Wróciła Liga Mistrzów. Wróciła na godnej arenie, Stadio Olimpico, wróciła przy udziale dwudziestu dwóch europejskiej klasy zawodników – popierdółek w Lazio i Bayerze nie uświadczono. Tak, wiemy, że to jeszcze eliminacje, ale wybaczcie, tak bardzo pachniało już atmosferą właściwego etapu tych elitarnych rozgrywek. Tempo, zaskakujące zwroty akcji, indywidualne popisy, elektryzująca stawka – solidny zastrzyk adrenaliny prosto z piłkarskiej fabryki snów. Żal tylko, że którąś z tych ekip trzeba będzie niebawem pożegnać, bo obie absolutnie nadają się do dalszego balowania na bankiecie dla najlepszych. 

Wróciła Liga Mistrzów, jaką cenimy. Lazio i ManUtd bliżej powrotu do elity

Trudno się nawet specjalnie dziwić, że wyglądało to tak, jak wyglądało. Przecież do wygrania bądź przegrania było nawet więcej, niż w przeciętnym meczu fazy grupowej. Dla jednych i drugich awans to konieczny warunek dalszego rozwoju i pościgu za czołówką, zarówno ze względu na czysto finansowe profity z tytułu nagród, ale także te marketingowe (Lazio przykładowo wciąż nie ma reklamy na strojach) czy też pod względem marki, by sprzedać graczy drożej i lepszych móc do siebie skusić. Bayer Leverkusen w ostatnich pięciu latach trzykrotnie grał w Champions League i dało mu to naprawdę wiele, Lazio z kolei stuka do bram po długich latach przerwy, dla nich ta kroplówka więc jest tym bardziej istotna, może okazać się drabiną, która umożliwi wyjście z – było, nie było – marazmu. Smaczku dodaje też fakt, że to przecież na rzecz Bundesligi utraciła Serie A prawo do czwartej drużyny w LM, a trzeciej nie muszącej przeżywać piekła kwalifikacji.

Widać było długimi minutami jak na dłoni, kto ostatnio co znaczył w Europie. Bayer był zespołem lepszym. Za wrażenia estetyczne zgarnąłby ze dwie bramki, zazębiało się ich kopanie wielokrotnie aż miło, była kultura gry. Szczególnie w drugiej połowie Bayer dominował, zamykał Lazio w hokejowym zamku, nie dawał rzymianom odetchnąć – obrona Częstochowy to może za mocno powiedziane, ale coś było na rzeczy. A przecież już wcześniej Niemcy mieli okazje, bo w słupek potężnie huknął Bender, a Calhanoglu przetestował czujność Berishy mierzonym, niemal perfekcyjnym strzałem z połowy boiska.

Lazio bazowało bardziej na zrywach. Jeden z takich sprawił, że Felipe Anderson uwolnił Klose na czystą pozycję, a nestor europejskich muraw trafił w słupek. Początkowo owszem, próbowali nacierać, ale później już wyraźnie prezentowali się tak, jakby 0:0 wzięli z pocałowaniem ręki. Dziwicie im się? Bayer to nie ogórki, a Biancocelesti to dziś klub, który do jednego z najważniejszych meczów ostatnich lat przystępuje z jedną tylko nominalną dziewiątką (kontuzjowany jest Djordjević), stuletnim Klose! Gdy Niemiec się posypał, musiał wejść za niego skrzydłowy Balde Keita.

Balde Keita, który jest skłócony z klubem, który jest wypychany, już wirtualnie sprzedany. A teraz wszedł na pozycję, na której nie gra i odmienił mecz. Czy to nie historia jak z Ligi Mistrzów? W tym najtrudniejszym okresie, gdy Bayer przyciskał, Balde zawsze jakoś umiał się uwolnić, gdzieś pokazać. Zmarnował raz, drugi, trzeci, ale zagrożenie nieustannie stwarzał, aż wreszcie przekuł to na gola. Jeśli ktoś wtedy chciał powiedzieć „farciarze, może i strzelili, ale gdzie z taką grą do Ligi Mistrzów!” miał do tego prawo, ale też szybko musiał to odszczekać. Bo gol odprężył Włochów, dał im luz, zaczęli grać w piłkę tak jak potrafią, a potrafią to robić całkiem nieźle.

Cieniem na mecz kładzie się słabiutka dyspozycja sędziego. Czy Bayer strzelił prawidłową bramkę przy stanie 0:0? Bardzo możliwe. Czy będzie to sędziowski błąd, który w konsekwencji będzie kosztował Leverkusen dziesiątki milionów euro? Tak, ale dwumecz pozostaje otwarty. Lazio ma rezultat, ale też mrowie kłopotów, choćby ze względu na kontuzje. De Vrij, Klose, perspektywa gry bez napastnika – lekko nie będzie. Ale pewne jest jedno: która drużyna nie przejdzie dalej, doda kolorytu fazie grupowej.


Balde Diao Keita Goal – Lazio 1-0 Bayer… przez Bundes_Liga

***

Manchester United z dużym prawdopodobieństwem wróci do Ligi Mistrzów. Z jednej strony – jako ludzie sentymentalni – cieszymy się z tego faktu, w końcu ileż to pięknych bitew w ramach najlepszej ligi świata stoczono właśnie na Old Trafford… Miejsce takiej marki jest w Chmapions League, nie mamy wątpliwości. Z drugiej strony jednak – śledząc poczynania Czerwonych Diabłów w pierwszych ligowych kolejkach, ale także w dzisiejszym meczu z Club Brugge, ciężko nie odnieść wrażenia, że starcie z naprawdę poważnym rywalem dla tego Manchesteru mogłoby być dość bolesne. Może jest ono złudne, ale wciąż nie jesteśmy przekonani ani do tego, że na United warto stawiać w tym sezonie pieniądze, ani do tego, że warto zaprosić kumpli na oglądanie ich meczu.

Club Brugge rywal ze średniej europejskiej półki. Niby wicemistrz kraju, niby ćwierćfinalista ostatniej edycji Ligi Europy, ale zastanówmy się – co by było, gdyby to polskiemu klubowi (Lechowi albo Legii) los przydzielił takiego rywala? Optymiści powiedzieliby zapewne, że Belgowie są do puknięcia, a realiści uznaliby, że nie jesteśmy bez szans. Skoro tak, to Manchester United musiał być zdecydowanym faworytem – nawet biorąc pod uwagę „pierdołowatość” angielskich drużyn w Europie.

Tymczasem już po ośmiu minutach goście trzymali w rękach to, po co przyjechali do Manchesteru. O gola dla Belgów postarał… Carrick. Belgowie niespecjalnie długo cieszyli się z prowadzenia, jeszcze przed przerwą stracili nawet remis, ale 1-2 to wciąż był rezultat, po którym nikt z ich obozu, by nie płakał. Trochę zgubił piłkarzy z Brugii ten minimalizm, ich starania o drugą bramkę były – nazwijmy to – dyskretne.

Zanim jednak przejdziemy do ostatecznego rozstrzygnięcia, słówko należy się Memphisowi Depay’owi. To może być kozak. Dziś dał przynajmniej dwa powody, by tak sądzić, oba swój finał miały w siatce zespołu gości. Bramki – palce lizać. Gdyby jeszcze zamienił na gola świetne zgranie piętą Ronneya, koszulkę z jego nazwiskiem chciałby każdy dzieciak z czerwonej części Manchesteru. A tak, na podobne zaszczyty będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Wracając do meczu, drużyna van Gaala swojego dopięła dopiero w doliczonym czasie gry. Wrzutka Depaya, gol Fellainiego. Wycieczka do Belgii z dwoma bramkami zaliczki nie będzie należała do szczególnie stresujących.

***

Oglądaliśmy też dzisiaj bodaj najbardziej egzotyczne starcie o Ligę Mistrzów, a mianowicie pojedynek w Kazachstanie pomiędzy Astaną a APOEL-em. Powiemy tak: jak pachniało Champions League na Olimpico, tak tutaj śmierdziało raczej pucharem Intertoto.

Bliżej tego, by być dostarczycielem punktów w raju są Kazachowie. Co pokazali? To, czego się spodziewaliśmy po drużynie, w której kluczowym piłkarzem jest Roger Canas – nic wielkiego. Obustronna kopanina bez wielkiego kunsztu, tak to wyglądało. Co ciekawe, najlepszą okazję dla APOEL-u miał nie kto inny, jak Astiz. Zapędził się pod pole karne i jak rasowy napastnik znalazł sobie dogodną, wymarzoną pozycję, a potem spartaczył jak gość, który nigdy w takiej pozycji znaleźć się nie powinien. 45 minut zagrał Piątkowski, ale nie wyróżnił się niestety bodaj jednym dobrym zagraniem, praktycznie same straty i złe decyzje. Raz czy dwa błysnął Stilić, ale nie tak efektownie jak to pamiętamy z Ekstraklasy.

W 90. minucie Kazachowie mieli Ligę Mistrzów na nodze, stuprocentowa sytuacja pocelowana w bandę zamiast do siatki. Ciekawe, czy to pudło po rewanżu nie zaboli ich jeszcze bardziej, bo przecież mogą śmiało zadzwonić do Wisły i zapytać jak ciężko obronić na Cyprze 1:0.

Tak czy inaczej, na dziś bliżej Ligi Mistrzów jest Biejsiebiekow (pamiętacie go z Korony?) niż Leno i Bellarabi. Takie czasy.


FC Astana – APOEL Nicosia 1-0 All Goals… przez LuisaSalisbury

***

Łapcie również obrazki z pozostałych spotkań. Sporting Lizbona mierzył się z CSKA Moskwa, a BATE podejmowało Partizan.


All Goals – Sporting 2-1 CSKA Moscow – 18-08-2015 przez Euro2016


Mikhail Gordeychuk GOAL – BATE Borisov 1-0… przez livegoalshd

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments