Zbierając wczoraj nieziemski oklep przy Łazienkowskiej, Legia stała się dziewiątą drużyną, która fazę grupową Champions League zaczęła od porażki różnicą co najmniej pięciu bramek. Prześledziliśmy więc wszystkie te starty na dość specyficzną „piątkę z plusem”, by sprawdzić, jakiego finału doczekała się każda z tak fatalnie rozpoczętych przygód. Wszystkie, oczywiście poza tymi, które miały miejsce we wtorek, bo historie Rostowa i Celtiku tak jak i Legii dopiero się napiszą. 

Uciekając przed rekordem BATE. Jak może skończyć się ta przygoda?

2014/2015 – BATE Borysów (0:6 na wyjeździe z FC Porto)

Absolutni rekordziści. Nikt nigdy wcześniej nie stracił w jednej fazie grupowej 24 bramek, a BATE – również dzięki takiemu a nie innemu startowi – udało się pobić wszelkie rekordy i o dwa trafienia wyprzedzić Dinamo z sezonu 11/12 i Nordsjaelland 12/13.

Zaczęło się, podobnie jak w przypadku Legii, od 0:6. Z tym, że nie domowego, a wyjazdowego w meczu, w którym Yacine Brahimi zaliczył najprawdopodobniej pierwszego i jak dotąd wciąż jedynego hat-tricka w swojej karierze.

Legia jest na dobrej drodze, by ich rekord wyrównać, a może nawet pobić, z wielu względów. Po pierwsze – BATE zaczęło od batów na wyjeździe, a Legia szóstkę przyjęła już u siebie. Po drugie – rywalami Białorusinów w grupie śmiechu (nazywanej też grupą, którą wszyscy w Europie poza kibicami tych czterech klubów mieli w dupie) było Porto, Bilbao i Szachtar, podczas gdy Legia zagra jeszcze dwa mecze z Realem, dwa ze Sportingiem i na wyjeździe ze swoimi wczorajszymi oprawcami. Jakkolwiek spojrzeć – jest potencjał na rekord.

Na koniec fazy grupowej: 4. miejsce, 1 zwycięstwo, 0 remisów, 5 porażek; bramki: 2:24

*

2013/2014 – Galatasaray (1:6 u siebie z Realem Madryt)

Zaczęło się fatalnie, a skończyło… skończyło się meczem na śniegu, przekładanym z wtorku na środę, na godzinę 14:00, w którym Galata eliminowała z Ligi Mistrzów Juventus, samemu w osobie kilku przedstawicieli wygodnie zajmując dwa dni później miejsce na sali w Nyonie, gdzie losowane były pary 1/8 finału.

Mecz Galaty z Realem miał jednak zupełnie inny przebieg od tego, jakie mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać wczoraj. Tak jak Borussia od pierwszej minuty nie pozostawiła złudzeń, że jest o siedemdziesiąt osiem klas lepsza, tak Real w pierwszej części meczu z Turkami kompletnie nie dał po sobie poznać, że w drugiej zamierza dokonać aktu zniszczenia. Królewscy grali chaotycznie, a przeciętnej oceny ich występu nie była w stanie zmienić nawet bramka Isco. Za to druga część – poezja. Wielki show duetu Benzema-Ronaldo, którego niezwykle znaczącymi, drugoplanowymi postaciami byli fatalni tego dnia defensorzy Galatasaray. Dramat rozpoczął jeszcze w pierwszej połowie przegraną z Isco główką Eboue, potem było już tylko gorzej. Skończyło się hat-trickiem Portugalczyka, dwiema bramkami Francuza.


Turkom zimny prysznic na dzień dobry dobrze jednak zrobił – otrzeźwieni przez Królewskich potrafili później wyjść z grupy przed Kopenhagą i Juventusem. Już za samą wiarę w sukces do samego końca należy im się ogromny szacunek.

Na koniec fazy grupowej: 2. miejsce, 2 zwycięstwa, 1 remis, 3 porażki; bramki 8:14

*

2010/2011 – Sporting Braga (0:6 na wyjeździe z Arsenalem)

Pierwsza runda tamtej fazy grupowej generalnie przebiegała pod znakiem wysokich porażek maluczkich:

– Żylina zebrała 1:4 od Chelsea

– Panathinaikos schodził z Camp Nou po 1:5 z Barceloną

– Valencia wywiozła trzy punkty z tureckiej Bursy po wygranej 4:0

Wszystkich przebiła jednak Braga, na czele z jej bramkarzem Felipe. 25% – taka skuteczność golkiperów nawet w piłce ręcznej jest uważana za raczej słabą. A co dopiero w piłce nożnej. Brazylijczyk wpuścił wtedy do sieci aż sześć z ośmiu uderzeń Kanonierów, a poużywać sobie mogli czy to Carlos Vela, czy Marouane Chamakh, czy Andriej Arszawin. Pewnie gdyby woźny z klubowego muzeum założył koszulkę The Gunners, i z jego strzałem Felipe mógłby mieć sporo kłopotów. Ale też trzeba przyznać, że Arsenal zagrał mecz idealny. Mówiąc kolokwialnie, piła chodziła. Oj, chodziła.


Jeśli ktoś lubi ładne bramki, warto obejrzeć skrót w całości – asysty przy trafieniach na 2:0 i 3:0, a także wcinka na 5:0 – dzieła sztuki.

Koniec końców Braga potrafiła jednak bardzo spektakularnie się w tej grupie podnieść, nawet mimo tego, że dwa tygodnie po masakrze na The Emirates przyszło 0:3 u siebie z Szachtarem. Kolejne trzy mecze to bowiem komplet punktów, uwieńczony 2:0 na Estadio Municipal przeciwko Arsenalowi właśnie. I awans do fazy pucharowej Ligi Europy, gdzie już czekał poznański Lech, a gdzie później udało się zajść aż do hermetycznego, portugalskiego finału.

Na koniec fazy grupowej: 3. miejsce, 3 zwycięstwa, 0 remisów, 3 porażki; bramki 5:11

*

2006/2007 – Lewski Sofia (0:5 na wyjeździe z Barceloną)

Mimo że tamten sezon był jednym z najbardziej rozczarowujących w ostatniej dekadzie dla Barcelony (odpadnięcie w 1/8 LM, wicemistrzostwo Hiszpanii, półfinał Copa del Rey), to zdobywcy Pucharu Mistrzów za poprzedni rok w fazę grupową weszli razem z drzwiami i futryną. Nie było to zadanie specjalnie trudne, bo jak się później okazało, Lewski był dla każdego hojnym dostarczycielem punktów. Ale manita na przywitanie z Champions League to zawsze wyczyn godny odnotowania.

Barcelonie wcale nie szło w tym meczu, a przynajmniej na jego starcie, tak gładko, jak świadczyłby o tym wynik. Lewski do pewnego momentu naprawdę próbował grać z Blaugraną w piłkę, dochodząc nawet do pojedynczych sytuacji strzałowych. Cóż jednak z tego, skoro po drugiej stronie biegali Iniesta, Deco, Eto’o, Giuly, Xavi czy Ronaldinho? Brazylijczyk ustrzelił wtedy zresztą w doliczonym czasie drugiej połowy jedno z piękniejszych trafień tamtej edycji Champions League.


Na koniec fazy grupowej: 4. miejsce, 0 zwycięstw, 0 remisów, 6 porażek; bramki 1:17

*

2003/2004 – Panathinaikos (0:5 na wyjeździe z Manchesterem United)

Już sam fakt, że trener Panaty Itzhak Shum zdecydował się w przerwie usadzić swojego pierwszego bramkarza, legendę greckiej piłki Antoniosa Nikopolidisa (który później został mistrzem Europy i jednym z bohaterów drużyny Otto Rehhagela wybranych do najlepszej jedenastki turnieju), mówi sporo o przebiegu tamtej potyczki. Trudno mu się było dziwić, bo to, co odwalił przy golu na 0:3 ciężko jakkolwiek racjonalnie wyjaśnić.

United zabrali wtedy Greków na wycieczkę po piłkarskim piekle, ponad wszelką wątpliwość wyjaśniając, dlaczego o Old Trafford mówi się jako o Teatrze Marzeń. Sytuacje, jakie wypracowywali wtedy podopieczni sir Alexa odznaczały się najwyższym piłkarskim kunsztem. A jeśli już przy marzeniach jesteśmy, to Quinton Fortune przez dwa lata nie potrafił zdobyć gola dla ekipy z Manchesteru. Przeciwko Panathinaikosowi wreszcie udało się przełamać i tę niemoc. W dodatku po akcji, którą można bez znużenia oglądać setki razy (na 2:0, od 1:23).


I choć Panathinaikos dla United i Stuttgartu, które podzieliły między siebie dwa pierwsze miejsca, był tylko workiem treningowym, z trzeciego miejsca w grupie awansował do Pucharu UEFA dzięki wygranej w ostatniej kolejce na Ibrox z Glasgow Rangers.

Na koniec fazy grupowej: 3. miejsce, 1 zwycięstwo, 1 remis, 4 porażki; bramki 5:13

*

2000/2001 – Sturm Graz (0:5 na wyjeździe z Glasgow Rangers)

Jedna z najbardziej niewiarygodnych historii, jakie pamiętamy z Ligi Mistrzów. Sturm po trzech kolejkach miał na koncie dwa sromotne 0:5, a wyszedł z pierwszego miejsca i odpadł dopiero w drugiej fazie grupowej, gdzie nie miał szans z Manchesterem United i finalistą tamtej edycji Valencią (z którą zresztą zaliczył w Grazu swoje trzecie w tamtej edycji 0:5).

Co ciekawe, Sturm wcale nie trafił wtedy na jakieś szczególnie wyjątkowe pokolenie zawodników. Prym w klubie wiódł jego kapitan i legenda Ivica Vastić, ale poza tym ciężko znaleźć postaci, które dzięki sukcesowi Austriaków wypłynęły na szersze wody. Chyba tylko Imre Szabics, który później zaliczył jeszcze jedną naprawdę przyjemną przygodę z Ligą Mistrzów w barwach Stuttgartu. Jedna z kluczowych postaci tamtego Sturmu wylądowała zresztą w 2006 roku w Polsce i zdążyła spaść z ówczesnej II do III ligi. Mowa o pomocniku tamtej drużyny, Gilbercie Prilasnigu.

A, jednym z golkiperów zespołu z Grazu był w tamtym czasie Kazimierz Sidorczuk, ale akurat on w 2 z 3 przegranych 0:5 meczów (z Glasgow Rangers i AS Monaco) zasiadał na ławce. Bronił tylko, gdy Sturm przyjmował manitę od Valencii.

Bilans bramkowy całych rozgrywek 00/01 w wykonaniu Austriaków? Doprawdy surrealistyczny, jak na drużynę, która zajęła pierwsze miejsce w 1. fazie grupowej i trzecie w 2. fazie. 13:25.

Na koniec fazy grupowej: 1. miejsce, 3 zwycięstwa, 1 remis, 2 porażki; bramki: 9:12

***

Będąc niepoprawnym optymistą można by powiedzieć: hej, spójrzcie na Galatasaray, na Sturm Graz, czy nawet Bragę lub Panathinaikos, które potrafiły przynajmniej spaść na cztery łapy, do Ligi Europy (a wcześniej Pucharu UEFA). Tylko że raz – przegrana na dzień dobry sześcioma bramkami na własnym obiekcie, to jednak rzadka sprawa, a dwa – niestety, ale Legii bliżej raczej do Lewskiego czy BATE niż Galatasaray czy Panaty z tamtego okresu. Trzy – każdy z nich miał na ławce trenera, a nie erasmusa z Albanii. I jeśli piłkarze mistrza Polski mają wyjąć z tego zestawienia jakąś naukę, to chyba raczej tylko taką, by nie skończyć jak mistrzowie Bułgarii i Białorusi. Z kilkoma workami wyciąganych z siatki piłek i reputacją jednych z najgorszych ekip, którym udało się wejść do Champions League.

SZYMON PODSTUFKA