Leicester City. Klub, o którym do niedawna zdarzało nam się słyszeć tylko dlatego, że występuje w nim Marcin Wasilewski. Dla reszty piłkarskiego świata – poza rzecz jasna Anglią – zespół anonimowy lub też niemal anonimowy. Ktoś coś widział, komuś coś się obiło o uszy, ale w gruncie rzeczy nikt nie wiedział, co to dokładnie jest. Gdyby poprosić rok temu zwykłego sympatyka futbolu o wymienienie chociażby 3 lub 4 graczy podstawowego, przypuszczamy, że zdecydowana większość poległaby z kretesem. Dziś jednak Leicester jest na ustach wszystkich, tworzy historię. Historię tak niewiarygodną i wymykającą się wszelkiej logice, że nie przeszłaby ona nawet jako scenariusz science fiction. „Nie uwierzymy, dopóki nie zobaczymy” – powiedzieliśmy sobie. Dlatego też wsiedliśmy w samolot i postanowiliśmy przyjrzeć całemu temu szaleństwu z bliska i podzielić się z wami tym, co widzieliśmy.

Weszło w Leicester: Tak się bawią w fabryce cudów

Sobota, wczesny ranek. Pociąg relacji Birmingham – Leicester. Około godzina drogi. Skala całego tego absurdu sprawia, że będąc nawet już tak blisko, wciąż kompletnie nie wiem, czego się spodziewać. Doskonale zdaję sobie sprawę, że informacje z Wikipedii tym razem na nic się nie zdadzą. Darowałem sobie w końcu wszelkie rozmyślania. Po prostu wysiądę i się dowiem.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Opuściłem wagon, wspiąłem się po schodach, przeszedłem przez bramkę, korytarz i wynurzyłem się na powierzchnię. Niech reszta dzieje się sama.

* * *

Jaka była pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę od razu po opuszczeniu stacji kolejowej? Pojazdy poruszające się pod prąd? Zabytkowa architektura? A może upalna jak na brytyjski klimat pogoda (ponad 20 stopni, ale potem i tak spadł deszcz)? Pudło. Największe wrażenie na samym początku wywarło na mnie to:

13123163_1038523942905292_3755102287496816299_o
Marcin Wasilewski. Nasz człowiek w ekipie mistrza Anglii. Choć Wasyl w tym sezonie nie pojawiał się na murawie zbyt często, umniejszanie jego wkładu w sukces byłoby po prostu czystą niesprawiedliwością, by nie używać w tym momencie mocniejszego słowa. Nawet jeśli w ostatnim czasie głównym zadaniem naszego rodaka było robienie dobrej atmosfery w szatni, jego zasługi dla Leicester są nie do podważenia. To, że w mieście najlepszej drużyny ligi angielskiej sylwetkę Wasilewskiego można ujrzeć równie często co Vardy’ego, Mahreza, Kanté czy też jakiegokolwiek innego gracza podstawowej jedenastki, naprawdę ma prawo chwytać za serce. Mnie przynajmniej chwyciło.

Zamieszanie wokół medalu? Dajcie spokój. Posłuchajcie tego, a zdacie sobie sprawę, że są rzeczy warte o wiele więcej. Posłuchajcie i nie mówcie, że nie poczuliście się choć przez chwilę dumni.

W Leicester nie zapominają, ile Wasilewski musiał wycierpieć, by wrócić na boisko. Nie zapominają, że był filarem defensywy w sezonie zakończonym awansem. Nie zapominają też, że przed rokiem i on dołożył swoją cegiełkę do utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Nie zapominają, przynajmniej ci prawdziwi kibice. Mówcie, co chcecie – po prostu legenda. Żeby nią zostać, wcale nie musisz być Pelé czy Maradoną. Wasilewski stanowi tego najlepszy przykład.

* * *

Czas wyruszyć w kierunku położonego bardzo blisko dworca centrum.

this

Nie trzeba zbyt wnikliwie obserwować tego, co nas otacza, by szybko zorientować się, że Leicester – mimo przeszło 400 tysięcy mieszkańców (ósme najbardziej zaludnione i zarazem jedno z najstarszych miast w Anglii) – nigdy nie aspirował do miana metropolii, choć z drugiej strony nazwanie go miasteczkiem byłoby mocno krzywdzące. Stare kamienice w typowo angielskim stylu, ogólnie niska zabudowa, niezbyt rozbudowana starówka, której wizytówką jest nieimponująca rozmiarami – choć całkiem stylowa – wieża zegarowa, momentami wąskie przecznice…

Wszystko to sprawia, że – przynajmniej z perspektywy samego centrum – Leicester wydaje się dość przytulnym i przyjaznym miejscem. Przyznam bez bicia, że była to moja pierwsza wizyta na Wyspach Brytyjskich, jednak przed odwiedzinami w Leicester własnie w mniej więcej taki sposób wyobrażałem sobie angielskie miejscowości.

rynekStary rynek i wspomniana wieża zegarowa, pod którą…

oJ2j1EZ… miałem okazję się dowiedzieć, że w Leicester superbohaterów można spotkać nie tylko wśród piłkarzy.

Choć atmosferę święta i wiszącej w powietrzu wielkiej fety dało się wyczuć bez najmniejszego problemu, sami Brytyjczycy poprzebierani w niebieskie koszulki z rana ograniczali się raczej do powolnego spacerowania po mieście i kontemplowania rzeczywistości, jak gdyby dopiero ładowali baterie przed tym, co ich czeka. W obliczu zaistniałej sytuacji, odpowiedzialność za rozkręcanie zabawy od wczesnych godzin wzięli na swoje barki… Włosi. Liczący sporo osób przemarsz w kierunku starówki zwrócił uwagę nie tylko mieszkańców i innych kibiców, lecz także i dziennikarzy. Były przyśpiewki na cześć Leicester, były przyśpiewki na cześć Ranierego, były też przyśpiewki stawiające w – eufemistycznie rzecz ujmując – niezbyt korzystnym świetle Tottenham (konkretniej: twierdzili, że Tottenham trzeba jebać).


Na swój sposób Lisy także stały się globalną marką.

13112787_1038541486236871_5243527186081894588_oPrzywódca Italów, któremu dzielnie akompaniuje grono apostołów, właśnie cieszy się swoimi pięcioma minutami sławy.

– Mieszkacie na co dzień w Leicester? – pytam jednego z nich.

– Ja akurat tak, ale zdecydowana większość zgadała się na grupie na Facebooku. Mamy tu mieszankę ludzi, którzy przyjechali samochodami lub przylecieli z różnych regionów Włoch.

– A na meczu będziecie?

– Nie, bilety wyprzedano już dawno temu, a w naszym przypadku chodzi o całkowicie spontaniczną akcję, zwołaną na szybko przed kilkoma dniami. Jesteśmy tu wyłącznie po to, by okazać nasze wsparcie Leicester i oczywiście Ranieremu. Wiem, może się to wydawać szalone, ale tak właśnie jest.

Pewnie, że szalone, ale przecież to – no właśnie – Włosi.

* * *

Ruszam dalej w miasto, rozglądam się dookoła.

Chcesz pójść do fryzjera? Na przeszklonej fasadzie już wiszą dwie flagi „Champions Leicester” (na ulicach znajdziemy całą masę osób trudniących się ich sprzedażą). Czas pomalować paznokcie? Okej, ale na wejściu i tak znajdziesz stosowny komunikat – „Champions 2016”. Potrzebujesz garnituru? Zobacz tylko, jakie ładne szaliki wywiesiliśmy na wystawowych manekinach! W jednym ze sklepów z odzieżą – sądząc po cenach, raczej taką bardziej ekskluzywną – z okazji mistrzostwa niektóre z fatałaszków przeceniono nawet o 50%.

VcSSaQvA może to jednak są smokingi?

Na tym nie koniec świątecznych promocji. Jeśli jakimś cudem udało ci się zdobyć bilet na mecz z Evertonem, Pizza Hut każdemu posiadaczowi wejściówki fundowała darmową pizzę. Inspiracją dla amerykańskiej sieciówki był najprawdopodobniej sam Claudio Ranieri, który na początku sezonu obiecał swoim zawodnikom darmową pizzę, gdy tylko ci zdołają zachować pierwsze czyste konto w meczu. 24 października 2015 roku, Leicester wygrało 1:0 z Crystal Palace. Szkoleniowiec dotrzymał słowa.

* * *

„Zespół piłkarski jest jak pizza, żeby wyszła dobrze, musi zawierać odpowiednie składniki. Najważniejszym z nich jest team spirit. Fani są natomiast jak pomidory – bez nich pizza nie istnieje”.

Claudio Ranieri, 29 października 2015.

13086734_1038520459572307_4144139545306026470_oOsobliwy hołd fanów Leicester dla Claudio Ranierego. Choć stereotypy mówią, że Brytyjczycy to flegmatyczny naród (z wyjątkiem rzecz jasna kibiców), finezyjne podejście do niektórych spraw nie jest im tak obce.

* * *

Więcej, mocniej, intensywniej. Jak było do przewidzenia, z czasem place, ulice i knajpy zaczęły wypełniać się coraz szczelniej. Widok osób ubranych „po cywilu” z każdą chwilą był coraz rzadszy. Klubowe pamiątki schodziły w zastraszającym tempie. Koszulki okolicznościowe, flagi, plakaty, maski (królowały te przedstawiające Ranierego) Przy wejściu do sklepiku z oficjalnymi artykułami Leicester musiał stanąć miły pan, który za zadanie miał kontrolować odpowiedni przepływ między tymi, którzy wychodzą i tymi, którzy czekali w ustawionej na zewnątrz kolejce. Anglicy mają jednak o tyle dobrze, że koczowanie w kolejkach to ponoć jedna z ich osobliwych pasji.

13161161_1038574282900258_1279477923_o

Jak sprawa miała się w okolicznych barach na trzy godziny przed meczem? Do wciąż niezmordowanych Włochów coraz tłumniej dołączali też tubylcy. Fiesta w najlepsze. Bilans ofiar pokonanych przez sobotę – jak na razie – zerowy. Poziom rozrywki? 8/10, ale to tylko dlatego, że przecież czekała nas jeszcze feta pod stadionem i całonocne świętowanie w mieście. W normalnych okolicznościach pewnie pękłaby dyszka.

Podczas ostatniej wizji lokalnej przed wyruszeniem w okolice stadionu, los skrzyżował jeszcze moje drogi z dwoma osobnikami, których ubiór wzbudził we mnie nieskrywaną fascynację. Trzeba przyznać, że – tak jak mówili koledzy z redakcji – angielscy kibice są wyjątkowo żądni sławy i bez dłuższego namawiania godzą się na zdjęcia. Więcej – wręcz ochoczo przybierają nienaganne pozy i szczerze się uśmiechają. Zupełnie, jakby mieli to wyćwiczone przed lustrem. W końcu przecież trafią do mediów.

leicest„To nie tak, że nie wiążemy końca z końcem. Gdybym ci tak powiedział, skłamałbym. W każdym razie, zobacz, w zeszłym sezonie ledwo się uratowaliśmy przed spadkiem, a dziś mamy mistrza. I wcale nie potrzebowaliśmy kupować graczy za 50 milionów. Nie zamieniłbym tego jednego tytułu na kilka Chelsea czy City. Nasze osiągnięcie jest warte zdecydowanie więcej”.

13147909_1038621439562209_1605690644_o„Zdjęcie? Nie ma sprawy, ale od razu zaznaczam, że koszulki ci nie oddam. Jeśli chcesz, mogę dać ci swój autograf. Nie? No to chociaż na pożegnanie uściśnijmy sobie dłonie”.

Ciekaw jestem tylko, jaką wartość ta koszulka będzie w stanie osiągnąć za ileś tam lat…

* * *

Droga z centrum na King Power Stadium zajmuje około 15 minut pieszego spacerku i jest – trzeba przyznać – bardzo przyjemna. W szczególności dla fanów zieleni. Parki, rzeka i błonia stanowiące część kampusu uniwersyteckiego zdecydowanie umilają trasę. Przedmeczowy piknik? Karmienie ptaszków? Snucie nad wodą wizji idealnego życia? Dlaczego nie?

56uVEfDCastle Park Gardens

rzekaRzeka Soar

* * *

W końcu trafiłem w miejsce, w którym na przestrzeni tego sezonu działy się rzeczy niepojęte. Przeczące wszelkiej logice, niezgodne z prawami natury, wykraczające poza granice wyobraźni i pojmowania świata. King Power Stadium. Obiekt mogący pomieścić 32 tysiące widzów czekał już przyozdobiony w mistrzowskie wstawki na swój ostatni w tym sezonie mecz. Ostatni mecz w sezonie zakończonym historycznym mistrzostwem.

5B01AKxPodobnych stadionów nie powstydziliby się nawet w Polsce. U nas tylko w niektórych przypadkach gorzej z frekwencją.

YRMb8rJOd tej strony na teren obiektu dostają się piłkarze oraz inne istoty niebędące zwykłymi śmiertelnikami.

SLOZOti

Choć spotkanie zaczynało się dopiero za nieco ponad dwie godziny, dookoła zgromadziły się już całe rzesze fanów Leicester. Oczywiście znaczna ich część doskonale wiedziała, że nie będzie im dane oglądać popisów „The Foxes” z wysokości trybun. Oni po prostu chcieli być jak najbliżej swojej drużyny. Chcieli poczuć choć namiastkę tego, co działo się kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów dalej za murami stadionu.


King Power Stadium przed meczem przez weszlokanal

Niektórzy jednak wciąż żywili na to nadzieje. „Gary chce bilet” – można było przeczytać na kartce przyczepionej do koszulki pewnego faceta, na oko gdzieś koło czterdziestki. Tak, Gary naprawdę bardzo chciał kupić bilet, desperacko wypytywał ludzi, czy aby na pewno nie chcą odsprzedać mu swojego. Odpowiedź w każdym przypadku była oczywiście negatywna. Zastanawia mnie jedynie to, czy Gary wciąż tak bardzo pragnąłby biletu, gdyby dowiedział się od konika (swoją drogą, pod King Power Stadium nie dało się zauważyć ich zbyt wielu), że najtańszy może wyciągnąć za 300 jednostek twardej brytyjskiej waluty. Gdy inni potencjalni kupcy tylko usłyszeli cenę, jedynie zaczynali gwizdać pod nosem, obracali się na pięcie i w długą. Za te pieniądze bez problemu dałoby radę obejrzeć El Clásico. I to na całkiem przyzwoitym sektorze.

GaryOto i wspomniany Gary. Niestety nie widać napisu na kartce – musicie wierzyć na słowo.

* * *

Sam mecz przyszło mi oglądać w barze, w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu. Nie była to może jakaś typowa brytyjska mordownia jak z filmów o angielskich hoolsach, ale tak czy siak na brak prawdziwków mimo wszystko nie można było narzekać. W niektórych przypadkach ich walka z sobotą wydawała się już zdecydowanie bardziej wyrównana, choć wciąż jeszcze zwycięska.

uXlyi4S

Na półtorej godziny przed spotkaniem lokal był już wypełniony po brzegi. Do tego stopnia, że z czasem po prostu postanowiono zamknąć drzwi i nie wpuszczać nowych gości. Kto wyszedł, nie mógł już wrócić, na jego miejsce zaś nie wpuszczano nowych osób. Osiłek czatujący przy drzwiach był pod tym względem nieugięty. To znaczy, był nieugięty do momentu, gdy ktoś nie zdołał przekupić go papierosami lub drobniakami. Na wieść o lukratywnej ofercie zapalały mu się kurwiki w oczach i łaskawie zgadzał się, by ktoś wyszedł na chwilę na fajkę/zaczerpnąć świeżego powietrza i po chwili zameldował się w środku ponownie. Wśród panującego ścisku człowiek czuł się dosłownie niczym w saunie. Uchylenie dwóch okien, przez które i tak głowy wciskali ci, którzy nie zdołali wejść do knajpy o odpowiedniej porze, nie było rzecz jasna w stanie zbyt wiele zdziałać w tej kwestii.

Przeżywanie samego meczu – takie odniosłem wrażenie – nie należało do zbyt intensywnych. Kibice co prawda dalecy byli od siedzenia niczym w bibliotece i nieustannie intonowali przyśpiewki, jednak trudno było to nazwać szczególną mobilizacją. Mecz w tym wszystkim wydawał się jedynie dodatkiem. Trudno im się jednak dziwić – myślami najprawdopodobniej byli już na fecie pod stadionem i późniejszym świętowaniu do bladego świtu na mieście. W każdym razie, i tak trudno wyobrazić sobie, by którykolwiek gol z Evertonem miał być celebrowany równie ekspresywnie, jak ten Edena Hazarda na 2:2 w starciu Chelsea z Tottenhamem.


Pub Leicester przez weszlokanal

* * *

Ostatni gwizdek, jedni ludzie wychodzą z baru, drudzy wyłaniają się z pobliskich ulic, zaś reszta po prostu zaczyna wychodzić ze stadionu, pod którym na nowo gromadzą się tłumy. Śpiewy, euforyczne krzyki, hektolitry alkoholu, a nawet wuwuzele ogłuszające niczym podczas lat świetności w RPA.

Nie zabrakło także czegoś dla fanów pirotechniki. Choć akurat wystrzał fajerwerków był wyjątkowo ubogi – zaledwie jeden cieniutki i krótki wystrzał, nie zabrakło rac. Reakcja policji? Brak reakcji. Nierzadkie były natomiast obrazki fanów… przybijających sobie z funkcjonariuszami piątki.

13148272_1038809809543372_1099991528_oTutaj akurat nie zgadza się kolor, ale niebieskie również były.

marszCzas wracać. Bynajmniej nie do domów.

* * *

Mniej więcej półtorej godziny później w końcu nadszedł czas na ostatni punkt programu – zabawę. Do świtu albo i jeszcze dłużej. Nie, ta noc zdecydowanie nie skończy się prędko. Nie tym razem. Wysyp poniedziałkowych urlopów na żądanie? Niewykluczone. Kto by jednak zwracał na to uwagę? Przecież mówimy o czymś, co w Leicester może nie wydarzyć się już nigdy. Albo przynajmniej nie za życia tych, którzy w tamtej chwili czuli się właśnie najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. W sobotę pijane był całe miasto. Niedzielny kac? Kogo by on obchodził, skoro i tak obudzisz się mistrzem?
GSql51s

* * *

„Świętuję od rana, lecz wciąż trudno mi w to uwierzyć. W zeszyłym sezonie nie mieliśmy NIC. Jebane gówno! W tym – mamy wszystko. Rozumiesz? WSZYSTKO!”.

* * *

„Ten tytuł bardzo cieszy, tym bardziej, że – nie będę cię oszukiwał – nigdy nie byliśmy zbyt dobrzy. Na mecze Leicester chodzę od 1993 roku. Po tym jak w zeszłym sezonie ledwo się utrzymaliśmy nikt nie miał względem nas wygórowanych oczekiwań. W zasadzie nie było ich wcale. Musimy powiedzieć sobie wprost – to nasze pierwsze w historii i najprawdopodobniej ostatnie mistrzostwo Anglii. Kibice pewnie będą zaraz przebąkiwać o pierwszej czwórce w przyszłym sezonie, ale to w tej sytuacji całkowicie naturalne. I mimo wszystko wciąż niezbyt realne. Musimy jednak cieszyć się tą chwilą i starać się wycisnąć z niej maksimum”.

* * *

Choć mam świadomość, że w jakiś sposób tak naprawdę i ja miałem okazję brać udział w czymś historycznym, to wiecie co? Nawet jeśli rzeczywiście Leicester już nigdy nie powtórzy czegoś podobnego, to i tak im tego wszystkiego cholernie zazdroszczę.

JANUSZ BANASIŃSKI