Angielski eurowpierdol wszedł w kolejną fazę rozwoju. Tydzień temu poleciała Chelsea, a dzisiaj z Europą pożegnał się Arsenal. Miała być walka, miał być wyścig z czasem, miały być bramki. Zamiast tego było po prostu miałko. Kanonierzy grali tak, jakby już przed meczem niespecjalnie wierzyli w swoje szanse. I w sumie za bardzo im się nie dziwimy. Przed pierwszym gwizdkiem też nie dawaliśmy im zbyt wielkich szans.

Arsenal dostał to, o co się prosił. Senny awans Atletico

during the Barclays Premier League match between Tottenham Hotspur and Arsenal at White Hart Lane on February 7, 2015 in London, England.

No, ale to było jeszcze zanim zobaczyliśmy, co miało nam dzisiaj do zaproponowania Monaco. A monakijski klub nie miał do zaoferowania nic i po prostu prosił się o to, by ktoś zaaplikował mu trzy, cztery, pięć bramek. Piłkarze Jardima zamknęli się na własnej połowie i zachowywali się tak jakby każdy kontakt z piłką ich parzył. Rozumiemy, że ich planem na ten mecz było stracenie jak najmniejszej liczby goli, ale bądźmy poważni – zawodnicy Monaco bronili się nawet podczas wyprowadzania kontrataków. Czegoś takiego dawno nie widzieliśmy.

Nie chodzi o to, że się bronili. To by nam nie przeszkadzało, bronić też trzeba umieć, jest to element piłki nożnej. Dlatego też przed meczem z szacunkiem patrzyliśmy na wyczyny defensywy Monaco. Na papierze – po prostu monolit, nie do ruszenia. Tymczasem im dłużej trwał ten mecz, tym bardziej byliśmy zdziwieni i zawiedzeni. Obrońcy drużyny Jardima popełniali błąd za błędem, byli elektryczni, brakowało w ich grze jakiejkolwiek pewności. Mylili się grupowo, mylili się indywidualnie. Nic, tylko zaatakować i nastrzelać im kilka bramek.

Klasowa drużyna rzuciłaby się na Monaco, zajechałaby jego pomoc, rozszarpałaby obronę i rozstrzelała bramkarza. Tyle, że do Francji przyjechał dzisiaj Arsenal. Senny, minimalistyczny, pozbawiony zęba i chęci. Arsenal, który grał tak, jakby nie musiał nadrabiać strat. Kanonierzy dominowali, prowadzili grę, co jakiś czas stwarzali zagrożenie – jasne. Jednak brakowało w tym wszystkim zaangażowania, elementu szaleństwa, podjęcia ryzyka. Zamiast tego zaoferowali nam kunktatorstwo i zblazowanie. Szczytem wszystkiego był pierwszy kwadrans, kiedy obrońcy Arsenalu klepali między sobą jakby chcieli się rozgrzać przed treningiem. Nawet gdy Kanonierzy strzelili na 2:0 i mieli dziesięć minut na strzelenie kluczowej bramki, grali dalej tak samo. Zamiast szaleńczo rzucić się do przodu, po prostu atakowali. Tak jak wcześniej – spokojnie, bez pośpiechu, bez werwy. Typowa angielska flegmatyczność.

Arsenal nie został dzisiaj wyeliminowany przez Monaco. Nie, on wyeliminował się sam. Przespał większość meczu, nie podjął ryzyka. Kanonierzy odpadli na własne życzenie i dokończyli to, co rozpoczęli w Londynie – kompletnie się skompromitowali. Francuski klub miał wyjątkowe szczęście, że wylosował takiego przeciwnika, bo Monaco też nie pokazało dzisiaj niczego, czym zasługiwaliby na grę w kolejnej rundzie.

Anglikom został więc w Lidze Mistrzów już tylko Manchester City. Jednak biorąc pod uwagę to, jak prezentują się w tym sezonie w Europie przedstawiciele Premier League – bardzo się zdziwimy, jeśli The Citizens zdołają przejść Barcelonę. Ćwierćfinały Ligi Mistrzów bez Premier League? Jeszcze kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia, dzisiaj to bardzo realistyczny scenariusz.

Jeśli przed meczem Atletico z Bayerem Leverkusen ktoś zaproponowałby nam oglądanie filmu przyrodniczego, dajmy na to o delfinach, to zostałby spacyfikowany. Teraz, już po fakcie, zapoznani z przebiegiem, mielibyśmy naprawdę poważny dylemat. Rzadko zdarza się, że podczas spotkania Ligi Mistrzów częściej niż na piłkę zerka się w róg ekranu. Błagalnym wzrokiem w stronę zegara.

To było chyba najdłuższe blisko trzy godziny w naszym życiu. Chcielibyśmy napisać coś o przebiegu, ale poza bramką Mario Suareza – która też padła w dzikich okolicznościach – nie działo się właściwie nic. Było tak, że Berndowi Leno przeszkodził Omer Toprak, zmieniając tor lotu piłki, a ta wtoczyła się do bramki. Co potem? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Kibice na Estadio Vicente Calderon też chyba mieli dość, bo w pewnym momencie nie mieli już siły ani ochoty śpiewać.

Iskierka sunęła po loncie w tempie starego ślimaka, ale w końcu dotarła do beczki z prochem. Rzuty karne, czyli ostatnia nadzieja. I tam rzeczywiście zaczęło się dziać. Najpierw, profilaktycznie, na ostudzenie nastrojów, solidarne dwa pudła. Tak, żeby kibice nie oszaleli z nadmiaru emocji. Raul Garcia w trybuny, Calhanoglu w Oblaka. Później nie trafili Toprak (drugi Turek, który zawalił) i Kiessling. Z awansu do ćwierćfinału cieszy się Atletico, ale jest to śmiech wyjątkowo blady. Wydarte, wymęczone, wymodlone. Nie do takiej drużyny Simeone w Europie zdążyliśmy się przyzwyczaić. Szczerze? To była mordęga.


Atletico Madrid(3) 1:0 (2)Bayer Leverkusen… przez liveg0als

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments