Nawałka w Lechu – czy jest się czym podniecać?

Listopad 27, 2018 in Bez kategorii

Adam Nawałka bez wątpienia wykonał z kadrą kapitalną robotę. Jasne – na mundialu doszło do kompromitacji, ale jednak 2 awansów na wielki imprezy i ćwierćfinału Euro nikt mu nie zabierze. Gdyby ktoś na jesieni 2013 roku powiedział, że w ciągu 5 lat reprezentacja na spokojnie awansuje i na Euro, i na Mistrzostwa Świata, a do tego wdrapie się do pierwszej dziesiątki rankingu FIFA, najpewniej sugerowano by wizytę u dobrego psychiatry. Ale nie o kadrze tutaj będzie. Kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia, że były selekcjoner ma objąć stery w Poznaniu, znakomita większość kibiców potraktowała ewentualne zakontraktowanie 61 latka jako gwarancję sukcesów, ale przede wszystkim kompletnej przebudowy Lecha i zmiany sposobu myślenia wielkopolskich działaczy. Czy słusznie?

Adam Nawałka trafił do reprezentacji po serii dobrych wyników z Górnikiem. No i właśnie tutaj pojawia się pierwszy problem. Mam wrażenie, że powstał jakiś mit Nawałki, który wykonał w Zabrzu kapitalną robotę, o której będzie wspominać się latami. Ba, nawet sami kibice ze Śląska ten mit powielają. Pewnie większość z nich marzyłaby o podmienieniu Marcina Brosza przez Nawałkę właśnie. I to pokazuje paradoks tego mitu, bo jednak to Brosz jest trenerem, który osiągnął do tej pory z Górnikiem więcej. Przypomnijmy, jak wyglądało panowanie Fakena w Zabrzu:

  • awans do Ekstraklasy
  • 6 miejsce
  • 8 miejsce
  • 5 miejsce
  • Górnik po 12 kolejkach na 2. miejscu
  • w Pucharze Polski największym sukcesem było dojście do 1/8 w sezonie 11/12, gdzie lepszy okazał się Gryf Wejherowo

Jednocześnie w tym samym okresie lepsze wyniki były w stanie wykręcić m. in. Piast, Śląsk Wrocław (który został mistrzem), czy Ruch Chorzów. Warto jednocześnie pamiętać, że za czasów Adama Nawałki mówiło się, iż Górnik jest 3. drużyną w Ekstraklasie pod względem wydatków na 1. zespół. Wydaje się, że nie tylko na papierze skład Górnika wyglądał solidnie. Łukasz Skorupski w bramce, ocierający się o kadrę Adam Danch na środku obrony, wspomagany przez Seweryna Gancarczyka, który jeszcze wtedy był naprawdę solidnym ligowcem, Paweł Olkowski z Prejucem Nakoulmą po prawej stronie. Środek Kwiek – Przybylski – Mączyński może dzisiaj powodować uśmiech, ale akurat wówczas byli to naprawdę nieźli, jak na warunki Ekstraklasy, zawodnicy. Zresztą koniec końców Mączyński pierwszy raz do kadry został powołany przez Nawałkę jako gracz Górnika właśnie.

Wydaje się, że Adam Nawałka mógł również liczyć w Zabrzu na komfort pracy, którego inni trenerzy Górnika w ostatnich latach nie mogli doświadczyć. Były zimowe obozy w Turcji, były letnie zgrupowania w Zakopanem. Tajemnicą poliszynela jest, że były selekcjoner robił świetne wrażenie na prezydent Zabrza, co biorąc pod uwagę układ właścicielski klubu było kluczowe. Dla porównania Marcin Brosz przygotowywał zespół do sezonu w podrybnickim Kamieniu, w Czechach, a w zimie 2016/2017 udało się zorganizować last minute kilkudniowy obóz w Słowenii. W zimie 2017/2018 Górnik wyleciał na Cypr, jednak do końca nie było pewne, czy wyjazd dojdzie do skutku.

Jeśli chodzi o wprowadzanie do składu młodzieży i wyławianie perełek, trzeba oddać Nawałce, że uparcie stawiał na Arka Milika i Pawła Olkowskiego. I to w zasadzie tyle. Ale też wydaje się, że trochę inna była wówczas sytuacja w klubie. Od trenera Brosza wymaga się ogrywania młodych zawodników, podczas gdy były selekcjoner miał tu większą dowolność.

To, co odróżnia trenera Nawałkę od innych, a co także zdecydowanie podbiło jego notowania wśród zabrzańskich kibiców, to podejście do pracy. Jest to człowiek, który tryska pozytywną energią. Kibic podchodzi, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie? Proszę bardzo – a najlepiej jeszcze z drugiego profilu. W Zabrzu imponował celnymi ripostami. Ot, choćby kiedy Robert Maaskant po przegranej w Zabrzu zasugerował na konferencji, że Wisła i tak była lepsza, Nawałka od razu – po angielsku – zaproponował wspólne oglądanie powtórki, żeby Holender mógł pokazać, w których to momentach Biała Gwiazda prezentowała się lepiej. W końcu – Nawałka uchodzi za profesjonalistę, do tego bardzo charyzmatycznego, w którego podopieczni wpatrzeni są jak w obrazek. Oczywiście można się śmiać z jego przesądów (np. cofanie busem), ale też warto zauważyć, że naprawdę przykłada on uwagę do najmniejszego szczegółu. Podczas pracy w Zabrzu, kiedy w jednym z hoteli zaserwowano drużynie rozgotowany makaron, kazał kucharzowi ugotować danie raz jeszcze. Dziwactwo? Może, ale jednocześnie pokazuje to, że w jego zespole wszystko ma być dopięte na ostatni guzik/ Na poniższym filmiku dobrze widać, że nawet trening z młodymi zawodnikami, który dla wielu trenerów mógłby być zwykłym punktem do odhaczenia, Nawałka potraktował bardzo poważnie (bura dla zamyślonego zawodnika w 1:44).

 

I myślę, że tego oczekują kibice Lecha. Tej dynamiki, motywacji, życia drużyną.  Tylko – być może się mylę – to nie do końca trener był w ostatnich latach problemem Lecha, co pokazał przykład Nenada Bjelicy, który po odejściu z Poznania wykręca świetne wyniki z Dinamem Zagrzeb. Jeśli w klubie próbuje się szukać za wszelką cenę oszczędności w oknie transferowym, to też koniec końców musi to wyjść bokiem w trakcie sezonu. Adam Nawałka na pewno zapewni powiew profesjonalizmu przy Bułgarskiej, tylko że tam raczej potrzebny jest huragan. A sam 61 – latek – jak pokazał przykład z Górnika, gdzie wykręcał najlepsze wyniki w ligowej karierze – nie jest raczej człowiekiem, który na dłuższą metą zapewni rezultat znacznie powyżej oczekiwań. Wygląda na to, że obie strony zagrały va banque – słynący z oszczędności włodarze Lecha muszą wydać niemało na gażę całego sztabu byłego selekcjonera, jednocześnie sam Nawałka może szybko dorobić się rys na wizerunku i z człowieka, który pokonał Niemców i doszedł do ćwierćfinału Euro stać się tym, który dostał od Zagłębia Sosnowiec czy Miedzi Legnica, i który na koniec sezonu musi oglądać plecy kilku zespołów.

 

 

5
1

Trencin – Feyenoord 4:0

Sierpień 9, 2018 in Bez kategorii

Górnik jednak dał radę wcisnąć jedną na wyjeździe. Ekstraklasa > Eredivisie

2
2

Polujmy na czarownice, nie na czarownicę. Sprawa sędziego Lasyka.

Lipiec 28, 2018 in Bez kategorii

Podbijam po popisie sędziego Marciniaka w Gdańsku. Oczywiście on nikogo nie pozbawił marzeń, bo kto by się przejmował błędami w 2. kolejce? Co więcej, karny z kosmosu i gwizdnięcie spalonego, którego nie było nie miały żadnego wpływu na WKS: ,,Szczęśliwie dla Śląska obronił Słowik, potem udało się odrobić, więc błędy sędziów nie zabrały im punktów”. Moim zdaniem kontrowersyjna teza, bo jest chyba różnica, czy drugą połowę zacznie się od remisu, czy też będzie trzeba gonić wynik (spalony miał miejsce w 25. minucie).

#######################

Ostatnio na Weszło pojawił się tekst, w którym wyrażono oburzenie na decyzję o nieodsunięciu sędziego Piotra Lasyka od prowadzenia co najmniej kliku ekstraklasowych meczów po jego popisie w meczu Jagiellonia – Wisła Płock. Wydaje się, że oburzenie było całkiem słuszne, wszak sędzia Lasyk popełnił bardzo poważny błąd. Nie pierwszy zresztą w tamtym sezonie. Jednocześnie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że nie każdy wielbłąd sędziowski wywołuje takie poruszenie, a sędzia Lasyk stał się nagle czarownicą, którą jak najszybciej trzeba spalić na stosie.

Na początku chciałbym ustalić jedną rzecz – nie mam zamiaru bronić sędziego Lasyka. Nie taki jest cel mojego artykułu. Sędzia Lasyk w zeszłym sezonie popełnił co najmniej 2 bardzo poważne błędy:

– anulował bramkę dla Wisły Płock, o czym wspominałem na wstępie;

– podyktował w końcówce meczu Górnik – Piast karnego za padolino Angulo (przy stanie 0:0, aczkolwiek warto pamiętać, że na meczu nie było VARu);

więc trudno udawać , że wszystko jest w porządku.

Natomiast trochę irytuje mnie tworzona wokół błędów Lasyka narracja, przy jednoczesnym – mniejszym lub większym – zrozumieniu dla błędów innych arbitrów. Sędzia Lasyk:

-okradł Wisłę z pucharów,

-z wszelkich marzeń,

– z premii,

-spieprzył w bardzo ważnym momencie,

-skompromitował się idiotyczną decyzją na oczach całej Polski.

Generalnie, co tu dużo mówić, pojechano z nim.

Pamiętacie rękę Siemaszki, która dała Arce remis z Ruchem, i która jednocześnie sprawiła, że Ruch zleciał z Ekstraklasy?

Otóż sędziujący wówczas Tomasz Musiał nie okradł Ruchu z utrzymania. Fakt, ,,po prostu zawalił”, ale koniec końców błąd sprawił jedynie, że: ,,Nie przegrał dziś Ruch (choć tak się może czuć przez spadek), nie przegrała Arka (a powinna). Przegrał – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – futbol”.

Nie przypominam sobie tekstu na Weszło, w którym ostro pojechano z sędzią Musiałem za ten błąd. W zasadzie oberwało się jedynie Zbigniewowi Przesmyckiemu: http://weszlo.com/2017/05/30/jeszcze-trzeba-zrobic-by-przesmycki-wreszcie-przestal-byc-zadowolony/. W podlinkowanym tekście można natomiast trafić na następującą pointe:

,,Czy Musiał chciał skrzywdzić Ruch? Nie, najbardziej zaszkodził sobie. Czy Musiał do niczego się nie nadaje? Nie, przesada. Ale do jasnej cholery nie chwalmy go za to, że wykonał dobrą robotę, bo prawda jest zupełnie inna: spieprzył opinię sobie i wszystkim kolegom po fachu, a o ręce Siemaszki będzie się rozmawiało jeszcze miesiącami. Wynagrodzenie za tak spieprzony mecz powinien wysłać na rzecz jakiegoś domu dziecka, najlepiej chorzowskiego. ”

No generalnie pomylił się, ale bądźmy łagodni. Przecież nie chciał. A że przy okazji pomógł Ruchowi zlecieć z ligi? Niech wpłaci kasę na chorzowski dom dziecka.

Aaaa, kolejkę później sędzia Musiał dostał do gwizdania mecz Wisły Kraków (sic!) z Termalicą. Co więcej, prezes PZPN, Zbigniew Boniek, udzielił PS wywiadu. Oto jego fragment:

Tomasz Włodarczyk: Gorąco za oknem, gorąco w lidze. W Gdyni sędzia Musiał popełnił nie błąd, a wielbłąd. Czy na spółkę z Rafałem Siemaszką spuścił Ruch do I ligi? 

Zbigniew Boniek: Błagam, to jakieś zaklinanie rzeczywistości. Tylko słabi i nieuczciwi ukrywają się za sędziami. Szukają wymówki, że zostali zdegradowani przez arbitrów. Kto bronił Ruchowi wygrywać mecze, kto pozbył się dobrego trenera, kto wypuścił Patryka Lipskiego, kto ma wieczne problemy z licencją? Przecież Ruch co roku nas oszukuje, a my ze względu na klub, nie działaczy, ciągniemy ich za uszy jak tylko możemy. Oczywiście wszystkim jest przykro z powodu tego,co stało się w Gdyni. Błąd był ewidentny. Gol nie powinien zostać uznany. Pomyłki sędziów były, są i będą. Dotyczy to wszystkich w równym stopniu. Kto powiedział, że ten mecz skończyłby się zwycięstwem Ruchu, gdyby gol Siemaszki był anulowany? Tempo meczu determinuje wynik. Mogłoby być 3:1 dla Arki, 2:1 dla Ruchu…

(https://www.przegladsportowy.pl/pilka-nozna/lotto-ekstraklasa/zbigniew-boniek-nie-robmy-z-sedziow-idiotow/f411j07_)

Ale okej, Musiał nie miał do dyspozycji VARu. Jakkolwiek nawet na Weszło zwrócono uwagę, że nikt sędziemu nie zasłaniał w tej konkretnej sytuacji i rękę Siemaszki miał jak na, he he, dłoni, to można jakoś próbować to wytłumaczyć.

Ale już Szymon Marciniak miał do dyspozycji VAR. Pamiętacie decyzję o karnym z czapy w meczu Śląska z Cracovią? Tego z sierpnia 2017?

Co prawda decyzję sędziego określono mianem wielbłąda, ale koniec końców stwierdzono, iż: ,,tak po prawdzie – o ile decyzja o karnym jest skandaliczna, o tyle bynajmniej nie można napisać, że Śląsk na wygraną nie zasłużył. To nie był pościg za zwycięstwem jak w Need For Speed, ale wrocławianie próbowali przynajmniej znacznie częściej niż rywale wrzucić trójkę. A niech im nawet będzie, że krótkimi momentami, to i czwórkę.”

(http://weszlo.com/2017/08/25/variactwo-wielblad-marciniaka-i-mecz-slaska-nie-konczy-sie-11/)

No niby sędzia Marciniak wypaczył wynik meczu, ale kurczę, Śląsk i tak na wygraną zasłużył. Czy tylko ja tu widzę absurd? Płock na bank by mecz wygrał, mimo że do końca zostało sporo czasu, a Jaga była niezwykle zmotywowana i grała u siebie, z kolei Cracovia straciła bramkę po błędzie w samej końcówce, no ale Śląsk częściej atakował więc nie ma tragedii.

Kiedy w grupie mistrzowskiej, w meczu Jagi z Górnikiem nie uznano bramki Kurzawy, bo dopatrzono się na powtórce faulu Żurkowskiego, którego nie było, w relacji nawet nie wspomniano o błędzie sędziego Kwiatkowskiego. (http://weszlo.com/2018/04/14/wyscig-o-mistrzostwo-nabiera-tempa-zart/). A wiecie, co łączy aptekarską decyzję z meczu Jaga – Górnik i tę z meczu Jaga – Płock? Sędzia Kwiatkowski właśnie. W pierwszym meczu był głównym (mimo, że w relacji na Weszło nie wiem czemu jest Złotek; tu potwierdzenie: http://ekstraklasa.tv/skroty/jagiellonia-gornik-z-1-2-zobacz-skrot-meczu/v5ccsn), w drugim siedział w wozie VAR. Może należałoby skupić się też na trochę bardziej doświadczonym od Lasyka arbitrze z Warszawy, który przecież – jeśli dobrze rozumiem przepisy – dał cynk, że piłkarz Wisły faulował i jest to poważna kontrowersja.

Kiedy sędzia Raczkowski dyktował dla Cracovii karnego z czapy w meczu z Górnikiem, stwierdzono, iż: ,,zdania ekspertów w telewizji i na Twitterze wciąż są podzielone.”

Nie przypominam sobie, żeby jakiemukolwiek sędziemu z ekstraklasowego topu wypominano błędy tak, jak Lasykowi. A nie, był taki jeden. Sędzia Frankowski, którego zjechano po meczu Korona – Legia za brak sygnalizacji sędziemu głównemu spalonego piłkarza Korony. Patrzcie jaki ten Bartek głupi, chyba oglądał w wozie finał Voice of Poland zamiast meczu! Oczywiście szybko wyjaśniono, że jest coś takiego jak perspektywa i coś, co wygląda na ewidentnego spalonego w telewizji, niekoniecznie jest spalonym w rzeczywistości. A że na telewizorkach w wozie nie ma narysowanych linii, to trudno oczekiwać, że sędzia zainterweniuje, nie mając pewności, czy w ogóle był spalony.

Oczywiście czujni kibice szybko wykryli dodatkowy smaczek błędów Lasyka. Otóż grał on kiedyś w Polonii Bytom razem z obecnym szkoleniowcem Górnika, Marcinem Broszem. Stąd też nie ma wątpliwości, że zarówno karny w meczu z Piastem, jak i anulowanie bramki Płocka to z góry zaplanowany spisek sędziego i trenera.

Oczywiście można przyjąć, że tak było, problem w tym, że wtedy oszalejemy. Otóż środowisko piłkarskie jest mimo wszystko dość hermetyczne. Piłkarze, trenerzy, działacze i sędziowie mniej lub bardziej się znają. Większość z nich zaczynała bowiem swoją przygodę z futbolem w podobny sposób – od gry w piłkę. Jeśli przyjmiemy, że sędziowie piłkarscy kierują się w rzeczywistości osobistymi sympatiami, dojdzie do patowej sytuacji. Sędziowie z Warszawy nie powinni sędziować żadnego meczu w Ekstraklasie, bo jak wiadomo, ani Legia nikogo nie lubi, ani nikt nie lubi Legii. Tacy sędziowie najchętniej wyrzuciliby z boiska wszystkich piłkarzy obu drużyn. Sędzia z Krakowa nie może sędziować meczu Wisły i Cracovii, to oczywiste. Ale co ze zgodami? Na spotkaniach Lecha i Arki też nie powinien gwizdać. A co z kosami? Śląsk, Lechia, Legia, Górnik… Tam też może kierować się swoimi sympatiami. W sumie nie powinien gwizdać nikomu.

Problem błędu w ostatniej kolejce polega na tym, że pozostawia on złudzenie bycia istotniejszym od błędu w kolejce 1, 12, 18 czy 23. To absurd, szczególnie dziś, kiedy mecze w ostatnich 7 kolejkach punktowane są dokładnie tak samo, jak przed podziałem na 2 grupy. Wina sędziego, który myli się w ostatniej kolejce jest dużo łatwiejsza do zauważenia, aniżeli wina arbitra, który podyktuje karnego z czapy we wrześniu. No bo gdyby nie ten błąd z 37. kolejki, to byłyby puchary/byłby mistrz/byłoby utrzymanie – byłoby cokolwiek. Ale nie do końca – równie dobrze można by powiedzieć, że gdyby nie jakiś błąd z września, to byłoby mistrzostwo/puchary/utrzymanie.

Ten paradoks był świetnie widoczny przed 30. kolejką. Nagle wszyscy oburzyli się na brak VARu. Jak to tak? Przecież to niesprawiedliwe. Jednocześnie nikomu wcześniej nie przeszkadzało to:

Wiadomo, że lud uwielbia, kiedy wskaże się konkretnych winnych. Na mundialu nam nie poszło, bo Lewandowski wolał grać w reklamach, na Euro 2008 zawalił Howard Webb, a w 2012 nie poszło przez zamknięty dach. I tak dalej. Dużo łatwiej zagrać na emocjach kibiców z Płocka wskazując konkretnego sędziego – Lasyka, aniżeli zauważyć, że – jak wynika z niewydrukowanej tabeli – nie on jedyny skrzywdził Wisłę (inna sprawa, że niewydrukowana tabela to jednak zabawa i coś, co w jednej kolejce zostanie uznane za ewidentny błąd, w innej pozostanie niezauważone).

Wiadomo, że błędy sędziowskie niejednokrotnie mają bardzo istotny wpływ na wyniki spotkań, ale bądźmy przy tym sprawiedliwi i nie szukajmy jednego winnego, kiedy zawala dużo więcej osób. Tym bardziej, że jak można zauważyć, są niestety równi i równiejsi.

13
0

Mourinho w Ekstraklasie – alternatywna rzeczywistość.

Lipiec 19, 2018 in Bez kategorii

Dużo mówi się o tym, jak fatalna jest ,,polska myśl szkoleniowa”. No bo do pucharów nasze drużyny ledwo awansują, a jak już awansują, to często za sterami mają obcokrajowca. Kadra na mistrzostwach się skompromitowała – selekcjonerem oczywiście był Polak. Czy którykolwiek z polskich trenerów zrobił w ostatnich latach karierę w sensownej europejskiej lidze? No nie.

Tylko zastanawiam się, na ile jest to problem tej mitycznej polskiej myśli szkoleniowej, a na ile samych warunków, w których przyszło trenerom pracować. Wyobraźcie sobie, że taki Mourinho przyjeżdża do polskiego klubu.

Na początku okazuje się, że nie ma dla niego przygotowanego nowego kompletu dresu. No cóż, przez kilka pierwszych dni będzie paradował w dresie z inicjałami poprzednika. Jakoś to przeżyje. Mimo tej małej niedogodności, Portugalczyk aż pali się do pracy. Poprosił prezesa a zaprezentowanie bazy.

– Ekhem. Czego!?

– No bazy. B A Z Y. Kilka boisk z idealnie przyciętą trawą, jakaś strefa odnowy biologicznej, siłownia, stołówka. No takie podstawy. Nie wymagam cudów, przecież to nie Premier League, tylko Ekstraklasa.

Bazy nie ma. Są za to dwa boiska. Jedno prawie łyse, z wielkimi plackami piachu w ,,piątkach”, drugie lepsze, z zieloną trawą, ale niestety niewymiarowe. Tak na oko z 20 metrów za krótkie i z 15 metrów za wąskie. Siłownia? Prezes tłumaczy, że kluba ma jakąś super hiper umowę z lokalną siłownią. – Jak trener chce, to 2 razy w tygodniu można tam z drużyną podjechać na godzinkę. Tylko wie Pan, tak po 21, jak mniej osób będzie. Żebyśmy ćwiczącym nie przeszkadzali. Aaaa, zapomniałbym – tutaj w klubie też mamy taką mini siłownię. Zapraszam, już pokazuję.

Mini to było dobre określenie. Cztery hantle, dwie sztangi, jedna ławeczka płaska i jedna skośna. Bieżnia? – Eeee tam, chłopaki wokół boiska mogą pobiegać. He, he. A jak na rowerach na trening przyjadą, to już będą mieli rozgrzewkę.

Po pierwszym treningu, żeby przyspieszyć regenerację, przydałoby się zażyć jakieś odżywki. Niestety, isostary i inne białka już się skończyły. Proszę zaczekać tydzień, pierwszego będzie nowa dostawa.

Mourinho widząc zespół w akcji stwierdził, że przydałoby się kilka wzmocnień.

– Panie trenerze, bo wie pan… Ja to bym chciał zespół opierać na młodych z akademii i okolicznych zespołów z niższych lig. Widział pan Górnika w zeszłym sezonie? No coś takiego chciałbym zrobić. Nie ma presji wyników – stawiamy na długoletni plan.

W porządku. Jose prosi więc, żeby skauci przedstawili mu listę okolicznych talentów i zaprosili je na testy.

– E, y, e, yyyyy, eeee. Bo wie pan, panie trenerze, taka śmieszna sytuacja – pan Janek, nasz skaut (ma świetne oko do młodzieży, naprawdę!) wyjechał teraz na urlop. Ale wróci za 2 tygodnie.

– Za 2 tygodnie to się liga zaczyna – odburknął wyraźnie poirytowany już Portugalczyk.

– Racja, coś wymyślę!

(Prezes dzwoni do znajomego menadżera)

Na drugi dzień w klubie pojawia się 37 – letni Słowak (zaliczył kiedyś nawet mecz w Lidze Europy – zagrał całe 147 sekund!), 29 – letni, wiecznie młody talent z Polski, podobno najlepszy defensywny napastnik Europy, 28 – letni Hiszpan (sądząc po oponce, dopiero co wrócił z wakacji) i 19 – letni Włoch, który przyjechał do Polski na Erasmusa.

– Aaaa, trenerze! Bo dzisiaj to tak niezbyt można ćwiczyć na boisku, bo pan Heniek trawę dopiero co zasiał. Ale może na siłownię skoczycie z chłopakami?

Szkoleniowiec z Setubal nie krył irytacji, ale w duchu powtarzał sobie: ,,Jose, do jutra wytrzymasz”. Na drugi dzień zaplanowany był bowiem wyjazd na obóz w Turcji.

Po przyjeździe do tureckiego hotelu okazało się, że jedyne boisko będzie dzielone między 7 drużyn – oprócz 3 zespołów z Ekstraklasy korzystać będzie z niego m. in. 7. drużyna poprzedniego sezonu w Rumunii i wicemistrz Węgier. W sumie fajnie – przynajmniej jakieś sparingi można ogarnąć. W międzyczasie wyszło na jaw, że hotelowa kuchnia jest dość średnio przygotowana na przyjazd sportowców. Menu skomponowane było raczej pod niemieckich turystów w średnim wieku. Frytki, bratwurst, jakiś kebab. Skończyło się tak, że piłkarze musieli jadać na mieście.

Po przyjeździe z obozu, na dwa dni przed pierwszym meczem, do klubu wpłynęła oferta na jedynego ogarniętego piłkarza w zespole. Prezes przekonywał, że oferta była nie do odrzucenia. Chłopak spakował walizki. Aaa – pamiętacie zawodników z testów? Ostatecznie podpisano Hiszpana, który zrzucił już parę kilo. Pan Janek przesłał też mailem listę młodych piłkarzy z okolicy – na pierwszym miejscu był syn pana Janka, a na drugim siostrzeniec prezesa. Podobno czysty przypadek. Koniec końców Portugalczyk wyparzył jakieś trzy perełki, z którymi podpisano kontrakty.

Początek sezonu nie wyglądał tak, jak wymarzył to sobie prezes. 9 miejsce? To pierwszy przegrany! Musi być górna ósemka za wszelką cenę! Co z tego, że średnia wieku to 14 i pół roku? Przecież mówiłem, że liczą się wyniki, a nie średnia wieku!!!

W trybie pilnym podpisano kontrakt z królem strzelców 3. ligi cypryjskiej. Niestety, wykonane w pośpiechu badania nie były najlepszym pomysłem, gdyż podczas pierwszego treningu wyszło, że napastnik ma poważnie uszkodzone kolano i w lidze zadebiutuje najwcześniej za 2 miesiące.

Po 28. kolejce sympatycznemu Portugalczykowi podziękowano za współpracę. 3. miejsce nikogo nie satysfakcjonowało – w tak słabym sezonie trzeba celować w mistrzostwo! Zdaniem prezesa potrzebny był wstrząs, 9 kolejek to zbyt mało na odrobienie 1 punktu straty do lidera.

Wiadomo, tekst to ogromna hiperbola. Natomiast poruszone problemy w mniejszym lub większym stopniu dotykają każdy Ekstraklasowy zespół (nie mówiąc już o drużynach z niższych lig). Nie mam zamiaru na siłę bronić polskich trenerów, ale faktem jest, że poziom abstrakcji w lidze jest często ogromny, co nie pozostaje bez wpływu na ich pracę.

 

4
1

Górnik – świadomy projekt, czy efekt fatalnej sytuacji w klubie?

Lipiec 18, 2018 in Bez kategorii

Niemal równo rok temu, kiedy emocje związane ze szczęśliwym awansem do Ekstraklasy już opadły, coraz więcej kibiców Górnika drżało o sytuację Górnika w nadchodzącym sezonie. Wzmocnienia nie powalały, do tego klub opuścił filar defensywy, Bartosz Kopacz. Żeby tego było mało, na dzień dobry do Zabrza miała przyjechać Legia.

3:1. I to nie dla faworyta tego spotkania.

Ten mecz, podobnie jak cały sezon, zdecydowanie przerósł oczekiwania śląskich kibiców. Miało być upokorzenie w debiucie przed własną publicznością, wyszło przekonujące zwycięstwo. Miała być bolesna walka o utrzymanie, udało się na spokojnie awansować do pierwszej ósemki. Już w pierwszej ósemce miało być 7 porażek, skończyło się na pucharach.

Ale to już przeszłość. Dziś Górnik nie ma króla asyst Kurzawy, nie ma dynamicznego Kądziora, obrona przypomina szwajcarski ser (choć nawet z Wieteską i Bochniewiczem daleko jej było od miana najszczelniejszej formacji w lidze). Kto wie, może za chwilę na stół prezesa trafi oferta nie do odrzucenia za Żurkowskiego? Powiedzieć, że Górnik przystąpi do nowego sezonu osłabiony, to – w najlepszym wypadku – lapsus językowy.

Wiecie, co mnie zastanawia najbardziej? Czy to, co w tej chwili dzieje się w Zabrzu, to efekt przemyślanej polityki, czy też efekt trudnej sytuacji, o której mówiło się niewiele dzięki świetnym występom w poprzednim sezonie? Zastanawiam się, czy Górnik faktycznie stwierdził, że trzeba za wszelką cenę stawiać na młodych (bo to jedyna droga ratunku – wypromować młodego, a następnie opchnąć go ze sporą przebitką na Zachód), czy też jest to wyraz bezsilności zespołu ze Śląska? Bo to nie jest tak, że długi się nagle rozpłynęły, a Górnik z klubu ledwo wiążącego koniec z końcem stał się ligowym potentatem. Jasne, podobno podpisano nową umowę z Allianzem i tym samym logo ubezpieczyciela na koszulkach ma przynosić realne zyski, a nie stanowić wyłącznie formę spłaty pożyczek (jak to było do tej pory), ale słowem klucz jest ,,podobno”. Niby podpisano umowę z Polską Grupą Górniczą, ale nikt szczegółów tej umowy nie zna.

Patrząc na ,,wzmocnienia” z sezonu 2015/2016, spadkowego, można dojść do wniosku, że chyba jednak faktycznie lepiej postawić na jakiegoś juniora, niż ściągać na siłę ,,solidnych ligowców”, jak Janota, Korzym, Widanow, Kwiek czy Przyrowski. Na papierze każdy z nich nakrywał czapką dowolnego młodego gracza, tylko jak się później okazało, na boisku wcale nie wyglądało to tak dobrze.  Jasne, można ściągać jakiegoś Drevniusa Amatorskasa z Łotwy, który kiedyś coś tam pograł w eliminacjach do Ligi Europy, ale generalnie jest zagadką. Można związać się z jakimś Jonem Spalonasonem z Finlandii, bo jego menadżer zapewnia, że to kapitalny obrońca. Na papierze pewnie będzie wyglądało to lepiej, niż wyciąganie kogoś z własnych rezerw, tylko że łatwo można się na nich przejechać.

Z drugiej strony, nie można zapomnieć, jak męczył się w zeszłym sezonie w wielu spotkaniach Górnik, kiedy na boisku musieli pojawiać się młodziutcy zmiennicy. A cierpliwość kibica szybko się kończy. O ile po zwycięstwach łatwo zachwycać się niską średnią wieku drużyny, o tyle po kilku porażkach nikogo nie obchodzi, że piłkarz marnujący setkę ma 16 lat i 243 dni, a robiący karnego obrońca dopiero co idzie do podstawówki. Ma być wynik. Tu i teraz!

Jeśli to, co obecnie dzieje się w Zabrzu, to efekt ustalonej polityki, zarząd prezydent miasta nie powinna się ugiąć pod presją ewentualnych słabszych występów i pozycja Marcina Brosza będzie niezagrożona. Trener idealnie wpisuje się w projekt stawiania na młodych piłkarzy, a gorsze mecze na naturalna konsekwencja takich projektów. Szczególnie w ich początkowej fazie.

Natomiast jeśli to, co obecnie dzieje się w Zabrzu to skutek trudnej sytuacji klubu, należy liczyć się z tym, że zakończy się to tragedią. Scenariusz będzie wtedy typowy dla Ekstraklasy. Trener prosi o wzmocnienia -> zarząd udaje, że nie słyszy -> przychodzą porażki -> atmosfera wokół klubu gęstnieje -> zarząd zwalnia trenera i zatrudnia nowego, o zupełnie odmiennym profilu od poprzednika -> nowy trener dostaje wagon szrotu.

Patrząc na obecny skład Górnika, jedyną osobą, która może go ogarnąć, jest właśnie trener Brosz. Kibicom Górnika pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja kadrowa to efekt wdrażania nowego projektu, z którego konsekwencjami liczą się władze klubu i sam trener. W przeciwnym wypadku bardzo szybko dojdzie do powtórki z sezonu 2015/2016.

4
0

Klątwa dobrego meczu z Górnikiem Zabrze

Kwiecień 10, 2018 in Bez kategorii

Jest to jedna z wielu kuriozalnych rzeczy, jakie występują w naszej ekstraklasie, aczkolwiek całkiem interesująca. Otóż wiele drużyn po rozegraniu dobrego meczu z Górnikiem Zabrze, w którym wygrywają, notują zdecydowany regres.

Zagłębie Lubin wygrało z Górnikiem w 12. kolejce, żeby w kolejnych 3 meczach zdobyć ledwie 1 punkt. Legia pokonała zabrzan w 16. kolejce i już tydzień później uległa w Kielcach Koronie. Arka Gdynia 13 grudnia wygrała z Górnikiem 1:0, ale już 4 dni później musiała uznać wyższość Pogoni Szczecin. Z klątwy wyłamała się tylko Cracovia, ale też spotkanie z zabrzanami było ostatnim przed przerwą zimową.

Sądzę, że jest to całkiem ciekawa sprawa. Niech trenerzy zaczną drżeć przed klątwą dobrego meczu z Górnikiem.

Użytkownik Mikus999 znalazł i przedstawił na trybunie fajną zależność, jak to po wygranym meczu z mistrzem Polski przeciwnicy notują regres. Ale tak naprawdę można by w miejsce Legii  wrzucić prawie każdy zespół z Ekstraklasy (vide przykład z Górnikiem). Legia ma w tym sezonie na koncie 10 porażek (dla przykładu ostatnia Sandecja ma ich tylko o 3 więcej). Co to oznacza? W przeciągu 30 kolejek statystycznie łatwiej było pokonać Legię, niż Górnika, Jagiellonię, Koronę, Zagłębie czy Lecha. Nasza liga jest wyrównana i tak naprawdę każdy może wygrać z każdym. Między 1. a 6. miejscem jest ledwie 10 punktów przewagi. Dla przykładu w Bundeslidze między 1. Bayernem a 2. Schalke przewaga wynosi 20 punktów po 29 meczach, w Hiszpanii Barcelona nad 5. Betisem ma 30 oczek przewagi po 31 meczach, a we Włoszech Juventus i Napoli mają nad 3. Lazio odpowiednio 21 i 17 punktów przewagi po 31 spotkaniach. Wiem, że dla niektórych fajnie brzmi historyjka o tym, jak cała liga spina się na warszawiaków, ale fakty są takie, że w tym sezonie pokonanie Legii w rundzie zasadniczej było tak samo trudne, jak pokonanie Cracovii i Wisły Kraków.

1
0

Jak co mecz… polowanie na Żurkowskiego

Kwiecień 4, 2018 in Bez kategorii

Screenshot_2018-04-04-12-53-57Screenshot_2018-04-04-12-55-11

 

Czytaj dalej →

1
2

Panie Krzysztofie, dlaczego Romańczuk w kadrze jest OK, ale Cionek to błazenada?

Marzec 21, 2018 in Bez kategorii

Jako że mamy przerwę na kadrę, a Taras Romanczuk otrzymał od Adama Nawałki powołanie, podbijam tekst sprzed jakiegoś czasu. Może ktoś jeszcze nie czytał i zostanie zaciekawiony. W komentarzach odpowiedź Krzysztofa Stanowskiego. Czytaj dalej →

63
3

Ciekawostka – nie pierwszy raz na Piaście mają problem z bezpieczeństwem.

Marzec 7, 2018 in Bez kategorii

Taka ciekawostka sprzed 3 lat. 

 

 

Kibice Piasta przed meczem z Górnikiem wybiegają ze swojego sektora i podbiegają pod sektor gości. Cała sytuacja rozeszła się na szczęście po kościach, bo ani jedni, ani drudzy fani nie mieli tym razem ochoty na wyłamanie płotu. Nie zmienia to faktu, że szokująca była łatwość, z jaką na stadionie przy Okrzei można dostać się spod młyna gospodarzy pod klatkę gości. Czy Piast – wiedząc, jakie są mankamenty stadionu w Gliwicach oraz jak jego sympatycy reagują na kibiców Górnika – odrobił lekcję? Sobotnie wydarzenia pokazały, że nie do końca.

1
1

Komisjo Ligi, dokąd zmierzasz?

Marzec 6, 2018 in Bez kategorii

Jak wiadomo Komisja Ligi zdecydowała się na precedensowe rozwiązanie i postanowiła odjąć Górnikowi przyznane chwilę wcześniej punkty za przerwany mecz w Gliwicach. W uzasadnieniu powołała się na fakt, że kibice z Zabrza prowokowali gospodarzy. Rozwiązanie wydaje się salomonowe, ale czy na pewno KL powinna działać w ten sposób?

Mecz został przerwany w 81. minucie, ponieważ kibice Piasta zniszczyli ogrodzenie oddzielające ich ,,młyn” od murawy. Mimo że późniejsze wydarzenia były raczej śmieszne niż straszne, decyzja o przerwaniu wydawała się całkiem uzasadniona. No no tak, zostaje rozwalony płot sektora, gdzie siedzą najzagorzalsi i najbardziej krewcy kibice. Przy wyrwie zbiera się kilkudziesięciu gości, którzy w każdej chwili mogą bez większych przeszkód wbiec na murawę. Łącznie na sektorze jest pewnie jakieś 1,5 tys – 2 tys. osób. No nie była to ani dla sędziego Stefańskiego, ani dla piłkarzy (w szczególności Górnika) komfortowa sytuacja. Ktoś napisze: ,,ale przecież oni tylko stali”? To prawda, ale trudno, żeby arbiter czekał, aż zdecydują się wbiec na murawę. Decyzja o wznowieniu spotkania mogłaby zakończyć się tragedią – ostatnie 10 minut byłoby pewnie bardzo gorące na murawie, co jednocześnie wzmagałoby wrzenie na trybunach.

Dzisiaj Komisja zdecydowała, iż Górnik – zgodnie z przewidywaniami – otrzyma 3 punkty, jednocześnie – co było ogromnym zaskoczeniem – zdecydowała się na odjęcie tych punktów. Bilans wyszedł na zero.

 

– Według raportu sędziego oraz delegata zawodów bezpośrednim powodem przerwania meczu w Gliwicach i braku możliwości jego kontynuowania przez sędziego było zachowanie kibiców Piasta. W związku z tym odpowiedzialność za to, że mecz nie mógł zostać dokończony, spoczywa na organizatorze meczu. Decyzja Komisji została podjęta na podstawie przepisów, które w takim przypadku przewidują obligatoryjną weryfikację zawodów jako walkower. Komisja dostrzegła jednak, że zachowanie kibiców Piasta nastąpiło na skutek prowokacji ze strony kibiców gości. Orzeczona kara o docelowym odjęciu trzech punktów ma mieć skutek prewencyjny i ma to być wyraźny sygnał, że Komisja Ligi nie będzie tolerować prowokacyjnych, zachowań chuligańskich, ani takich, które miałyby na celu wypaczenie wyniku sportowego – tłumaczy przewodniczący Komisji Ligi Zbigniew Mrowiec.

 

Przede wszystkim mam taki problem z decyzją KL, że jest fatalnie uzasadniona. Komisja powinna działać na podstawie i w granicach prawa, tymczasem przewodniczący tworzy własne przepisy i wlepia prewencyjne ujemne punkty.

 

Pytanie, czy taka decyzja KL nie doprowadzi do niebezpiecznego precedensu, kiedy to pan Mrowiec będzie sam sobie decydować, czy ,,jazda z kurwami” to już prowokacja, czy jeszcze nie. Czy pokazywanie ,,faków” i wyzywanie matek od kurew może uzasadniać rozwalenie bram i tym samym pozwoli na obustronny walkower, czy jednak w takiej sytuacji prowokowani kibice powinni się wstrzymać od demolki?

 

Trochę ta cała sytuacja przypomina scenkę z przedszkola, kiedy to Jasiu, patrząc załzawiony jak nauczycielka wpisuje mu uwagę do dzienniczka za bójkę krzyczy: ,,ale to Krzysiek zaczął”! Tak, kibice Górnika w tym całym zajściu nie byli bez winy, spalili bowiem 2 flagi Piasta. Pozostaje jednak pytanie, czy jest to prowokacja, która może w pewnie sposób łagodzić skutki zachowania kibiców przeciwnika. Nie pochwalam zachowania zabrzan, ale biorąc pod uwagę argumentację KL, za prowokacyjne zachowanie będzie można uznać np. wywieszenie baneru z kumatą treścią czy powieszenie flagi drużyny, z którą gospodarze mają kosę.

 

Bo kibice otrzymali teraz jasny sygnał – możecie dać się sprowokować, bo w efekcie obie drużyny wyjdą na zero. ,,No trochę szkoda tych naszych punktów, ale co tam, wróg też nie dostanie, a przynajmniej zrobiliśmy ,,sztywniutką” akcję”. Do tej pory palenie flag było dość częstym widokiem na stadionach, ale kibice, których flagi palono, zazwyczaj zachowywali (względny) spokój. Nikt raczej nie próbował przedrzeć się do sektora rywali, bo raz, na stadionach jest trochę kamer, dwa – no nawet jak ten płot się rozwali, to przecież trzeba jeszcze przebiec 100 m boiska, poszarpać się z ochroniarzami i rozwalić płot kolejnego sektora. A i w międzyczasie na stadionie pojawi się policja, która – w przeciwieństwie do ochroniarzy – ma więcej środków przymusu bezpośredniego, niż tylko buteleczka z gazem pieprzowym. No i przede wszystkim ewentualne  kary, które groziłyby ukochanej drużynie, sprawiały, że gra nie była warta świeczki. Ale teraz jest inaczej – po co spokojnie siedzieć w sektorze, jak w razie czego rywale też dostaną po łapach?

 

Warto też zauważyć, iż pojawiający się często we wszelkich komentarzach argument ,,Górnik i tak przegrywał” jest całkowicie chybiony. Można tylko gdybać, jakim wynikiem zakończyłoby się spotkania, gdyby nie przerwano go na 10 minut przed końcem. Oczywiście słabo grający Górnik mógł przegrać, ale równie dobrze mógł zdobyć jakąś szczęśliwą bramkę po rogu czy innym aucie i tym samym miałby nie zero, a przynajmniej jeden punkt.

 

Może i Górnik nie zasługiwał na te 3 punkty, ale nie może być też tak, że KL wymyśla na poczekaniu nowe kary. Naprawdę chciałbym, żeby w maju o mistrzostwie decydowały piękne bramki Gytkjaera, Niezgody, Angulo czy Novikovasa, a nie prawne wygibasy pana Mrowca

11
0

Z rożnego do bramkarza? To wcale nie jest takie głupie!

Luty 18, 2018 in Bez kategorii

Wczorajszy tekst o nietypowym rzucie rożnym wykonanym przez piłkarzy Jagiellonii i dzisiejszy tekścik o podobnym rozegraniu stałego fragmentu przez Napoli zachęcił mnie do przejrzenia statystyki bramek zdobyty po rogach właśnie. Na pierwszy rzut oka szydera wydawała się uzasadniona – masz piłkę blisko bramki rywala i zamiast posłać ją w jej kierunku wycofujesz się pod swoje pole karne. No jak tak można? Przecież wystarczy dobrze wrzucić, jakiś dwumetrowiec (prawie każdy ma w drużynie jakiegoś rosłego obrońcę czy napastnika, no nie?) się dobrze przepchnie i piłka ląduje w sieci. Prościej się chyba nie da. Ale czy na pewno laga w szesnastkę to dobre rozwiązanie?

Według strony ekstrastats.pl w poprzednim sezonie najskuteczniejszym zespołem jeśli chodzi o rożne był Górnik Łęczna. Jak myślicie, ilu rzutów rożnych potrzebowali spadkowicze, żeby zdobyć gola? 3? 4? 5? Nie, niemal 17!  10 goli po 169 rożnych. A to najlepszy zespól. Najgorszy Bruk – Bet miał skuteczność na poziomie 1,71%, co oznacza, że aby któryś ze słoni raz zdobył bramkę po rogu potrzebne było prawie 60 nieudanych prób.

Żeby nie było, że sezon 2016/2017 był jakimś wybitnie pechowym dla bijących SFG, rok wcześniej statystyka była bardzo podobna. Najlepsza Cracovia miała skuteczność na poziomie 6%.

Oznacza to, że nawet zespoły, o których mówi się, że mają świetnie wypracowane schematy, w rzeczywistości marnują w mniej lub bardziej widowiskowy sposób jakieś 95% rożnych. W przypadku takiego Górnika Łęczna z sezonu 2016/2017 5,92% skuteczności oznaczało, że zanim zdobyto bramkę, 16 razy piłka lądowała na trybunach czy na aucie po drugiej stronie boiska (to jeszcze nie jest najgorsza opcja, bo przynajmniej był czas na powrót), albo też w rękach bramkarza czy na głowie obrońcy drużyny przeciwnej i tym samym rodziła się idealna okazja do kontrataku. 

Wiadomo, przytaczana statystyka nie uwzględnia wyłącznie dośrodkowań w pole karne, ale także wszelkie próby krótkiego rozegrania aby np. ukraść czas w końcówce spotkania. Jednak powiedzmy sobie szczerze – takie krótkie rozegrania czy inne nieszablonowe sposoby to pewnie jakiś margines. Wystarczy samemu odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy ostatnio widziałem wykonanie rożnego inne aniżeli wrzutka w pole karne? A jeśli widziałem, to ile w danym meczu rożnych zostało wykonanych sztampowo?

Oczywiście ktoś może pomyśleć, że taki słaby procent wynika ze słabości Ekstraklasy. Słaba technika, brak schematów itd. Tutaj przykładowa statystyka dla Premier League:

trybuna

Szokujący jest więc upór, z jakim zespoły decydują się wrzucać piłkę w pole karne, zamiast zdecydować się na spokojne rozegranie. Żeby dośrodkowanie po rożnym miało jakikolwiek sens, w polu karnym musi być przynajmniej tych 5 – 6 zawodników drużyny atakującej. Jeśli dodamy do tego dośrodkowującego, mamy 7 piłkarzy pod bramką rywala, w tym najczęściej rosłych stoperów czy defensywnego pomocnika. Z tyłu zostaje 4 graczy, łącznie z bramkarzem. Jeśli przeciwnik przejmie piłkę, jest w stanie przeprowadzić naprawdę groźną kontrę.

Mimo to wydaje się jednak, że zespoły nie będą raczej zmieniały dotychczasowego sposobu wykonywania rzutów rożnych. Tu należałoby odnieść się do dwóch czynników. Po pierwsze, presji wywieranej przez kibiców (wycofanie piłki, nawet jeśli jest jak najbardziej uzasadnione, nie wzbudza wielkiego aplauzu), po drugie, do samej psychiki piłkarzy, którzy będąc blisko bramki przeciwnika chcą za wszelką cenę atakować, nawet jeśli szanse powodzenia są minimalne. A paradoksalnie, najlepszym sposobem ataku może być jednak wycofanie piłki do bramkarza.

 

 

9
0

Baraże, repasaże, podziały punktów – jak grają w innych ligach?

Luty 8, 2018 in Bez kategorii

Wiadomości z ostatnich dni o planach kolejnej zmiany ekstraklasowych rozgrywek sprawiły, że w internecie toczą się zażarte dyskusje o wyższości marokańskiej 60 zespołowej 4. ligi nad mongolskim systemem z 4 zespołami, w tym 2 złożonymi z jaków i wielbłądów. Jakkolwiek wiara, że sama zmiana liczby drużyn będzie JEDNYM DZIWNYM SPOSOBEM NA SUKCES A RYWALE NAS ZNIENAWIDZĄ przypomina trochę wiarę pięciolatka w Mikołaja, to jednak warto przyjrzeć się innym systemom. Zaczynamy!

CZECHY

– miejsce w klubowym rankingu UEFA za okres 2012/2013 – 2016/2017: 11

liczba mieszkańców ~ 10,5 mln

– kluby w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018: 3/5

 

Obecnie liga czeska to system identyczny, jaki mieliśmy przed ESA37. 16 drużyn, mecz i rewanż, 2 ostatnie zespoły spadają. Różnica jest taka, że poprzez ligę awans do pucharów mogą wywalczyć 4, a nie 3 drużyny. Warto też zauważyć, że 2 czeskich przedstawicieli gra w kwalifikacjach LM. Jeśli chodzi o frekwencję, to ta jest słabsza niż w Polsce. Na mecze Slavii i Sparty w Pradze chodzi średnio ok. 12 tys. kibiców, w Pilźnie ok. 10 tys., a w Ostrawie ok. 8 tys. Pozostałe 12 drużyn ogląda średnio tylu kibiców, co w Polsce Piasta, czyli od 3 do 5 tys.

Od przyszłego sezonu system rozgrywek w Czechach przejdzie jednak sporą reformę. Po 30 kolejkach 16 drużyn zostanie podzielonych na 3 grupy.. Zespoły z miejsc 1 – 6 powalczą o mistrza, z kolei z miejsc 11 – 16, cytując klasyka, o spadek. Nie będzie podziału punktów. I teraz najciekawsze – drużyny z lokat 7 – 10, w przeciwieństwie do pozostałych, zagrają między sobą systemem pucharowym, a zwycięzcy powalczą z czwartym lub piątym zespołem (kwestia tego, kto zdobędzie puchar Czech) o awans do kwalifikacji LE.

W teorii awans będą mogły uzyskać 3 zespoły z zaplecza. W praktyce – nie będzie to takie łatwe. Bezpośrednio awansuje tylko zwycięzca 2. ligi, a pozostałe 2 kluby zagrają baraże z 14. i 15. drużyną ekstraklasy.

Zdecydowana większość klubów była za zamianami. Sprzeciw wyrazili tylko przedstawiciele dwóch drugoligowców – z Opavy i Znojma. Powody? Nie trudno się domyślić – ograniczenie miejsc dających bezpośredni awans.

Prezes czeskiego związku argumentował potrzebę zmian podobnie, jak robili to piłkarscy działacze w Polsce przed ESA37 – nowy system ma być atrakcyjniejszy, bo uniknie się meczów o nic. Sam pomysł wygląda ciekawie, jednak ma na pewno jedną, widoczną na pierwszy rzut oka wadę – podczas gdy 6. zespół w pucharach na pewno nie zagra, szansę na przygodę w Europie będą miały drużyny z miejsc 7 – 11.

Czy liga po zmianach będzie ciekawsza? To dopiero się okaże. Czy bez zmian była ciekawa? Oceńcie sami:

 

Sezon 2016/2017 w Czechach; fot. flashscore.pl

Sezon 2016/2017 w Czechach; fot. flashscore.pl

Słowacja

– miejsce w klubowym rankingu UEFA za okres 2012/2013 – 2016/2017: 31

liczba mieszkańców ~ 5,5 mln

– kluby w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018: 0/4

W słowackiej ekstraklasie gra tylko 12 drużyn. Problem zbyt małej liczby spotkań rozwiązano poprzez rozgrywanie trójmeczów. Nie ma więc żadnego podziału na grupy ani dzielenia punktów. Patrząc na tabelę z zeszłego sezonu, nie są to raczej fascynujące rozgrywki. Pierwsza Žilina miała 73 punkty, podczas gdy drugi Slovan ledwie 57. Walka o utrzymanie też nie wciska w fotel, co wynika głównie z tego, że spada wyłącznie ostatnia drużyna. Tatran, który znalazłby się na zapleczu gdyby nie wycofanie Spartaka Myjava, miał 19 punktów i tak naprawdę biłby się do końca tylko ze Zlatymi Moravcami. Pozostałe drużyny odjechały na co najmniej 9 punktów.

Frekwencja, porównując z Ekstraklasą, jest mizerna. W zeszłym sezonie średnio najwięcej kibiców zasiadało w Dunajskiej Stredzie (nieco ponad 4 tys.). Na mecze mistrza z Žiliny chodziło mniej niż 3 tys. kibiców. Inna sprawa, że wspomniane Streda czy Żylina są odpowiednio wielkości Bytowa i Lubina, trudno więc o kilkudziesięciotysięczną publikę.

Rumunia

– miejsce w klubowym rankingu UEFA za okres 2012/2013 – 2016/2017: 17

liczba mieszkańców ~ 20 mln

– kluby w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018: 1/5

14 zespołów po 26 kolejkach sezonu zasadniczego rozdzielanych jest na 2 grupy: mistrzowską (1 – 6) i spadkową (7 – 14), w których rozgrywa się mecz i rewanż. Tym samym zespoły z dołu tabeli rozgrywają po 40 spotkań, te z górnej szóstki po 36. Podobnie jak do obecnego sezonu w ESA37, punkty rumuńskich drużyn po sezonie zasadniczym są dzielone na pół. Z ligi spadają bezpośrednio 2 zespoły, trzeci od końca rozgrywa barażowy dwumecz z zespołem z zaplecza.

Należy jednak pamiętać, że w Rumunii co chwilę wybucha jakaś ligowa afera – a to ktoś zbankrutuje, a to dostanie kilkanaście ujemnych punktów za korupcję. Tym samym system z podziałem prowadzi do paradoksów. W zeszłym sezonie licencji na europejskie puchary nie dostały 3 zespoły z grupy mistrzowskiej i w eliminacjach LE zagrał… zwycięzca grupy spadkowej.

Dania

– miejsce w klubowym rankingu UEFA za okres 2012/2013 – 2016/2017: 18

liczba mieszkańców ~ 5,7 mln

– kluby w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018: 1/4

Na koniec prawdziwa perełka, czyli liga duńska. Latem 2016 roku zdecydowano się na powiększenie Superligi z 12 do 14 drużyn. Na początku rozgrywa się 26 meczów, każdy z każdym gra więc po 2 razy. Schody zaczynają się jednak dopiero po tych 26 spotkaniach. Zespoły z miejsc 1 – 6 rozgrywają 10 dodatkowych spotkań (mecz i rewanż), po których wyjaśni się, kto został mistrzem, zliczając punkty z całego sezonu.

Poza grupą mistrzowską tworzy się jeszcze dwie inne. Żeby się potem nie myliło, nazwijmy je A i B. Pierwszą (A) z zespołami 7, 10, 11, 14 i drugą (B) z pozostałymi. W obu grupach zespoły grają systemem każdy z każdym po 2 razy. Tutaj, podobnie jak w grupie mistrzowskiej, punkty z sezonu zasadniczego też przechodzą dalej. Następnie odbywają się dwumecze: zwycięzca pierwszej grupy gra z drugim miejscem z drugiej grupy i analogicznie zwycięzca drugiej z wiceliderem pierwszej. Zwycięzcy tych meczów grają ze sobą dwumecz, z kolei zwycięzca zagra finał z… najlepszym zespołem grupy mistrzowskiej, który nie zakwalifikował się do pucharów. Stawką tego meczu jest gra w eliminacjach LE.

Żeby nie było za łatwo, na podobnych zasadach grają 4 pozostałe zespoły z grup ,,niemistrzowskich”. 3A vs 4B i 4A vs 3B. Następnie odbywają się kolejne dwumecze – między zwycięzcami oraz między przegranymi. W dwumeczu ,,zwycięzców” stawką jest utrzymanie – przegrany z kolei… zagra jeszcze jeden dwumecz, tym razem z odpowiednią drużyną z zaplecza. Kto wygrywa, ten gra w kolejnym sezonie w Superlidze.

Analogicznie w dwumeczu ,,przegranych” zespół, który zostanie pokonany bezpośrednio spada z ligi, z kolei zwycięzca ma do rozegrania dwumecz z drugoligowcem. Tak jak było to w wyżej wymienionym przypadku – kto wygrywa, ten gra w Superlidze.

 

Schemat ligi duńskiej znaleziony na forum jej sympatyków

 

Schemat ligi duńskiej znaleziony na forum jej sympatyków’ http://kassiesa.net/uefa//forum2/viewtopic.php?t=4003

Stopień skomplikowania jest tu bardzo wysoki, z drugiej strony praktycznie w 100% wyeliminowano mecze o pietruszkę.

Oczywiście to nie wszystkie ,,dziwne” systemy w Europie. Tradycyjnie należy wspomnieć o Belgii czy Szkocji, jednak o rozgrywkach tych napisano już tyle, że nie ma nawet sensu dodawać kolejnych akapitów. To jak, który system jest najlepszy Waszym zdaniem?

11
0

Maskotka Górnika przeprasza Jagę. Górnik wychodzi z tej akcji z twarzą.

Listopad 29, 2017 in Bez kategorii

Większość z Was pewnie pamięta Żabolka, czyli maskotkę Górnika Zabrze (a konkretnie, żeby być precyzyjnym, Akademii Górnika), która w trakcie ostatniego ligowego spotkania w Zabrzu ,,pozdrawiała” kibiców Jagi fakami i wypinaniem tyłka. Żenadometr wybiło wtedy poza skalę, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że klub milczał. Kiedy już wydawało się, że w Zabrzu przyjęli taktykę ,,przeczekać burzę w piwnicy” pojawiło się to:

 

 

Jasne – czasu się nie cofnie i maskotka z Zabrza pewnie przez długi czas będzie kojarzyła się z napinką zza płota, ale jednak za kreatywność w wymyśleniu przeprosin należy się plusik. Tym bardziej, że działy marketingu polskich klubów nie słyną raczej z inwencji twórczej i w typowym ekstraklasowym stylu byłoby raczej napisanie zwykłego posta z przeprosinami i oznaczenie w nim Jagiellonii. Ewentualnie krótki tweet. Tymczasem mamy 2 – minutowy filmik. Nie jest to może dzieło na miarę Almodovara, ale warto go obejrzeć choćby dla zaciągającej po rusku Pszczółki.

6
0

Czy my zawsze musimy narzekać?

Październik 9, 2017 in Bez kategorii

Jest 16 czerwca 2012 roku, Polacy mają historyczną szansę na wyjście z grupy na Mistrzostwach Europy. Los się do nas uśmiechnął – nie trafiliśmy na europejskie potęgi, a drużyny w naszym zasięgu. Chociaż z Grecją i Rosją zdobyliśmy tylko 2 punkty, to i tak przed ostatnim meczem nie musieliśmy oglądać się na rywali. Wszystko zależało od nas. Okazało się, że ostatnie spotkanie nie musi być tym o honor.

Jak się skończyło wszyscy wiemy. Polacy odpadli z Euro i w sobotni, czerwcowy wieczór w wielu domach zastanawiano się, czy kiedykolwiek będzie lepsza szansa na odejście od niechlubnej tradycji kończenia przygody z mistrzostwami na fazie grupowej. Grupa śmiechu. U siebie. No jeśli nie potrafimy wykorzystać takich okoliczności, to już nigdy z tej cholernej grupy nie wyjdziemy.

Jest 22 marca 2013 roku. Polacy nie najgorzej weszli w eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii. Pokonali słabiutką Mołdawię, nie przegrali na trudnym terenie w Podgoricy i wyszarpali punkt Anglikom, z którymi przecież zawsze grało nam się ciężko. Zwycięstwo z Ukrainą może postawić nas w całkiem komfortowej sytuacji. Dlaczego miałoby się nie udać? Mamy trio z Dortmundu, regularnie grającego w Serie A Glika, zbierającego dobre recenzje w Reims Krychowiaka. Do tego wsparcie ponad 50 tys. kibiców, którzy w chłodną, marcową noc przyjechali do Warszawy. Zanim rozsiedli się na krzesełkach – 0:2. Co z tego, że składna akcja Kuby, Lewego i Piszczka dała nam bramkę kontaktową, jak jeszcze przed przerwą pozwoliliśmy Ukraińcom na zdobycie trzeciej bramki. Dramat.

Do tego w czerwcu tego samego roku Mołdawia urwała nam punkty na klepisku w Kiszyniowie, a we wrześniu remis z Czarnogórą praktycznie pogrzebał nasze szanse na awans. Gdybyśmy mieli choć trochę farta… Te cholerne słupki z Mołdawią, ten spalony w ostatniej sekundzie z Czarnogórą. Jesteśmy pechowcami.

O tym, jak wyglądała wówczas atmosfera wokół kadry najlepiej pokazała cieszynka Lewandowskiego z meczu z Czarnogórą właśnie. Swoją drogą, jaki był to paradoks, że gość, który w Bundeslidze jest kozakiem, z orzełkiem na piersi wygląda słabo. Gdyby tylko w reprezentacji był choć w 1/3 tak skuteczny, jak w BVB…

Lewy ucisza kibiców, rewanżując się za gwizdy w meczu z Danią

Lewy ucisza kibiców, rewanżując się za gwizdy w meczu z Danią

Jest 8 października 2017 roku, Polacy zaliczają 2 z rzędu awans na wielką imprezę, w międzyczasie dochodząc do ćwierćfinału na Euro. Słychać narzekanie – bo tak naprawdę to wszystko było wyłącznie dziełem farta Nawałki i świetnej dyspozycji Lewego. Gdyby tak tego farta zabrakło… Gdyby Lewy nie wykorzystywał wszystkiego, co ma…

0
0

Dawać zagranicznych trenerów, bo Polscy są słabi. Czy na pewno?

Wrzesień 27, 2017 in Bez kategorii

Wielu kibiców twierdzi, że w Polsce nie ma dobrych trenerów. Jeśli pojawiają się kandydaci do objęcia jakiegoś zespołu, to często opcja zagraniczna zyskuje największe poparcie sympatyków. Nawet, jeśli ta opcja to trener nieznany szerszej publiczności. Bo przecież polscy trenerzy nie mają żadnego pojęcia o taktyce – laga do przodu i jedziemy. Nikt nawet nie myśli, żeby dać im szansę za granicą, choćby w jakiejś niższej lidze. To chyba o czymś świadczy. Chorwaci, Słowacy, Niemcy – ci to wycisnęliby z ekstraklasowych zawodników 200%. Nie to, co Polacy. Ale czy tak na pewno jest?

Jednym z koronnych argumentów, że z polską myślą szkoleniową jest źle, miał być przypadek Michała Probierza. Już miał iść do Niemiec czy innej Turcji, już miał otrzeć się o poważniejszą piłkę, ale jednak koniec końców wylądował w Cracovii. Poważnych ofert z zagranicy nie było, więc trzeba było zostać na lokalnym podwórku. Dlaczego miało zabraknąć poważnych ofert? A no dlatego, że nikt poważnie polskiej myśli szkoleniowej nie traktuje.

Szybki rzut oka na kilka europejskich lig:

– Bundesliga – na 18 trenerów 11 to Niemcy, kolejni 2 to Austriacy, a do tego jest jeszcze Szwajcar.

– Serie A – tylko 1 trener nie ma włoskiego obywatelstwa.

– La Liga – na 20 trenerów tylko 4 to obcokrajowcy.

– Ligue 1 – 14 trenerów z francuskim obywatelstwem.

– liga turecka – tureckiego obywatelstwa nie ma tylko 4 trenerów z 18

– liga grecka – 5 obcokrajowców na 16 szkoleniowców

No generalnie stawia się na swoich. A jeśli już pojawia się trener zagraniczny, to w większości przypadków:

A. jest trenerem topowym – np. Ancelotti w Niemczech, Ranieri we Francji, Simeone w Hiszpanii

albo

B. w danym klubie/kraju/lidze spędził sporo czasu – np. Niko Kovac (17 lat w Niemczech), Pal Dardai (od 1997 związany z Herthą), Zinedine Zidane (od 2001 w Realu)

Niko Kovac jest Chorwatem, ale w Niemczech trochę czasu spędził. fot.: transfermarkt.pl

Niko Kovac jest Chorwatem, ale w Niemczech trochę czasu spędził. fot.: transfermarkt.pl

Na pierwszy rzut oka sporo zagranicznych trenerów jest w Rosji, tylko że statystykę nabijają tam Ukraińcy i Białorusini. Trudno więc przebić się do zagranicznego klubu, jeśli nie ma się żadnego związku z daną ligą. Oczywiście ktoś może napisać, że gdyby jakiś polski trener był wybitny, to w końcu znalazłby zatrudnienie za granicą. Oczywiście to prawda, ale należy pamiętać, że jedna wybitna jednostka wystarczy czasem, żeby pociągnąć za uszy całą resztę trenerów z danego kraju, którzy wcale wybitni nie są.

Zobaczcie – Jose Mourinho sprawił, że każdy młody i obiecujący portugalski trener traktowany jest jako ,,The special one 2.0″. Pamiętacie jak umieszczano Portugalczyków za sterami Lechii czy Zawiszy? Ale co tam Ekstraklasa, nawet stary wyga, Roman Abramowicz, dał się naciągnąć i zaufał Villasovi – Boasovi. Młody, z Porto – no musi pójść w ślady Mou. Ale nie poszedł. A czy wspomniani Portugalczycy z Lechii i Zawiszy faktycznie byli lepsi niż ich polscy koledzy po fachu? Jorge Paixao wyleciał z Bydgoszczy z bilansem 2 – 0 – 8 (natomiast jedno ze zwycięstw dało Superpuchar), szybko podziękowano za współprace także Quimowi Machado.

Oczywiście – to Albańczyk wprowadził Legię do LM po raz pierwszy do dawien dawna, ale też nie oszukujmy się, powiedzieć, że sprzyjał mu los to mało. Jednocześnie ten sam Albańczyk odpadł z PP z pierwszoligowym wtedy Górnikiem, a w lidze uległ m. in. Arce, Termalice, Łęcznej i Zagłębiu. Jasne, to za czasów Norwega Berga Legia wygrała grupę LE, ale przecież koniec końców doszła tam, gdzie Legia Skorży. Co ciekawe, uchodzący za sympatycznego, ale przeciętnego trenera Jan Urban wcale nie miał dużo gorszej średniej punktów, aniżeli Henning Berg (1,91 vs 2,02).

Wydaje mi się, że zbytnio gloryfikujemy zagranicznych szkoleniowców. Jose Marii Bakero na dzień dobry miał ułatwione zadanie, bo przecież grał w wielkiej Barcelonie, a Jacek Zieliński, którego zastąpił, w Siarce Tarnobrzeg. Nenad Bjelica przegrał do tej pory z Lechem wszystko, co było do przegrania, no ale jednak to chorwacki twardy charakter.

Wiele mówi się o mitycznych szkołach trenerskich. Jest szkoła włoska, hiszpańska i niesławna polska. Ale czy mozna wrzucać wszystkich do jednego worka? Czy każdy Hiszpan będzie wyznawał filozofię tiki – taki, a każdy Włoch postawi na żelazną defensywę? Czy wszyscy Portugalczycy będą prowadzić gierki psychologiczne na konferencjach, niczym Jose Mourinho? To pojęcie szkoły trenerskiej zakłada, że można postawić znak równości między Franciszkiem Smudą, Ryszardem Tarasiewiczem i Marcinem Broszem, choć każdy z tych trenerów wychował się w innych czasach. Czy Piotr Nowak byłby przedstawicielem szkoły polskiej, czy amerykańskiej? Pewnie gdyby szło mu dobrze, byłaby to zasługa zbierania szlifów w USA, natomiast gdy przyjdzie pora na wypomnienie błędów, te będą skutkami zarażenia się ,,polską myślą szkoleniową”.

Wymowny jest jeszcze jeden fakt. Jak tylko wspomniani już Bjelica czy Berg palnęli jakieś głupstwo na konferencji, pojawiały się komentarze, że przesiąkli polską myślą szkoleniową. Wiadomo – dopóki idzie, to zasługa wychowania za granicą, jak pojawiają się schody – już nie. Często mity dotyczące mentalności trenerskiej, związanej z narodowością powielają też kibice.

Wypowiedzi kibiców po meczu Legia - Lech na Legia. Net

Wypowiedzi kibiców po meczu Legia – Lech na Legia. Net

Szukamy często kwadratowych jaj, a pod ręką są najprostsze rozwiązania. Marcin Brosz udowadnia, że w każdym klubie jest w stanie wykonać solidną robotę, Ireneusz Mamrot nie najgorzej wszedł w Ekstraklasę, a przecież całkiem ciekawe nazwiska są też na zapleczu. Zbigniew Smółka przejmował w zeszłym sezonie ostatnią Stal Mielec, a obecnie jest to zespół z czołówki 1. Ligi, Marek Papszun wprowadził na drugi poziom rozgrywkowy Raków Częstochowa. Jest jeszcze Dominik Nowak – obecnie trener Miedzi Legnica, który w zeszłym sezonie prowadził Wigry Suwałki – przez długu czas jego zespół był rewelacją zaplecza, a i w Pucharze Polski zrobił świetne wrażenie dochodząc aż do półfinału. Co łączy tych trenerów? Wszyscy urodzili się w latach 70., więc biorąc pod uwagę specyfikę ich zawodu – najlepsze przed nimi. A to i tak kilka najpopularniejszych nazwisk – niższe ligi kryją naprawdę sporo perełek, tylko nie ma nikogo, kto by je wypatrzył. Jeśli skauting typowo piłkarski istnieje w polskich klubach tylko teoretycznie, to co dopiero mówić o skautingu trenerskim.

Efekty pracy Zbigniewa Smółki są doskonale widoczne w Mielcu; fot.: stalmielec.com

Efekty pracy Zbigniewa Smółki są doskonale widoczne w Mielcu; fot.: stalmielec.com

A szkoda – może zamiast na siłę próbować wepchnąć na karuzelę 247 raz tego samego trenera lub dawać szansę średniemu szkoleniowcowi z zagranicy, warto postawić na kogoś z niższych lig?

4
3

Gdyby to najczęstsze słowo polskie.

Sierpień 4, 2017 in Bez kategorii

Przebrnąłem przez komentarze kibiców i wypowiedzi piłkarzy po meczach naszych drużyn w eliminacjach do europejskich pucharów. Chyba pora przypomnieć klasyka.

 

Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka
Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka
Gdyby to najczęstsze słowo polskie
Gdyby mama miała fiuta, to by była ojcem, hej, hej…

 

2
3