Starcie Evertonu z Sunderlandem – ależ to było meczycho! Mieliśmy wszystko, czego chcieliśmy. Kompletnie wszystko. Najpierw szybkie wyjście na dwubramkowe prowadzenie gospodarzy, później nagły zwrot – gol do szatni gości i wyrównująca bramka tuż po przerwie – no i szybką odpowiedź „The Toffees”. Ba, odpowiedź. To było mistrzostwo ciętej riposty.

Everton rozszarpał worek z bramkami, Bournemouth znowu obrywa

Deulofeu Everton

Z początku „Czarne Koty” dość mocno dochodziły do głosu, wręcz mieliśmy wrażenie, że koledzy z obrony Howarda robili wszystko, żeby popsuć swojemu golkiperowi jubileusz (po raz 400. w barwach klubu) – dopuścili do dwóch strzałów, które kończyły się na słupku, stracili gola po rykoszecie obrońcy a później kompletnie nie upilnowali Fletchera. No, ale od czego są napastnicy. A ci dziś nie tyle rozwiązali worek z bramkami, co wręcz rozszarpali go. Arouna Kone strzelił dziś więcej goli (trzy), niż przez cały obecny sezon (dwa), Gerard Deulofeu do zdobytej bramki dołożył dwie asysty – i to jakie! – swoje dołożył też Lukaku.

A propos byłego gracza Barcy – ocenialibyśmy jego występ w kategoriach „bliski ideału”, gdyby nie paskudna symulka, której się dopuścił. Dopiero kiedy skumał, że przyjął piłkę jak amator, zorientował się, że jeszcze przed polem karnym przepychał się z przeciwnikiem, no i… padł z głodu. Ależ mamy ambiwalentny stosunek do tego chłopaka. Geniusz, prawdziwy geniusz, ale te symulki psują nam cały jego obraz (tydzień temu w meczu z Arsenalem też próbował wszystkich zrobić w bambuko). To tak jakby sam regularnie robił na swój pomnik.


Everton 6-2 Sunderland przez arcturusmedia33

Everton podskoczył o dwa miejsca w tabeli (na dziewiątą lokatę) i wiele wskazuje na to, że tym meczem zaczęli długi marsz w górę. Przypomnijmy, że mają już za sobą mecze z City, Tottenhamem, Chelsea, Liverpoolem, Manchesterem United i Arsenalem, a więc z tymi teoretycznie największymi. Teraz powinno być już tylko łatwiej.

***

Nie ukrywamy, że bardziej ostrzyliśmy sobie zęby na drugie dzisiejsze spotkanie i żałujemy, że nie wykurował się na nie Artur Boruc, bo to byłby dla niego szczególny mecz. Zagrałby przeciwko swojemu byłemu klubowi, a chcąc nie chcąc w takich okolicznościach piłkarze spinają się bardziej niż zwykle. Po drugie – miałby okazję do zmazania plamy sprzed tygodnia (sprokurowany rzut karny i zawalone dwie bramki), a nie odkryjemy Ameryki stwierdzeniem, że to dla bramkarza niezwykle ważne, żeby po kompromitacji szybko ponownie złapać pewność siebie.

No, ale tak się nie stało. Między słupkami stanął Adam Federici i wypadł poprawnie. Przy obu golach Southampton nie miał nic raczej do powiedzenia, inna sprawa, że oprócz sytuacji, po których padały bramki, rywale niezbyt chętnie sprawdzali jego czujność (oddali ledwie dwa celne strzały!). Ten mecz był w ogóle jakiś taki nijaki. Nie zachwycił. Solidne tempo, trochę typowej, angielskiej rąbanki i to wszystko. Już po pierwszej połowie i po bramkach Davisa i Pellego było wiadomo, jak to się skończy. Musiałby stać się cud, żeby beniaminek odrobił po przerwie dwubramkową stratę. Niestety – los nie spłatał figla.


Southampton vs AFC Bournemouth 2-0 All Goals… przez Pewdiepie2011

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments