Reklama

Igrzyska tylko z jedną polską sztangistką. „Zaorali ciężary w Polsce” 

Błażej Gołębiewski

Autor:Błażej Gołębiewski

09 lipca 2024, 13:57 • 19 min czytania 12 komentarzy

Sześć złotych, tyle samo srebrnych i 22 brązowe medale. Łącznie 34 krążki. Tyle dało nam podnoszenie ciężarów na igrzyskach w historii występów Biało-Czerwonych na najważniejszej sportowej imprezie świata. Do Paryża nie ruszy jednak żaden z naszych panów – na olimpijskim pomoście zobaczymy z orzełkiem na piersi jedynie Weronikę Zielińską, która zresztą kwalifikację wywalczyła po sporych perturbacjach. Byli zawodnicy dosadnie krytykują związek, a ten broni się i przyznaje, że widzi problem. Co tak naprawdę dzieje się z polskimi ciężarami i w jakich barwach rysuje się obecnie ich przyszłość? 

Igrzyska tylko z jedną polską sztangistką. „Zaorali ciężary w Polsce” 

Podnoszenie ciężarów w Polsce – konflikty i zapaść sportowa 

Worek medali i skandal dopingowy 

Podnoszenie ciężarów to dyscyplina, która od lat kojarzona jest ze sztangistkami i sztangistami występującymi w biało-czerwonych strojach. Szczególnie jeśli chodzi o ich starty na igrzyskach olimpijskich, z których medale przywoziliśmy już od 1956 roku. Legendarny Marian Zieliński na zawodach w Melbourne zdobył brąz i dołożył do niego jeszcze dwa krążki z tego samego kruszcu – w Tokio w 1964 i w Meksyku cztery lata później. I, jak się później okazało, był to dopiero początek sukcesów Polaków na pomostach najważniejszych międzynarodowych imprez. 

Od wspomnianego sukcesu Zielińskiego do igrzysk w Londynie w 2012 roku sztangistki i sztangiści z orzełkiem na piersi tylko raz nie przywieźli z olimpijskiego turnieju żadnego medalu – w 1984 roku. Ale były to wyjątkowe okoliczności, bo Polacy do Los Angeles nie polecieli wtedy ze względów politycznych. Państwa tzw. bloku wschodniego otwarcie zbojkotowały rywalizację w Stanach Zjednoczonych, organizując zarazem zastępcze zawody sportowe o nazwie Przyjaźń-84. To właśnie tam wystartowała reprezentacja Biało-Czerwonych, której członkowie w podnoszeniu ciężarów zdobyli trzy brązowe medale – wrócili z nimi Andrzej Piotrowski, Marek Seweryn i Robert Skolimowski. 

Skandalem zakończyły się natomiast dla polskiej sztangi igrzyska w 2016 w Rio de Janeiro. To zresztą właśnie ten rok często wskazuje się jako punkt zwrotny w podnoszeniu ciężarów nad Wisłą. Problemem okazał się doping, czyli temat często pojawiający się akurat w tej dyscyplinie. Tym razem jednak boleśnie dotknął Krzysztofa Szramiaka i braci Zielińskich, Adriana i Tomasza. Pierwszy do Brazylii nie poleciał, natomiast dwaj sztangiści z Nakła nad Notecią zostali przyłapani na dopingu już w wiosce olimpijskiej. 

Reklama

Adrian Zieliński i Szymon Kołecki

Adrian Zieliński i Szymon Kołecki w 2014 roku. Fot. Newspix

I był to największy skandal w polskim podnoszeniu ciężarów, który wyraźnie odcisnął piętno na całej dyscyplinie i środowisku. 

Wydarzenia sprzed igrzysk w Rio były na tyle doniosłe, że do dymisji podał się ówczesny prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, Szymon Kołecki. Dwukrotny medalista olimpijski (złoto w 2008, srebro w 2000 roku) był kompletnie zawiedziony zachowaniem zawodników, przepraszając za dopingową wpadkę na konferencji prasowej, na której jednocześnie ogłosił swoje odejście ze stanowiska. Dziś o prezesurze w PZPC wypowiada się w mocnych słowach, ujawniając jednocześnie ciemną stronę polskich ciężarów: 

W czasie mojej kadencji na pewno wiele rzeczy można było zrobić inaczej, w pewnych kwestiach zabrakło trochę doświadczenia, a często chciałem po prostu pomóc zbyt wielu osobom naraz. Absolutnie nie żałuję jednak tego, że odszedłem z tego stanowiska. Były to jedne z najbardziej przykrych lat mojego życia, wielu moich kolegów, trenerów czy zawodników, mocno zaczęło się obracać przeciwko mnie. Wynikało to z faktu, że nie każdemu mogłem załatwić wszystko, o co prosił, a listy takich życzeń były naprawdę długie. Często nawet mimo chęci nie byłem w stanie, nie miałem na to zgody. Doprowadziło to do tego, że ludzie, którzy byli moimi przyjaciółmi, stali się moimi wrogami – wyjawił w rozmowie z nami Kołecki. 

I nie jest to jedyny głos, który mówi o poważnym problemie w PZPC. 

Reklama

Pozorne zmiany nad grubą warstwą betonu 

Na nadchodzących igrzyskach w Paryżu Polskę w podnoszeniu ciężarów reprezentować będzie jedynie Weronika Zielińska. Uzyskanie kwalifikacji okazało się dla niej bardzo trudne, choć główną przeszkodą nie były tak naprawdę wyniki sportowe. Sztangistka nie dogadywała się z trenerem kadry, Antonim Czerniakiem, a związek w kontrowersyjnych komunikatach wyjaśniał brak powołania dla zawodniczki na mistrzostwa świata, czyli kluczową w kontekście zdobycia olimpijskiej przepustki imprezę. W rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet Zielińska w mocnych słowach oceniała działaczy, mówiąc o „kolesiostwie”. 

Taki problem w strukturach PZPC dostrzega również były już reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów, zdobywca srebrnego medalu na igrzyskach w Londynie w 2012 i mistrz Europy z 2015 roku, Bartłomiej Bonk: 

Skończyłem karierę w 2016 roku i wtedy też zawsze były jakieś konflikty. W związku pozostają do dziś ci sami działacze. Zmieniają się jakieś pojedyncze stanowiska i to rzadko, mają jakąś jedną myśl, ale nie jest wypracowana i omówiona wspólnie, a potem to się okazuje klapą. Przykładem jest pan Piotr Wysocki, który został trenerem kadry, no i tę kadrę pogrążył. Najpierw zaorali ciężary w Bydgoszczy, a potem zaorali ciężary w Polsce. Środowisko widzi, środowisko jest skłócone, ale ci, którzy są u władzy… wydaje mi się, że nie mają chęci czy odwagi, żeby tych wszystkich ludzi pogodzić. A jest w tym sporcie dużo pasjonatów mogących działać dla dobra polskiej sztangi. Zamiast tego mamy indywidualności w związku, każdy ciągnie w swoją stronę, pojawiają się nieporozumienia, kłótnie, no i też brak wyników. Zawodnicy się zmieniają, a działacze zostają – i to jest gangrena dzisiejszego podnoszenia ciężarów – dosadnie ocenił sytuację w polskich ciężarach Bonk. 

Bartłomiej Bonk

Bartłomiej Bonk na igrzyskach olimpijskich w Rio w 2016 roku. Fot. Newspix

Kiedy w 2016 roku po skandalu dopingowym do dymisji podawał się Szymon Kołecki, jeszcze jako prezes PZPC w wywiadach podkreślał, że w celu oczyszczenia sytuacji wraz z nim odejść powinno przynajmniej kilku działaczy. Po ośmiu latach od tamtych słów okazuje się, że do tego nie doszło, a nazwiska, które miał na myśli mistrz olimpijski z Pekinu, pozostają kluczowymi figurami w kontekście zarządzania polskimi ciężarami. Potwierdził to wprost Kołecki, zapytany przez nas o to, czy wraz z nim ze swoich stanowisk ustąpili też działacze, którym wówczas zasugerował takie rozwiązanie: – Nie, te osoby pozostały w związku. Nadal funkcjonują i mają bardzo ważny głos w środowisku podnoszenia ciężarów, są do dziś ich istotnym elementem. Niestety – powiedział były prezes PZPC. 

Nie był on jedynym byłym zawodnikiem, który chciał dokonać rewolucyjnych zmian przy polskiej sztandze. Bartłomiej Bonk również walczył o polepszenie sytuacji, będąc krótko po zakończeniu kariery sportowej członkiem Prezydium Zarządu PZPC. Jak jednak ujawnił w rozmowie z nami, przeforsowanie nowych pomysłów w związku jest zadaniem niezwykle trudnym, a wręcz niemożliwym:

Jeżeli zawodnik odnosi sukcesy i potem chce sam zostać działaczem, ma wiedzę, plan i chęci, to związek mu dziękuje, bo się boi. Zwłaszcza to starsze środowisko w ciężarach, które chce zostać przy tym, co ma i z czego żyje. Ci ludzie po prostu boją się o swoje tyłki, że ktoś mógłby ich wygryźć. Problem jest też ze szkoleniowcami, bo często oni wiedzą najlepiej i koniec. Ja akurat miałem jako jeden z nielicznych zawodników piękny warsztat, bo przygotowywałem się u wybitnych trenerów: Jacka Chruściewicza, Zygmunta Smalcerza, Stefana Polaczuka czy Ryszarda Szewczyka, którzy, dysponując ogromną wiedzą, potrafili ją przede wszystkim przekazać. Tymczasem od pewnego czasu w związku funkcjonuje zasada – jeden trener, jedna myśl szkoleniowa, tylko on ma rację, nikogo innego nie chce słuchać, bo przecież jest najmądrzejszy. Tylko jakoś po wynikach tego nie widać – zakończył Bonk.

Problem z komunikacją między trenerami kadrowymi a klubowymi to zresztą kolejny kamyk wrzucany do związkowego ogródka. Temat ten nie jest nowością, bo przebijał się m.in. przy wspomnianym skandalu dopingowym. Dwóch jego uczestników, Tomasz Zieliński i Krzysztof Szramiak, nie chciało brać udziału w szkoleniu na szczeblu centralnym, o czym informował wówczas Szymon Kołecki.

Był to również główny powód afery z Weroniką Zielińską. 

Kłopotliwe trenowanie w kadrze 

Konflikt naszej olimpijki z Antonim Czerniakiem odbił się szerokim echem w mediach. Mistrzyni Europy i wielokrotna mistrzyni Polski seniorek w kategorii 81 kg nie szczędziła gorzkich słów pod adresem szkoleniowca, który miał nie tylko negatywnie oceniać jej poziom sportowy, ale też krytykować warsztat dr Pauliny Szyszki, czyli trenerki sztangistki z klubu AZS AWF Biała Podlaska. Reagował na to związek, publikując oświadczenia, na które odpowiadała Zielińska. Ostatecznie obie strony doszły do porozumienia, a zawodniczka mogła wystartować na mistrzostwach świata w Rijadzie. Imprezie, która w regulaminie kwalifikacji olimpijskich wymieniana jest jako obowiązkowa. I to właśnie m.in. dzięki dobrej, szóstej lokacie sztangistki na turnieju w stolicy Arabii Saudyjskiej, Polska będzie obecna na pomoście igrzysk w Paryżu.


Zapytaliśmy Weronikę Zielińską, czy poprzez zmianę decyzji PZPC i uzyskanie konsensusu w kontekście wyjazdu na mistrzostwa świata, poprawiły się jej relacje z trenerem kadry, Antonim Czerniakiem: 

Nie, nie poprawiły się. Co więcej, nie liczę na to, że się poprawią i nie chcę, żeby się poprawiły. Dawałam już szansę wielokrotnie, kolejnej nie będzie. Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic do czynienia. Czy usłyszałam jakieś słowa od trenera? Bezpośrednio nie. Ale w towarzystwie mojej trenerki  chyba to było skierowane do niej powiedział, że w sumie to dobrze, że rzucał nam kłody pod nogi, bo to nas mobilizowało i inaczej nie zdobyłybyśmy kwalifikacji. Po ostatniej mojej wygranej na mistrzostwach Polski gratulował mi, chciał też porozmawiać nie mam pojęcia o czym, bo spieszyłam się na wywiad i kontrolę antydopingową. Pozwólcie, że nie będę więcej tego komentować, nie teraz, nie przed igrzyskami. Teraz potrzebuję spokoju, a myśl i rozmowy o tym człowieku wzbudzają we mnie wiele negatywnych emocji – mówi o skomplikowanej relacji ze szkoleniowcem Zielińska. 

Nie jest to jedyna sytuacja w historii polskich ciężarów, kiedy zawodniczka czy zawodnik nie dogadują się z trenerem kadry. Bartłomiej Bonk otwarcie krytykuje Piotra Wysockiego, a przed wieloma laty Szymon Kołecki – jeszcze jako czynny sztangista i reprezentant kraju – nie chciał współpracować z Mirosławem Chorosiem. 

– Przeszkadzało mi wtedy po prostu, że z funkcji trenera odnowy biologicznej, bez ani jednego dnia praktyki, został trenerem kadry narodowej. I to zawodników, którzy byli bardzo dobrzy, niektórzy stanowili światową czołówkę. Natomiast dzisiaj mogę mówić o nim trochę inaczej, bo z pewnością przez tych 20 lat nabrał doświadczenia, a poza tym i tak nie ma już za bardzo z kim w tej kadrze pracować. Ten poziom, który mamy teraz, względem tego, z którym trener Choroś miał się wtedy mierzyć, to nie jest coś, co można jeszcze jakoś szczególnie zepsuć – powiedział nam Kołecki, nie gryząc się przy tym w język. 

Wspomniany Mirosław Choroś obecnie zajmuje w PZPC posadę kierownika wyszkolenia. Stanowisko objął niedawno, bo wyznaczono go do tej roli dopiero pod koniec kwietnia tego roku. Miał więc niewiele czasu na wprowadzenie zmian, ale zapowiedział je w rozmowie z nami. Jeśli spodziewacie się w tym miejscu niezwykłej rewolucji cóż, będziecie zawiedzeni. Związek po prostu doszedł do wniosków, które od lat były oczywiste. Lepiej późno niż wcale, ale umówmy się szczególnie odkrywcze to nie jest: 

Postawiliśmy już diagnozę, jeśli chodzi o ten problem. Powstaje on na linii współpracy między trenerem kadry, a trenerem klubowym. W mojej ocenie w ostatnim okresie często niestety brakowało porozumienia. Zawodnik musi tymczasem iść jednym tokiem szkolenia, a to, co jest wykonywane w klubie, powinno być kontynuowane w kadrze. Należy w tym zakresie zachować ciągłość, co wymaga właśnie odpowiedniej komunikacji. Trener powinien wiedzieć, jak dokładnie przebiegały przygotowania w klubie, by następnie na tej podstawie kontynuować szkolenie w kadrze. Jeśli takiego porozumienia nie ma, to logiczne jest, że zawodnicy wybierają tok indywidualny, bo po prostu tak czują się lepiej i pewniej, realizując wcześniej ustalone założenia. Wprowadzając zmiany, będziemy tego pilnować, żeby od początku do końca treningi odbywały się jednym, zgodnym planem – wyjaśnił Choroś. 

Czyli zmiany mają być wprowadzone dopiero w momencie, gdy podnoszenie ciężarów w Polsce znalazło się w opłakanym stanie. 

Indywidualny tok szkolenia – zło czy ratunek? 

Palącą kwestią w kontekście występów sztangistów na igrzyskach stało się przygotowywanie we własnym zakresie do najważniejszych imprez międzynarodowych. I znów jest to problem, który przewija się od dawna w polskich ciężarach. Niekiedy zawodniczki i zawodnicy nie chcą korzystać ze szkolenia na szczeblu centralnym, znacznie wyżej ceniąc sobie współpracę z trenerami klubowymi czy własnym sztabem. Tak było w przypadku wspomnianych wcześniej braci Zielińskich, Szramiaka i Arsena Kasabijewa, którzy przed igrzyskami w Rio przestali przyjeżdżać na zgrupowania. Opowiadał nam o tym Szymon Kołecki w wywiadzie udzielonym w 2017 roku:

Nie szkolili się w kadrze, unikali zgrupowań, mieli swoją koncepcję szkolenia. Młody Zieliński nie realizował programu. Nie jeździł na zgrupowania. Szkolił się głównie w Bydgoszczy i Grudziądzu, w jednostce wojskowej. Jego trener i trener klubowy chcieli udowodnić, że ich metody są lepsze niż trenera kadry i odciągali zawodników od reprezentacji. W styczniu na zgrupowaniu trener Śliwiński poprosił, żeby do braci Zielińskich przyjechali jeszcze Krzysztof Szramiak i Arsen Kasabijew. Nie zorientowałem się, na co się zanosi, więc wyraziłem zgodę. Potem trener Śliwiński próbował oderwać tę czwórkę od reprezentacji. Były cztery miejsca na igrzyska, przypuszczam, że sobie wymyśli, że on ich przygotuje poza kadrą, sobie tylko znanymi metodami. Skończyło się tak, że wszyscy czterej zostali zawieszeni za doping – opowiadał wówczas Kołecki. Finalnie jako prezes PZPC zdecydował się na usunięcie z kadry olimpijskiej Szramiaka i Tomasza Zielińskiego.

CZYTAJ TEŻ: KOŁECKI: KOKSIARZOM NALEŻY DOWALIĆ WIELKĄ KARĘ I WYSŁAĆ DO NICH KOMORNIKA!

Jak zareagował na to zarząd związku? Uchylił jego decyzję, przywracając obu do reprezentacji. I skończyło się największym skandalem w polskim podnoszeniu ciężarów.

Wspomniana czwórka sztangistów wyraźnie nie kwapiła się do treningów na zgrupowaniach kadry. Inaczej sytuacja wyglądała w przypadku Zielińskiej, która się na nich pojawiała, a gdy nie była w stanie, próbowała porozumieć się ze związkiem. W zeszłym roku opublikowała oświadczenie na Facebooku, informując w nim o postępowaniu PZPC: – Od razu po powrocie z ME dostałam pismo do podpisania, z groźbą, że jeżeli tego nie podpiszę, wylatuję z kadry. Na założenia i to pismo odpisałam oficjalnym pismem i od 12 maja do teraz nie dostałam żadnej odpowiedzi z Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów – napisała na swoim profilu sztangistka.

A miała kilka powodów, by wraz z działaczami ustalić tok indywidualny przygotowań. Po pierwsze, bo jej się to po prostu należało ze względu na wyniki sportowe – przede wszystkim jako wielokrotnej mistrzyni i rekordzistce Polski. Po drugie, bo zdecydowała się prowadzić karierę dwutorowo i oprócz regularnych treningów postanowiła napisać rozprawę doktorską (co przecież dla PZPC powinno być bardzo ważne, bo daje szansę na pozyskanie w przyszłości świetnie wyszkolonej trenerki, a w najbliższym czasie zawodniczki lepiej rozumiejącej niuanse dyscypliny). I wreszcie po trzecie, bo kolidowało to z jej startami (w tym na Akademickich Mistrzostwach Polski) i koniecznością oceny stanu zdrowia po nich. Wydaje się zatem, że wystarczyło wysłuchać zawodniczki, a ponadto skonsultować się nie tylko z nią, ale głównie z jej sztabem szkoleniowym, by ustalić odpowiednie warunki przygotowania do kluczowych imprez i połączenia tego ze zgrupowaniami kadry. Tak się jednak nie stało.

Weronika Zielińska-Stubińska

Weronika Zielińska ze złotym medalem mistrzostw Europy w Sofii, 2024. Fot. Facebook.com Weronika Zielińska – Weightlifting Athlete

I kiedy Zielińska z roku na rok umacniała się na pozycji najlepszej polskiej sztangistki, notowała widoczny progres (2020 to 222 kg w dwuboju, 2021 – 225 kg, 2022 – 229 kg, a 2023 – 236 kg), dodatkowo kształcąc się w Szkole Doktorskiej warszawskiego AWF-u, to zdecydowano się w związku, by… nie zgłaszać jej na mistrzostwa świata, a przecież to głównie na nich trzeba było wystartować, by w ogóle liczyć się w walce o kwalifikację olimpijską. Finalnie zawodniczka i jej sztab spotkali się w siedzibie PZPC z jego władzami, ustalono nowy plan i powołano Polkę na imprezę w Rijadzie. Stało się tak jednak dopiero po nagłośnieniu sprawy.

Uważam, że w związku powinno się zmienić to, że to zawodnik powinien być na pierwszym miejscu, a niekoniecznie tak jest, co można było zauważyć po mojej sytuacji sprzed roku. Zawodnicy na poziomie międzynarodowym, osiągający najlepsze wyniki, powinni być bardziej doceniani i należy słuchać ich próśb, przede wszystkim rozmawiać i spróbować znaleźć jakiś złoty środek – uważa mistrzyni Europy. Dodaje też, że jej przygotowania do igrzysk przebiegają właściwie, ale także i w tej kwestii pojawiły się problemy, które musiała rozwiązywać bez pomocy z zewnątrz, a jedynie z własnym sztabem szkoleniowym.

Jest dobrze, nie narzekam. Nie chcę złotych gór i gwiazdki z nieba, chcę po prostu godnych warunków i wynagrodzenia adekwatnego do osiągnięć, na ten moment niczego mi nie brakuje, może czasem poza spokojem. Natomiast uważam, że powinnam mieć bardziej dogodne i spokojniejsze warunki w całym okresie kwalifikacji po uzyskaniu najlepszego miejsca z całej reprezentacji na mistrzostwach świata, ale teraz to już jest bez znaczenia. Poradziłyśmy sobie z trenerką i to najważniejsze – powiedziała jedyna Polka, która stanie do rywalizacji na olimpijskim pomoście w Paryżu.

Podsumujmy więc: kiedy zawodnicy bez większego wytłumaczenia olewają treningi w kadrze olimpijskiej i istnieje spore ryzyko, że przygotowania na własną rękę skończą się wpadką dopingową, zarząd PZPC wbrew woli prezesa przywraca ich do reprezentacji, by ostatecznie dostać mokrą szmatą w twarz i zaliczyć największy skandal w polskich ciężarach. A kiedy świetnie rokująca sztangistka, wielokrotna mistrzyni Polski, chce ze związkiem ustalić dokładny harmonogram współpracy w indywidualnym toku przygotowań, tłumacząc potrzebę takiego rozwiązania w jasny i zrozumiały sposób, to działacze bez słowa nie zgłaszają jej na mistrzostwa świata, przybliżając dyscyplinę do gigantycznego blamażu – całkowitego braku Polaków na olimpijskim pomoście w Paryżu. I ostatecznie okazuje się jednak, że wypracowanie kompromisu nie jest takie trudne, ale niezbędne było doprowadzenie do afery na cały kraj, którą wywołał krzyk rozpaczy Zielińskiej.

Czy to wszystko brzmi absurdalnie? Tak. Czy dziwaczne decyzje zarządu PZPC da się wytłumaczyć w sposób logiczny? Nie za bardzo. A patrząc na to wszystko totalnie z boku, nawet osoby niezwiązane z podnoszeniem ciężarów są w stanie dojść do wniosku, że w tych oparach, a właściwie gęstych chmurach absurdu, trudno o wykształcenie kolejnych mistrzów olimpijskich.

Światełko w tunelu? 

To właśnie podtrzymanie dobrego poziomu sportowego wśród biało-czerwonych sztangistek i sztangistów powinno być dla związkowych działaczy priorytetem. Ale Bartłomiej Bonk również i w tej kwestii widzi błędy PZPC – przede wszystkim wskazując na kłopotliwe przejście młodzieży do etapu seniorskiego. 

Z roku na rok, jeśli chodzi o juniorów, to mamy sukcesy. Później się dzieje coś złego, bo te utalentowane dzieciaki nie są najwyraźniej właściwie prowadzone. Związek chyba nie stara się objąć ich jakąś specjalną opieką, żeby zagwarantować im normalny, spokojny rozwój przy wejściu w dorosłe ciężary. Przez te zaniedbania potem zawodniczki i zawodnicy w wieku od 20 do 23 lat stają przed wyborem – iść do normalnej, stabilnej pracy i zarabiać pieniądze, czy zaryzykować i zostać przy sztandze, gdzie nie ma takiej pewności. Ja o te stypendia musiałem bardzo walczyć. Kiedy zdarzył się rok, że nie miałem startu na arenie międzynarodowej, to nie było też już tego wsparcia. Przed igrzyskami musiałem sam sobie kupować koszulki, dopiero potem związek mi zwrócił za nie pieniądze. Nie ma ponadto sponsorów, ludzi, którzy by się zaangażowali, którzy by lobbowali za tym sportem. A działacze, zamiast pracować i robić coś sensownego, doprowadzają do tego, że dyscyplina zamiast się rozwijać, to wręcz się zwija – mocno ocenia sytuację Bonk. 

W rozwoju polskiej sztangi nie pomogły też według Szymona Kołeckiego skandale związane z igrzyskami w Rio: Sportowo mamy zapaść w tej dyscyplinie. Trudno mi powiedzieć, gdzie obecnie popełniono największe błędy, natomiast z pewnością ważnym momentem były liczne wpadki dopingowe w 2016 roku, które w praktyce doprowadziły do upadku kadry narodowej seniorów – ocenia obecną sytuację Kołecki. 

Ale widać też światełko w tunelu, które pojawiło się właśnie dzięki najmłodszym ciężarowcom. Mimo trudnego okresu w kontekście nadchodzących igrzysk w Paryżu, Mirosław Choroś wierzy, że przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach. 

Straciliśmy jedną, może nawet dwie generacje sztangistów i robimy wszystko, żeby nie stracić kolejnej. Do następnych igrzysk mamy cztery lata, czeka nas ciężka praca. Talentów w polskich ciężarach nie brakuje, dlatego z optymizmem patrzymy w przyszłość i wierzymy, że przy kolejnej imprezie olimpijskiej będziemy już w innej sytuacji. Odbywają się mistrzostwa świata czy Europy juniorów i zawsze z takich turniejów przywozimy medale. W tych kategoriach wiekowych mamy dobrych zawodników, trzeba tylko odpowiednio zaplanować proces szkolenia i zadbać o to, żeby w karierach seniorskich ten poziom się utrzymywał – mówi kierownik wyszkolenia w PZPC.

I rzeczywiście, na niektórych reprezentantów można patrzeć z ogromną nadzieją. To przede wszystkim Dawid Lisiak, czyli medalista tegorocznych MŚ U-17 (brąz) i ME U-17 (złoto w kat. 81 kg) w Salonikach, które zresztą okazały się dla młodych sztangistek i sztangistów z Polski owocnym turniejem. Krążki z imprezy za wyniki w dwuboju przywieźli bowiem również: Julia Machniewska (złoto U-17 w kat. 81 kg), Julia Wałęsa (srebro U-17 w kat. 40 kg), Oliwier Jabkiewicz (srebro U-17 w kat. 102 kg), Iga Burda (brąz U-17 w kat. 71 kg), Maciej Tomaszewski (brąz U-17 w kat. 61 kg), Sebastian Grzymała (brąz U-15 w kat. 73 kg) oraz Rafał Łobejko (brąz U-15 w kat. 102 kg).

Również Weronika Zielińska ma nadzieję na lepsze jutro przy polskiej sztandze, mimo kuriozalnych decyzji ze strony związku, które bezpośrednio zagroziły jej karierze.

Nie chciałabym mówić o zapaści polskich ciężarów, a raczej z dużym optymizmem mówić o dołku, z którego można wyjść, tylko trzeba chcieć. Chcieć, żeby polskie ciężary wróciły na wyższy poziom i liczyły się na pomostach międzynarodowych rangi seniorskiej, bo to też kluczowa kwestia. Mamy dużo młodych zawodników, którzy przywożą nam medale z kluczowych imprez, ale jeszcze trzeba zadbać, żeby ci zawodnicy dotrwali do wieku seniorskiego  tutaj pojawiają się schody i wyzwanie. Wyzwanie, do którego potrzeba współpracy a nie walki, wyjścia poza schematy, korzystania z nauki, nowych technologii, komunikacji, szerszej perspektywy i przede wszystkim nadążania za wymaganiami, które stawia nam sport w obecnych czasach. Nie jest to proste, ale jak widać po mnie i mojej trenerce da się. Stale się rozwijamy i jedziemy na igrzyska, mimo walki i kłód, jakie nam rzucano pod nogi. Ale składa się na to wiele czynników, które trzeba w umiejętny sposób połączyć – podkreśliła Zielińska. 

Weronika Zielińska-Stubińska

Weronika Zielińska. Fot. Facebook.com Weronika Zielińska – Weightlifting Athlete

I faktycznie, mistrzyni Europy z tegorocznych zawodów w Sofii jest dobrym przykładem, jeśli chodzi o nadzieję w polskich ciężarach. A patrząc na ostatnie turnieje organizowane w Ciechanowie (mistrzostwa Polski seniorek i seniorów) czy Biłgoraju (XXX Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w Sportach Letnich), widać, że młodych sztangistek i sztangistów nie brakuje. Czy jednak PZPC we właściwy sposób zadba o ich rozwój i uniknie kolejnych afer? Próbowaliśmy się tego dowiedzieć od obecnego prezesa, Waldemara Gospodarka, ale po umówieniu się na rozmowę, przestał odbierać od nas telefony i nie odpisał na wysłane wiadomości.

Dyscyplina, która przyniosła Polsce masę medali olimpijskich, kolejny raz przeżywa kryzys związany bezpośrednio z podejmowanymi przez zarząd związku niezrozumiałymi decyzjami. Szczęśliwie udało się jednak uniknąć kompletnego blamażu, czyli sytuacji, w której na pomoście w Paryżu zabrakłoby Biało-Czerwonych. Choć pojedzie tam tylko Weronika Zielińska, która po medialnej burzy została niedawno mistrzynią Polski seniorek piąty raz w swojej karierze, a teraz intensywnie trenuje przed igrzyskami: 

– To spełnienie marzeń. Stres jest i myślę, że będzie do samego startu, może jeszcze i nawet większy niż teraz. Pracujemy z psychologiem nad przygotowaniem mentalnym i panowaniem nad napięciem, presją i koncentracją. Uratowałam honor polskich ciężarów – z jednej strony to fajne określenie, schlebiające mojej osobie, ale z drugiej irytujące, biorąc pod uwagę, że jeszcze rok temu miałam w ogóle nie mieć szansy walki o tę kwalifikację. Bardzo się cieszę, że jadę na igrzyska, ale też jest mi trochę przykro, że polskie ciężary są w słabym stanie i nikt z innych zawodniczek czy zawodników nie wystąpi ze mną w Paryżu – powiedziała nam Zielińska. 

I to właśnie za nią będą trzymać kciuki polscy miłośnicy podnoszenia ciężarów, którzy mają jednak prawo czuć się zawiedzeni. Zagadką pozostaje, jak długo będzie trwało to rozczarowanie i czy uda się zmazać tegoroczną plamę na kolejnych igrzyskach olimpijskich.

A także to, czy uda się wreszcie skruszyć związkowy beton.

BŁAŻEJ GOŁĘBIEWSKI 

Fot. Newspix.pl 

Czytaj też:

Uwielbia boks, choć ostatni raz na poważnie bił się w podstawówce (i wygrał!). Pisanie o inseminacji krów i maszynach CNC zamienił na dziennikarstwo, co było jego marzeniem od czasów studenckich. Kiedyś notorycznie wyżywał się na gokartach, ale w samochodzie przestrzega przepisów, będąc nudziarzem za kierownicą. Zachował jednak miłość do sportów motorowych, a największą słabość ma do ich królowej – Formuły 1. Kocha też Real Madryt, mimo że pierwszą koszulką piłkarską, którą przywdział w życiu, był trykot Borussii Dortmund z Matthiasem Sammerem na plecach.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Patryk Fabisiak
8
Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Igrzyska

Ekstraklasa

Debiutant mistrzem kraju, drugoligowiec zdobywcą pucharu. Czy to się może dobrze skończyć?

AbsurDB
16
Debiutant mistrzem kraju, drugoligowiec zdobywcą pucharu. Czy to się może dobrze skończyć?
Ekstraklasa

Trudne zadanie Stali. Utrzymać się w dobie kryzysu i to raczej nie finansowego

Patryk Fabisiak
7
Trudne zadanie Stali. Utrzymać się w dobie kryzysu i to raczej nie finansowego

Komentarze

12 komentarzy

Loading...