Lech od kilku lat był dla mnie wyznacznikiem normalności w Ekstraklasie. Tylko tam możliwe było utrzymanie na stanowisku Mariusza Rumaka po porażkach z amatorami z Islandii czy półamatorami z Litwy. Tylko tam było możliwe cierpliwe oczekiwanie na lepsze czasy, gdy wszystkim wkoło wydawało się, że Legia już połknęła tę ligę zarówno finansowo, jak i czysto piłkarsko. Poznań był jakimś w miarę przewidywalnym i obliczalnym wyjątkiem w chaotycznej i dynamicznej ligowej układance.

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Mogło się walić i palić, ale dopóki miał wizję, szkoleniowiec mógł czuć się bezpieczny. Mogło się walić i palić, ale kibice, zresztą mający realny głos w dyskusjach dotyczących klubu, szczelnie zapełniali Kocioł i resztę stadionu. Przez dowolne kryzysy bez szwanku przechodziły poboczne inwestycje „Kolejorza”, jak choćby flagowy projekt Akademii Lecha Poznań. Jeśli gdziekolwiek w Polsce można było się spodziewać stabilizacji i zrozumienia, że sukces w piłce nożnej to nie kwestia jednej rundy, ba, nawet nie kwestia jednego sezonu – to właśnie w Wielkopolsce. Wicemistrzostwo? Spokojnie, mamy czas. Odpadnięcie z pucharów? Bez nerwów, spróbujemy za rok.

Nawet w tym sezonie było to doskonale widoczne w wypowiedziach klubowych działaczy: celem nie jest Liga Mistrzów, ale faza grupowa Ligi Europy.

Tym smutniejsze jest to, co dzieje się z Lechem w tym momencie. Właściwie na wszystkich frontach stateczną stabilizację zastąpiły wyjątkowo nerwowe, prawdopodobnie nie do końca przemyślane ruchy. Zamiast iść śladami Legii w „kryzysie imigranckim”, Lech postawił na swoim, co zaowocowało zapowiedzią bojkotu spotkania z Belenenses przez część kibiców. Zamiast twardo trzymać się strategii nakreślonej przed laty – niemal całą władzę oddano w ręce Macieja Skorży. Odejście Dariusza Motały, kierownika drużyny, zmiany także w akademii, wreszcie kompletnie irracjonalna decyzja o zamrożeniu pensji i premii, w teorii skierowana do kibiców, w praktyce podjęta… dokładnie w momencie, gdy przedstawiciele grup kibicowskich na specjalnym spotkaniu „pogodzili się” z drużyną. Wszystko stoi na głowie, a bezradna szamotanina przynosi o wiele więcej szkody niż pożytku.

Skorża mówi o spokojnej pracy, przekonuje, że panika niczego nie zmieni, ale… ciężko stwierdzić, do kogo właściwie kieruje te słowa. Do kibiców? Zarządu? Piłkarzy? Oczywiście, Lech to nadal olbrzymi projekt, w którym większość działów funkcjonuje identycznie jak pół roku temu. Oczywiście, nadal pracuje tam wielu doskonałych fachowców. Każdy z nich bez trudu zniesie kryzys sportowy. Każdy z nich bez trudu przetrawi nawet jakieś skrajne sytuacje, jak choćby sezon bez europejskich pucharów.

Pytanie tylko, czy ta mozolnie budowana strategia i wizja nie pada właśnie ofiarą tak trywialnej rzeczy jak krótki kryzys jednej drużyny, rozumianej jako kilkunastu piłkarzy kopiących się po czołach na murawie. Klub, szczególnie taki jak Lech, to ogromne przedsiębiorstwo, kilkanaście zespołów, kilka działających niezależnie od siebie działów, mnóstwo prowadzonych jednocześnie inicjatyw i akcji. Do tego „Kolejorz” od dawna przekonuje, że stawia na lokalny patriotyzm, na związek z Poznaniem i Wielkopolską, na zwiększanie znaczenia kibiców i całego „etosu”. Jeśli poznaniacy chcą się wzorować na Bazylei, może trzeba nawet zrobić krok dalej, i to trenera dopasowywać do długofalowego planu całego klubu, a nie odwrotnie. Wydawało się, że to logiczna konsekwencja tego, co od kilku lat tworzy się w Poznaniu. Wreszcie oderwanie się od tymczasowości, od składania wszystkiego „na już”, „na wczoraj”. Spokój. Wizja. Konsekwencja w dążeniu do celu, nawet jeśli po drodze przyjdzie wyłapać po głowie od amatorów.

Tymczasem dziś w Poznaniu trwa dzikie szaleństwo. Nagle przestają się liczyć dotychczasowe sukcesy na wszystkich polach, będziemy mrozić pensje, reformować, podgryzać z kibicami, a wszystko przez to, że Jarecki wyjął w jakiś niepojęty sposób głową uderzenie jednego z lechitów, a Hamalainen zamiast zapakować piłkę do pustej bramki, uderzył w Sołdeckiego.

Często pisze się, powoli staje się to wręcz normą: „polskie kluby zbyt szybko zwalniają trenerów”. Nie daje się im pracować, nie daje się im zbudować drużyny po swojemu, czasem szkoleniowcy nie mają nawet szansy rozpakować dobrze walizek. Co w takim razie powiedzieć w takim wypadku, gdy seria porażek w lidze skutkuje poruszeniem fundamentów całego klubu?

Mam nadzieję, że te nerwowe ruchy w Poznaniu to tylko przejściowe zaćmienie, przesilenie, które poskutkuje wyłącznie utwierdzeniem się w przekonaniu, że lepiej rzetelnie pracować i realizować własną strategię, niż szarpać się z zamrażaniem pensji i tym podobnymi cyrkowymi sztuczkami.

*

To już jest inny sport. Wczoraj i dziś będzie okazja jeszcze raz się o tym przekonać. Platini wprawdzie dał nam namiastkę emocji i w Lidze Mistrzów będą się pojawiać co jakiś czas kazachskie czy polskie ciekawostki pokroju Astany albo Legii, ale będą pełnić rolę sezonowej ciekawostki, stanowiącej wyłącznie tło dla tych najsilniejszych. Pamiętacie jeszcze plany tworzenia superligi dla osiemnastu czy dwudziestu najbogatszych klubów Europy?

Nie udało się tego zorganizować odgórnie, za pomocą uchwał i reform rozgrywkowych czy powoływania jakichś nowych ciał do organizacji specjalnej ligi, ale wolny rynek zrobił swoje. Teraz przez kilka tygodni będziemy jarać się rekordami strzeleckimi Cristiano Ronaldo i Leo Messiego podczas emocjonujących spotkań z Malmoe czy BATE. Wiosną zaś wróci superliga – Barcelona znów trafi na PSG albo Chelsea, Bayern pewnie spotka się z Arsenalem. Dalej będziemy się kisić w tym samym sosie i… dalej będziemy to uwielbiać.

Przepaść jest już zbyt wielka. Po drodze Manchester United czy Borussia wypadną na rok, może i dwa z obiegu, ale zaraz z powrotem znajdą się w rozgrywkach. Na stronie sporcle.com są dostępne różnej maści quizy, także z tematyki piłkarskiej. Najbardziej do myślenia daje ten o ćwierćfinalistach Pucharu Europy w okresie 1955-1985. Wiem, inne zasady, inne realia, inny świat, inne budżety. Ale przecież o to właśnie chodzi. Wtedy w ćwierćfinałach co roku lądowały świeże zespoły, często z jakichś kompletnie abstrakcyjnych miejsc. Nie wspominam już nawet o Polakach, ale o wszelkiej maści Partizanach, Dynamach Kijów czy innych Spartakach.

Jeśli faktycznie dzisiaj średniak z Premier League jest w stanie wydawać na transfery nie kilkanaście, a kilkadziesiąt milionów funtów… W teorii to ten sam sport, w praktyce trzeba chyba na stałe przywyknąć, że 1/8 finału Ligi Mistrzów to właśnie ta wyczekiwana superliga gwarantująca obłędny poziom sportowy, kosztem wyeliminowania pierwiastka nieprzewidywalności. Co ciekawe – bramy do niej są mimo wszystko otwarte, pokazało to PSG czy Manchester City.

Wygląda jednak na to, że za wejście trzeba zapłacić tożsamością. Pozostaje nam jarać się „againstmodernfootballową” Ligą Europy, gdzie wciąż do ćwierćfinałów wciąż mogą się dobić dwa zespoły z Ukrainy i jeden z Belgii. W jednej edycji.

JAKUB OLKIEWICZ

Fot. msobczynska.pl

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments