiej, ale niestety, my i spore grono ludzi, które zapłaciło za PPV nie miało okazji tego oglądać)

W efekcie trzeba było drżeć do końca o wynik z grającym 10 na 11 rywalem. I mogło się skończyć tragicznie, bo groźny płaski strzał Stolasa, po rykoszecie, na rzut rożny sparował Putnocky. Spotkanie zostało zamknięte dopiero wtedy, gdy Słowak przytomnie uruchomił Rakelsa, który ruszył z Nickim Bille Nielsenem na jednego defensora rywali. Tego skopać się już nie dało.

Optymistycznych wniosków – poza tymi wspomnianymi w leadzie – trudno jednak dziś szukać. Bo Lech dawał się w drugiej połowie zepchnąć do obrony, bo nie wyglądał na zespół, który jest w formie jakkolwiek porównywalnej na przykład z tą z początku roku, gdy gromił kolejnych rywali po 3:0.

fot. 400mm.pl