Zamieszczamy kolejny fragment książki „Futbol i cała reszta”, którą możecie kupić TUTAJ

Futbol i cała reszta – przeczytaj drugi fragment

* * *

Każdy ma jakiegoś idola, cóż – my również. „Waldek Zawodny jest niezawodny!” – tak śpiewamy, gdy ten tuz przejmuje piłkę na własnej połowie i pędzi po skrzydle, a rywale próbują go powstrzymać wślizgami. Waldek Zawodny jest krępy i niski. Gdyby Ziemia była płaska, spokojnie mógłby ją utrzymać na swoich atletycznych nogach i szerokich barach, więc na boisku praktycznie nie da się go przewrócić, chyba że brutalnym faulem. Szybko biega, drybluje, jak trzeba, a gdy nie gra w piłkę, to rozrabia po nocach – czyż nie idealny materiał na gwiazdę i ulubieńca publiczności?

Waldek Zawodny wygląda, jakby w nocy latający talerz UFO przetransportował go tutaj, do naszego miasteczka, prosto z dalekiej Argentyny. Kiedy biegnie, wiatr tańczy mu we włosach, jakby był jakimś Claudio Caniggią z piekła rodem. Ma frotki na rękach, ma tatuaż zrobiony struną za pomocą atramentu (goła baba i kotwica – klasyka gatunku), ma ciemną karnację jak jakiś pierdolony latino lover, a gdy rozpuści pukle, to do złudzenia przypomina Romana Koseckiego, co uznać należy za wielki komplement dla tego, umówmy się, wsiowego grajka. Waldek to nasz małomiasteczkowy Romek Kosecki. Taki Kosa dla ubogich.

W poprzednim sezonie wsławił się na całe miasto nie lada wyczynem. A wszystko zaczęło się w pewną sobotę. Otóż do późnych godzin szwendaliśmy się po parku i się musiało to skończyć czymś głupim. A więc Karpiu powiedział, że nudy, Żaba podpuścił Kunę, a Kuna, kiedy już się ściemniało, pobiegł na środek murawy, ściągnął spodnie i majty i nasrał na środku, na wapno, dokładnie w miejscu, w którym stawia się piłkę przed rozpoczęciem spotkania.

Zrzut-ekranu-2015-10-14-o-13.55.47Nigdy wcześniej tak licznie nie zjawiliśmy się na niedzielnym meczu. Informacja o niechlubnym wyczynie Kuny rozeszła się pocztą pantoflową. Teraz, gdy siedzimy na trybunach, krzyczy do przygłuchego kompana:
– Panie kolego, ponoć gówno jest na środku boiska!
– Co!? – drugi dziadunio zwija dłonie i nastawia zwiędłe uszy.
– Gówno! – wrzeszczy pierwszy dziadyga.
– Dlaczego tak brzydko do mnie mówisz, Stanisławie?

Piłkarze zaczynają niespiesznie wychodzić na boisko. Na twarzy większości z nich odbijają się trudy wczorajszej nocy – jedni ostro tankowali na prywatkach, inni po prostu przez cały tydzień ciężko pracowali na utrzymanie rodziny. Gdyby nie jednolite, białe, świeżo wyprane stroje trudno byłoby znaleźć racjonalne przesłanki co do tego, że w tych ludziach można pokładać jakiekolwiek nadzieje.

Żeby dojść do murawy, muszą pokonać około dwustu metrów, jakie dzielą niewielki budynek klubu od furtki. Na czele idzie, jak zawsze, trójka sędziowska. W chwili, gdy zawodnicy wchodzą na asfalt i korki zaczynają wydawać charakterystyczny stukot, rozbrzmiewają zazwyczaj pierwsze okrzyki. Zazwyczaj są to proste, plemienne odgłosy zagrzewające do boju, w stylu: „Jedziecie z chujami!” czy „Waldziu, ty pijaku!”.
Kiedy obie ekipy docierają na środek, zaczyna się groteskowy spektakl. Zawsze wygląda podobnie, jednak to ma być przedpołudnie zgoła inne od wszystkich.

Drużyny najpierw pozdrawiają kibiców, a następnie odwracają się i taki sam rytuał odprawiają w kierunku drugiej linii bocznej, ale tam akurat są bloki, więc najwyraźniej pozdrawiają ich mieszkańców.

– Co to, kurwa, jest? – Nasz Waldek z oskarżycielską miną wskazuje palcem na kupsko, i nerwowo poprawia opaskę kapitańską. Arbiter wzrusza ramionami i nakazuje udawać, że sprawa nie istnieje.
– W przerwie poproszę gospodarza, żeby to usunął, nie opóźniajmy. Mam dzisiaj jeszcze dwa mecze do obskoczenia – krzywi się.
– Nie opóźniajmy? Co pan gada? Mamy grać z tym gównem? – pytanie Waldka Zawodnego brzmi całkiem sensownie.
Sędzia jednak wzrusza ramionami, co tylko wzmaga wściekłość w naszym idolu.

Waldek jako kapitan drużyny, która wygrała losowanie i wybrała piłkę, ustawia futbolówkę na fekaliach, mruga okiem do Marcela Niewiadomskiego, naszego prawego obrońcy, ten czeka na gwizdek, po czym dotyka jej delikatnie, a wtedy Walduś kochany uderza ile sił na bramkę rywala. Golkiper, zaskoczony takim obrotem sprawy, w ostatniej chwili zbiera myśli i dostrzega pędzącą na niego kulę ognistą, a następnie z przerażeniem dostrzega przyklejone do niej gówno. Z obrzydzeniem usuwa się z drogi, ku uciesze miejscowych tifosich. Piłka ląduje w siatce, trybuny eksplodują, trzydzieści osób pada sobie w ramiona, a najbardziej dumny jest Kuna.

– Brawo, Waldziu, brawo! – krzyczy i ma ochotę oznajmić całemu światu, że to jego wczorajsze wypróżnienie dało naszym przewagę, ale w ostatniej chwili powstrzymuje się od szczerych wyznań – to ze strachu przed gospodarzem budynku, który wiele razy gonił nas do utraty tchu, gdy coś przeskrobaliśmy.
Bramkarz coś mamrocze, gestykuluje, dając do zrozumienia sędziemu, że to skandal, że on tej piłki do rąk nie weźmie, ale arbiter jest nieubłagany i pokazuje na środek. Waldek posyła całusy w stronę trybun. Tak na prowincji pisze się legendy.