Niektórzy żartują, ze to derby przesiąknięte… Absolutnie niczym. Bez przeszłości, wspomnień i podtekstów, chyba że mowa o tych kształtowanych na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy. Historycznie, jedni i drudzy znaczą niewiele wobec New York Cosmos, w którym niegdyś grali Pele albo Beckenbauer. Jednak New York City FC i New York Red Bulls mają nad nim jedną wyraźną przewagę – grają w najbardziej prestiżowej i eksponowanej lidze. Prędko nadrabiają stracony czas. Zeszłej nocy spotkały się już po raz trzeci w ciągu trzech miesięcy. I znów było gorąco.

Amerykanie skumali na czym polega futbol. Derby na poziomie!

Zaczęło się w maju – od 2:1 dla „Byków”. Starcia, w którym oba gole zdobył Bradley Wright-Phillips, a posiadający polski paszport Matt Miazga wyleciał z boiska jeszcze w pierwszej części meczu. Parę tygodni później nowojorski pierwszoroczniak spotkał się z „Red Bulls” na słynnym Yankee Stadium, w który trochę na siłę (niektóre miejsca bardzo oddalone od boiska), nietypowo wpasowano boisko do gry w piłkę nożną. Znowu nie dał rady. Przegrał 1:3, a Miazga tym razem zdobył jedną z bramek.

Screen-Shot-06-28-15-at-06.41-PM

Z piłkarskiej pustyni, Nowy Jork nagle przeistoczył się w miasto, które żyje soccerem.

I to… Całkiem po europejsku. Jak w filmie „Hooligans”.

No dobra, to jednak ciągle skrajność. Dużo barwniej było na trybunach Red Bull Areny w Harrison – obiektu, który zapełnił się wczoraj 25 tysiącami fanów.

Zrzut ekranu 2015-08-10 o 09.39.14

Transfery podstarzałych gwiazd europejskiej piłki ciągle nie pomagają New York City FC. Większość kibiców na świecie może jedynie pomarzyć o takiej sytuacji, w której ich zespół ma w podstawowym składzie Andreę Pirlo, obok Franka Lamparda, a na szpicy Davida Villę. Do tego w obronie świetnie znanego z Athletic Bilbao Andoniego Iraolę. Właśnie taki dream team skompletował nowojorski beniaminek, a jednak nie umie przełamać dominacji „Byków”, które nie płacą milionowych kwot ani jednemu piłkarzowi. Bradley Wright-Phillips, który wczoraj znów zdobył jedną z bramek, zarabia – według oficjalnych danych MLS – mniej więcej dziesięć razy mniej od Villi. Nic dziwnego, że na trybunach odbywa się trolling na wysokim poziomie. Jak poniżej, „City  – dom starości”.

Zrzut ekranu 2015-08-10 o 10.04.58

Hasła w stylu: „Pirlo, wybrałeś niewłaściwą część miasta…”, teksty wyśmiewające za krótkie boisko albo memy przedstawiające NYCFC jako torreadora, ściganego przez rozwścieczonego byka. Obiektywnie, Red Bulls wyraźnie górowali nie tylko na murawie, ale i na trybunach. Ci w niebieskich barwach chcą pozować na klub elitarny, z centrum miasta, z sąsiedztwa Manhattanu. Na ich mecze przychodzi po 30 tysięcy widzów, potencjał mają wielki, ale konkursu na kreatywność tym razem nie wygrali.

Na murawie skończyło się 2:0. I też było interesująco. Nie zabrakło walki wręcz. David Villa stracił spodenki, a Jefferson Mena prawie zęby. O dziwo, nie padł teatralnie, tylko rozłożył ręce.

Były też fajerwerki, po których Frank Lampard mógł spłonąć rumieńcem.

A jeśli chcecie obejrzeć pełny skrót spotkania to kliknijcie tutaj. Przez większość czasu mieliśmy dość wesoły futbol, ale MLS niewątpliwie w końcu sprawi, że będzie warto zarywać dla niej noce.

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments