Reklama

Nic lepszego niż gol Pedro w ten weekend nie zobaczycie

redakcja

Autor:redakcja

21 października 2017, 18:25 • 4 min czytania 8 komentarzy

Rozochocił swoich partnerów – ale i rywali – tak, że później doczekaliśmy się jeszcze przynajmniej kilku prób powtórzenia jego wyczynu. Jednak umówmy się – to, jak idealnie nogę do piłki przyłożył Pedro, jak perfekcyjną nadał jej rotację, jak wypieścił każdy centymetr jej lotu, było nie do zreplikowania. Bramki takie jak ta Hiszpana w meczu z Watfordem nie padają ani raz na dziesięć, ani na sto, ani na dwieście meczów.

Nic lepszego niż gol Pedro w ten weekend nie zobaczycie

Przez moment znów poczuliśmy się jak małe dzieci w dniu urodzin, gdy rodzice pozwalali nam zjeść nie tylko swój, ale na dokładkę ich deser przed obiadem. Bo nie musieliśmy długo czekać, wykazywać się nie wiadomo jaką cierpliwością i siłą ducha, by zapracować sobie na takie cudo w ostatnich minutach ostatniego meczu dnia. Nie, Pedro nie potrzebował nawet kwadransa, by wprawić w zachwyt każdego bez wyjątku – i na stadionie, i przed telewizorem.

Można oczywiście dosypywać dziegciu do tej beczki miodu i mówić o tym, że rzut rożny Chelsea, chwilę po którym bramka padła, nie powinien zostać podyktowany. Że wątpliwości realizator miał także odnośnie tego, czy Eden Hazard przypadkiem już po wykonaniu stałego fragmentu gry nie faulował rywala w ataku. Anglicy z pewnością w swoich odpowiednikach naszej niewydrukowanej tabeli pokuszą się zresztą o uwzględnienie tych pomyłek arbitrów, ale nikt już tego, co zobaczyliśmy, ani nam, ani szczęśliwcom obecnym na stadionie, nie odbierze.

Jak się okazało, perfekcyjny strzał Pedro, ale też początkowe natarcia Watfordu – na czele z atakiem, w którym Szerszenie wymieniły 29 podań – to był znak, jak znakomite widowisko czeka na nas już w pierwszym kontakcie z sobotnią Premier League. Wszystko, co mogło się w tym spotkaniu zdarzyć – zdarzyło się. Chelsea wychodziła na prowadzenie, Watford także. Chelsea wyrównywała stan meczu, Watfordowi także udało się tego dokonać. Każda bramka, aż do tej na 4:2 w doliczonym czasie, zmieniała jednocześnie kierunek wyniku, każda nakręcała tempo mających po niej nastąpić wydarzeń.

Reklama

Najmocniej – po tym jak Watford wyrównał tuż przed przerwą. Na drugą połowę Szerszenie wyszły tak, jak na ich przydomek przystało. Wściekłe, poszukujące okazji, by boleśnie rywala użądlić. Miały ku temu trzy okazje, miały też pecha, bo w dwóch z nich za wykończenie zabierał się Richarlison. Brazylijczyk popisał się perfekcyjną asystą do Pereyry przy golu na 2:1, ale tuż przed i tuż po tym trafieniu marnotrawił setki, których nie przystaje przestrzelać komukolwiek zarabiającemu na chleb kopaniem piłki.

 Te trzy gongi – gol i dwie setki Brazylijczyka, obudziły wreszcie Chelsea na dobre. The Blues już nie dali Watfordowi wjeżdżać w swoją obronę jak przez otwarte bramki na autostradzie, za to zaczęli sobie coraz lepiej poczynać w ataku. Otrząsnął się nawet Tiemoue Bakayoko, który do tej pory grał po prostu fatalnie (od jego straty zaczęła się akcja bramkowa na 2:1 dla Watfordu), a który ostatecznie zanotował otwierające podanie do Batshuayi’a przy ostatniej z bramek. Mistrz Anglii wreszcie wyglądał jak mistrz Anglii, głównie za sprawą Pedro, autora asysty przy wyrównującej bramce, a także wprowadzonego za bezbarwnego Moratę Batshuayi’a, który zapakował na 3:2 i 4:2. W sytuacjach raczej prostych, ale – co najlepiej pokazał Richarlison – takich, które mimo wszystko da się zmarnować.

Antonio Conte mógł więc szaleć z radości po końcowym gwizdku, choć wcześniej miał bardzo wiele powodów do wariowania ze złości. Bo choć Chelsea ostatecznie wygrała, to ekipa Marco Silvy znów zagrała świetne spotkanie, znów prezentując przy tym piekielnie atrakcyjne, ofensywne nastawienie. I gdyby nie pudła Richarlisona, mogła zostać za to na Stamford Bridge naprawdę sowicie wynagrodzona.

***

Wcale nie mniejsze ciężary – choć z zupełnie innych powodów – miał dziś Manchester City. Kto śledzi uważnie ligę angielską ten wie, że Burnley Seana Dyche’a w tym sezonie broni niemal perfekcyjnie. Że defensywa dowodzona przez Tarkowskiego spisuje się świetnie i choć ekipa z Turf Moor nie zaskakuje może mnogością rozwiązań w ataku, to z imponującą regularnością ciuła punkty.

Reklama

By The Citizens mogli otworzyć wynik, musieli dostać kontrowersyjny rzut karny po rzekomym faulu Pope’a na Bernardo Silvie. Do strzału z wapna Aguero, który dał prowadzenie, ale także przez długie minuty już po otwarciu wyniku, Manchester City pozostawał bez choćby jednego celnego strzału. Burnley broniło się twardo, broniło się dzielnie, wyczekując na jedną, jedyną sytuację, która może dać nieoczekiwane punkty na Etihad Stadium.

Nie doczekało się nawet na celne uderzenie. Te zaczął zaś w końcówce kompletować jedno za drugim Manchester City. Dwa z nich – Otamendiego po rzucie rożnym i Sane po genialnym rozegraniu Aguero z De Bruynem i perfekcyjnej asyście Belga – dały kolejne trafienia, które pozwoliły Pepowi Guardioli wreszcie odetchnąć pełną piersią. Tym głębiej i z tym większą satysfakcją, że w tym samym czasie swój mecz z Huddersfield sensacyjnie przegrał Manchester United. Którego symptomy słabszej gry mieliśmy już zresztą i z Liverpoolem w lidze, i z Benfiką w Champions League, ale dopiero dziś przyniosły naprawdę wymierne szkody.

***

Komplet wyników meczów z 13:30 i 16:00:

Chelsea – Watford 4:2
Huddersfield – Manchester United 2:1
Manchester City – Burnley 3:0
Newcastle – Crystal Palace 1:0
Stoke – Bournemouth 1:2
Swansea – Leicester 1:2

Najnowsze

Komentarze

8 komentarzy

Loading...