Jestem autentycznie oburzony, zbulwersowany i poruszony do głębi. Właśnie po wczorajszym świętowaniu Marka Saganowskiego! Irytacja, niesmak, a wręcz obrzydzenie towarzyszą mi jednak nie od momentu, gdy zobaczyłem wesołego „Marunię” nominującego Tomasza Rząsę do wytarzania się w torcie, ale po przeczytaniu komentarzy wielce rozwścieczonych fanatyków profesjonalizmu, którzy świętowanie setnego gola przez jednego z najbardziej lubianych zawodników w Polsce uznali za wybryk godny potępienia i kar.

Pracuj jak niewolnik, żyj jak król, czyli świętowanie razem z Markiem

Na początku myślałem, że to tylko żarty i parodiowanie sztywniactwa – „jejku, jejku, chyba wypił setkę, a przecież już za cztery dni mecz w Lidze Europy, w którym pewnie zagra szalone dziesięć minut, podczas których wypity w niedzielną noc alkohol powiąże mu nogi w supły”. Niestety, okazało się, że nie. Że to na serio, że naprawdę są w tym kraju ludzie, którzy uważają, że „Sagan”, 36-letni zawodnik, który przez całą karierę, w każdym klubie był wzorem profesjonalisty i walczaka, zdobycie setnego gola w Ekstraklasie powinien uczcić co najwyżej cukierkiem Nimm 2 i filiżanką herbaty z rumem w towarzystwie żony i dzieci.

Tyle pieprzenia o konieczności budowania „team spirit”, tyle przekonujących, że „jest czas na zabawę i czas na pracę”, a ostatecznie okazuje się, że duża część sympatyków futbolu chce, ba, żąda, by zawodnicy widywali się wyłącznie na treningach.

Aż ciężko bronić Saganowskiego, bo przecież cokolwiek teraz powiem w jego obronie – to będą banały. To będą rzeczy czytelne już dla najmłodszych, którzy rozumieją, że w grupie lepiej pracuje się z tymi, z którymi potem bawi się w berka, a nie z tymi, z którymi po lekcjach idzie się na solówki za szkołę. To jednak i tak drobnica.

Jest bowiem jeden, ważniejszy argument, pierwszy, koronny, najważniejszy. Niektórzy mylnie uważają to za hipokryzję – och, bronicie go, bo to „Sagan”, a gdyby tak zachował się na przykład Bielik świętujący swój pierwszy mecz w Ekstraklasie, dostałby zjeby. Nie, to nie hipokryzja. To trzeźwa ocena. Dlaczego? Bo Saganowski nie musi udowadniać swojego profesjonalizmu. On nie musi już pokazywać, że traktuje swój zawód poważnie, nie musi na siłę lansować się jako asceta, który po wygranym meczu zamiast odnowy biologicznej funduje sobie pilates. Nie musi, bo już to pokazał. Od debiutu w połowie lat dziewięćdziesiątych stał się legendą ŁKS-u, jednym z ulubieńców kibiców Legii, cenili go nawet w Anglii. Nie dlatego, że strzelał taśmowo gole – dlatego, że nigdy nie odpuszczał. Nigdy nie pozwalał sobie na grę na pół gwizdka, zawsze – nawet, gdy brakowało mu umiejętności czy ogrania – zostawiał na boisku serce, harując jak wół.

Na boisku był i jest wzorem zaangażowania dla wszystkich młodych, poza nim – także. To on podniósł się po motocyklowym wypadku, po ciężkiej kontuzji w wieku, w którym mógłby już spokojnie zakończyć karierę. Podnosił się zawsze niewolniczą pracą, ogromną siłą woli i charakterem, którego często brakuje młodym gwiazdom. Ilu piłkarzy, nie tylko z Polski, po którymś ciosie od losu powiedziałoby pas? Koniec, dość, to zbyt ryzykowne?

„Pracuj jak niewolnik, żyj jak król”. Strasznie lubię to hasło, utożsamiam trochę z moim miastem, w którym wartość człowieka przez wiele lat obliczało się na podstawie przepracowanych przez niego każdego dnia godzin. Mam wrażenie, że Saganowski doskonale je rozumie, jest jego chodzącym świadectwem i przykładem, że ambicja, walka, ogromne serce i upartość prowadzą na szczyt, do „Klubu 100”, nawet w wieku 36 lat.

Dlatego właśnie jemu wolno. Dlatego on mógł sobie wczoraj pozwolić na to, na co nie mogliby sobie pozwolić młodzi piłkarze.

Mógłbym tu podawać kolejne argumenty – „team spirit”, sporo czasu do kolejnego spotkania, ważny powód do świętowania, obecność na stołach jednak raczej kufli piwa i kieliszków wina, niż literatek z wódką, ale to wszystko drobnica. Esencją jest właśnie hasło „pracuj jak niewolnik, żyj jak król”. Saganowski pracował jak niewolnik dwadzieścia długich lat. To nie Ljuboja, który chlał po przegranym meczu, zgłaszając jednocześnie problemy z sercem i migając się nawet od siedzenia na ławce rezerwowych, by potem chlać na vipach i na mieście. Saganowski, który przecież też miał jakieś kłopoty z serduchem, nigdy się nie migał, ani od pracy, ani od treningów, ani tym bardziej od gry.

Dla mnie zawsze będzie wzorem, nie tylko dlatego, że to mój pierwszy i pewnie ostatni prawdziwy idol ze szczenięcych lat, nie tylko dlatego, że w całym życiu tylko raz poprosiłem o autograf – właśnie Marka, nie tylko dlatego, że jest jedną z niewielu legend mojego klubu. Nie dlatego, że po meczu Widzewa z Odrą biegał w koszulce ŁKS-u, nie za jego gole w derbach, nie za lojalność czy powrót do ŁKS-u w dość krytycznym momencie. Przede wszystkim za tę pracę, za te fenomenalne powroty, za to uparte wstawanie z kolan po każdej kontuzji, wypadku czy potknięciu. Za charakter prawdziwego wojownika i profesjonalisty.

Wielkie dzięki, „Sagan”. Nigdy się nie zmieniaj. I wróć jeszcze kiedyś ładować gole do domu, czekamy. Naturalnie z tortem.

JAKUB OLKIEWICZ

Fot. msobczynska.pl