JANUSZ WÓJCIK: POŻEGNANIE

Listopad 21, 2017 in Bez kategorii

 

 z przebitą piłką(1) 

To bardzo dziwne uczucie pisać tekst po śmierci osoby, której nie miałem okazji poznać osobiście, a której zarazem coś zawdzięczam. W końcu to Janusz Wójcik był postacią, na podstawie której tworzyłem swoje opowieści. Bo cechą Wójcika było to, że w obecnym świecie polskiej piłki, świecie nijakich piłkarzy, bezbarwnych trenerów, ludzi którzy nie chcą się wychylać i narażać na strzał, Wójt był jedną z nielicznych postaci z charakterem. Można było wiele zarzucić Panu Trenerowi, ale nie można było przejść obok niego obojętnie.

Janusz Wójcik jest dla mnie symbolem polskiej piłki lat dziewięćdziesiątych, z wszystkimi jej zaletami i przywarami. Nie mam zamiaru zakłamywać tutaj rzeczywistości i pisać o nim w samych superlatywach. Ale tworząc podszywkę Wuja, siłą rzeczy musiałem poszerzyć swój zakres wiedzy na temat prawdziwej postaci. Od książek samego Wójcika zaczynając, przechodząc przez biografie jego podopiecznych, a kończąc na wywiadach czy artykułach opisujących pracę w Jagiellonii czy Hutniku Kraków. I tak, czytając coraz to nowe anegdoty, co raz bardziej zaczynałem Wójcika lubić tak po prostu, jako człowieka pewnego siebie, konsekwentnego i nie dającego sobą pomiatać. Nie był trenerem, który najnowsze warianty taktyczne miał opanowane w małym palcu. Ale mimo wszystko potrafił wydobyć ze swoich piłkarzy rzecz najważniejszą: pasję. Jego najlepsze drużyny prędzej padłyby ze zmęczenia, niż dały się pokonać. Dzięki swoim metodom zyskał ogromny szacunek zawodników. Spośród całej masy piłkarzy, których miał okazję prowadzić, zdecydowana większość wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. Wyszukajcie sobie spotkanie z okazji 25-lecia medalu w Barcelonie. Po dwudziestu pięciu latach pojawiła się prawie cała ekipa. To świadczy o zażyłości, jaka była w tej drużynie. W Barcelonie jeden za drugim skoczyłby w ogień. Tak scementowanej drużyny, a co za tym idzie tego sukcesu, nie byłoby bez Wójcika.

Napisałem, że Wujo urzekł mnie tym, że nigdzie nie dał sobą pomiatać. I za to chyba najbardziej go szanuję. Misie z PZPN „odebrały” mu tytuł? To rzucił pracę w Polsce i wyjechał do Emiratów. Pewnie mógłby próbować załatwić sprawę polubownie, ale to był cały Wójt: albo coś było na jego warunkach, albo wcale. Skoro jesteśmy przy temacie machlojek, korupcja to haniebny czyn dla każdego, kto działa w piłce. Argument że „wszyscy kręcili” do mnie nie trafia. Swojego złego czynu nie można usprawiedliwiać grzechami innych. Ale wiecie co? On przynajmniej wziął wszystko na klatę i nie kopał dołków pod innymi, byleby oczyścić swoje nazwisko. Mało tego, śmiał się prokuraturze w twarz mówiąc, że ludzie piłki, którzy chcieli go ukrzyżować, sami mają niejedno za uszami. Odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy miał rację…

Janusz Wójcik był wreszcie człowiekiem o bardzo dużym poczuciu humoru. Jego teksty oraz anegdoty z nim w roli głównej stały się wręcz legendarne w środowisku piłkarskim. Pomimo sporej dawki mitomanii oraz kreowania swojej osoby jako wiecznego zwycięzcy, pokazywał również wielki dystans do własnej osoby. Najlepszym przykładem jest słynny film promujący jego ostatnią książkę.

Trenerze, Pana osoba była dla mnie inspiracją. Nie wiem nawet, czy słyszał Pan o takim wariacie, który co tydzień opisywał Pana niesamowite przygody czy to na Trybunie, czy też później, na głównym Weszło. Sam chcę wierzyć że kiedyś, jak spotkamy się gdzieś tam na górze, to nie zdzieli mnie Pan w potylicę za te moje wypociny, tylko każe skoczyć do Piotrka po piwko i opowie trochę swoich prawdziwych historii.

P.S. Będzie Pan dobrze wyglądał z aureolą nad głową. Jestem tego pewien.

 

wojt-jak-golilem-frajerow-o-pilce-pieniadzach-i-kobietach-b-iext45009639

 

 

Ze względu na szacunek dla zmarłego, seria „Jak co poniedziałek… Wujo” nie będzie dalej kontynuowana. Konto „Janusz Wójcik” nie zostanie usunięte, aczkolwiek nie będę już z niego korzystał.

P.S.-2 Dziękuję za wszystkie pozytywne jak i negatywne słowa dotyczące mojej twórczości. Z pozytywnych czerpałem radość, bo to fajne uczucie kiedy paroma zdaniami poprawiasz komuś humor w środku ciężkiego tygodnia, natomiast negatywnymi, niczym prawdziwy Wujo, nie przejmowałem się w ogóle.

Autor podszywki „Janusz Wójcik” a.k.a Wujo

13
0

JAK CO JAKIŚ CZAS… I TO OSTATNI RAZ. JANUSZ WÓJCIK! #25

Sierpień 28, 2017 in Bez kategorii

Mosque_bsb_brunei

 

Witajcie!

To prawdopodobnie mój ostatni wpis na Trybunie. Po ostatnim popisie Legii w europejskich pucharach doszedłem do wniosku, że skoro prezes Dariusz dalej nie poprosił mnie o pomoc, to ja dłużej nie będę czekał aż się łaskawie po mnie zgłosi. Tym bardziej, że za Legią ustawiła się po mnie kolejka chętnych. Najpoważniejsze oferty przyszły z:

-Anglii (Arsenal, Reprezentacja),

-Włoszech (Inter),

-Hiszpanii (Barcelona),

-Chin (Guangzhou Evergrande, Reprezentacja),

-Brunei (drużyna nosaczy sundajskich walcząca o Puchar Tysiąca Wysp),

Po długim namyśle wybrałem najlepszą możliwą ofertę. Czyli mówiąc krótko, spierdalam do Azji, na specjalne zaproszenie Sułtana Brunei, i zarazem mojego dobrego przyjaciela, Hassanala Bolkiaha.

Nie życzcie mi powodzenia. Życzcie powodzenia z bożej łaski trenerowi Jackowi. Jemu przyda się bardziej. Jak kogoś czasem zbierze na wspominki, to zawsze może wejść na mój profil w zakładkę „Blog”, i poczytać o tym jak to goliłem frajerów, piłem z najbardziej wpływowymi ludźmi na świecie, i ruchałem najlepsze dupy w okolicy. A tymczasem:

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: do wybrania oferty Brunei najbardziej przekonała mnie skromna dacza, którą sułtan wynajął specjalnie na czas mojego pobytu.]

12
2

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #24

Sierpień 23, 2017 in Bez kategorii

room1011-470x260

Witajcie!

W poprzednim felietonie opowiadałem Wam, jak musiałem dostać się na granicę polsko-niemiecką, w celu uwolnienia polskiego przemytnika papierosów, działającego na usługach włoskiej mafii. Jeśli ktoś nie czytał poprzedniej części, to zachęcam do nadrobienia zaległości. Wszak mundur kapitana WSI nie spadł mi z nieba, tylko od pewnego wysoko postawionego polityka. Nie zdradzę Wam, co to za polityk, aczkolwiek powiem jedno- chłop za kołnierz nigdy nie wylewał.

Wracając do sytuacji na granicy, nie mogłem sobie pozwolić na pogonienie tej bandy fryców, którzy w stosunku do Polaków srali wyżej niż dupę trzymali. Na granicy oczywiście panował ruch jak na jarmarku. Przypominam, że to był przełom 2002. i 2003 roku, nie było wtedy w Polsce takich cudów jak strefa Schengen. Jak Polak chciał dostać się na Zachód, to musiał kiblować na granicy i znosić upokorzenia Niemiaszków. Ale nie ja. Ze mną tym skurwysynom nie poszło tak prosto. Najpierw musiałem przejść przez polską stronę, co nie stanowiło wielkiego problemu. Polscy celnicy w tamtym okresie mieli tylko dwa zajęcia: branie łapówek oraz chlanie wódki zarekwirowanej z przemytu. Wpadłem do nich na zaplecze, a tam, kurwa, lambada! Taką przytulną mieli tą swoją kanciapę. Cztery taborety, składany stolik, flaszka wódki i po musztardówce na łeb. No i oczywiście wesoła kompania wokół. A w drugim kącie, na starym fotelu, siedzi szef zmiany i odpala fajkę od fajki. Kurwa, ponad dziesięć lat minęło od obalenia komuny, a u nich dalej było jak w lesie. Powiedziałem:

-Czołem Misie kolorowe!

Celnicy siedzieli i patrzyli na mnie bez wyrazu. Nagle ich przełożony odpowiedział:

-Czołem, to zaraz stąd wyjdziecie, jak nie jesteście z celnej.

Skurwysynu, pomyślałem, dwa razy nie musisz mnie zachęcać. Skoczyłem do niego, niczym Mike Tyson za swoich najlepszych czasów, i założyłem swoją słynną dźwignię. Starszy omal nie zemdlał z bólu.

-Widzisz te naszywki, leśny dziadku?! Jestem z WSI, skurwysyny! Za chwilę Was tak załatwię, że z magazynu wyparuje wam połowa tej zarekwirowanej wódki!- powiedziałem, jedną ręką trzymając najstarszego na zmianie. Drugą chwyciłem butelkę, otwarłem zębami, i wyłoiłem naraz, w starym zwyczaju tylko zawąchując rękawem po spożyciu. To wzbudziło szacunek wśród celników.

-Podnosić dupy z siedzeń jak przyszedł starszy stopniem! Czołem, Panie Kapitanie!- powiedział szef zmiany.

-Czołem, Panie kapitanie!- odpowiedzieli chóralnie podpici celnicy.

-No to, czego Panu potrzeba, kapitanie…

-Kryptonim operacyjny JW23, więcej nie musisz wiedzieć. A czego mi potrzeba? Hmm, pomyślmy. Widzisz, misiu kolorowy, tak sobie spacerowałem po granicy i myślałem, że potrzeba by mi było zrobić nalot bombowy na Afganistan.

-Ale my… przecież my nie możemy…

Nie zdążył odpowiedzieć, a tu jeb! Dostał z liścia w pysk, aż prześlizgał się po podłodze na drugą stronę pokoju.

-Kurwa, no czego się głupio pytasz, misiu Yogi! Co wysoko postawiony oficer wywiadu może robić na granicy w pierdolonym Zgorzelcu? Podziwiać, kurwa, widoki?! Oczywiście, że chcę przejść. A teraz, wszyscy wypierdalać, oczywiście poza Panem, kierowniku warty. Pan przyniesie butelkę i taboret, żeby miał gdzie spocząć.- Powiedziałem, samemu rozsiadając się na jego fotelu.

Kiedy młodzi opuścili kanciapę, zmieniłem taktykę. Ze złego skurwiela, stałem się najłagodniejszym i najmilszym człowiekiem w okolicy.

-Słuchaj Pan, jak Pan się w ogóle nazywa?

-Stopczyk, to znaczy, chorąży Stopczyk.- odpowiedział celnik, któremu cały czas szumiało w głowie od plaskacza, którego mu wypłaciłem.

-To posłuchaj, chorąży Stopczyk. Jestem tutaj z misją. Muszę przedostać się na niemiecką stronę granicy, bo tam Twoi koledzy po fachu przetrzymują osobę, którą ja obiecałem uwolnić. Chcę się tam dostać bez papierów, tak żeby w dokumentach nie został ślad po tym, że maczałem palce w tej sprawie. Teraz masz dwie opcje: puścić mnie dalej, i czekać aż wrócę, albo robić mi problemy. Ale wtedy gwarantuję, że skończy się picie wódeczki w kanciapie, a przez to pierdolone przejście przetoczy się taka nawałnica kontroli, że w ciągu najbliższego roku nie zapierdolisz nawet jednej, zarekwirowanej paczki fajek. To jak będzie?- spytałem, w sumie to retorycznie. Już po jego minie wiedziałem, że prędzej wolałby oddać swoją żonę i dzieci do niewoli, niż utracić El Dorado, jakim była praca celnika w okresie złotych żniw sprzed otwarcia granic.

Nie minęło pięć minut, a już szedłem do niemieckich celników. Na nich znalazłem inny sposób. Kulturalnie, dostojnym, aczkolwiek szybkim krokiem wszedłem do ich budynku. W środku holu siedział za biurkiem jakiś szeregowiec-recepcjonista, którego na początku celowo zignorowałem.

-Steh auf, hör auf!- zaczął do mnie krzyczeć.

-No, no, stać to ci może namiot na pierwszej randce, ty pierdolony frycu!- Odpowiedziałem. Młody aż zgłupiał, a ja kontynuowałem.- Tak to my, kurwa, na tej granicy funkcjonować nie będziemy! Wołaj Hansa, i powiedz że jak nie zejdzie za minutę, to Wam tu zrobię drugi Grunwald!

Ten ich gryzipiórek był wyraźnie przestraszony, dlatego co sił w nogach wypruł na górę po przełożonego. Co Niemcom trzeba oddać, to że skurwiele są szalenie punktualni. Nie minęła minuta, a moim oczom ukazał się szef niemieckiej służby celnej w Zgorzelcu. A raczej, w Gorlitz…

-Mam psijemnoszcz z…- rozpoczął Niemiaszek, kalecząc nasz piękny język.

-Wójcik…iewicz. Jerzy Wójcikiewicz. Kapitan polskiego kontrwywiadu.

-Porucznik Hans Fricke.- odpowiedział.

W tym momencie niektórzy z Was zastanawiają się, skąd wiedziałem, że szef zmiany ma na imię Hans. Odpowiedź brzmi: nie wiedziałem. Po prostu, tam gdzie pracuje grono starych, niemieckich aparatczyków, zawsze znajdzie się jakiś Hans. Oni już tak mają. A ten był akurat szefem zmiany.

-Poruczniku, przybyłem tutaj po pewnego człowieka. To Polak, chociaż podobno nie wygląda na mojego rodaka. Wpadł na przemycie papierosów. Złapaliście takiego kogoś?

-Panie kapitanie, u nas to nawet maus się nie przeslizghnie.- Odpowiedział z dumą Fryc.- Oszywisće że mamy takiego! Właśnie go tor… yy to znaczi przesłuchanie ma.

-To powiem wprost. Pańskich ludzi to powinno się zaprowadzić przed pluton egzekucyjny, i pierdolnąć w łeb raz a dobrze! To jest nasz człowiek! Wtyczka w niemieckim świecie przestępczym, zorganizowana we współpracy z Interpolem.

-Wty.. wtyczka? Scheise.- Niemcowi nagle mina zrzedła.

-Co szajse, co szajse? Coście z nim zrobili?!

-No wie Pan, kapitanie, ja był w Stasi przez dreisig jahre… thudno się pozbyć niektórych nawyków. Sprawdziliśmy kto to taki tam złapaliśmy. Niby dane się zghadzało, ale że ten wasz człowiek wygląda trochu jak cigan… no to mamy w piwnicy taki zimmer do przesuchań. I tam go wzieliśmy.

-To Wy go, kurwa, cały czas torturujecie?! Dawaj mi klucze do tego pokoju Frycu, bo jak nasz człowiek będzie kaputt, to gwarantuję Wam, że wszyscy tutaj będziecie kaputt razem z nim!

Szkop wyciągnął klucze z kieszeni munduru. To musiała być specjalna cela do przesłuchań, skoro mieściła się w piwnicy, a klucze do niej nosił głównodowodzący całego posterunku.

-Pokój 101. Uwaszaj kapitanie. To miejsce, jest uosobieniem najgochszych koszmarów skazańca.

-Nie muszę mówić, że lepiej, żeby nie został tutaj po nas żaden ślad? Temu pacjentowi na dole wstawcie jakieś śmieszne zarzuty, niech wpłaci parę tysięcy kary, i tak załagodzimy sprawę.- poinstruowałem Fryca, po czym zabrałem klucze, i nerwowo ruszyłem do piwnicy.

-Kapitanie.- zaczepił mnie na odchodne.- Przepraszam za to, co zrobiliśmy Pańskiemu człowiekowi.

Powiem Wam jedno: po raz pierwszy bałem się, że moja misja się nie uda, i w środku zastanę trupa.

Do piwnicy zszedłem sam. Nie chciałem żadnych świadków. Zbliżając się do pokoju 101, słyszałem głos. Polski głos! To dobrze, pomyślałem, znaczy że chłop żyje! Ale gdy się zbliżałem, zacząłem słyszeć wszystko coraz lepiej- były to dwa głosy, a przez nie czasami przedzierał się trzeci. I to wszystkie głosy były bardzo znajome! Gdy podszedłem do drzwi, rozpoznałem jeden z głosów. A był to głos…Mateusza Borka:

-I Portugalczycy, teraz musimy wracać, czwórką podopieczni Oliveiry. Jao Pinto, podnosi rękę Figo, Jao Pinto do Paulety! Pauleta, pole karne! Pauleta… Pauleta i gol… niestety, przegrywamy zero do jednego.- zauważył Borek.

-…W sytuacji bramkowej, konkretnie Pauleta. Zobaczmy, jak spokojnie przyjął piłkę, jak ograł Tomasza Hajtę…- wtórował mu Roman Kołtoń.

Czym prędzej otwarłem drzwi do pokoju-sali tortur. Moim oczom ukazał się słynny przemytnik papierosów, o którego życie zabiegała włoska mafia- Tomasz „Gianni” Hajto. Rzeczywiście wyglądał bardziej jak król Cyganów, niż jak polski obywatel. Głównie przez złoty zegarek z ogromną busolą, oraz jeszcze większy łańcuch, pasujący do wyżelowanych włosów i koszuli ze śliskiego materiału, rozpiętej na trzy guziki. Pomimo słabnących sił, usilnie kłócił się z telewizorem, z którego katowano go powtórką z meczu Polska-Portugalia z zakończonych parę miesięcy wcześniej Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. A dyskusję toczył tak zażartą, i tak wyniszczającą, że aż mu pół gęby spuchło.

-To znaczy ja powiem tak, z błędu to każdy Cię później będzie rozliczał. A nikt nie patrzy ile czasu, i poświęcenia zajmuje piłkarzowi, żeby wejść na ten taki poziom mistrzowski, jak to się mówi, weltklasse. Wielu tych co oceniają, to marzy o tym, żeby zagrać gdzieś tam w I lidze, może pojechać na zachód, ale trzeba wyrobić sobie te nawyki pracy. To są właśnie te detale, antizipieren, jak mówią Niemcy. I ja byłem, i jestem na tym mistrzowskim poziomie! Welteklasse! Ty, Roman, tego nie zrozumiesz, bo Ty się nigdy nie zbliżyłeś do takiego poziomu!

Cały wywód Tomka trwał dobre pięć minut, aż tu nagle telewizor się wyłączył. I gdy już Gianni myślał, że to koniec „seansu”, na ekranie pojawił się pulsujący napis:

TOMASZ HAJTO TO WIELKI ATLETA,

OGRAŁ GO W KOREI PEDRO PAULETA

Ten napis wywołał kolejną falę wywodów Hajtowego:

-Pauleta to jest świetny gracz! Nie boi się, pójdzie do przodu, poklepie bez przyjęcia, mądrze się zastawi. To jest taki, jak to się mówi, typowy Iberus. W ponczo, i najważniejsze to ładnie strzelić. On, mi się wydaje, role ma taką, takiego błazna w tej Portugalii, tu się uśmiechnie, tam poczaruje, ale tacy też są potrzebni w szatni.

Nie mogłem już patrzeć na ten obraz nędzy i rozpaczy, który usilnie prowadził konwersację z komentarzem Borka i Kołtonia, oraz napisem migającym z telewizora. Chociaż z drugiej strony, pewnie dlatego dziś tak dobrze się wkomponował w ekipę Polsatu. Rozwiązałem Tomkowi ręce i nogi, i podpierając go o siebie, wyprowadziłem go z tych niemieckich kazamatów. Dopiero wtedy Gianni się opamiętał, i przestał majaczyć.

Gianni

Tomasz Hajto zaraz po wyjściu z niemieckiej celi przesłuchań. Twarz opuchnięta, oczy podkrążone, ręce cały czas złożone, myślał że dalej są związane. Nie chcę myśleć, co by się stało z Giannim, gdybym nie przybył na czas.

 

-Lekarza!- zaczął krzyczeć niemiecki oficer- Jedziemy z nim do Krankenhaus!

-Spierdalaj niemiecka świnio, w tym waszym szpitalu pewnie go pokroją gorzej niż Frankensteina. Sam wiem lepiej jak go wyleczyć. Chcesz się na coś przydać? To zapamiętaj: mnie tu nie było. A Panu Hajcie, pseudonim operacyjny Gianni, wpiszcie do kartoteki przemyt fajek, ale skromny. Powiedzmy że 110 kartonów. W ten sposób może nie spalicie naszej wtyczki do końca.

Po poinstruowaniu Niemca, co ma robić żeby mu nie zamknęli granicy, zaprowadziłem Tomka do jedynego przybytku w okolicy, w którym mógł szybko powrócić do formy- do baru, znajdującego się oczywiście po polskiej stronie. Ludzie kochani… przecież jak on zobaczył nalewak do piwa, to chciał żłopać bezpośrednio z niego, taki był wycieńczony! Odsunąłem go od tego pomysłu, od razu zamawiając po pięć piw, i ziemniaczki, bo chłop był pewnie trochę głodny. To znaczy, zamówiłem pięć piw i litr Luksusowej, bo jak wiadomo, Luksusowa jest robiona ze spirytusu ziemniaczanego. Takie lekarstwa momentalnie przywróciły Tomkowi siły.

Gianni2

Hajtowy był tak wyczerpany wielodniowym przesłuchaniem, że ruszył do wodopoju bez szkła.

 

-Trenerze, powiem tak: dzięki, że mnie trener z tego wyciągnął. Niemcy, to są Niemcy, konsekwentni, idą do przodu, napierają, gdyby nie Pan, to by mnie tam zajebali.

-Nie musisz mi dziękować Gianni. Potraktuj to jako spłatę długu. Pamiętam jak mnie te misie z PZPN-u chciały odstrzelić ze stołka selekcjonera. Mecz towarzyski, a Dziurowicz mi komunikuje, że gram o stołek. Z Ruskimi, z którymi ostatni raz wygraliśmy na igrzyskach w 1972. roku! Ale zapakowałeś dwie brameczki, i uratowałeś mi posadę.

-Jak na 15 minut przed meczem zaczął nam trener opowiadać o zaborach, Katyniu, puścił trener z magnetofonu „Warszawiankę 1831 roku”, a następnie zaczął recytować Redutę Ordona!…

-Ha! Wstąpiłem na działo…-Zaintonowałem.

-Dwieście armat grzmiało./ Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,/ Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;/ I widziałem ich wodza: przybiegł, mieczem skinął/ I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;- wyrecytował z dumą Hajto.- Trenerze, powiem tak, Pan nas wtedy tak jakoś napompował, że jakbyśmy mogli, to byśmy w jedenastu zdobyli Moskwę, a co dopiero żeby ograć bandę Kacapów, tak? Dziś już nie ma takich trenerów jak Pan. Mecz towarzyski, a my wychodzimy jak gladiatorzy do koloseum. Na śmierć i życie! Patrzeć na to, jak Ruscy byli przed nami obsrani, piękna sprawa.

Wypiliśmy jeszcze po kilka piw, i parę ziemniaków, a następnie rozjechaliśmy się w swoich kierunkach. Tomek do dziś ma do mnie szacunek, sympatię, i jest wdzięczny że wyciągnąłem go z gówna na granicy, chociaż i tak musiał zapłacić sporą grzywnę, ponad 40 tysięcy euro. Tak jak i ja go bardzo lubię, i nie zapomnę mu tego, że w 1999 roku tak się bił o mój stołek, i wspólnie utarliśmy nosa misiom z PZPN-u.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: pokój 101- niemiecka cela do przesłuchań, na granicy w Zgorzelcu, z której słyszałem… głosy Mateusza Borka i Romana Kołtonia.]

23
1

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #23

Sierpień 15, 2017 in Bez kategorii

je piłkę

Witajcie!

Dziś opowiem Wam historię, jak to próbowałem dostać się na granicę z naszymi zachodnimi sąsiadami. A wszystko przez fakt, że musiałem ratować tyłek pewnemu znanemu wtedy szmuglerowi. Działo się to na przełomie na przełomie 2002 i 2003 roku. Od roku siedziałem wtedy w kraju, po udanej przygodzie z Anorthosisem Famagusta. Mówię o „przygodzie”, bo tym Kebabom poprzewracało się w tyłkach.

Jako że nie było tam czego trenować, zrobiłem polski zaciąg moich zaufanych żołnierzy. Sprowadziłem Majaka, Michalskiego oraz zawodnika jakiego ta ogórkowa liga wcześniej nie widziała i długo nie zobaczy, chyba że Messi na starość będzie chciał tam pokopać. Mowa oczywiście o Wojtku Kowalczyku. To polskie trio zdobyło ponad połowę bramek w zespole! Sam Kowal zapakował 24 sztuki, zdobywając tytuł króla strzelców. Ale Kundle (tak ich pieszczotliwie nazywaliśmy, bo Cypryjczycy to taka dziwna mieszanka Greków i Turków) wyjebali mnie, zanim naprawdę zaczęliśmy golić frajerów. Rzekomo za „hulaszczy tryb życia”, i rozpijanie polskiej kolonii, a mieli tu na myśli Majaka i Michalskiego. Nie wiem co chcieli przez to powiedzieć. Czy to, że Kowal nawet po pijaku był dla nich żywym złotem, i był nie do ruszenia, czy to że po prostu nie dało go się już bardziej rozpić. W każdym razie, wspomniane trio zostało, a mnie zdecydowano się podziękować.

Nawet z jakimś kozojebcą na ławce trenerskiej chłopakom udało się wygrać Puchar Cypru. Ten sukces oczywiście zadedykowali mojej osobie. A ja w tym czasie… siedziałem sobie wygodnie na kanapie, w domu, w Warszawie. Nie miałem problemów związanych z moim zwolnieniem, w końcu i tak musieli wypłacić mi cały kontrakt. Ale ileż można siedzieć i zbijać bąki, zwłaszcza przed pięćdziesiątką? Czułem (i do dziś czuję!), że moja przygoda z trenerką oraz szeroko pojętym biznesem nie dobiegała końca, i nie pomyliłem się ani o jotę.

Pewnego dnia dostałem telefon. Chciała mnie nająć pewna włoska rodzina, dokładnie pochodząca z Sycylii. Bardzo wpływowi ludzie. Niestety, nie mogę zdradzić nazwiska tej rodziny. Nie żebym bał się ich gniewu (raczej odwrotnie!), po prostu byłem zadowolony z naszej współpracy, a nie chciałbym ich za bardzo wystawiać na świecznik. Ale mogę powiedzieć jedno: założyciel tej zacnej rodziny już na początku XX wieku wyjechał do Ameryki, gdzie dorobił się na handlu włoską oliwą. Krążyły pogłoski (ale zaznaczam, to tylko pogłoski), że to była mafia. Mafia… kurwa mać, ci co pisali takie głupoty, widocznie nigdy nie mieli do czynienia z PZPN-em. Tamci, to dopiero mafia, do której banda makaroniarzy w cylindrach nawet się nie umywa. Ale wracając do tematu, spotkałem się z nimi w barze Vitelli, w którym panował charakterystyczny półmrok. Mówiąc „z nimi” mam na myśli oczywiście głowę rodziny, oraz jego prawą rękę. Zamówiliśmy osiem karafek wina, i przeszliśmy do rozmowy.

-Misie kolorowe, co chcecie mi zaproponować?- zapytałem wprost, licząc na angaż w US Palermo, największym sycylijskim klubie piłkarskim.

-Wujo, może Cię to zaskoczy, ale nie przyszliśmy tu rozmawiać o piłce nożnej. Prowadzimy w Polsce bardzo intratny biznes. Przejęliśmy fabrykę papierosów „Sport”. Skupujemy tam tani, polski tytoń, skręcamy z niego szlugi, których nie da się palić, i pakujemy bez akcyzy do paczek po Marlboro. Później nasz człowiek przewozi to przez niemiecką granicę, rozprowadza, po czym przelewa nam przez niemieckie konto spory procent od zysków z całej operacji.

-Misie makaronowe, cieszę się że opowiedzieliście mi o całym swoim biznesie, ale gdzie tu jest miejsce dla mnie? Macie wszystko dopięte na ostatni guzik.

-Tu jest miejsce dla ciebie, że nasz człowiek gdzieś zniknął.

-I co, mam wskoczyć na jego miejsce? Już dawno temu przemycałem bimber z Kanady do Stanów Zjednoczonych, ale wtedy byłem młody. Teraz jestem za poważnym graczem, żeby zapierdalać TIR-em z naczepą fajek. Szukajcie innego frajera.- powiedziałem, po czym wypiłem z gwinta jedną z karafek wina.

-Janusz, przecież nie fatygowałbym się osobiście, żeby zatrudnić kierowcę.- powiedział Don rodziny.- Mam dla Ciebie ważniejsze zadanie: musisz odnaleźć naszego przemytnika. Nie podejrzewamy, żeby gdzieś uciekł. Bardziej prawdopodobne, że Niemcy go złapali na granicy. To Polak, chociaż nie wygląda. To dla nas bardzo ważny człowiek. Jak go odnajdziesz, to odstąpimy ci 30 % z pięciu kolejnych transportów.

-Misiu kolorowy, jak go Niemcy dopadli, i właśnie przesłuchują, to nie wróżę mu żadnych rewelacji. Większość tych skurwysynów pamięta jeszcze służbę w Stasi. A uwierz mi, oni byli mistrzami przesłuchań, zaraz po KGB. Powiem jedno: dołożę wszelkich starań, żeby odzyskać waszego człowieka. Albo to, co z niego zostało.

-Dziękuję, Wujo. Potrzebujesz czegoś na start?

-Tak. Kolejnej karafki wina.

Godzinę później siedziałem już w samolocie do Warszawy. Miałem tam człowieka, dzięki któremu mogłem załatwić niezbędne dokumenty, żeby Fryce potraktowali mnie poważnie. Oczywiście, w każdej chwili mogłem wparować na przejście graniczne w Zgorzelcu z kałachem w ręku, i przeprowadzić odbicie zakładnika efektowniejsze niż Ruscy w Biesłanie, ale mogłoby to zaszkodzić interesom makaroniarzy. Wujo potrafi dostosować się do sytuacji, i wie kiedy trzeba pokazać siłę tura, a kiedy wykazać się lisim sprytem.

Po przylocie do stolicy, udałem się do mojego dobrego kolegi, Olka. Poznałem go we wiosce olimpijskiej na Igrzyskach w Montrealu w 1976. roku. A w 2002. roku Olo nieźle się urządził. Pomieszkiwał sobie wtedy na Krakowskim Przedmieściu w Pałacu Prezydenckim. Wparowałem do jego gabinetu, jakbym był u siebie.

-Cześć Olek!- rzuciłem od drzwi. Kwachu bardzo ucieszył się na mój widok, od razu przywitaliśmy się na misia, i strzeliliśmy flaszkę Finlandii.

-Taki kurwa z Ciebie Prezydent, zamiast wspierać polskie zboża, to ty zagraniczne w lejesz w mordę.- zacząłem mu docinać, kiedy usiedliśmy do butelki. Niewielu ludzi może sobie pozwolić na obrażanie Prezydenta Polski w jego pałacu, ale wiadomo: co wolno wojewodzie, i tak dalej, i tak dalej…

-O przepraszam, Janusz. Ja teraz bardzo dużo czasu spędzam w delegacjach. I wiesz, to fajna robota jest, wyjazdy, wywiady, publiczne lizanie się po fiutach, ale jak odpowiednio wcześniej nie zapoznasz się z miejscową kuchnią, to leżysz i kwiczysz. Jednym zdaniem: trzeba się impregnować tym, co walą miejscowi! Ja parę lat temu byłem w Japonii. I co? Tydzień przed podróżą waliłem tylko sake. Mówię Ci Janusz, jakby rozmowa z cesarzem Akihito się przeciągnęła, to byśmy Pegasusy do Japonii sprzedawali. Taki miałem łeb! Za trzy dni jadę do Finlandii. A tam są same chlory! Będą chcieli mnie skończyć, jak podadzą ten swój specjał, i to w grubym szkle. A ja co wtedy zrobię? Pierdolnę naraz bez zagrychy! Będą wszyscy zbierać szczęki z podłogi. Wtedy dopiero pojmą, że to będą długie negocjacje.- powiedział Kwaśniewski, przechylając setkę czystej.

-Sprytnie Olo, sprytnie. Szkoda że w Charkowie nie wpadłeś na ten genialny pomysł!

-Wpadłem, ale nie zrozumieli. Siedzieliśmy z całą starą gwardią w samolocie, i powiedziałem do stewardessy „dajcie naszą wódkę!”. I dała. Polską. A ja chciałem taką prawdziwie naszą- ruską.- powiedział Olek, z rozżaleniem w głosie, którego pozbył się wychylając kolejną szklankę.

-Właśnie, a propos tych dawnych „naszych”, to ja w tej sprawie do Ciebie przychodzę. Masz jeszcze z nimi jakiś kontakt? Najlepiej w armii. Potrzebuję załatwić sobie tytuł attache wojskowego. Muszę wyciągnąć jednego z moich ludzi. Fryce zatrzymały chłopaka na granicy w Zgorzelcu.- opowiedziałem Olkowi swoją sytuację, w międzyczasie otwierając czwartą butelkę.

-Czy ja mam kontakty w armii? Wujo, przyjacielu! Przecież ja jestem zwierzchnikiem sił zbrojnych. Jak masz zatarg z Niemcami, to jutro zrobię Cię generałem, a pojutrze ruszamy na Berlin! Deeeszcze nieeespokojne, potargaały sad! A my na tej wooojnie!…- śpiewał Olek, ale jak do tego zaczął się bujać, to aż spadł z krzesła. Ehh, Aleksander to był już wtedy typowy polityk. W tych jego opowiadaniach o impregnacji przed wyjazdami, więcej było pierdoletów niż prawdy. Ale mimo wszystko lubiłem, i do dziś lubię chłopa. Zresztą, i on mnie bardzo lubi i szanuje, parę razy nawet gościłem na jego urodzinach w Belwederze.

Ale wtedy nie miałem czasu na zabawy. Sprzedałem mu liścia na ocucenie i mówię:

-No to, kurwa, dzwoń, dopóki w miarę kontaktujesz!

Olek zrozumiał wtedy, że sprawa jest delikatna. Przestał udawać Gustlika, tylko chwycił za telefon satelitarny, wykręcił numer, i nadał odpowiedni komunikat.

-Halo?.. Potrzebuję papiery wojskowe i mundur oficerski. Na dziś, kurwa! Ta. Ta, dokładnie. Oficer, w randze kapitana. 15 lat służby w Wojskowej Służbie Wewnętrznej, następnie dalsza służba w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Attache wojskowy w ambasadach w Moskwie i Berlinie. Kryptonim agenta: JW-23.- powiedział Kwachu i puszczając oko w moją stronę, rzucił słuchawkę.- Za 20 minut Borowiki Ci wszystko w zębach przyniosą.

Jak powiedział, tak było. Po godzinie, ubrany w mundur oficera WSI, gnałem Mercedesem, podstawionym pod Pałac Prezydencki, prosto do polsko-niemieckiej granicy w Zgorzelcu. Ale o tym, kogo tam musiałem wyciągnąć, jak rozegrałem całą operację, i czy w ogóle mi się udało, dowiecie się w następnym felietonie.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

18
2

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #22

Sierpień 11, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Tydzień. Tylko tydzień mnie nie było. Postanowiłem udowodnić Dareczkowi, że ten klub jako-tako funkcjonuje tylko dlatego, że czasami zadzwoni do mnie Żewłak, albo Pazdek z Jędzą, i zapytają się „trenerze, co robić?”. Z grzeczności nie chciałem spławiać tych misiów. I tak było raz. Drugi. Trzeci. Ba, nawet Jackowi-plackowi pomogłem w pierwszym meczu w Astanie. Ale nadszedł czas, by powiedzieć basta! Co prawda Wujo ma elkę w sercu, ale doradzanie wszystkim na około za darmo jak opanować ten burdel na kółkach, to już ma głęboko w dupie. Nikt nie będzie robił ze mnie frajera, co to za darmo bawi się w Strażaka Sama i lata do pożaru z największym wężem. Co więc zrobiłem? Przyszedłem do gabinetu prezesa, rzuciłem telefon komórkowy na biurko i zakomunikowałem:

-Misiu kolorowy! Nadszedł czas, by osoba tymczasowo zajmująca stanowisko trenera opuściła ciepły kurwidołek i nauczyła się grać bez moich porad, motywowania piłkarzy, czy obozów integracyjnych na działce. Telefon zostawiam u Ciebie, a ja spieprzam na Bermudy!

-Ale Ja, Ja, Jan… Ale Janusz!- Wykrzyczał Mioduski, a jąkał się przy tym gorzej niż Jurek Owsiak na finale WOŚP-u.- Ni.. Ni.. Nieeee… Nie możesz!

-A bo co, kontrakt mnie tu trzyma? Mogę i zrobię to. Mam samolot za 15 minut.

-Ha! Ty stary krętaczu! To przecież już się na niego nie wyrobisz!- wykrzyczał mi w twarz Mioduski.

-Spokojnie, beze mnie nie odlecą. Jestem pilotem tego samolotu.- odpowiedziałem, serwując Mioduskiemu szelmowski uśmiech numer siedem.

Wtedy nasz Dareczek zaczął gwałtownie zmieniać kolory. Jego twarz wyglądała tak, jakby nałożyli na nią tęczowy awatar z Facebooka. Chyba tylko brak zapachu whisky, dominującego w gabinecie do czasu kiedy to pozbyłem się szafy grającej prezesa Leśnodorskiego, powstrzymał go od zwymiotowania z nerwów. Mimo wszystko, misio starał się blefować. Po dłuższej chwili spojrzał na mnie, i powiedział:

-Dobrze, Janusz. Skoro jedziesz, to zapewne masz na Bermudach bardzo ważną misję. Znając Ciebie, być może nawet nie jest to misja piłkarska. Ale pamiętaj, żaden człowiek nie jest większy niż klub. Jedź, jak musisz.

-Cieszę się, że podchodzisz do tej sprawy jak facet, nie jak rozhisteryzowana łajza. Ty z kolei pamiętaj, Dareczku, że ostatnim klubem jaki prowadziłem na wyłączność, była Al-Nahda, i to w 2010 roku. Od 2011 roku imałem się różnych zajęć. Trenowałem drużynę pingwinów do meczu z niedźwiedziami polarnymi, przygotowywałem zespół Surykatek z Botswany, czy też byłem szkoleniowcem Drużyny Afrykańskich Dyktatorów, w meczu przeciwko Dyktatorom Ameryki Łacińskiej. Ale w tym czasie zawsze byłem pod telefonem. Kiedy Boguś zadzwonił, zawsze doradziłem mu co ma robić, kogo trzymać za mordę, i jakiego frajera wydymać. Mówisz mi, misiu miodowy, „żaden człowiek nie jest większy, niż klub”? To popytaj Leśnego, Żewłaka, tego Murzynka, Martę. O, z nią to dopiero miałem dobre kontakty!- powiedziałem, puszczając oko do Mioduskiego.- Popytaj Jasia Urbana, Henia Berga, Stasia Czerczesowa, kurwa, jak chcesz Dareczku to sprzątaczek nawet zapytaj jak było! Wszyscy powiedzą Ci to samo: jak nie było co trenować, to trzeba było dzwonić. I każdy dzwonił do mnie. Spotkamy się za tydzień. Przywiozę Ci butelkę rumu. Przyda się.

Następnie wyszedłem z gabinetu, i udałem się prosto na lotnisko, gdzie czekał na mnie samolot i czapka kapitańska. Nie powiedziałem Dareczkowi jaką to ważną misję mam na Bermudach. A było nią… picie lokalnego bimbru, palenie cygar i klepanie panienek po tyłkach.

Gdy wszedłem do samolotu, wyczuwalne było napięcie wśród pasażerów. Lot był opóźniony o godzinę. Co bardziej krewcy zaczęli krzyczeć „Panie pilocie, odlatuj Pan!”, „Ileż można czekać?!” „Skandal, to niedopuszczalne!”. Słysząc to wszystko, chwyciłem za ster, włączyłem mikrofon, i zacząłem nadawać na pokład:

-Czołem, misie kolorowe! Tu linie lotnicze Wujo! Mamy godzinę opóźnienia, dlatego będziemy zapierdalać lotem tnąco-koszącym, aż nam turbiny eksplodują. Klasa business ma drinki za darmo, klasa eko płaci stówę od napoju. Zapięcie pasów może być przydatne przy kołowrotkach. Życzę miłej podróży!- Powiedziałem, ustawiając wajchę turbiny na maksymalny ciąg powietrza.

Lot zajął mi cztery godziny i dziesięć minut. I to tylko dlatego, że nad Wielką Brytanią zobaczyłem jakiegoś frajera z Royal Air Force w Eurofighterze Typhoonie na horyzoncie, i postanowiłem pokazać mu, kto tu jest prawdziwym orłem. Wycisnąłem z mojego Boeinga 777, nomen omen, siódme poty, i opłaciło się. Kiedy wykonałem lot pionowy do stratosfery, ten misio puścił się za mną. Na 40. kilometrze od ziemi, ponad strefą ozonową, moje czujniki zaczęły wariować, dlatego obróciłem samolot na grzbiet, i rozpocząłem pikowanie na dół. Nie wiem, czy wtedy ten śmieszny żołnierzyk stracił przytomność od przeciążenia, czy po prostu odleciał wymienić majty, ale więcej go już nie spotkałem.

Gdy doleciałem na miejsce, pasażerowie byli podzieleni na dwie grupy: najebaną klasę biznes, oraz najebaną i spłukaną klasę eko, w której płacono za każdego drinka. A że połowa z obrotów latającego baru szła do mnie, to podniosłem ceny drinków z 15. do 100 złotych za jednego. Wszystko zeszło. Tym sposobem nabiłem dosyć kabony, żeby poleżeć tydzień pod palemką.

Ale dobrze, bo ja tu zacząłem gadać o latającym barze, a tymczasem czas pogadać o Latającym Cyrku Monty Pythona.

Tydzień. Kurwa, tylko tydzień mnie nie było i co? I, jak to się mówi, gdy kota nie ma to myszy harcują. Pierwszy mecz obejrzałem w salonie masażu, w towarzystwie dwóch smakowitych czekoladek. Powiem jedno: nawet ja się tak nie zabawiałem z tymi czekoladkami, jak banda pastuchów zabawiała się z Legią! Kurwa, ostatni raz ludzie z tamtych terenów tak dobrze w Polsce bawili się podczas najazdów mongolskich osiemset lat temu. Co niektórzy mówią, że Legia przeważała i zabrakło jednej bramki. Ludzie kochani… gdyby Boraty wiedzieli, że mogą sobie pozwolić na stratę trzech bramek, to Legia te trzy bramki być może by strzeliła. I ani gola więcej! To się nazywa kontrolowanie meczu, i robienie frajera z przeciwnika. I to naiwnego frajera!

Jak nazajutrz wyszedłem z salonu masażu, to podbiegł do mnie jakiś dzieciak. Powiedział, że przyszedł do mnie telegram. Bermudy to niewielkie terytorium, w stolicy mieszka około 1000 osób, dlatego dotarcie na piechotę do jedynego budynku poczty zajęło mi dziesięć minut. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy odczytałem depeszę:

Janusz wróć. Stop. S.O.S. Stop. Błagam, błagam, błagam. Stop. Miej e(L)kę w sercu. Stop. Darek.

Podarłem odczytaną wiadomość, i napisałem do Dareczka:

Cena będzie rosła wprost proporcjonalnie do głębokości dupy, w jakiej będziecie się znajdować. Wujo.

Następne trzy dni spędziłem przebywając w swoistym trójkącie bermudzkim plaża-bar-burdel. W tym czasie dostałem kolejne dwa telegramy. Oba od Michała. Pierwszy o treści:

Cześć Janusz! Jak tam na Bermudach? Jak pogoda? Drogo jest? Drinki dobre? Kobiety ładne? Hotele z opcją All Inclusive? Odpisz, plis. Michał.

Drugi telegram brzmiał:

Zapomniałem spytać: są tam jacyś piłkarze? M.Ż.

Byłem zbyt zajęty, żeby pisać sobie z Misiem-pysiem, chociażby dlatego, że wolałem rozmawiać z kobietami na żywo, niż z facetem przez listy. W sumie dobrze dla niego, że nie odpisałem, bo gdyby Misiu spieprzył na Bermudy na dzień przed meczem w Niecieczy, to mogłaby być dla niego ostatnia wycieczka okazja do wyszukania nowych talentów w tym klubie.

A w Niecieczy tradycyjnie, była dupa. I to z majonezem. Był kiedyś taki film „Dzieci kukurydzy”. No więc jak włączyłem telewizor, to myślałem że oglądam jego drugą część. Dzieci kukurydzy spotkały dzieci we mgle, i zrobiły z nich frajerów na cały kraj, goląc do jaja! A Jacek-placek co robił przez ostatnie dwadzieścia minut? To, co robi każdy nieprzygotowany uczeń przy tablicy. Wlepił wzrok na buciki i zastanawiał się co takiego dobrego opierdoli na kolację. Pomimo że na boisku jego piłkarze wyglądali, jakby właśnie opierdalali kolby, o ironio, kukurydzy.

Tydzień. Kurwa, tylko tydzień mnie nie było. Dość tego. Właśnie wylądowałem w Warszawie. Dziś mecz z Piastem Gliwice. Czyli, w normalnych warunkach, kolejnymi frajerami do opierdolenia. I niech sobie tam mają w składzie cesarza, króla, a nawet faraona z całym dworem. Jeśli tylko Darek dopuści mnie do drużyny, to im tam na boisku urządzimy wszystkie plagi egipskie. A jak mnie nie dopuści to… zobaczycie to po wyniku.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wojcik

22
4

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #21

Lipiec 28, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

W tym miejscu miała rozpoczynać się kolejna historia z przeszłości. A, uwierzcie mi na słowo, miałem i dalej mam co opowiadać. Ale nie mogę, po prostu, kurwa, nie mogę. Spytacie „dlaczego”? Dlatego, że jest dupa. Dupa i to z majonezem. Wobec tego muszę wtajemniczyć Was, drodzy czytelnicy, w to co dzieje się obecnie na Łazienkowskiej 3.

Po apelu jaki wygłosiłem na końcu ostatniego felietonu do prezesa Mioduskiego, ten dał się przekonać, i zaprosił mnie do siedziby klubu. Tak po prawdzie, to nie wiem, czy przekonał go mój apel, urok osobisty, czy remis na własnym stadionie z drużyną prowadzoną przez gościa, który nazywa się i wygląda jak projektant mody. W każdym razie, w poniedziałek wparowałem do gabinetu, a tam… kurwa mać, powiedzieć że się pozmieniało od czasów Bogusia, to nic nie powiedzieć. Z gabinetu Leśnego Ludka nie został kamień na kamieniu!

W miejsce automatu do flippera i wygodnego siedziska, dopasowującego się do tyłka osoby siedzącej, na którym niejedna „przedstawicielka handlowa” siedziała, pojawił się rowerek z jakimś japońskim krzakiem. Biurko Dareczek też wymienił na nowe, wykonane z drzewa z tybetańskiej sosny, którą tamtejsi mnisi ścinali kopniakami, podśpiewując pieśń pochwalną dla boga wiatru. Oczywiście Dareczek poustawiał te swoje nowe graty zgodnie z wszystkimi zasadami ładu we wszechświecie, ze szczególnym uwzględnieniem feng shui. Ci wszyscy magicy od ustawień nagadali mu, że dlatego Boguś się zapuścił, bo w biurze przepływały przez niego złe fluidy, czy inne chujostwo. I tak, według magicznej różdżki wyszukującej żyły wodne w ziemi, wyszło mu że biurko musi ustawić centralnie do okna. Dlatego jak pisał cokolwiek na komputerze, to nic nie widział, bo mu słońce waliło w twarz, a rolet nie zamontował, bo twierdził, że musi uzupełniać witaminę D. Witaminy „A” nie przyjmował, od kiedy nieudanie negocjował ze mną kontrakt na liniowcu RMS Queen Mary 2. Ale skoro Stevie Wonder pisał utwory na ślepo, to dlaczego Szopen ma w taki sam sposób nie odpisywać na maile? W dodatku z takim samym wyrazem twarzy.

Blstarebiuro

Biuro prezesa Legii za czasów Bogusia Leśnodorskiego. Każdy mile wspomina to miejsce, choć zapewne wszyscy na trochę inny sposób. Niektóre przedstawicielki zapewne najmilej wspominają to, troszkę już zużyte, siedzenie…

-Cześć Janusz, rozgość się!- wypalił Mioduski, kiedy wparowałem do jego gabinetu.- Napijesz się czegoś? Herbaty zielonej, kawy naturalnej, a może po prostu wody?

-A może whisky?

-No wiesz, zapewne jako człowiek starej daty tego nie zrozumiesz, ale wprowadziłem nowy standard. Picie w pracy alkoholu, oraz spożywanie innych szkodliwych środków jest zabronione. Niszczy aurę. A każdy sukces potrzebuje aury.

Spojrzałem na niego, jak na ostatniego frajera, i już wiedziałem że rozmowa na trzeźwo nie przejdzie. Rozglądnąłem się po biurze, i zapytałem:

-Gdzie szafa?

-Jaka szafa?

-Grająca, kurwa, no przecież nie na ciuchy! Boguś ją tu miał. Gdzie ona jest?

-Aaa, ta szafa! Stoi tam w rogu, przykryta. Ciężka jest strasznie, kiedyś Żewcio mówił że ją wyniesie, ale jak ją podnosił to usłyszałem tylko takie „chrup”, po czym Michał z grymasem na twarzy powiedział, że musi się tylko dobrze rozgrzać. No i do tej pory się nie pojawił po tą szafę.

BLbarek

Magiczna szafa grająca Bogusława Leśnodorskiego. Prezes się zmienił, szafa została. Na niedługo…

Bez ceregieli podszedłem do szafy, zdjąłem narzutę, i wystukałem tajny, ośmiocyfrowy kod „19161993”. Z głośników szafy zaczął wydobywać się „Sen o Warszawie”, a z jej górnej części wysunął się kranik, z którego zaczął sączyć się czarny Jaś Wędrowniczek. Może miałem żal do Bogusia, że nie postawił na mnie za swojej kadencji, ale ja tam lubiłem gościa. Wiedział jak rządzić klubem, czyli kiedy polać, a kiedy przypierdolić. Skąd wiedziałem o szafie, oraz jej możliwości konfiguracji? Kurwa, przecież ja byłem konsultantem projektowym szafy grającej Wurlitzer OMT 1015! Ale to już temat na inną historię… W każdym razie, szybko podstawiłem pod kranik pierwsze lepsze szkło, jakie zauważyłem. Była to szklana figurka wyglądająca jak kobiece ciało, którą zalałem do pełna. Zerknąłem na zszokowanego Mioduskiego:

-No, Misiu kolorowy, daj mi chwilę, to Ci wyniosę tą szafkę. Tylko opróżnię ją… z niepotrzebnych gratów.

-Wujo… Ty… Ty zbrukałeś święty posążek bogini Tanit! To bogini płodności!

-Spokojnie, misiu miodowy!- powiedziałem, tylko z szacunku do jego funkcji nie sprzedając mu liścia w twarz, na opanowanie paniki- Dzieci masz? Masz. No to na co ci posąg bogini płodności? Przynajmniej zaoszczędzisz na kondomach. A poza tym, myślisz że to pierwsza bogini, którą zbrukałem?…- zaśmiałem się na głoś, przechyliłem butelkę, i nalałem sobie kolejną.

sexy-women-shaped-wine-glass-bottle

Posążek bogini, który posłużył mi za butelkę na whisky.

Dariusz patrzył na mnie oniemiały. Dałem mu trochę czasu na pozbieranie szczęki z podłogi.

-No, Misiu, to dlaczego mnie tu zaprosiłeś?

-Zaprosiłem Ciebie, Janusz, bo w mediach cały czas na nas napierdalasz. Nie myśl, że chcę wymieniać Jacka, to naprawdę dobry trener. Na początku chciałem przekonać Cię odpowiednią ilością bimbru i panienek, żebyś przestał gadać na Jacka. Ale Ty jesteś legionistą z krwi i kości. Nie ma tyle alkoholu i cycków w Polsce, żebyś przestał mówić co Ci leży na sercu i wątrobie. Dlatego zaprosiłem Cię na stadion, żebyś osobiście przekonał się, jak profesjonalnie funkcjonuje nasz klub, a w szczególności jego strona sportowa. Zobaczysz, jakie zachodnie wzorce treningowe wprowadził Jacek, i jak obecnie trzeba motywować piłkarzy. A pojutrze zapraszam Cię do Kazachstanu na mecz Astana-Legia! Zobaczysz, jak te metody działają w praktyce.- Mówił niezdrowo podniecony Mioduski.

Z wrażenia nalałem sobie czwartej butelki Jasia (trzecią wypiłem w trakcie wywodu Darka). Co, sądzicie że byłem posrany? Że zobaczę nagle trenerskiego giganta twarzą w twarz i zrobię się potulny jak owieczka Dolly? Nie z Wujem takie numery. Chociaż przyjąłem taktykę, że przez te dwa dni blisko Legii będę jak Pawełek Janas: nie wpierdalam się. I mi to pasowało. Do czasu…

Po tym jak szafa grająca jeszcze parę razy zanuciła mi Niemena, prezes Mioduski zaprosił mnie na obchód. Rozsiadłem się wygodnie na loży VIP i obserwowałem ten trening… Trening, kurwa, ja nawet nie zauważyłem, kiedy te misie zaczęły poważny trening, a kiedy skończyły rozgrzewkę. Cały czas dziadek, trucht, slalomik, dziadek, trucht, slalomik. Wszystkie ćwiczenia z piłką. A gdzie stare, dobre interwały?! Już po intensywności tego wszystkiego można było się domyśleć, że Kazachowie nas przeczołgają po boisku jak po stepie. I trener-placek latający między nimi, i „motywujący”. „Dobrze Kopciu, dostaniesz plusa”, „Świetnie Krzysiu, będzie uśmiechnięta buźka na koniec treningu”, „Super Kaspi, ktoś tu zasłużył na repetę na stołówce”. Odwróciłem się do Żewłakowa, który nam towarzyszył, i pytam:

-Michałku, powiedz mi, co ten siwy miś odpierdala?

-To taka zachodnia koncepcja. Bezstresowe wychowanie. Jacek napędza pozytywnie swoich piłkarzy. Tylko chwali.

-Ale jak on ich tylko chwali, to te grajki nie są w ogóle podłączeni do prądu! Przecież oni nie mają na sobie presji! I oni w Kazachstanie mają walczyć o życie?!

-Taka koncepcja…- powiedział cicho Żewłak, a ze wstydu spierdalał wzrokiem po podłodze jak zając po łące.

Akurat wtedy przyszedł czas na trening strzelecki. Powiem jedno: Arek Malarz mógłby pójść do baru na piwo, a i tak zachowałby czyste konto. Co strzał, to w pizdu! Taki Kuchy, jak przyjebał, to prosto w reflektor nad trybuną. A ten trenerski magik jeszcze mówi do niego „Wspaniale Kuchy, siła jest, niewiele brakło do bramki”. Myślałem że mnie tam popierdoli, jak to usłyszałem. Nie chciało mi się już patrzeć na ten marny kabaret, dlatego poszedłem do gabinetu prezesa, i jeszcze parę razy odsłuchałem „Snu o Warszawie”, oczywiście wpisując tajny kod. Po opróżnieniu szafy z zawartości dla wybranych, przypomniałem sobie o tym, jak bardzo Jacek-placek niszczy mój ukochany klub. Z wkurwienia wziąłem tą szafę Bogusia i wyrzuciłem ją przez okno. Gdy rozległ się charakterystyczny trzask, do gabinetu wparowali prezes Mioduski i Żewłak. Miny mieli nietęgie.

-Chciałeś się pozbyć tej szafy, no to wyświadczyłem Ci przysługę. Do zobaczenia w środę.- powiedziałem do Darka, wychodząc z gabinetu.

-No widzisz Żewciu, z Ciebie taki młody facet, a przy tej szafie to dostałeś tylko przepukliny i skrzywienia kręgosłupa.- skwitował mój wyczyn Mioduski. A Żewłak ponownie zapierdalał wzrokiem po podłodze.

W środę polecieliśmy jako delegacja na mecz. Darek widział, że przedwczorajszy trening, mówiąc delikatnie, nie zrobił na mnie wrażenia, a tylko mnie podkurwił, ale starał się robić dobrą minę do złej gry.

-Janusz, mam dla Ciebie niespodziankę. Będziesz miał okazję przyjrzeć się technikom motywacyjnym trenera Magiery z bliska. Będziemy razem z nimi w szatni. Wtedy zrozumiesz, jak bardzo czasy się zmieniły, i dlaczego nie mogę Cię zatrudnić.

Jak Darek obiecał, tak było. 20 minut do meczu. Atmosfera na trybunach średnia, pogoda średnia, wszystko tam było średnie. Poza rywalami Legii. Oni akurat byli chujowi. Wchodzimy do szatni, i… oczom nie wierzę. Ten pierdolony trenerski magik usadowił piłkarzy na takich poduszkach w półkolu wokół siebie. Dorosłych chłopów! A sam wziął taboret, i zaczął im kurwa czytać książkę o jakimś rycerzu, co to miał w życiu szczęście. To ci dopiero motywator, prosto z domowego przedszkola! Zobaczyłem na piłkarzy: połowa to omal nie usnęła. Minuty przed meczem, a oni proszą się o kołysankę, zamiast o krew rywali! Starsi i nowi już w ogóle nie wiedzieli o co temu człowiekowi chodzi. Ostatni raz tak zażenowanego Miśka Pazdana widziałem w Lidze+Extra, kiedy Ignacik rozdawał wszystkim czepki przypominające łysiny. Ci goście nie dość że nie byli wytrenowani, to jeszcze słaniali się na nogach wychodząc z trybun! Spojrzałem na Mioduskiego, do którego takie nowoczesne metody najwyraźniej przemawiały. Był tak pewny swego, że na zwycięstwo Legii mógłby postawić dom, nerkę oraz cnotę własnej córki. Powiedziałem do niego:

-Zobaczysz, jeszcze mnie będziecie wszyscy prosić o pomoc.

Powiem jedno: nigdy się nie mylę jak mówię jakieś proroctwa, ale rzadko zdarza mi się żeby sprawdzały się one tak szybko. Meczu nie będę opisywał. Cała Polska widziała. Już po pierwszej połowie była dupa z majonezem. Po godzinie gry podszedł do mnie Mioduski.

-Janusz. Krótko. Pomocy.

-Misiu kolorowy, Jacek-placek wam spieprzył całą drużynę, a ja mam to firmować swoim nazwiskiem, bo obudziłeś się z ręką w nocniku i parodystą na ławce?!

-Janusz, no nie denerwuj się już… proszę jak Legionista Legionistę. Pomóż. Zrób cokolwiek. Chociaż jedna podpowiedź dla Jacka.- błagał mnie Mioduski, a minę miał niczym zbity pies. Teraz to „podpowiedź Jackowi”, a dwa dni wcześniej „trener Magiera z zachodnimi koncepcjami”. Ale Wujo to człowiek o wielkim sercu. Dla ukochanego klubu podpowiedziałem nawet tej Super Niani. 61. minuta. Podszedłem jak najbliżej ławki Legii, i krzyczę do Magiery:

-Placek!!! Tego Włocha dawaj! Dawaj tego Włocha… za Węgra!

Jacuś popatrzył na mnie z niedowierzaniem. Ze stresu był biały jak bałwan, a ze wstydu na twarzy czerwony jak barszcz. Wtedy można by go pomylić z kibicami Reprezentacji, którzy mają na twarzach namalowane flagi Polski. Ale on rozumiał, że właśnie przegrał walkę. Powiedział coś do Włocha, i ten zaczął się rozgrzewać. A na rozgrzewki nie było czasu!

-Dawaj szybciej, synu!- wykrzyczałem. Włoch popatrzył na mnie, i wiedział że jak na boisku nie da z wątroby, to jeszcze dziś ją straci w pobliskiej klinice. Poza tym, miałem nadzieję, że jako nowy gracz nie zrozumiał „przemowy przedmeczowej” Magiery, przez co głowa mu jako tako funkcjonuje.

62. minuta, Włoch wchodzi na boisko. I co? I w porównaniu do reszty patałachów, chłopak gra jak na skrzypcach i zalicza asystę! Magiera nie wpadłby na to i za dziesięć lat, żeby wprowadzić dopiero co ściągniętego gościa w tak ważnym meczu. Chociaż tyle mogłem zrobić w przeciągu 15 minut, i w dodatku za darmo. Spotkanie zakończyło się katastrofalnym wynikiem, 3:1, ale ta bramka może okazać się zbawienna dla Legii w kontekście rewanżu. Trzeba dokonać tylko jednej, jedynej zmiany w drużynie: wymienić trenera.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

36
2

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #20

Lipiec 18, 2017 in Bez kategorii

smokey-and-the-bandit-movie-poster-1977-1020465942

Witajcie!

Oto ostatnia część trylogii wspomnień z mojego pobytu za oceanem, podczas Igrzysk Olimpijskich w 1976. roku w Montrealu. Kto nie czytał poprzednich felietonów, tego zapraszam do zapoznania się z częścią PIERWSZĄ, oraz częścią DRUGĄ.

Bob The Beaver chciał opierdolić mnie na kasę, przez co omal nie straciłby brody i jaj. I to niekoniecznie w tej kolejności. Na jego szczęście, wytłumaczył się, że ma do mnie jakiś interes, tylko nie wiedział jak zagadać, bo biznes był nie do końca legalny. I tak przebywałem już poza terenem wioski olimpijskiej, więc legalność tego przedsięwzięcia nie miała dla mnie znaczenia. Liczyło się tylko jedno: kasa, misiu, kasa…

-No, Boberku, to mów na czym tu się można naprawdę dorobić, a ścinanie patyków zostaw dla siebie.

-Wujo, po tym co zobaczyłem już wiem, że tylko ty możesz podjąć się tego zadania… Chodź ze mną, zaprowadzę Cię do fabryki słynnych kanadyjskich… przedsiębiorców.

Po piętnastu minutach marszu, podczas których pokonaliśmy jakieś trzydzieści kilometrów, zobaczyłem tą fabrykę. Fabrykę, kurwa mać… to była zwykła szopa pośrodku lasu! Wyglądała jak nasze leśniczówki, a do statusu fabryki to jej było mniej więcej tak blisko, jak Kowalowi do tytułu doktora habilitowanego.

Wszedłem z buta do tej meliny, a drzwi trzasnęły tak, że omal się nie rozpadła. A w melinie co? Oczywiście, kurwa, aparatura do pędzenia bimbru, przy której robiło jakiś dwóch frajerów, stolik na którym leżało parę opędzlowanych butelek, a nad wejściem zdjęcie jakiejś rudej babeczki z przebiegiem po pięćdziesiątce. Założyłem Bobowi dźwignię, aż zaczął przede mną skamleć, niczym Kaziu Węgrzyn kiedy prosił żebym go przygarnął do Pogoni.

-Misiu kolorowy, to mają być ci przedsiębiorcy? Dwóch wychujańców, którzy w środku lasu robią bimber z szyszek?!

-Puść, kurwa!- Krzyczał Bóbr, a łzy spływały mu po policzkach. Taki wielki, a beczał od byle dźwigni. – To są słynni kanadyjscy bracia-bimbrownicy, Terrance i Phillip! Nikt nie produkuje takiej jakości bimbru na bazie syropu klonowego!

-I co, mam wam pomóc to wypić? Misiu, powiem ci jedno: bardo chętnie, ale przywlokłeś mnie tutaj na zarobek!

-Dobry jest!- Odezwał się jeden z braci.

-Dobry!- Dopowiedział drugi.

-Bierzemy go!

-Bierzemy!

Podeszli do mnie, i mówią:

-Słuchaj, koleś!

-Ta słuchaj!

-Mamy biznes!

-Wielki biznes, można zarobić

-Dużo zarob…

Nawet nie zdążył dokończyć, jak zajebałem obydwu po plaskaczu na ryj, aż się ułożyli każdy w innym kącie tej swojej leśniczówki.

-A jeden nie może mówić?! Co wy jesteście, bracia-debile?! Macie każdy po dwie ręce, po dwie nogi, i chyba po połowie mózgu!

Bracia spojrzeli na siebie zszokowani, aż w końcu Terrance wydukał:

-Dobra, no to… no to może ja powiem. Słuchaj, produkujemy tu najlepszy bimber na bazie szyszek i syropu klonowego. Pod naszą fabryką stoi cysterna, w której znajduje się 34 tysiące litrów tego bimbru. Wiesz jakie są koszta produkcji litra naszego specyfiku? Dwa jankeskie dolary. A wiesz po ile można sprzedać litr tego świństwa w pierwszym lepszym barze w Kalifornii? Trzydzieści dolców. Czyli, po odliczeniu kosztów produkcji i transportu, do zgarnięcia jest prawie bańka. Tylko potrzebujemy kierowcy i ochroniarza do ciężarówki. Bob zgłosił się na kierowcę. Ale na tak długą trasę i przebicie się przez granicę, potrzeba jeszcze ochroniarza. Podział zysków jest prosty: milion na czterech, czyli po dwieście pięćdizesiąt kafli. Wchodzisz w to?

-Nie musisz pytać dwa razy. Bóbr, pakuj dupę do ciężarówki. Jedziemy zarobić milion dolców!

Wsiadając do cysterny, na odchodne rzuciłem w kierunku Terrance’a i Phillip’a:

-Misie kolorowe, a tak z ciekawości… jesteście braćmi tak?

-Tak!

-Oczywiście!

-Z jednej matki, tak? I, jak rozumiem, ta rudowłosa pani w kwiecie wieku, której obraz macie, to ona?

-Jasne, Wujo!

-Tak, Wujo!

-A co się stało z waszym ojcem?

-To bohater!

-Bohater! Walczył w Korei!

-I zginął za kraj!

-Tak mama powiedziała!

-A mama by nas nie okłamała!

-Cóż, zachowujecie się jak prawdziwi bracia, i wierzę waszej matce na słowo. Ale naprawdę, nigdy nie zastanawialiście się, jak to jest możliwe, że jeden z was jest brunetem, a drugi blondynem, skoro wasza matka jest ruda?- powiedziałem z uśmiechem na ustach, po czym wsiadłem do ciężarówki. Odjeżdżając, widziałem w lusterku jak Terrance i Phillip patrzą przed siebie oniemiali, po czym jeden powiedział do drugiego:

-Wychodzi na to, że twój stary to matkojebca.

-Chyba twój!

Następnie wywiązała się pomiędzy nimi ostra szamotanina. Ale to już nie była moja sprawa. Za sobą usłyszałem tylko parę strzałów z dubeltówek.

Wyjechaliśmy z Montrealu i sunęliśmy do Chicago. Na granicy chcieli od nas papierów i zarządzili szczegółową kontrolę. Wtedy też Bob po raz pierwszy zobaczył, że jak się ma w składzie Wuja, to nawet celnika można zrobić w chuja. Przed granicą podjechaliśmy do McDonnald’s, gdzie poprosiłem o ciastko jagodowe i całego ziemniaka. Jako członkowie demoludów, Polacy byli wtedy traktowani jak dzicz, dlatego jak odezwałem się w naszym języku, to dali mi te produkty bez szemrania. Chyba myśleli, że nie wiem jak jeść frytki, i chcę tego ziemniaka opierdolić na surowo. A ja po prostu przeciąłem ziemniaka na pół, z jednej połówki wystrugałem znak odpowiednika amerykańskiego sanepidu a z drugiej znak akcyzowy. Następnie obie połówki ufajdałem w nadzieniu jagodowym, i przywaliłem na wzorach dokumentów, które Bob załatwił z urzędu celnego. Ten jankeski celnik aż zgłupiał! Puścił ciężarówkę bez zająknięcia się. Oczywiście, ja musiałem przejechać pod podwoziem, w końcu uciekając z wioski olimpijskiej nawet nie zabrałem paszportu.

Po tym, jak dojechaliśmy do Chicago, skierowaliśmy się na słynną drogę numer 66., prowadzącą prosto do Los Angeles w Kalifornii. I tak mieliśmy do przejechania ponad dwa tysiące mil. Z Bobem za kółkiem. Bo widzicie, Bob The Beaver był świetnym drwalem. Ale powiem jedno: kierowcą był chujowym. Z tego względu, postanowiłem trochę zmotywować tego misia. Spojrzałem na niego, i z całej siły przywaliłem mu z otwartej w plecy. Bob omal nie zgniótł kierownicy!

-Jak jeździsz, pierdolona pokrako!- Zacząłem krzyczeć w kabinie.- Gaz do dechy! Ruszaj szybciej tą kierownicą, uważaj! Z lewej, mijaj z lewej tego kutasa! Gazuj, misiu, gazuj! Rozjeb tą osobówkę, jedziesz truckiem, jesteś większy! Do końca idź, no co Ty nie masz jaj?!

Napierdalałem tak do niego przez całą podróż. 50 mil za Chicago już mu się oczy szkliły, jakby dowiedział się o śmierci własnej matki. Niedługo później, pod naporem mojej wiązanki zaczął płakać jak, o ironio, bóbr. Gdy byliśmy pod Saint Louis w stanie Missouri, Bob zatrzymał się na pobliskiej stacji benzynowej.

-Dalej to ty będziesz prowadził. Nie dam rady, Wujo… nie z Tobą. Przejechaliśmy ledwo trzysta mil, a ja jestem już psychicznym wrakiem. Nie pojadę ani mili dłużej.

-Dobra, misiu kolorowy. Teraz ja poprowadzę. Zostaw kluczyki w trucku, żebym tylko mógł wyczuć auto. Ty idź do kibla, wytrzyj oczka, napij się setki, wróć na siedzenie pasażera, i ani mi nawet, kurwa, nie piśnij przez całą podróż. Żal mi patrzeć i rozmawiać z takim chodzącym workiem nieporadnego sadła jak Ty.

Bob tylko smutno potaknął głową, po czym poszedł w kierunku stacji benzynowej. Ledwo drzwi się za nim zatrzasnęły, a ja odpaliłem tą wielką maszynę, i rura! Prosto przed siebie! Oczywiście, mogłem oszczędzić tego misia, dać mu butelkę, i zawieźć jego dupę, szeroką jak u Mirka Trzeciaka, prosto do Los Angeles. Ale Wujo to pamiętliwa bestia. Chciałeś mnie wydymać na pieniądze, skurwysynie Bobrze? To Ci teraz pokażę, kto tu jest pasztetową robiony. Mógł mnie skurwiel nie próbować orżnąć na siedem tysięcy baksów, to ja być może nie wysadziłbym go z interesu, wartego ponad milion.

Dalsza podróż przebiegła mi bardzo sprawnie, aż wjechałem do Nowego Meksyku. Wtedy zobaczyłem, jak na ogonie siedzi mi miejscowy szeryf. Pozbyłem się Bobra z pokładu, a sam nie miałem dokumentów, więc zatrzymanie mnie oznaczałoby katastrofę. Ta banda Jankesów deportowałaby mnie w trybie ekspresowym i zarekwirowała cysternę. To oznaczałoby, że nie zarobię ani centa, w Polsce wsadzą mnie do mamra, a co najgorsze, nie wywiążę się z obietnicy złożonej Kazikowi Deynie. W szczególności na to ostatnie nie mogłem sobie pozwolić, dlatego przestałem bawić się z szeryfem w kotka i myszkę, i wcisnąłem gaz do dechy. A ten skurwiel za mną! W lusterku zobaczyłem, jak wzywa posiłki przez radio. Nim się obejrzałem, miałem na ogonie dziesięć radiowozów. I żaden nie mógł mnie zatrzymać. Jak oni w prawo, to ja w lewo, i odwrotnie. Tańczyłem z nimi na drodze oberka, niczym z panienkami w burdelu. Pościg był tak widowiskowy, że z helikoptera transmitowała go na żywo krajowa telewizja. Wiedziałem o tym, i parę razy nawet dałem temu znak. Po części dla oglądalności, a po części żeby te pieski wiedziały, że nie żartuję. Jak dwa radiowozy zrównały się po prawej stronie z moją ciężarówką, to wkomponowałem je w barierki tak mocno, że z wielkie amerykańskie krążowniki szos zmniejszyły się do gabarytów Syrenek. Zapieprzałem truckiem z cysterną wypełnioną płynnym złotem, po pięknej, amerykańskiej drodze, goląc frajerów w ich radiowozach Dodge’a, Plymouth’a, czy innych Pontiacach.

-Co, frajerze? Masz kilkaset koni pod maską, a nie potrafisz dogonić ciężarówki?- Mówiłem do nich przez szybę, posyłając szelmowski uśmiech numer siedem.

Kiedy dojeżdżałem do Los Angeles, miałem za sobą jeszcze cztery radiowozy. A przed sobą… blokadę policyjną. Misie stały dumnie, wypięci jak do orderów. Jeden z nich szczekał przez megafon, że jak się nie zatrzymam, to otworzą do mnie ogień. Taki jesteś cwany, pomyślałem, to zagramy w tchórza, zobaczymy komu fujara zrzednie. 300 metrów, oni dumnie stoją… 200 i przez megafon słyszę komendę „ready”… Przy 150 metrach pada „fire!”, i nagle leci we mnie grad pocisków. Ale schyliłem się trochę za szybę, żeby czasem głupio nie dostać, i pruję dalej przed siebie! Jak widzieli mnie 50 metrów od blokady, to wszyscy wyrzucili bronie, i spieprzali w krzaki żebym ich nie rozjechał. Wbiłem się idealnie pomiędzy dwa radiowozy, uszkadzając je doszczętnie. Po tej akcji ogon, który miałem, zwątpił w sens ścigania mnie. Poza tym jednym, pierdolonym szeryfem, który gonił za mną od samego początku. Usłyszałem wtedy jego głos z megafonu.

-Wiem że jedziesz do L.A. z nielegalnym alkoholem, przemytniku! Gonię Cię przez tysiąc mil! Poddaj się, nie masz szans!

I wtedy w głowie zaświtał mi genialny plan. Dojeżdżałem do zjazdu do Los Angeles. Mojej ziemi obiecanej, gdzie w ekskluzywnych barach w Hollywood rozprowadziłbym kanadyjski bimber w przeciągu doby. Myślałem nad tym, i myślałem… i nagle jeb, skręt w lewo! Gliniarz zgłupiał, myślał, że pojadę w prawo, wprost do Miasta Aniołów, a tymczasem odbiłem na San Diego. Ten misio w ostatniej chwili chciał skontrować radiowóz za mną, ale nie wyrobił, i wpierdolił się prosto w beczki z wodą, odgradzające zjazdy. I tak zgubiłem ostatni, ścigający mnie radiowóz. Nade mną wisiał jeszcze telewizyjny helikopter, jednak to była pestka, po prostu wjechałem truckiem w najbliższy las, gdzie przeczekałem parę godzin.

Miasto Aniołów nie było godne do przyjęcia takiego diabła, jak ja. Dlatego skręciłem do San Diego. To miasto, choć mniejsze, to wciąż leżało w Kalifornii, w dodatku pod granicą z Meksykiem. Wiecie co to oznaczało? Że tam, to dopiero znalazłem klientelę! Wąsate, meksykańskie ochlejmordy wykupiły cały zapas w przeciągu sześciu godzin, i jeszcze pytały kiedy następny. Jak powiedziałem, że to jednorazowy skok, to w niektórych dzielnicach wybuchły strzelaniny. Tak się zabijali o bimber, który przywiozłem.

Tym sposobem zgarnąłem milion dolarów do podziału na czterech. Ale Bob został na stacji benzynowej tysiąc osiemset mil dalej, a Terrance i Phillip prawdopodobnie wzajemnie się pozabijali. Niestety, nie mogłem przewieźć aż takiej sumy do Polski. Wykręciłem numer do Olka, który siedział we wiosce olimpijskiej, i poprosiłem go, żeby dał do telefonu Kazika Deynę.

-Mm?- usłyszałem charakterystyczny pomruk w telefonie.

-Kaziu, misiu kolorowy, dzięki że mnie wziąłeś do Montrealu. Dorobiłem się miliona dolców z czego, zgodnie z umową, dwieście patyków jest dla Ciebie. Niestety, nie przewiozę takiej kasy do Polski. Dlatego wiesz co, Kaziu? Zrobimy tak: ja pobędę w San Diego jeszcze parę dni. Kupię Ci tutaj piękny dom za sto, czy dwieście tysięcy i opłacę jego obsługę na pięć lat, żeby nie popadł czasem w ruinę. Jak będziesz chciał gdzieś osiąść na zakończenie kariery, to tutaj jest raj na ziemi! Do Polski przywiozę góra pięćdziesiąt tysięcy. Za taki szmal w naszej krainie szczęśliwości i tak będę żył jak król. Przez rok, albo dwa. Resztę kasy zamuruję w tym twoim domku, co go kupię, i kiedyś, za parę lat, i tą częścią się podzielimy. Co ty na to, Kaziu?

Nic nie odpowiedział, ale znałem go. Znałem, i czułem jak raduje się w duchu. To była moja największa nagroda.

W 1977 roku, czyli rok po Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu, do amerykańskich kin wszedł film, który był inspirowany moją ucieczką przed policją, na drodze numer 66. Produkcja Smokey and the Bandit okazała się wielkim hitem, a w Polsce została przetłumaczona na bardziej adekwatną do mojej osoby nazwę- Mistrz kierownicy ucieka. Po pięciu latach od Igrzysk, Kazimierz Deyna przeprowadził się z żoną i synkiem do San Diego, gdzie osiadł już na stałe. O zamurowane pieniądze nigdy nawet się go nie upomniałem. Do tego czasu i tak dorobiłem się znacznie większych sum.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: amerykański plakat z filmu Mistrz kierownicy ucieka, którego historia inspiruje się na mojej ucieczce przed policją, i to ciężarówką załadowaną kanadyjskim bimbrem. Zdjęcie wyjątkowo przed artykułem, bo w opcji „ustaw obrazek wyróżniający” coś się popsuło…]

PS. Na Weszło! została dodana nowa opcja. Od teraz każdy może oceniać zawodników drużyn. Bardzo fajna rzecz. Ja oceniłem zawodników Legii w meczu z Górnikiem Zabrze:

Legia-Górnik

Zmiana bardzo mi się podoba, aczkolwiek mam dwa pytania, które się ze sobą łączą.

1. Czy można wystawiać ocenę 0, albo nawet ujemne, tak żeby dać znać, że dany element jest poniżej jakiegokolwiek poziomu?

2. Czy można oceniać ludzi prowadzących dane drużyny? Powiem jedno: prowadzącemu (specjalnie nie piszę „trenerowi”) Magierze to należy się właśnie takie zero do dzienniczka. Prezesie Mioduski, ma Prezes do mnie numer. Niech Pan ratuje ten sezon, bo siłą rzeczy Vadis tego za Pana już nie zrobi.

24
1
BobTheBeaver

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #19

Lipiec 10, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

W poprzednim felietonie opowiedziałem Wam o swojej szalonej wyprawie do Montrealu. We wiosce olimpijskiej miałem okazję poznać ówczesnego agenta MSW, niejakiego Olka, z którym do dziś jesteśmy przyjaciółmi. A Olek dzięki mnie poznał czeską kulomiotkę i brązową medalistkę olimpijską, Helenę Fibingerovą, która nie zapałała do niego sympatią. Zachęcam do przeczytania, jeśli ktoś chce się dowiedzieć, dlaczego Ci państwo się nie polubili. Ja tymczasem czmychnąłem z wioski olimpijskiej w jednym celu: zarobienia tysięcy ciężkich dolarów w dwa tygodnie. W tym celu musiałem się udać w jedno, kluczowe miejsce w każdym mieście…

Po wejściu do baru, od razu zacząłem oglądać się za największym chojrakiem. I znalazłem. W kącie, na pniaku siedział pewien drwal. Wielki był jak skurwysyn, gładził siekierką brodę długą po same jaja, i pił z gwinta jakieś miejscowe świństwo. Podszedłem do baru i zamówiłem wiadro tego, co pił drwal, oraz chochelkę. Następnie podszedłem do drwala, usiadłem na pniaku przed nim, a pomiędzy nami postawiłem wiadro.

-Roboty szukam. Dobrze płatnej.- Wypaliłem od razu.

-Nie gadam z obcymi, nie piję z niezarośniętymi, nie wyglądam jak biuro karier- powiedział drwal.

Na początku to aż mnie świerzbiło żeby mu zajebać, ale pomyślałem że nie warto od razu stawiać największego spośród tych gamoniów do pionu, bo jeszcze reszta się przestraszy i chuja załatwię. Wujo wie kiedy bić, a kiedy używać innych argumentów. Stanąłem przed nim i zdjąłem spodnie do kolan. Drwal z wrażenia aż wypuścił siekierkę z rąk. Ale co najważniejsze, mogliśmy się w końcu napić. No co się tak dziwicie? Lata siedemdziesiąte, taka była wtedy moda. Nie to co dziś, że jak piłkarz goli sobie nogi (kurwa, nogi!), to często z rozpędu ogoli też pizdę. Wtedy w Polsce goliło się tylko brody, a i to nie zawsze. Ale wracając do drwala, w ten sposób machnąłem z nim po chochli.

-Skoro już się napiliśmy, to możemy się poznać. Janusz. Janusz Wójcik.

-Bob. Bob The Beaver.

-No, misiu kolorowy. A skoro się już poznaliśmy, to głupio nie opić nowej znajomości. Po chochli?- i tak wypiliśmy drugą kolejkę. I trzecią, bo w końcu poznało się dwóch facetów, więc głupio było oblewać to jedną kolejką.

-Synku, słuchaj mnie. Napiliśmy się już, poznaliśmy się, to przejdźmy do konkretów. Masz dla mnie jakąś robotę?

-A jesteś robotny? Jak jesteś, to wezmę Cię do lasu na wycinkę. Tylko uprzedzam, w okolicy nikt nie chce ze mną pracować, takie mam tempo. Dlatego nazywają mnie Bob The Beaver. W dodatku nie uznaję pił spalinowych. Jak nie potrafisz zwykłą siekierą ściąć drzewa w trzech ruchach, to jesteś pizda nie drwal, i nie pchaj się tam gdzie możesz się uszkodzić.

-Chojrak z Ciebie, Bobrze. Powiem wprost: powinienem Ci wypłacić już dwa strzały za takie teksty w moją stronę, ale jak chcesz udowodnić jakie masz jaja, to wiedz że Wujo Cię tak przeczołga, że będziesz prosił o litość. Daj mi piętnaście baksów kanadyjskich od ściętego drzewa.

-Zgoda. Ale uprzedzam Janusz, nie będziemy się opierdalać! Robimy przerwę na bimber tylko co piętnaste ścięte drzewo!

-Czyli przerwa co dziesięć minut… Zgoda.

Tego samego dnia wyszliśmy do lasu. A ten las był gęsty jak chuj. Tak gęsty, że sarny jak przebiegały, to pomiędzy niektórymi drzewami klinowały się dupami, i wszystkie jelenie czy inne daniele miały uciechę. Niektórzy drwale pewnie też korzystali z okazji, ale nie chciałem rozmawiać o tym z Bobem. The Beaver wyposażony był w bojowy topór kanadyjskiego drwala. Wykuty z magmy czy innego chujostwa wysranego przez okoliczne wulkany, i przekazywany z dziada-pradziada. Jako że nie wyszedłem z wioski olimpijskiej z myślą o rąbaniu drzewa, ja nie miałem żadnej siekiery. Dlatego Bob zakupił mi małą, poręczną siekierkę Fiskarsa z marketu.

-Gotowy?-spytał drwal.

-Ja się, kurwa, urodziłem gotowy.- odpowiedziałem i ruszyliśmy!

Zawsze kiedy trenowałem, czy też grałem, wyznawałem jedną zasadę: wślizg, wślizg, wślizg! Od początku skoczyć do gardła frajerowi tak, żeby się zesrał! I tam było tak samo! Chlast, chlast, chlast!

-Trzy cięcia na jedno drzewo, niedźwiadku? Nie z Wójtem takie granie w chuja! Ja w trzy ścięcia wycinam cztery drzewa!

Bóbr wtedy uświadomił sobie, jak bardzo ma przejebane. Co piętnaste drzewo robiliśmy sobie przerwę na bimber. Ale ja, żeby go podkurwić, przy ostatnim drzewie przed przerwą opierałem się i zapalałem fajeczkę. Po czym jak ten misiu dochodził do ścięcia piętnastego drzewa, ja kończyłem palić i popisowo ścinałem drzewo uderzając w nie siekierą zza pleców. Żebyście wtedy widzieli minę Bobra! Ostatni raz tak podkurwioną facjatę widziałem, kiedy dogadywałem Kowalowi na treningach, że trzeba na niego wystawiać chłopów z okręgówek, bo tylko wieśniaki się nie nabiorą na jego charakterystyczny wiejski zwód. Następnie piliśmy po kubku bimbru i ruszaliśmy, kto szybciej zetnie kolejne piętnaście drzew.

Po tym jak cztery razy pod rząd zagrałem mu w ten sposób na nosie, postanowiłem skończyć tą dziecinadę, podejść do tematu na poważnie, i nie czekać na Boba. W ten sposób po godzinie wynik wycinki brzmiał: Wujo: 157 wyciętych drzew, Wielki Pierdolony Kanadyjski Drwal: 92 drzewa. Ale przy drzewie numer 158 wszystko mogło się odmienić…

Podszedłem, i jak zwykle wymierzyłem idealne cięcie pod kątem 45. stopni. Nawet Szogun nie ścinał głów swoich przeciwników kataną tak dokładnie, jak ja ścinałem marketową siekierą Fiskarsa te krzaki, które miejscowi dumnie nazywali drzewami. Nagle trach! Jak nie jebło! Patrzę- drzewo stoi. To patrzę na to, co trzymam w dłoni… a tam został mi sam trzonek od siekiery. I to ułamany w połowie! Wtedy Bob zobaczył cień szansy na wygranie ze mną.

-Wujo! Byłeś godnym przeciwnikiem, ale nadszedł czas, żebyś się poddał. Moja wulkaniczna siekiera nawet się nie stępiła. Twoja rozleciała się na części. Tak to już jest w lesie. Poza kondycją i umiejętnościami, które niewątpliwie posiadasz, trzeba jeszcze zaopatrzyć się w dobry sprzęt.

-Przecież sam kupiłeś mi tą pierdoloną siekierę.- Powiedziałem pod nosem.

-Pogódź się z porażką Janusz. Byłeś blisko, ale nic już nie poradzisz. Jeszcze połowa lasu do wykarczowania i co, będziesz wyrywał te drzewa rękami?- powiedział triumfalnym tonem Bob.

-No właściwie… właściwie… to czemu nie?- odpowiedziałem z uśmiechem szaleńca na ustach, po czym zawinąłem rękawy, podszedłem do najbliższego drzewa, objąłem je i harat! Wyrwałem z korzeniami, niczym chwasta.

A później szybko poszło. Pracowałem trybem „pierwsze, drugie, trzecie-szklanka bimbru-pierwsze, drugie, trzecie-szklanka bimbru-…” Bob The Beaver jak to zobaczył to rzucił siekierę i stał w szoku, z ustami rozdziawionymi niczym panienka w burdelu. W sumie to doszedłem do wniosku, że siekiera tak naprawdę tylko mnie spowalniała, bo w ciągu czterdziestu minut wykarczowałem jeszcze 317 drzew, co dało mi łączny wynik 475 drzew w ciągu dwóch godzin. Wielki Bóbr nie ścinał już dalej. Cały czas stał w środku lasu, i myślał pewnie „kim jest ten skurwiel?”, aż musiałem obudzić go z letargu plaskaczem w twarz.

T-McDonald-Canada-Shield-Clearcut-ON_g12i9

Fragment wykarczowanego przeze mnie lasu.

-No, misiu kolorowy, robota skończona. 475 drzew, razy 15 baksów za każde drzewo, to jest ponad 7 kafli.

-Wujo… Janusz, ja… ja nie mam tyle.

-O Ty chuju, Bobrze!- Wykrzyczałem do niego.- Wójta chcesz oszukać?!

Długo nie myśląc, wziąłem tą jego wulkaniczną siekierę i przystawiłem mu do gardła!

-Kasa, misiu, kasa… Bo inaczej najpierw ogolę Ci brodę, a później utnę jaja!- musiałem wywrzeć na nim spore wrażenie, bo wyraźnie czułem jak się zesrał.

-Dość! Dość! Mam, mam Twoje pieniądze, tylko… tylko mam dla Ciebie lepszą propozycję! Nie chciałem żebyś odchodził, a nie miałem pewności czy byś tak nie zrobił po zgarnięciu forsy za tą robotę.- powiedział spanikowany. Niby człowiek z zachodu, a logikę to miał taką, jak typowy prezes polskiego klubu w latach dziewięćdziesiątych.

-No to opłacało się zasrywać własne spodnie, Ty kurwa idioto, Ty?!- powiedziałem z pogardą. Wszak Wujo to człowiek biznesu, i gdyby ten Misio powiedział, że ma do mnie jakiś interes, to od razu bym go chociaż wysłuchał. A tak, leżał na ziemi z pełnymi gaciami.

-Tylko uprzedzam, to nie będzie radosne ciupanie drzewek, jak dziś. W grę wchodzą większe pieniądze, niż siedem kafli. O wiele większe pieniądze. Ale Twoje zadanie będzie też dużo bardziej niebezpieczne, szalone i, co tu dużo ukrywać, nie do końca legalne.

Wtedy podszedłem pod butelkę z bimbrem, wyciągnąłem z niej korek zębami, po czym odparłem:

-Misiu kolorowy… zamieniam się w słuch.

Ale o tym, na czym polegał biznes, który zaproponował mi Bob The Beaver, dowiecie się w następnym felietonie.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Bob The Beaver oglądający mnie w akcji, jak wyrywam drzewa z korzeniami.]

21
1
3-Helena_Fibingerova

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #18

Lipiec 3, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Ostatnio mieliście okazję zapoznać się z kulisami obecnego okienka transferowego. Ale jako że transfery i pieniądze lubią ciszę, to dziś opowiem Wam historię sprzed wielu, wielu lat, bo aż z 1976. roku. Miałem wtedy 23 lata, ale już kombinowałem jak się ustawić, żeby zarobić trochę kabony. Właśnie w 1976. roku nasza Reprezentacja pod okiem trenera Kazimierza Górskiego, przygotowywała się do Igrzysk Olimpijskich, które miały odbyć się w Montrealu. Nie miałem zamiaru tam grać. Ja już wtedy wiedziałem, że bieganie w krótkich spodenkach jest dobre na chwilę i dla przyjemności. Żeby zarobić prawdziwe pieniądze, trzeba było siedzieć na ławce (oczywiście nie w charakterze piłkarza) lub w gabinecie. Na szczęście w Legii miałem wielu znajomych oraz przyjaciół. I to byli ludzie bardzo znani i wpływowi, na czele z Kazikiem Deyną, z którym kiedyś graliśmy w karty o kobietę, o czym możecie przeczytać w mojej książce „Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach.”

Kiedyś wziąłem Deynę na bok, i mówię do niego:

-Kazik, weź mnie wkręć do Montrealu. Nie jako piłkarza, Wy tam i tak wszystkich będziecie golić. Weźcie mnie jako masażystę, pomocnika kierownika, ochronę czy kogo tam chcecie. Będziecie tam przez dwa tygodnie. Dla mnie to dość czasu, żeby na miejscu zarobić na boku paręnaście patyków. I to zielonych! To co, zgoda?

Kazimierz popatrzył na mnie spode łba. On zawsze był małomówny, ale to jak patrzył na człowieka czasami wyrażało więcej niż tysiąc słów.

-Kaziu, oczywiście, za taką akcję dostaniesz ode mnie 15% tego co zarobię.

Wzrok Deyny wyraził delikatne zainteresowanie, ale trochę się jeszcze wahał. Chyba obawiał się, że wysadzenie Wójta za wielką wodą na dwa tygodnie i puszczenie go w samopas, może skończyć się największą aferą sportową po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Nie miał pewności czy wrócę, a w każdym razie czy wrócę w terminie. Zresztą, jak parę razy wyruszaliśmy w miasto, to już po tym były niezłe afery. Ale Polak, członek sztabu kadry, urywający się gdzieś w Montrealu? Partia by ich wszystkich powiesiła za jaja, za to że ktoś odważył się uciec z ich pierdolonej krainy szczęścia, zwanej potocznie Polską Republiką Ludową. Wszyscy musieliby albo zachować zmowę milczenia i udawać, że żadna ucieczka nie miała miejsca (co byłoby trudne, bo już wtedy byłem znaną osobą na mieście), albo ponieść konsekwencje mojego czynu. Dlatego nie w głowie było mi uciekanie na stałe.

-Chuj, Kazik, niech stracę! 20 procent dla Ciebie. No pomyśl, chłopie… Ty tam będziesz sobie grał na pięknych stadionach, a w tym samym czasie kasa sama będzie napychać Ci się do kieszeni!

Deyna zrobił zamyślone oczy, i pokiwał głową z uznaniem. Zgodził się załatwić mi wyjazd z kadrą do Montrealu na Igrzyska Olimpijskie Anno Domini 1976!

Do Kanady oficjalnie pojechałem jako pierwszy szewc kadry, odpowiedzialny za utrzymanie butów w dobrym stanie. Oczywiście, nie miałem zamiaru czyścić butów ludziom, z którymi piłem razem wódkę, ale nie chciałem też narzekać. Ważne, że miejsce w samolocie się dla mnie znalazło. Ale najtrudniejsze zadanie miałem dopiero przed sobą. Było to wymknięcie się z wioski olimpijskiej.

Jako kraje podrzędnych demoludów zostaliśmy zakwaterowani gdzieś na uboczu wioski, razem z radzieckimi, co oznaczało, że w każdym ruskim pokoju jebało rybą, a w co drugim znajdowali się agenci do wyłapywania uciekinierów takich jak ja.

Tak więc od strony radzieckiej nie było szans na ucieczkę. Od części wioski, które zamieszkiwali zachodni sportowcy tym bardziej, bo zaraz dostawaliśmy ogon, i to najczęściej potrójny. I wtedy obmyśliłem plan. Pójść do części, w której zamieszkiwali obywatele Czechosłowacji. W częściach wioski zamieszkiwanych przez inne kraje demoludów tak bardzo nas nie pilnowali, zwykle ograniczano się do wysyłania za takim delikwentem jednego służbisty. Ja również ledwo oddaliłem się od swojego domku, a już kątem oka zauważyłem jednego łebka, co to za mną węszył. Skręciłem w lewo, dwa razy w prawo, prosto przez centrum wioski, znowu w lewo, i tak znalazłem się w części Czechosłowackiej. Ale ta resortowa gnida siedziała mi na dupie. Postanowiłem rozegrać to na swój sposób. Podszedłem do jednego domków zajmowanego przez czechosłowackich sportowców, i zapukałem trzy razy. Typ, który mnie gonił, w tym czasie czaił się na skrzyżowaniu chodników i myślał że go nie widać.

-Kdo klepe na dvere?- usłyszałem głos za drzwiami.

-Ten, kto si chce koupit Becherovka!- odpowiedziałem takim akcentem, jakbym całe życie spędził w Karlowych Warach.

Po tych słowach przed moimi oczami ukazał się niski, grubawy człowieczek z wąsem, prawdopodobnie jakiś masażysta.

-Ahoj! Kolik chces?

Popatrzyłem ukradkiem na mojego „towarzysza podróży”, który cały czas czaił się na chodniku, i powiedziałem:

-Sest! A dalsi dva v rezerve.

Jowialny Czech roześmiał się i zapakował mi osiem butelek ich narodowego skarbu, za który zapłaciłem jakieś trzy dolce. Możecie spytać, skąd wiedziałem, że akurat w tym miejscu sprzedają Becherovkę. Odpowiedź jest prosta: nie wiedziałem. Byłem tego pewien, że można ją nabyć w każdym domku zamieszkiwanym przez Czechosłowaków.

Następnie zacząłem iść w stronę śledzącego mnie pieska. Ten w pierwszym momencie jak zobaczył, że podążam w jego kierunku to chciał uciekać, ale później stanął przy krzaku, licząc że się w niego wkomponuje. Znalazł się pierdolony ninja.

-Co misiu, myślałeś że sram przed Tobą po rajtach?

-Eee… yyyy… o! Niśt fersztejen!

-Tak, kurwa, morda bardziej polska niż schabowy z ziemniakami w niedzielę, ganiasz za mną po całej wiosce olimpijskiej, a jak przychodzi co do czego to „nicht verstehen”. Jeszcze z takim akcentem, że nie przekonałbyś mnie do bycia Niemcem, nawet gdybyś zaczął paradować w mundurze SS. Ale wiesz co? Pomyślałem, że trochę się za mną nachodziłeś, to tak po ludzku chciałem podejść i zaproponować buteleczkę specjału Pepików, bo Ci pewnie w gardle zaschło od tego marszu.

-No, to… no to ten. To ja jednak fersztejen.

I tak siadłem z tym partyjniakiem na ławce w czechosłowackiej części wioski, i na dobry początek zrobiliśmy jedną butelkę na dwa rozlania. Okazało się, że tak naprawdę to równy był z niego chłop. Na początku trochę się bał, że może chcę go podpić, a następnie podpierdolę do przełożonych za picie na służbie. Ale Wujo jest za sprytny, żeby uciekać się do kapusiostwa. Wolałem wziąć go pod chuja. Po piątej flaszce zacząłem wypytywać.

-Misiu kolorowy, tak w ogóle to na kogo Cię tutaj wzięli? Ty jesteś mniej więcej z mojego roku, nie starszy. Na sportowca mi nie wyglądasz, to kim jesteś oficjalnie? Kierownikiem kadry szachistów?

-Tak normalnie to studiuję handel zagraniczny, ale na studiach bawię się też w dziennikarstwo. Ojciec jest dobrze postawiony u radzieckich, więc załatwił mi fuchę. Piszę sprawozdania do dzienników. Ale żeby starsi dziennikarze sportowi się nie rzucali, że taki młody chłystek pojechał na olimpiadę, to polecono mi również pisać inne sprawozdania. Do Ministerstwa Sportu…

-Spokojnie, nie winię Cię za to jaką masz robotę. Każdy orze jak może, a Ty wykorzystałeś szansę. To szanuję.

-A Ty jak się tu dostałeś?

Popatrzyłem na niego, i powiedziałem:

-Wiesz co, misiu kolorowy? Zachowałeś się jak chuj, kiedy próbowałeś udawać na chodniku że jesteś krzakiem, ale teraz nawet Cię polubiłem. A co mi tam, powiem. Mój przyjaciel, Kazik Deyna, załatwił mi fikcyjną funkcję szewca kadry piłkarskiej. Tak więc wypijmy zdrowie za kombinatorów! I może się sobie w końcu przedstawimy? Janusz!

-Bardzo mi miło, Olek jestem!

Kiedy otwierałem siódmą butelkę Becherovki, mój były ogon i nowo poznany kompan w jednym, był już mocno wstawiony. Wtedy przeszedłem do rzeczy.

-Olek, słuchaj… Ty jesteś ustawiony. Nawet jak to wszystko pierdolnie, to i tak będziesz miał papiery na szefa banku, albo polityka. I to nie jakiegoś zajebanego starostę, ale od razu na ministra, albo i lepiej! A my, piłkarze? My musimy sobie radzić, bo kariery mamy krótkie. I jak w ciągu piętnastu lat od startu nie dorobimy się porządnej sumki, to przez resztę życia będzie dupa. Dupa z majonezem. Wiesz ile taki Kazik, generał, lider i mózg drużyny dostanie za wygrany mecz?

Olek popatrzył na mnie z zainteresowaniem.

-Kilkanaście dolarów. Góra kilkadziesiąt. Dlatego powiedziałem Kaziowi, że przez te dwa tygodnie zarobię trochę pieniędzy, a następnie się nimi podzielimy. I dlatego muszę spierdolić z tego obozu.

-Jaa… Janusz. Ja to rozumieem. Ale no, ja nie mohe Cieuścić.

-Kurwa mać, Olek! Nie rozumiesz chyba powagi sytuacji. Wyobrażasz sobie, jak będzie grał Deyna, kiedy zobaczy, że nie wyrwałem się z wioski?

Zobaczyłem mętny wzrok Olka i postanowiłem sam sobie odpowiedzieć.

-Chujowo będzie grał! Chu-jo-wo! A jak Deyna nie będzie chciał grać, bo będzie myślał, że zbijam tu bąki, to jak nasza kadra wypadnie na tym turnieju? Też chujowo! Olek, ja tu nie przyjechałem na wycieczkę, tylko chcę zarobić trochę kasy. Ale wiesz co? Chuj ze mną. Tu chodzi o to, w jakiej formie i humorze najlepszy polski piłkarz będzie wychodził na boisko. Olek, popatrz na mnie!

Olo podniósł wzrok, a ja chwyciłem go otwartymi dłońmi za twarz.

-Olek… to nie ja Cię o to proszę. To prosi cała Ojczyzna. Od Ciebie zależy, czy przywieziemy medal zza oceanu.

Olkowi łzy napłynęły do oczu, i nawet przetrzeźwiał minimalnie, tak że już nie bełkotał, po czym powiedział:

-Ja to bym Cię puścił, Janusz. Wiem, że tacy jak Ty to nie zdradzają przyjaciół. Wróciłbyś tu na dzień przed końcem olimpiady, ja do tego czasu tuszowałbym Twoją nieobecność, i jakoś by to poszło. Ale rozejrzyj się: od strony polsko-radzieckiej nie uciekniesz, od „zachodniej” również, bo tam jest więcej takich jak ja, tylko gorszych. A myślisz, że Pepiki Cię nie podkablują?

-Zaufaj mi, mam plan, tylko musisz mi pomóc…

Olek popatrzył z zainteresowaniem, a ja ciągnąłem temat dalej.

-Musimy odegrać pewną scenkę. Poznasz kiedy skończę swoją część, jak zacznę biec w kierunku płotu oddzielającego wioskę olimpijską od reszty miasta. Wtedy Ty zaczniesz odgrywać swoją część: wyciągasz krótkofalówkę z marynarki, i biegniesz w kierunku polskich domków. I więcej nie pokazujesz się w tej części wioski. Zrozumiano?

Aleksander pokiwał głową porozumiewawczo. W tym momencie wypłaciłem mu soczystego liścia w ryj! Olek aż spadł z ławeczki, i patrzył na mnie zszokowany, cały czas leżąc na ziemi. Wtedy wstałem, i zacząłem krzyczeć do niego:

-Tak, skurwysynu?! Becherovkę kurwa chlejesz, ale mówisz Czechosłowacja najbardziej Ci się podobała, jak zabawiłeś tam przez miesiąc w sześćdziesiątym ósmym. Tylko że kobiety tam mają płochliwe, bo jak siłą do szopy nie zaciągniesz, to same nie pójdą! Gardzę Tobą, ty breżniewowski pomiocie!

Następnie dyskretnie puściłem mu porozumiewawcze oczko, i zacząłem biec w kierunku płotu. Olek wstał oszołomiony, ale nie minęło pięć sekund, a z domków wyskoczyło kilkunastu czechosłowackich zapaśników i ciężarowców, żeby porozmawiać o jego domniemanym pobycie w ich kraju. Ale to nie oni byli najbardziej skorzy do „rozmowy”. Na ich czele stała Helena Fibingerova- słynna czeska kulomiotka, która z Montrealu przywiozła brązowy medal. I tak się akurat niefortunnie złożyło, że jedną z kul do miotania akurat dzierżyła w rękach. Jak Olek to zobaczył, to zrozumiał dlaczego kazałem mu biec do naszych domków. Na szczęście Olo nie zapomniał wyciągnąć krótkofalówki i udawać że przez nią nadaje.

Mój plan był genialny w swojej prostocie: przez swoje zachowanie, i tekst który rzuciłem do Olka, zapewniłem sobie, że Pepiki na pewno mnie nie podkablują, a jakby sprawa się wydała, to jeszcze by pomogli mylić za mną tropy. A jak ktoś postronny widział, że „osoba porządkowa” biegnie z krótkofalówką, to myślał że zapewne nadaje do przełożonych, więc nie szedł kablować o czymś, co władze już wiedziały. Na koniec poleciłem Olkowi bieg do polsko-radzieckich domków i nie pokazywanie się więcej w Czechosłowackiej części wioski olimpijskiej. To akurat zrobiłem wyłącznie z myślą o jego bezpieczeństwie. Naprawdę chłopa polubiłem, i nie chciałem żeby tamci sztangiści, dowodzeni przez Fibingerovą, go dopadli. Zresztą, Olek zachował się bardzo w porządku kryjąc mnie przez czas trwania Igrzysk Olimpijskich, przez co Kaziu Deyna grał jak z nut, a Polska zdobyła srebrny medal. Z samym Olkiem spotkałem się w późniejszych latach jeszcze parę razy. Głównie spotykaliśmy się w jego siedzibie, w Pałacu Belwederskim. Ale to już temat na zupełnie inną historię.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Helena Fibingerova starająca się dorzucić swój argument do dyskusji na temat rzekomego pobytu Olka w Czechosłowacji w 1968. roku.]

19
1
Somalia_pirates

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #17

Czerwiec 25, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Jak zapewne dobrze wiecie, nie było mnie na tegorocznej Wielkiej Gali Weszło. Ale miałem swoje powody. W tym samym czasie znajdowałem się na liniowcu transatlantyckim RMS Queen Mary 2, na którym mój przyjaciel, Kapitan Iglo, udostępnił mi kabinę typu Grand Duplexes wraz z barkiem w opcji All Inclusive. Negocjowałem tam warunki mojego kontraktu z pewnym poważanym klubem. Jeszcze nic nie jest podpisane, ale widać, że te misie traktują mnie serio- na negocjacjach pojawił się sam prezes klubu. Jako że negocjacje wkroczyły w decydującą fazę i ciągle trwają, wyjątkowo jestem zmuszony zmienić nazwisko prezesa oraz innych osób powiązanych z tym klubem, bo są to informacje tajne łamane przez poufne.

Wypłynęliśmy z Dubaju, i kierowaliśmy się wzdłuż brzegu Omanu, w stronę Madagaskaru. Słońce było w zenicie, tak więc dla ochłody pakowaliśmy do whisky po kostce lodu. Prezes rozpoczął swoją litanię, jaki to wspaniały projekt ma zamiar stworzyć, i że mu całe środowisko podpowiada moją kandydaturę, a on z kolei tak bardzo wierzy w obecnego trenera, i że nie wie, i że by chciał, ale nie jest pewien… kurwa, gorzej niż baba w ciucholandzie.

-Pierdolisz Mariusz!- przerwałem mu w końcu ten smętny konflikt wewnętrzny, którym od 15 minut się ze mną dzielił. Prezes wielkiego klubu, Mariusz Dioduski, aż podskoczył na barowym stołku. Zorientował się, że taką niezdecydowaną postawą może co najwyżej rozsierdzić lwa, który przed nim siedzi.

-No… no.. dobrze. To może… to może Ty mnie przekonasz, dlaczego miałbym Cię zatrudnić?

-Patrzcie Państwo!- wykrzyknąłem teatralnie do całego baru.- Znalazłem się na pokładzie tego statku z zamiarem odwiedzin mojego serdecznego przyjaciela, kapitana Iglo, a ten tutaj rozczochrany chujek dosiadł się w Pakistanie specjalnie po to, żeby ze mną pogadać. I on mi teraz wali w ryj tekstem „przekonaj mnie, żebym Cię zatrudnił!”. Pijany, albo niespełna rozumu!

Stali bywalcy baru, którzy wsłuchali się w mój monolog, kiwali głowami niczym pieski w Polonezie, potakując moim słowom. Czując, że trzymam tego misia w garści, kontynuowałem swój wywód.

-Ale dobrze, skoro chcesz, to dam Ci kilka argumentów. Chcesz golić frajerów, a nie potrafisz ogolić czupryny na głowie. W dodatku jedyny zawodnik, który trzyma całą obronę, za chwilę spieprzy Ci za granicę. Mało tego, ani się obejrzysz, a gwiazdor środka pola też spakuje manatki i ucieknie. Chłopie, drużyna Ci się rozpada, i wiesz, że Pan Niania, którego posadziliście na trenerskim stołku, przepierdoli następny sezon.

-Nie wiem, on ma talent do pracy z młodymi, potrafi znaleźć z nimi wspólny język…

-Talent do pracy z młodymi! Ja przywiozłem srebro z Barcelony z drużyną U-23, a Ty mi mówisz że Pan Niania ma talent do pracy z młodzieżą!

Mariusz Dioduski zamyślił się za chwilę, a ja zacząłem wiercić mu dziurę w brzuchu.

-Pomyśl, misiu kolorowy, klasowa drużyna, z prawdziwym hersztem bandy za sterami… kto mógłby nas powstrzymać?

-PIRACI!!!-rozległ się obcy krzyk po całym barze.

-Kto?

-Piraci! Na morzu! Płyną do nas!- I nagle panika! Ludzie taranują stoliki, uciekają do szalup ratunkowych, dzieci płaczą, kobiety przysięgają mężom że nie oddadzą się po dobroci. Masowa histeria po prostu.

Zostawiłem Szopena i poszedłem na mostek kapitański, do kapitana Iglo.

-Ahoj załoga! Iglo, ja tu mam bardzo ważne rozmowy kontraktowe, czy mógłbyś z łaski swojej uspokoić tą hołotę?- pokazałem na panikujący tłum.

-Nie dziw im się, Janusz. To statek turystyczny. Moja załoga nie posiada broni, sam statek również nie ma ani jednego działa, więc piraci bez trudu przeprowadzą abordaż. Nie martw się, wypuszczą nas za dwa miesiące. Albo jacyś wojskowi nas odbiją…

Nie mogłem do tego dopuścić. Lada chwila miałem podpisać kontrakt z nowym klubem, nie miałem zamiaru gnić przez dwa miesiące na jakimś somalijskim zadupiu.

-Pokaż mi ich okręt. -powiedziałem do kapitana Iglo.- Rozpoznam ich słabe punkty i zdecyduję od której strony przeprowadzić abordaż.

-Wujo, ale to tak nie działa. Dziś piraci walczą inaczej. Nie posiadają wielkich okrętów, działają bardziej… partyzancko. Jeśli chcesz zobaczyć, z jakim zagrożeniem mamy tutaj do czynienia, to za parę minut nadpłyną od lewej burty!

Wyszedłem z mostku i udałem się do baru. Prezez Dioduski siedział tylko pod stołem, mamrocząc do siebie:

-Jestem prezesem poważnego klubu, na co mi to było… mogłem wysłać Ebona, jego by nie porwali, albo nawet wzięli za swojego! Ja tu ginę, mamo… Nie chcę umierać. Nie tutaj, nie teraz!

Jako że wszyscy się pochowali po kajutach, uznałem że w barze obowiązuje samoobsługa, i nalałem sobie potrójnego Jasia. Gdy tak sączyłem drinka, składającego się z whisky i szklanki, zobaczyłem jakieś punkty na horyzoncie. Wyszedłem na lewą burtę, przyłożyłem wzrok do lornetki turystycznej zamontowanej na pokładzie i… omal nie udusiłem się ze śmiechu.

-Chodź!- Powiedziałem do Dioduskiego, wyciągając go za nogę spod barowego stołu. Nie zależałoby mi na nim, gdyby nie fakt, że facet był moim przyszłym pracodawcą. Wolałem żeby nie zrobił nic głupiego w akcie paniki.

Po raz drugi wparowałem na mostek kapitański,tym razem z Mariuszem pod pachą.

-To wy się, kurwa, tego boicie?!

Załoga znajdująca się przy kapitanie przestała na chwilę pracować. Iglo zabrał głos.

-Wujo, ale z piratami nie ma żartów.

-Nie ma żartów? Nie ma, kurwa, żartów?! Przecież Ci piraci sami w sobie są jednym, wielkim, pierdolonym żartem! To ja myślałem że atakuje nas, no nie wiem, niszczyciel, korweta, czy chociażby kuter desantowy… A to nic więcej, jak banda Murzynów na dwóch zardzewiałych 40-letnich łodziach rybackich, z doczepionymi silnikami Suzuki, o łącznej mocy 15 koni.

-Ale oni mają bron! Przecież podziurawią cały kadłub i pójdziemy na dno…- wtrącił się prezes Dioduski, pogrążając się w coraz większej rozpaczy.

-Czym kurwa podziurawią, 30-lenimi kałachami?! Prędzej te giwery zatną im się w rękach i wybuchną, niż pozwolą na oddanie celnej serii.- po czym odwróciłem się do kapitana Iglo. -Kapitanie, obronię statek przed tymi piratami. Świat jeszcze nie upadł na łeb, żeby banda wymoczków na starych łajbach mogła ot tak porwać Wójcika. Proszę iść do kuchni i przygotować mi parę arbuzów oraz ananasów. Potrzebuję amunicji. Niech wszystko czeka na lewej burcie, tej od której przypływają piraci. Aha, i proszę wywiesić biało-czerwoną na maszt. Czas ładować w dupę frajerów.

-Tak jest!- zasalutował Iglo.

-Panie kapitanie!

-Tak, Wujo?

-I skrzynkę spirytusu rektyfikowanego. Do opatrywania ran.

Cały czas trzymając Mariusza pod pachą, prędko udałem się na burtę. Piraci byli już niebezpiecznie blisko statku. Szykowali się do rzucenia lin aby przeprowadzić abordaż. W tym celu prowadzili ogień zaporowy w kierunku burty. Ja miałem do dyspozycji dwa arbuzy, dwa ananasy, pół skrzynki spirytusu, oraz spanikowanego Dioduskiego. Chciałem trochę rozluźnić atmosferę, dlatego zagadałem do Mariusza:

-Misiu, a w ogóle to dlaczego na rejs tym statkiem wsiadłeś w Pakistanie?

Prezes trochę się zawstydził, ale przynajmniej przestał się trząść jak osika, i odpowiedział:

-Wiesz Wujo, wmówiłem mediom, że budżet za zdobyte mistrzostwo się nie spina. Chcę uwiarygodnić wersję, że to przez styl życia poprzedniego prezesa słupki się nie zgadzają. Dlatego muszę trochę przyoszczędzić na pokaz. Wiesz, tak dla picu latam klasą ekonomiczną, czy jeżdżę do pracy tramwajem, z teczką i pudełkiem śniadaniowym pod ręką. A że z tego pudełka za klubowe pieniądze wpieprzam czarny kawior i zapijam Dom Perignon w gabinecie? Tym się już nikt nie interesuje.- uśmiechnął się Dioduski. Ta ciepła, rozdygotana klucha nawet zaimponowała mi swoją przebiegłością.

-Dobrze Mariuszku, ale dalej mi nie odpowiedziałeś na pytanie, dlaczego wsiadłeś na pokład na jakimś zadupiu w Pakistanie?

-Nasz dyrektor sportowy ma biuro podróży, Żebrak Travel się nazywa. No i mi załatwił po taniości. Tylko, że przelot był właśnie z Pakistanu… Oczywiście klasa Eko, no i z przesiadkami w Tibilisi i Aszchabadzie. Z Aszchabadu do Karaczi, a później już do portu, na specjalnie dla mnie podstawionym ośle. Wiem, bo na pośladkach miał moje inicjały. I tak podróż na rejs zajęła mi 78 godzin. Sama kajuta również mogłaby być nieco bardziej, powiedzmy, ekskluzywna, bo trochę czuć wilgoć. I wiadro, które robi za toaletę, jest wymieniane tylko raz dziennie, ale poza tym to nie ma na co narzekać. Tak mi to Żebrak Travel ogarnął, że z całą wycieczką zamknąłem się w pięciu stówach! W dodatku bar i bufet są wliczone w cenę, o ile korzysta się od 4:00 do 4:15 rano, a dziewczynki zasponsoruje mi następny transfer. Może Łysego? A może jednak Dyrygenta?

Kule, które zaczęły mu świstać nad czupryną, skutecznie przerwały rozmyślania, dzięki któremu ze swoich zawodników Dioduski w najbliższym czasie zamoczy. Ja natomiast wziąłem arbuza do ręki, i zza barierki wycelowałem na prawo od podpływającej łodzi. Nagle ogień ustał. Wychyliłem się zza osłony i patrzyłem na to co się dzieje. Nawet Mariusz wstał i z zaciekawieniem obserwował zachowanie piratów.

-Wujo… co oni robią?

-Nie pierdol, tylko rzucaj te ananasy! Mój plan się powiódł.- odrzekłem z dumą.- Widzisz, misiu kolorowy, tu jest Somalia. Ci goście nie widzieli jedzenia na oczy od tygodnia. Rzuć im trochę owoców, to oni popierdolą ten abordaż i zaczną się zabijać o to, który pierwszy do nich dopłynie!

I było dokładnie tak, jak przewidywałem. Jak zobaczyli arbuza i dwa ananasy, to zaczęli wiosłować do nich rękami, ku niezadowoleniu operatora 7,5-konnego silnika Suzuki. Jak podpłynęli do owoców, próbowali je dosięgnąć, ale jak któremuś się udawało, to reszta wskakiwała mu na kark, żeby w ostatnim momencie przechwycić upragnioną zdobycz. I tak ta banda niezdyscyplinowanych baranów przeważyła łódź.

Została jeszcze jedna załoga. Ci byli sprytniejsi. Wiedzieli, że nie zdobędą owoców, bo poprzednia załoga już była w wodzie, i szybciej by do nich dopłynęła. Zaczęli również walić z kałachów do topielców, jak do kaczek. Z uwagi na stan swojej łodzi, musieli obawiać się przeciążenia, oraz tego, że taki baran z ananasem w pysku przechyli łódź przy wchodzeniu. Spojrzałem wtedy na przerażonego Mariusza Dioduskiego, i powiedziałem:

-Panie Prezesie ciężko mi to mówić, ale… nie obronimy się przed nimi za pomocą paru owoców. Prezesie, muszę dokonać aktu najwyższego poświęcenia…

Na twarzy Dioduskiego strach mieszał się z podziwem wobec mnie. Oto ja, Janusz Wójcik, ostatni Trener przez wielkie „T”, chodząca encyklopedia szkoleniowa, zdecydowałem się na tak drastyczny krok, w celu ochrony życia pasażerów.

-Panie Prezesie, mam do Pana prośbę. Czy mogę prosić Pana o marynarkę? Potrzebuję czegoś z wytrzymałego materiału.

Mariusz bez wahania, lecz z łezką w oku, oddał mi swoją marynarkę od Armaniego, a następnie udał się pod pokład, do swojej zawilgoconej kajuty ze świeżo zmienionym wiadrem na szczyny, którą wynajęło mu biuro podróży Żebrak Travel.

A ja zrobiłem, co musiałem zrobić. Poświęcenie. Słowo klucz w mojej pracy, jak i w całym życiu. Z bólem serca wyciągnąłem flaszkę spirytusu rektyfikowanego, wyrwałem rękaw z marynarki Kudłatego, owinąłem go wokół butelki i podpaliłem, kiedy już dobrze się nasączył. W ten sposób stworzyłem „koktajl Wójcika”, rodzimą odpowiedź na kacapskiego Mołotowa. Wiedziałem, że jeśli spudłuję, prawdopodobnie będę musiał obciąć drugi rękaw z marynarki prezesa i co najgorsze, wyrzucić do tych bambusów drugą flaszkę spirolu. Ta myśl dodała mi motywacji. Wycelowałem, zrobiłem zamach i… lepiej nie mogłem trafić! Butelka z drogocennym płynem pierdolnęła z mocą tysiąca słońc w sam środek tej ich zafajdanej łajby. Jak Murzyni zobaczyli co do nich leci, to żaden odważny nie został na pokładzie. Później przez radio słyszałem, że ze strachu zapierdalali kraulem pod sam brzeg Somalii, takie im zafundowałem fajerwerki.

burning skiff 16x9

Łódź somalijskich piratów, która dostała koktajlem Wójcika.

Wróciłem na mostek kapitański w glorii i chwale. Kapitan Iglo był tak uradowany z odparcia piratów, że wystawił tygodniowy bankiet na moją cześć. Tylko prezes Dioduski był niepocieszony, gdyż:

-Nie zdążył ze mną nic załatwić, bo przed akcją z piratami za bardzo się motał, a po akcji z piratami był za bardzo pijany,

-Stracił marynarkę od Armaniego,

-Kajuta, którą wynajmował, okazała się schowkiem na miotły,

-Biuro podróży Żebrak Travel i tak wynajęło ten schowek na dwa dni rejsu, co oznaczało, że od czasu wypłynięcia z Dubaju płynął na gapę. Wcześniej nie wykryli go tylko dlatego, że odwrócony plecami i po ciemku, wyglądał jak mop. Niestety, kapitan Iglo był zmuszony wysadzić go na brzeg w Tanzanii. Dyrekcja biura Żebrak Travel postanowiła wyczarterować mu stamtąd samolot do kraju. Dioduski od tamtej pory nie dał znaku życia. A ja wciąż jestem skłonny do dalszych negocjacji.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Pierwsza łódź somalijskich piratów, którą pokonałem za pomocą arbuza i dwóch ananasów.]

30
2
je piłkę

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #16

Czerwiec 20, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Piłkarska Polska żyje Euro U-21. Tak naprawdę, to U-23, ale mówią że U-21. Mam nadzieję że każdy, kto to ogląda, jeszcze bardziej widzi w jakim rozkładzie jest polska piłka młodzieżowa. Jako że teraz jest moda na fachowców-bezjajowców, to PZPN też musiał zorganizować sobie takiego człowieka. No i wybrali Marcina, który właśnie udowadnia, jakim to jest zajebistym trenerem. Przez trzy lata ten gagatek żył jak pomidor w szklarni: miał warunki cieplarniane. Chuchano na niego i dmuchano, jeszcze co niektórzy wariaci wmawiali ludziom, że to jest najzdolniejszy trener młodego pokolenia. Że niby on to nas poprowadzi do sukcesu jak, nie przymierzając, Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze. Aż tu nagle przyszło chłopakom grać, a nie słuchać, jak inni nawijają ludziom makaron na uszy, no i cały misterny plan poszedł w pizdu. Chociaż z tym pomidorem to by się zgadzało, bo na razie wszyscy wokół zrobili z nas ketchup. Oczywiście, wciąż mamy matematyczne szanse, ale powiem jedno: jak się dostaje w ryj od kraju, który ma czterdziestu piłkarzy na krzyż, i to tylko dlatego, że te misie były za słabe żeby załapać się do kadry hokeja, to szanse na awans mamy takie same, jak Donald na wprowadzenie Euro (w sense tej waluty) do Polski.

W ogóle to dziwię się, że ktoś z PZPN-u, albo sam Marcinek się do mnie nie zgłosił. Bo tutaj potrzeba doświadczenia. Doświadczenia! A tak się składa, że ja już grałem dokładnie takie same mecze. I to w czasach, kiedy Marcinek dopiero zaczynał myśleć, jak tu babę za cycka złapać.

Mecz ze Słowacją… Może zacznę od pozytywów: do momentu strzelenia bramki graliśmy naprawdę dobrze. A że bramkę strzeliliśmy w pierwszej minucie, to przez cały mecz była dupa. Dupa z majonezem! Kapustka? To był bigos, i to taki od którego dostaje się sraczki. Ale najlepszy był ten bramkarz, Wrąbel! Przecież to widać na pierwszy rzut oka, że chłopak nie ma ani formy, ani umiejętności. Gdyby zagrał taki mecz, ale dziesięć lat temu, to we Wrocławiu nie siedziałby tylko w charakterze piłkarza. Co robił Dorna? Gapił się na niego, jak ciele na malowane wrota, i nic sensownego nie wymyślił. Ja kiedyś też grałem mecz bez bramkarza. Ale przynajmniej starałem się podłączyć go do prądu, żeby zaczął grać! Jakby któryś mądry mi wypominał, że co z tego, że Fabiniak dostawał ode mnie joby, a Wrąbel od Dorny nie, skoro obaj swoje mecze przegraliśmy, to przypominam, że ja Fabiniaka nie przygotowywałem, a Dorna Wrąbla już tak. I jak ja zareagowałem na parodystę w bramce? Ano tak, że dupy z ławki już nie podniósł. A kto wyszedł teraz na drugi mecz ze Szwecją? No właśnie.

Na dodatek wyszedł przed kamery jeden odważny Orzeł Bielik, i zaczął rzygać, jak to mu jest źle w tym naszym kurwidołku. Powiem jedno: nie ważne czy misiu miał rację, czy nie miał racji, takie rzeczy załatwia się w szatni. Jakby Orzeł Bielik wszedł do mojej szatni po tym wywiadzie, to urządziłbym mu taką kocówę, że młody na drugi dzień by spierdalał wpław przez kanał La Manche prosto pod kurtkę Wengera. No, ale że mamy fachowca-bezjajowca, to Krystuś rzucił przeprosiny od niechcenia, Marcinek od niechcenia je przyjął i jest święcie przekonany że wygrał starcie z panem piłkarzem.

Wczoraj był mecz ze Szwecją. Wszyscy się podniecają, jak to nasze waleczne orły nie dały z wątroby. Co za wola walki, co za ambicja! Szkoda tylko, że ta wątroba z której dali nasi, to chyba należała do alkoholika z trzydziestoletnim stażem. Niby Szwedzi to takie patyczaki, i to my mieliśmy ich orać na boisku. A od 60 minuty byliśmy jak dętka od roweru. I to przebita! Na Słowacji atak był do dupy. Co zrobił nasz trenerski magik? Wymienił dwóch z przodu, w tym Kapustkę, i teraz go chwalą że dobrze zareagował. Ludzie kochani, przecież nawet Stevie Wonder w nocy, po pijaku, i w okularach przeciwsłonecznych by zauważył, że Bigos nadaje się do odstawki jako pierwszy, zaraz po Wrąblu. Tylko, że ze Słowacją atak był do dupy, ale obrona to już w ogóle nie funkcjonowała! W pierwszym meczu dwa do tyłu z frajerami. Co zrobił Marcin? Na Szwedów wyszedł tym samym tyłem. Żadnej zmiany. Ani, kurwa, jednej! I jaki był efekt? Co za zaskoczenie: dwa do tyłu! Ale jak na pozycji numer 6 gra taki Dawidowicz, to czego my oczekujemy? Powiem wam tak: na zachodzie jak ktoś gra na defensywnym pomocniku, to znaczy, że dobrze broni, ale szkoda by go było na obrońcę, bo za dobrze rozgrywa, no i ma kopyto z dystansu, więc ustawia się takiego misia przed stoperami. A to odciąży obrońcę, a to podłączy się do ataku. A w kadrze Dorny szóstka to gracz, który ani bronić za bardzo nie umie, i w ataku jest chujowy, więc trener ustawia go akurat tutaj, bo w obronie zawsze mu ktoś pomoże, a przy rozegraniu można podać do najbliższego. Wypisz-wymaluj, jednym słowem: Dawidowicz. Jeszcze gdzieś wyczytałem, że Southampton chce kupić Bednarka, i rzuciło na stół całe 5 baniek, i to w twardej, angielskiej walucie. Powiem jedno: nie wiem, kto tam od strony Lecha pojechał negocjować z Anglikami, ale skurwiel musi mieć mocną głowę. Tylko lepiej żeby podpisali, zanim wytrzeźwieją.

Jakby któryś mi wypomniał, że ja też grałem ze Szwecją, i dwa razy było w ryj, to przypominam: to była szwedzka reprezentacja A, która nie przegrała meczu w tamtych eliminacjach, i miała takie gwiazdy jak Henrik Larrson, Fredrik Ljungberg czy Stefan Schwarz. Od wielkiego sukcesu i tak był mały kroczek. Ehh, gdyby Papież wtedy w Warszawie nie stracił jak ostatnia łajza…

Wszyscy pytają teraz o wynik meczu z Anglią. Powiem jedno: to zależy. Jak Marcinek będzie chciał wygrać to bez mojej pomocy, to będzie dupa z majonezem. Kapustka nie istnieje, Kownaś miał dzień konia, i następny taki występ zaliczy za rok.

Ale jeśli się do mnie zwróci, to… Panowie, ja wam powiem, ja wam powiem… Ja… Ja wam powiem! Ja… powiem wam! Z Anglią… Z Anglią będzie piekło! Ja wam powiem… Już widzę te puste ulice, opuszczone sklepy, puste wystawy, bez żywego ducha na mieście. Cała Polska, cała Polska przed telewizorami. I wszyscy to samo, wszyscy to samo mają w głowach… Ja wam powiem… Jeszcze Polska nie zginęła!

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

4
7
je piłkę

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #15

Czerwiec 13, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Dziś będzie kilka przemyśleń dotyczących wydarzeń z ostatnich dni. A działo się, oj działo…

Na początek muszę omówić najważniejsze wydarzenie, jakie miało miejsce podczas minionego weekendu. Była to rzecz historyczna, którą żyła cała Polska, nie tylko piłkarska, ale w ogóle jako kraj. I powiem jedno: zwycięstwo, zwycięstwo, i jeszcze raz zwycięstwo! Po latach niebytu i niełaski, polska piłka w końcu postawiła milowy krok, by wejść do grona najlepszych. I to na rok przed mistrzostwami świata w Rosji. Polski Związek Pierdolonych Nieudaczników Piłki Nożnej w końcu przyznał mi licencję UEFA PRO. Wracam do gry, misie kolorowe! Wrzucam kiełbachę na ruszt i będę walił frajerów w kakao!

Wiem, że dalej jestem dla nich niewygodny niczym drzazga w oku i hemoroidy. Dało się to wyczuć już na komisji weryfikacyjnej. Zebrało się kolegium od siedmiu boleści, w składzie: Mareczek Koźmiński, Stefcio Majewski i paru innych przydupasów. Rozpoczął Stefcio Majewski:

-Yyy, no to witam obecnych tu komisji, będziemy się zajmować sprawą przywrócenia licencji obecnego tu interesanta, Janusza Wójcika…

-Trenera! Janusza Wójcika.- przerwałem mu w połowie zdania. Ten skurwiel specjalnie nie chciał użyć takiego sformułowania przed werdyktem.- I co, misiu? To ty teraz będziesz decydował, czy jestem trenerem, czy nie? A sam byłeś tak zajebistym fachowcem, że Polskę prowadziłeś w dwóch meczach. W obydwu było w ryj!

Stefciowi mina zrzedła. Przed chwilą zgrywał wielkiego fachowca od trenerki, a teraz siedział skulony i tylko patrzył po tych swoich przydupasach z komisji, kto go weźmie w obronę. Nie było chętnych.

-Pozwólcie, Panowie, że Wam zobrazuję w jakiej farsie bierzemy udział. Kogo Wujo odkrył dla Reprezentacji Polski? Kowalczyk, Wałdoch, Juskowiak, Wałdoch, Świr, Papież, Łapa, czy nawet siedzący tutaj kolega Koźmiński…- spojrzałem wymownie na Marka. Chłopak był czerwony ze wstydu.- A kogo dla Reprezentacji odkrył kolega Majewski? Piotra Polczaka.

Cała sala wybuchnęła śmiechem potwierdzając, że stawianie mnie przed jakąkolwiek komisją „trenerską” to jakiś kabaret. Ale Stefcio to pierdolony formalista, i w dodatku uparty jak osioł, wobec tego dalej próbował zgrywać ważniaka.

-No zapisał się Pan zasługami, to nie można powiedzieć że nie, ale zarzuty korupcyjne…

W tym momencie nie wytrzymałem i rzuciłem mu się do gardła! Przez biurko chwyciłem go za ten jego wyświechtany, piętnastoletni krawat, i pociągnąłem tak mocno, że aż przywalił twarzą o blat. Pozostali członkowie komisji byli w takim szoku, że nie wiedzieli czy uciekać, czy ratować kolegę.

-Jakie zarzuty?! A kto za czasów Fryzjera trenował Amicę?! Ile, do kurwy nędzy, było ustawek w Pucharze Polski?! Kto trenował Widzew od lipca 2004 roku? Jaki był wynik meczu Widzew-Szczakowianka?! A Widzew-Świt?! A w Ruch-Widzew, ile było? I to w dwumeczu! Kujawiak Włocławek, Zagłębie Sosnowiec, Radomiak, Podbeskidzie, nic Ci to nie mówi?!

-Pppfff… ppuuuść, kuhhhwa, duuuszę się.- charczał Majewski. Gdy puściłem jego zafajdany śliną krawat, wyprostował klatę i desperacko szukał powietrza.

-Zapamiętaj, kurwa, szczurze jeden, że tym się różnisz od ode mnie, że jak mnie do Wrocławia zawieźli, to ani słowa nie wyśpiewałem, choć wiedziałem jakie lody tam się kręcą. W szczególności w Widzewie, który akurat prowadziłeś. A dziwnym trafem, jak Ty jechałeś do prokuratury, to tylko w charakterze świadka i bez stawiania zarzutów. Dlatego, Stefciu, ja pierdolę twój papierek i Ciebie, pierdzącego w ten komisyjny stołek, bo wiem jak się na nim znalazłeś.

I zapadła niezręczna cisza. Trwała może z pół minuty, ale w oczach Majewskiego widziałem, że te trzydzieści sekund stanowiło wieczność. W końcu Marek Koźmiński odważył się zabrać głos:

-Panie Trenerze, z całym szacunkiem, ale jednak Pana zarzuty są udowodnione…

-Mareczku, Ty już nie bądź taki do przodu, bo zaraz sobie pogadamy o tatusiu, a ja dobrze sobie z nim żyję, od czasów kiedy trenowałem Hutnika. I od Barcelony… i pamiętasz chyba, co tata zawsze powtarzał, dzięki komu zrobiłeś karierę.

Koźmiński schylił głowę, jakby miał się rozpłakać z żalu, że w ogóle doprowadził do farsy, zwanej „Komisja weryfikacyjna Janusza Wójcika”. Z oczyma szklanymi od łez, wypowiedział tylko formułę:

-Czy jest Pan gotów działać z licencją UEFA PRO, przyznawaną przez Polski Związek Piłki Nożnej , w uczciwości i duchu fair play, ku chwale polskiej piłki nożnej?
Odpaliłem cygaro i z szelmowskim uśmiechem odpowiedziałem:

-Bezapelacyjnie, do samego końca… mojego lub jej.

***

Z wydarzeń mniej ważnych (co nie znaczy, że nie ważnych), które miały miejsce w ten weekend, Reprezentacja Polski wygrała 3:1 z Rumunią! Oczywiście, trzy bramki załadował niezawodny Robert Lewandowski. Jak ten gość skacze, to na wysokość pierwszego piętra. A karne wykonuje z głową chłodną jak samogon na Syberii.

Od paru lat wszyscy pieją, jaki to się wspaniały gracz objawił na polskiej ziemi. Powiem jedno: sam objawić, to się może co najwyżej pijanemu Kowalowi głupi pomysł na Tweeta, a nie klasowy zawodnik. Tacy piłkarze to są diamenty, ale każdy diament trzeba oszlifować! Więc ludzie zaczęli mówić inaczej. Robert pracował z dobrymi, zagranicznymi trenerami, dlatego wyrósł na wielkiego piłkarza. A ja na to mogę powiedzieć jedno: taki chuj, jak słonia trąba!

Mówią, że Lewy rozwinął się przy Guardioli. Ciekaw jestem w jaki sposób ten Don Kichot wpłynął na to, że Robert tak dobrze wykonuje rzuty wolne. Co, ustawiał mu piłkę? Pokazywał jak strzelać? Ludzie kochani, bądźmy poważni. Po prostu Robert zostawał po treningach, wpieprzał buraczki i walił na bramę! Przy Kloppie rzekomo nauczył się pracować. To co, wcześniej nie umiał? Przy metodach Frania Smudy, bądźmy szczerzy, chłopak się po prostu nie spierdolił. Kiedyś już Frankowi powiedziałem, że na czuja to można sobie powąchać, jak pachnie kobieta w przewężeniu. I to jest jeden z największych trenerskich sukcesów Frania, że robiąc wszystko na czuja, nie spieprzył Lewego.

I tutaj dochodzimy do człowieka, który spotkał tego, młodego wtedy chłopaczka, pogonionego z Legii, zobaczył w nim coś, i dał prawdziwą szansę. Tym człowiekiem jestem ja. Trenowałem Roberta w 2007 roku, w Zniczu Pruszków. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wszedłem do szatni Znicza, od razu w ramach integracji postawiłem dwie kraty piwa. Wszyscy byli zadowoleni, ale wtedy zobaczyłem Roberta, siedział w kącie ze smutną miną. Podchodzę do niego i mówię:

-Młody, co tak siedzisz sam, jak reszta szatni się integruje?!

-Aaa, wie trener… no bo, ja to tak, no… nie lubię pić. Co poradzę, wódka mi ryje żołądek, piwo dla mnie jest za gorzkie, nie będę pił i już. Poza tym, skończyłem już 18 lat, ale mama dalej krzywo patrzy jak czuje alkohol.

Na samym początku miałem mu założyć dźwignię i wsadzić dwie butelki piwa naraz, ale wiecie co? Chłopaczyna mnie rozczulił tym tekstem o mamusi. Bo szatnia nie potrzebuje samych zbójów. Dobra szatnia potrzebuje również „Papieża”. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że jak tak się będzie prowadził przez całą karierę, to ją szybko skończy. Dlatego poszedłem do sklepu, kupiłem pół kilo słodkich buraczków ćwikłowych, obrałem je, starłem na tarce, zalałem dwiema butelkami octu spirytusowego 10%, wymieszałem i poszedłem do Lewego:

-Próbuj młody!

Żebyście widzieli, jak to mu posmakowało! Po drugiej misce to nawet wyszedł na środek szatni, i zaczął krzyczeć:

-Żółto-czerwona na maszt!! Kiełbasy do góry i golimy frajerów!

Powiedziałem mu wtedy:

-Robercik, ty nie musisz pić. Wystarczy, że ty będziesz jadł takie zdrowe rzeczy, i miał takie podejście jak teraz: nie ustępować frajerom co to są pętem pasztetowej robieni! A najlepiej jak znajdziesz sobie jakąś fajną dziewczynę, i niech ona Ci gotuje! Pamiętaj, buraczki z octem to musi być podstawa twojej diety!

Lewandowski posłuchał rad Wuja, i jest obecnie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Znalazł sobie Anię, nie ustępuje nikomu i, jak wszyscy dobrze wiedzą, dalej zajada utarte buraczki.

***

Na sam koniec, chciałbym jeszcze raz podziękować Wam, drodzy Czytelnicy, za przyznanie mi Nagrody Publiczności za Najwybitniejszą Postać na portalu Weszło! To dla mnie dodatkowa motywacja, żeby w dalszym ciągu naprawiać polską i światową piłkę nożną.

Chciałem też rozwikłać pewną zagadkę Wielkiej Gali Weszło! Otóż część z Was zastanawiała się, dlaczego portal ten nie przyznawał nagrody „Trener sezonu”. Tych, których ciekawi odpowiedź na to pytanie, odsyłam do swojego poprzedniego felietonu, w którym tłumaczyłem, że Wielka Kapituła Weszło, w składzie Stanowski, Olkiewicz, Milewski, Rokuszewski, Białek, po ewidentnej wpadce z rankingiem 11. najlepszych trenerów, w którym omyłkowo zostałem pominięty, przyznała mi tytuł „Nadtrenera”, co oznacza, że zwycięzca nagrody „Trener sezonu” de facto i tak miałby drugie miejsce. Wyobrażacie sobie sytuację, w której Złotą Piłkę wygrywa ktoś poza Messim albo Ronaldo, bo ci zostaliby uznani za „Nadpiłkarzy”? Przecież to byłby cyrk, a nie nagroda. Widocznie Wielka Kapituła Weszło doszła do wniosku, że w takim wypadku przyznawanie nagrody pocieszenia, o nazwie „Trener sezonu” nie ma sensu. I słusznie.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

57
5
je piłkę

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #14

Czerwiec 5, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

W poprzednim felietonie, który możecie przeczytać TUTAJ, podzieliłem się z Wami historią jak to zdobyłem „Bramy Raju” w rezydencji prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Dziś nie będzie opowieści z dawnych lat. Same sprawy bieżące. Co nie znaczy, że w ogóle nie będzie opowieści.

Na początek Ekstraklasa. Legia Warszawa zdobyła tytuł Mistrza Polski! Chłopakom już składałem gratulacje, i powiem jedno, dawno nie usłyszałem takich podziękowań. Dąbrowski, jak samo nazwisko wskazuje, chłop jak dąb. Pazdek, Czerwiński, goście o wyglądach osiedlowych zakapiorów. Wszyscy mi płakali do słuchawki jak dzieci. Michał to nawet powiedział:

-Panie Trenerze, dziękuję że po odejściu Hasiego zgodził się Pan zabrać nas na weekendowy mikrocykl treningowy. Ja jestem chłopak z Huty, ale to u Pana… to była prawdziwa szkoła życia.

Muszę też pochwalić Vukovicia, który po odejściu Hasiego od razu dostrzegł problem. Legii nie szło, bo to nie była drużyna. Trzeba ich było zintegrować. I tutaj Vuco wybrał najlepszy możliwy wariant: jak najlepiej zintegrować drużynę? Zrobić grilla u Wójcika na działce! I tak Aleksandar zadzwonił, a ja wziąłem chłopaków w obroty.

Przyjechali do mnie wszyscy autokarem klubowym, żeby nikt się nie zasłaniał że musi prowadzić. Ludzie kochani… to był obraz nędzy i rozpaczy. Wyszli, i już wiedziałem, że jazda autokarem to była jedyna rzecz, którą robili wspólnie. I grupki. Wszędzie te pierdolone grupki. Pazdek gadał z Malowanym i Jodłą, Rado z Vukiem, nowi stali razem jak te pizdy i rozglądali się a to w lewo, a to w prawo jakby byli na przejściu dla pieszych. Spojrzałem na ten kondukt pogrzebowy, po czym podszedłem do radiomagnetofonu typu „Jamnik”, włączyłem na cały regulator „Mydełko Fa”, i zawołałem do tej zdziwionej grupy:

-No, misie kolorowe, kto chce karkówkę, a kto kiełbaskę?! Może na początku weźcie po pęcie kiełbasy, bo wyglądacie, jakby wam fiuty poodcinali!

I od razu chłopaki zobaczyli, jak powinna funkcjonować dobra drużyna. Tylko Vadis mnie jeszcze podkurwił. Takie pyszności na ruszcie, mięsko aż pachniało na działkach, a ten mówi:

-Thanks, I will eat ramen.

I wyciąga jakiś makaron-zalewajkę. Ramen-sramen. Cuchnęło to jak gówno polane chemią.

-Vadis, chłopcze! Jesz takie śmieci i zobacz jak wyglądasz. Spróbuj dobrej, polskiej świnki, zapij zimną wódeczką, żeby przypadkiem jad kiełbasiany nie siadł na żołądek, i od razu zaczniesz grać!- po czym wyrzuciłem tą jego paszę w krzaki, i kazałem na czas pobytu w Polsce jeść i pić jak Polak. Dziś chłopak wygląda jak piłkarz i na boisku jest dyrygentem prawie na miarę Leszka Pisza. A jak pije wódkę, to tylko z bidonu. I dlatego, oraz po części od nazwiska, chłopaki dali mu ksywkę „Dzidzia”.

Atmosfera, presja wyniku, presja trenera, przygotowanie fizyczne. Nie będę pastwił się nad „trenerem” Jackiem-Plackiem. Niech się cieszy notką na Wikipedii, że zdobył Mistrzostwo Polski. Kto ma wiedzieć, ten wie, że on miał po prostu nie spierdolić dobrze naoliwionej maszyny, która co jakiś czas otrzymywała wskazówki jak grać, wygłaszane za pośrednictwem Aco Vukovicia.

Sam mecz, jaki był, każdy widział. Legia nie chciała zrobić z siebie frajerów i kontrolowała sytuację w drugim meczu. Kiedyś też tak grałem ostatnią kolejkę o mistrza i zakończyło się o wiele efektowniej!

Muszę powiedzieć jeszcze o jednym grajku. Peszko. Co niektórzy mówią, że byśmy się polubili, bo Sławek lubi metody treningowe zbliżone tych stosowanych przeze mnie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak słabym byłby piłkarzem, gdyby stosował trening konwencjonalny. Tak to przynajmniej ma jeden, niepodważalny atut- jest kolegą Lewego od imprez. Jak Robertowi ktoś stawia drinka, to Peszkin podobno zawsze jest na posterunku. Niczym pierdolony Strażak Sam! Sławciu, jeśli to czytasz, to posłuchaj uważnie: zawsze z lodem. ZA-WSZE Z LO-DEM. Wódka i RedBull? Z lodem. Whisky? Z lodem. Sznaps? Z lodem. Podwójna margarita? Z lodem. Wizyta w burdelu? Też, kurwa, z lodem! Bo jak robisz coś bez lodu/loda, to Ci się mózg przegrzewa i później są takie efekty, że wpierdalasz się wyprostowaną nogą w przeciwnika, albo sprzedajesz łokcia w twarz, i jeszcze się dziwisz, że Ci sędzia pokazał czerwoną. I nie bój się, że przyjmiesz za dużo wody, albo rozcieńczysz. Ucz się od profesjonalistów.

Jagiellonia ostatni raz grała tak pięknie w 1987 roku, kiedy byłem jej trenerem. Michaś Probierz za całokształt twórczości jedzie teraz golić Turasów na kebaby, życzę powodzenia. Ale Lech Poznań, oni dopiero dali dupy. Z całej czwórki to była drużyna z najbardziej pizdowatym charakterem. W najważniejszych meczach Ci goście grają, jakby im ktoś jaja podwiązał! Z Koroną i Wisłą u siebie ledwo wymęczyli zwycięstwa. Z Legią dostali w pizdę, sztycha nie ugrali. Z Lechią? Najważniejszy mecz sezonu. Cisnęli, cisnęli i gówno z tego mieli. I na koniec mecz z Jagą. Lech dobrze rozpoczął, tylko co z tego, skoro Jagiellonia ich przycisnęła, i goście zaczęli wybijać po autach, jakby grali co najmniej z Barceloną. Nie mówiąc już o Robaku. Gdyby taki Robaczek-cwaniaczek odważył się pyskować przy zjeździe do boksu, to po meczu zapierdalałby sprintem przed autokarem, od Białegostoku drogą E67 do Warszawy, i od Warszawy autostradą A2 do samego Poznania. I uwierzcie mi, problem to by miał dopiero wtedy, gdyby nie nadążał. Sami Lechici na dokładkę przerżnęli Puchar Polski z Arką Gdynia. Z Arką Gdynia! Przecież to jak przejebać skok wzwyż z kaleką na wózku inwalidzkim.

A skoro już jesteśmy przy Arce… Oglądałem ich mecz. Ehh, przypomniały mi się stare dzieje, kiedy prowadziłem Świt Nowy Dwór Mazowiecki, a jedną z powszechnie stosowanych taktyk było „tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić”. Piękne czasy.

W parę dni temu zadzwonił do mnie pewien hiszpański budowlaniec. Znam wszystkie języki, a hiszpański mam w małym palcu, ale akurat wtedy byłem kajakiem na środku Morza Bałtyckiego. Założyłem się z oddziałem rdzennych Wikingów, że szybciej przepłynę ze Szwecji nad Morze Śródziemne w kajaku, niż oni w swoim drakkarze. No i ten misio do mnie mówi:

-Cze… Ja..sz.. za…C…b.. a… dwunaste….wóda…panienki.

Poza tym, że będzie wóda i panienki, nic z tego nie zrozumiałem. Dlatego postanowiłem przyspieszyć, i szybciej dopłynąć do pierwszego lepszego brzegu, żeby złapać zasięg. Jak oddzwoniłem, okazało się że to dzwonił mój stary przyjaciel Florentino. Chciał zaprosić mnie na finał Ligi Mistrzów, obowiązkowo rozpoczynający się dzień wcześniej w jego willi pod Madrytem. I tak już płynąłem w kierunku Hiszpanii, więc przystałem na propozycję.

-Wujo, a wiedziałeś że jakiś polski portal piłkarski zrobił ranking trenerów, i Ciebie tam nie ma? Wiesz, my w Hiszpanii mamy odpowiednik Prima Aprilis 28 grudnia, ale że w Polsce jest pod koniec maja, to pierwsze słyszę- zanosił się śmiechem Perez.

Mi nie było do śmiechu. I dobrze wiedziałem co to za portal. Nie pozostało mi nic innego, jak po wygranej w wyścigu z załogą Wikingów na drakkarze, w ramach rekreacji przepłynąć dodatkowo 1300 km wzdłuż wschodniego brzegu Hiszpanii. Kierunek- Barcelona…

Dopłynąłem tam w 2 dni, 8 godzin i 32 minuty i spotkałem się z sympatycznym redaktorem. Szczegóły spotkania zostawię dla siebie. W każdym razie redaktor powiedział mi, że umieszczanie mojej osoby w rankingach nie ma sensu, gdyż corocznie zajmowałbym pierwsze miejsce. Wobec tego Wielka Kapituła Weszło!, w składzie Stanowski, Olkiewicz, Milewski, Rokuszewski, Białek, postanowiła nadać mi honorowy tytuł Nadtrenera. Persony, której się nie nominuje, gdyż wiadomo że jej warsztat, umiejętności i znajomości wynoszą ją ponad wszelkie rankingi. Niestety, podobno ktoś zapomniał dodać odpowiedniej grafiki, albo chociaż wstawić notki wyjaśniającej, żeby nie wprowadzić ludzi w błąd. Kto mógł popełnić taką prostą gafę?

https://www.youtube.com/watch?v=_1jxykAEjuY

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

42
5
Harem

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #13

Czerwiec 2, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

W poprzednim felietonie, który możecie przeczytać TUTAJ, pisałem o tym, jak to udało mi się zagonić do ciężkiej harówki na boisku cały dwór prezydenta Zajida ibn Sultana Al Nahajjana. Wywarło to na nim takie wrażenie, że strzeliliśmy sobie misia, wypiliśmy brudzia, a następnie pojechaliśmy do jego pałacu. Oczywiście, mówiąc „pojechaliśmy” miałem na myśli mnie i Zajida. Temu szalonemu Arabowi tak spodobał się widok biegających ministrów, że dla zabawy przywiązał ich za ręce sznurem do limuzyny i kazał biec przez czterdzieści kilometrów za samochodem.

Gdy dotarliśmy na miejsce, moim oczom ukazała się skromna rezydencja. Miała dwanaście kuchni, trzydzieści jeden łazienek, cztery baseny, dwie sauny, wielkie jacuzzi, ogród zoologiczny, kino i pięćdziesiąt osiem sypialni. I przede wszystkim- gigantyczny hol, stanowiący jej centrum picia. To znaczy- życia.

-Wujo! Teraz dopiero zobaczysz jak się bawią ludzie pustyni!- Zawołał do mnie Al Nahajjan. Po czym klasnął w ręce, a na jego kolanach znikąd pojawiły się dwie urocze diwy. Ten wieczór wspaniale się zapowiadał…

W ramach rozgrzewki poszedłem do baru. Po szoku jaki przeżyłem na stadionie, gdzie widziałem bar bez alkoholu, tutaj wszystko było na swoim miejscu. Na dzień dobry wziąłem wiadro bimbru, i zacząłem poić z cholewki tych nieszczęsnych dworzan, którzy biegli za samochodem. A co myśleliście? Lubię pójść w tango, ale szacunek do wykonywanej pracy zawsze musi być. Nie zdążyłem zrobić tego elementu treningu na stadionie- nic nie szkodzi, zrobiłem go w pałacu.

Po udanym przeprowadzeniu jednostki treningowej mogłem się już napić na spokojnie. Oczywiście, po triumfie w Barcelonie byłem już znaną i szanowaną personą w świecie futbolu, dlatego co poniektórzy przysiadali się do mnie, żeby porozmawiać o zawiłościach taktycznych. Większość z nich nie wstawała od mojego stolika o własnych siłach góra po piętnastominutowej gadce. Po pewnym czasie dosiadł się do mnie pewien Hiszpan.

-Przepraszam, Panie Trenerze… Nie chciałbym wyjść przed Panem na pyszałka, ale ja… ja grałem w finale Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Panie Trenerze… Ja do dziś mam koszmary, w których widzę Pańską zgraję. Chyba tylko Santa Maria uchroniła nas wtedy przed porażką.

-Nie bój nic, misiu kolorowy. Masz, jak to się mówi w twoim języku, cojones żeby stanąć tu przede mną, pochylić głowę, i powiedzieć „gloria victis”. To się ceni.

Napiliśmy się po szklaneczce Jasia Wędrowniczka i nasz Sancho Pansa trochę się rozluźnił, bo wcześniej gadał ze mną jakby miał narobić w gacie.

-Panie Trenerze, powiem Panu wprost: zawsze marzyłem aby zostać wielkim piłkarzem. Jestem młodym człowiekiem, ale spełniłem swoje marzenie. Podniosłem w życiu trochę trofeów. Ale tamtego dnia, kiedy zobaczyłem Pana szalejącego przy linii, wiedziałem co chcę robić w życiu. Chcę zostać trenerem. Chcę być taki jak Pan. Wprawdzie daleko mi do zakończenia kariery piłkarskiej, ale… czy mógłby mi Pan udzielić kilku taktycznych wskazówek? Tak na przyszłość.- To powiedziawszy, wyciągnął zza pazuchy ucho bimbru. Od razu dostrzegłem, że będzie z niego pojętny uczeń.

-Dobra, Sancho Pansa, słuchaj! Zamknij oczy i wyobraź sobie taką scenę: twoja dziesiątka idzie z piłką, podaje na skrzydło do siódemki, siódemka podaje płasko w pole karne, ale obrońca przeciwników odbiera piłkę. Co robi twoja drużyna?

-A to proste, przechodzimy do formacji defensywnej, odbudowujemy strefę…

I dostał z liścia w pysk! Nawet nie zdążył dotknąć ziemi, a w locie złapałem go za fraki, przystawiłem czoło do czoła, a białka oczu zaszły mi krwią, tak bardzo byłem wkurwiony.

-WŚLIIIZG KURWA! Wślizg, wślizg, wślizg! Kiełbasy do góry i ładujemy frajerów w kakao, aż im hemoroidy uszami powychodzą! Presja, kurwa! Cały czas presja!

Po czym rzuciłem go na krzesło, a przez wciąż rozdziabione usta wepchnąłem mu ucho bimbru prosto do gardła. Hiszpan wydoił pół butelki, a kiedy w końcu ją z niego wyjąłem, zaczął łapać oddech jakby się dusił.

-Kheee, kheee… eee.. presja… prekheeesja… presja… aa.

-Wystarczająco nauczyłem Cię na dziś. Wyciągnij wnioski z tej lekcji.

-Jedno… jedno pytanie, Maestro.- wybełkotał Hiszpan, po części dlatego, że wciąż nie mógł złapać oddechu, a po części dlatego, że bimber zaczynał robić swoje- Miażdżyliście nas w tym finałowym meczu. Dlaczego Maestro nie wyszedł bardziej ofensywnym składem?

-Bo Kowalczyk był tylko jeden… Gdybym miał trzech takich Kowalczyków to wyszedłbym w ustawieniu 4-3-3. Mówię Ci, Sancho Pansa tacy zawodnicy nie pojawiają się w futbolu nawet raz na dekadę. I jak Kowal przestanie grać, to dopiero ktoś tak wybitny może się pojawi.

-Presja, presja, 4-3-3, presja, presja, 4-3-3, presja, presja…- odszedł Sancho Pansa, bełkocząc w kółko te same słowa. Jeszcze po drodze wypierdolił dwa razy o ten sam stolik, po czym straciłem go z oczu. Zresztą miałem powody, żeby patrzeć w innym kierunku niż na najebanego Hiszpana potykającego się o własne nogi. Oto na scenę główną holu wkroczył harem Prezydenta Zajida ibn Sultana Al Nahajjana. Same starannie wyselekcjonowane kurwy, i to z całego świata. A było ich ze trzysta! Od zgrabnych Indianek, przez skandynawskie blondyny, aż po cycate murzynki. Na raz cała sala zaczęła krzyczeć „Almunafasat aljins! Almunafasat aljins!”

-Dlaczego naraz wszyscy zaczęli drzeć japy?- spytałem gospodarza.

-Bo czas na nasz tradycyjny konkurs. Widzisz Wujo, co jakiś czas organizujemy konkurs, który nazywamy „Bramami Raju”. Polega on na tym, że spośród wszystkich piękności, jakie mam w swoim pałacu, wybieramy śmiałkowi siedemdziesiąt dwie najlepsze panienki. Jak je wszystkie zadowoli, udowodni że jest godzien wstąpić do Raju. I dostanie ode mnie dziesięć milionów baksów, oraz Rolls Royce’a, ale to tak przy okazji.

-I co, ktoś sprostał wyzwaniu?

-Wiesz jak jest, Wujo. Wielu próbowało. A kilkunastu było nawet bardzo blisko, w tym ja. Jako jeden z nielicznych przeruchałem siedemdziesiąt jeden panienek. Ale ostatnia, Dżamila…- „Ooo Dżamila!”, rozległo się po całej sali. Tamtejsi mężczyźni, wręcz tury do ruchania, odlatywali na samo wypowiedzenie imienia ekskluzywnej kurwy numer siedemdziesiąt dwa.- Dżamila to prawdziwa bogini. Ledwo poruszy kuferkiem, a jest już po wszystkim. Taka jest dobra. I dlatego nikt jej nie potrafi zadowolić.

-Misiu kolorowy, przyjmuję wyzwanie! Do rana tak wyobracam te Twoje panienki, że bramy raju same się przede mną otworzą!

-Nie dasz rady, Janusz… no, ale jesteś tu gościem, nie wypada Ci odmówić uczestnictwa w konkursie. Przygotować najlepszą sypialnię dla Pana Trenera, chce on zdobyć „Bramy Raju”!

Na sali zapadła niezręczna cisza. Byłem pierwszym nietutejszym, który podjął się tego zadania. Zaprowadzono mnie do sypialni. Stało w niej wielkie łoże wodne, z pozłacanymi nogami i podwieszonym baldachimem. Muszę przyznać, że ten Arab miał gust w urządzaniu swojego burdelu. Na pierwszy ogień przyprowadzili do mnie bardzo ładną brunetkę, o jędrnych kształtach i typowo regionalnej urodzie. Za drzwiami słyszałem, jak cała sala bawi się w najlepsze. Brunetka zaczęła zmysłowo podciągać kieckę. Ale ja nie miałem czasu na romantyczne gierki. Rzuciłem ją na łóżko, a kiedy w nią wszedłem, zaczęła krzyczeć wniebogłosy! Darła się, jakby usiadła na pile tarczowej!

Po dziesięciu minutach, w trakcie których doszła osiem razy, otwarłem drzwi od sypialni. Powitała mnie cisza. Ale nie taka jak przed podjęciem wyzwania. To była cisza wyrażająca podziw. Widziałem to w oczach tej całej zgrai Arabów.

-Misie kolorowe! Nie mam czasu na pukanie tych panienek pojedynczo. Od teraz rzucajcie mi po dziesięć dziwek naraz! A każdą dziesiątkę z innego zakątku świata! Aha, i wynieście tą piękną damę z sypialni. Wyruchałem ją tak mocno, że nie może ustać na nogach.

Gdy wyciągali brunetę z sypialni, ona, leżąc na podłodze patrzyła na mnie, i krzyczała na cały hol:

-Nie! Nie wynoście mnie z sypialni, błagam! Janusz, ja chcę jeszcze! Chcę jeszcze!

Miejscowi zastosowali się do mojej sugestii, i wpuszczali teraz po dziesięć panienek, a każda dziesiątka była z innego zakątku świata. I wszystkie je wygrzmociłem! Skandynawki krzyczały tak, jakby napadł na nie oddział Wikingów. Indianki były podniecone bardziej, niż podczas tańca duchów z wodzem plemienia. Murzynki przypomniały sobie czasy Zulusa Czaki, Chinki na własnej skórze odczuły jak wyglądał podbój Dżyngis-chana, Karaibki miały okazję pociągnąć największe cygaro, jakie widziały w życiu, Arabki poznały „Wielkiego Wezyra”, a na zakończenie Eskimoski doświadczyły potęgi prawdziwego lodołamacza.

Za każdym razem jak kolejna dziesiątka wychodziła, lub w niektórych przypadkach była wręcz wynoszona z sypialni, otrzymywałem toast i głośny aplauz od Arabów znajdujących się w holu.

-Wujo!- krzyknął Prezydent Al Nahajjan – Zaprawdę, niebywały z Ciebie ruchacz. Przeleciałeś najlepsze dupy z mojego haremu, i to każdą z innego regionu świata. Ale! Jak na razie, Twój licznik wynosi siedemdziesiąt jeden. Do zdobycia „Bram Raju” brakuje Ci zadowolenia prawdziwego klejnotu w mojej koronie rozpusty- Dżamili.

-Misiu kolorowy! Dawaj tu ten swój klejnot rozpusty, a obrobię go staranniej niż najlepszy jubiler!

-W porządku. Zaczekaj w sypialni. Przyprowadzić Dżamilę!

Czekałem sobie na ostatnią przeszkodę do zdobycia „Bram Raju”. Tak naprawdę to miałem ten tytuł głęboko w dupie, ale miałbym nie pokusić się na zdobycie fajnej fury i dziesięciu milionów dolców, za ruchanie panienek? Tymczasem w holu usłyszałem jęki. To właśnie zmierzała do mnie bogini piękności, na widok której mdleli wszyscy tamtejsi faceci. Drzwi się otworzyły, a moim oczom ukazała się sylwetka dosyć niska, jednak o bardzo mądrych, smutnych oczach i potulnym… pyszczku.

Tak. Słynna Dżamila, klejnot rozpusty w koronie samego Prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich, była pierdoloną kozą. Dosłownie, i w przenośni. Internety (w 1994 roku to było coś!), jumbo-jety, wieżowce i lotniskowce, złote zegarki i ciasne szparki, a oni i tak najchętniej pierdolą kozy. Pastuch z pastwiska wyjdzie, pastwisko z pastucha nigdy. Cywilizacja, kurwa mać.

Dobra, z jednej strony musiałem zadowolić tą kozę, od tego zależało czy wygram dziesięć baniek i Rolls Royce’a. Z drugiej strony, ni chuja, nie ma takiej stawki, dla której mógłbym wypatroszyć jakiekolwiek zwierzę w rozumowaniu innym, niż przygotowanie do wrzucenia go później na ruszt. I tak podszedłem do tej kozy, spojrzałem w jej smutne oczy, pogłaskałem po pyszczku, zacząłem ją oglądać i… mnie olśniło! Już wiedziałem jak zadowolić numer siedemdziesiąt dwa. Bo widzicie, z tych wszystkich Arabów, popierdolić kozę każdy by chciał… a wydoić to już nie było komu!

Prędko zaniosłem Dżamile do wanny, podwinąłem rękawy, i przypomniałem sobie rok 1964., kiedy jako niespełna jedenastolatek spędzałem wakacje na pewnej mazurskiej wsi, gdzie w lokalnym Kole Gospodyń Wiejskich zdobyłem tytuł Wojewódzkiego Mistrza Dojarzy. Złapałem ją za cyce zacząłem wykonywać energiczne ruchy lewa-prawa-ścisk-lewa-prawa-ścisk. Dżamilia zaczęła meczeć z radości, a banda Arabów, słuchająca tego wszystkiego w holu, wiwatowała na moją cześć. Ta jebana (przez co niektórych) koza chyba nigdy nie była wydojona, bo na oko to w pół godziny wydoiłem do wanny dobre pięć wiaderek mleka.

koza

Dżamila, kurtyzana na dworze Prezydenta Al Nahajjana, którą „zadowoliłem” jako jedyny.

Kiedy otworzyłem drzwi od sypialni, Dżamila wybiegła radośnie z pomieszczenia, mecząc dalej jak najęta, i podskakując radośnie.

-Wujo! Allahu Akbar! Allahu Akbar! Dokonałeś tego! Jako jedyny zadowoliłeś Dżamile! Chwała Ci, Wujo! Chwała Tobie, oraz Twoim czynom!- krzyczał prezydent, przy akompaniamencie serii strzałów oddawanych z kałachów w sufit rezydencji. Może dalej są pastuchami, ale bawić się potrafią, pomyślałem.

Tym sposobem, w 1994. roku, po zaledwie kilku dniach pobytu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, posiadałem Rolls Royce’a w garażu, dziesięć milionów baksów w banku, zapewnienie że po śmierci otworzą się przede mną Bramy Raju, oraz uznanie Prezydenta, jego dworu, siedemdziesięciu jeden zadowolonych kobiet, oraz kozy, którą wydoiłem jak jakiegoś frajera. A przy okazji nauczyłem pewnego Sancho Pansę podstaw taktyki i przygotowania do trenerki. Ten misio wyrósł na całkiem niezłego trenera. W późniejszym czasie jeszcze spotykałem się z nim jeszcze parę razy, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Zabawa w holu rezydencji Prezydenta Al Nahajjana. Urocza dziewczyna na podłodze po lewej stronie była pierwszą, jaką przeleciałem w konkursie zdobywania „Bram Raju”. Na załączonym obrazku nie może ustać na nogach i błaga, by powrócić do mojej sypialni.]

 

15
1
arab

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #12

Maj 17, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Dziś opowiem Wam historię, jaka spotkała mnie w 1994 roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Miała ona miejsce na dworze Zajida ibn Sultana Al Nahajjana, ówczesnego prezydenta tego kraju. Przede wszystkim chciałem wtedy odpocząć od Polski, gdyż zgiełk po zdobyciu mistrzostwa przez moją Legię jeszcze nie opadł. Zostaliśmy wtedy skręceni przez pierdolonych piłkarskich cwaniaczków, przez co niektórych dumnie nazywanych mafią. Kurwa mać, ta banda tanich straganiarzy to obok prawdziwej mafii nigdy nawet nie stała. Oczywiście, żadne wręczenie czy zabranie pierdolonego pozłacanego medalika tego nie zmieniło biegu historii. Wszyscy prawdziwi kibice oraz Ci, co działali w tamtych czasach wiedzą, że moja drużyna zdobyła tytuł, więc nawet po latach mnie to nie boli. Gdybym miał tyle doświadczenia co dziś, tytuł byłby przyznany oficjalnie, ale wtedy stwierdziłem, że nie warto kopać się z koniem. Po wyrobieniu sobie renomy na polu międzynarodowym oraz krajowym postanowiłem uruchomić swoje kontakty, i skorzystałem z oferty pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Pierwszy trening miał odbyć się w obecności Zajida ibn Sultana Al Nahajjana, prezydenta ZEA i jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Wpadłem do szatni w swoim stylu. Otworzyłem drzwi z buta. Szatnia była wypasiona, wyposażona w jacuzzi, saunę oraz ładne dupy. Ze względu na kraj, brakowało w niej alkoholu. Po moim wyjeździe ten stan rzeczy się zmienił, ale nie odbiegajmy od tematu. Zobaczyłem tą bandę piłkarzy. A właściwie patałachów, tylko nieudolnie udających piłkarzy! Już wiedziałem co się tam święciło. Prezydent zapewniał im warunki cieplarniane, a oni zamiast grać porządnie w piłkę, to moczyli fiuty w wannach w bąbelkami, w cipkach, albo w jednym i drugim jednocześnie. Ale ja do zmotywowania swoich podopiecznych nigdy nie brałem jeńców zarówno w ludziach, jak w sprzęcie. Od razu zacząłem robić huragan w szatni. Jak przylutowałem w saunę, to moment wypadło z niej dwóch Abduli, a za nimi trzy ślicznotki. Niczym Longinus Podbipięta, jednym zamachem strąciłem ze stołu trzy szisze naraz. No i zniszczyłem najbardziej bezużyteczną rzecz, jaką widziałem w życiu- bar, w którym nie było alkoholu. Widząc tą rozpierduchę, cała zbieranina była w szoku, a dziwki uciekały z pomieszczenia nawet przez okna.

-No, misie kolorowe, koniec żartów! Przebierać łachy, bo was tu zaraz wybatożę! Co się tak, kurwa, gapicie jak dziewice na Mahometa?! Do roboty, za 3 minuty widzę was przebranych, i zapierdalających drugie kółko wokół boiska!

-Ale…- próbował wyseplenić coś jeden z nich, jednak zapobiegawczo sprzedałem mu z otwartej w plecy tak, że omal nie złamałem mu kręgosłupa.

-Zapierdalać, Wy psie końcówy! Nie chcecie się przebierać?! Dobra, zagracie tak jak stoicie!

Nie minęła minuta, a ta banda pastuchów już goniła wokół prostokąta, który był dumnie nazywany boiskiem. Pomyślałem wtedy, że jak na reprezentację olimpijską nie wyglądali najmłodziej, ale taki tam był klimat, że skóra szybciej się starzała. Po pół godziny mojego treningu zaczęli wyć z bólu. Wtedy nastąpiła przerwa. Oczywiście, to nie ja ją zarządziłem, bo na moich treningach przerwy były tylko trzy: dwie na papierosa i szklankę bimbru, oraz jedna, obiadowa, na butelkę bimbru. Ale to jeszcze nie była ta pora! Z wkurwienia pobiegłem na część lekkoatletyczną, z której zabrałem tyczkę do skakania. Przyszedłem z tą tyczką, wbiłem ją w podłoże, i powiedziałem do nich:

-Nawet nie chcecie wiedzieć, gdzie Wam to wsadzę, jeśli jeszcze raz zatrzymacie się chociażby na puszczenie bąka.

Tego dnia tak szybko jeszcze nie biegali. I kiedy już miałem przejść do interwałów, nastąpiła druga przerwa! Już miałem wyciągać tyczkę z ziemi i pokazać im, że nie żartowałem, ale wtedy a boisko zeszło trzech goryli z kałachami. Okazało się, że przerwa ta została zarządzona na prośbę gościa honorowego w Loży VIP- prezydenta Zajida ibn Sultana Al Nahajjana. Goryle zaprowadzili mnie do loży prezydenckiej. Poszedłem tam, i kulturalnie, z poszanowaniem gospodarza i pracodawcy, aczkolwiek stanowczo zapytałem bez uprzedzenia:

-Dlaczego Pan Prezydent przerywa mi trening?

-He he he…- roześmiał się delikatnie Al Nahajjan- Na samym początku naszej znajomości, chciałbym renegocjować Pański kontrakt, Panie trenerze. Podwajam jego stawkę trzykrotnie!

No, no, pomyślałem, misiu kolorowy nie pierdoli się z forsą, ale cały czas nie mogłem rozgryźć tego, czy bierze mnie pod chuja, czy może myśli że jestem z tych, co za odpowiednią kwotę pocałują go publicznie w tyłek. Moje przemyślenia przerwała dalsza część jego wypowiedzi.

-Prawdę o Panu powiadają, trenerze. Byłby Pan w stanie zagonić do roboty samego diabła.

-Diabła?! A skąd u Pana Prezydenta takie porównania? Wprawdzie ta, że tak sobie pozwolę zażartować- drużyna – wygląda na zapuszczoną bandę leniwców, ale spokojnie. W dwa miesiące zrobię z nich niepokonany team!

-No właśnie, stąd te porównania. Bo widzi Pan, Panie trenerze, jakby to powiedzieć… to nie jest ta drużyna. Pokój, a właściwie pomieszczenie, do którego Pan wszedł na stadionie, to nie była szatnia. To była specjalnie wydzielona strefa, dla oficjeli, dyplomatów czy też członków rządu, ogólnie rzecz ujmując, ludzi, których dawniej każdy szanujący się sułtan mógłby uważać za swój dwór. A Pan tam wpadł z mordem w oczach, i zagonił ich do treningu.

Na początku pomyślałem, że ten cwany skurwiel kituje. Tylko dlaczego miałby to robić, skoro właśnie przed chwilą dał mi podwyżkę? Wtedy spojrzałem na lożę i… rzeczywiście, troszkę uderzyło mnie to, że poza Prezydentem i jego gorylami, loża była pusta. Następnie zobaczyłem drugie wyjście na boisko, znajdujące się naprzeciwko naszej trybuny. Tam stała drużyna, którą naprawdę miałem trenować. To znaczy, słowo „stała” to pojęcie względne. Jak ci chłopcy zobaczyli co ich czeka na treningach z Wujem, to połowa zemdlała, 30 % siedziało ze spuszczonymi głowami i łzami w oczach, a najwytrwalsi stali tak, jak stoi skazaniec przed plutonem egzekucyjnym. Obraz nędzy i rozpaczy.

-To co teraz, Panie Prezydencie?- zapytałem ostrożnie, nie wiedząc do końca w którym kierunku przebiegnie rozmowa. Wiedziałem, że możni z tych regionów są nieobliczalni. Al Nahajjan mógł równie dobrze zaprosić mnie na kurwy, jak i kazać odstrzelić łeb za sponiewieranie całego jego dworu. Na wszelki wypadek opracowałem w głowie plan ucieczki. Zakładam dźwignię gorylowi po lewej, gorylowi po prawej wyrywam kałacha, po czym oddaję serię w trzech innych, znajdujących się naprzeciwko mnie, po drugiej stronie loży. Następnie obezwładniam Prezydenta, biorę go na zakładnika, oraz żądam pięciu milionów dojcze marek wraz z podstawionym Jumbo Jetem do Izraela.

-Jak to „co teraz”?! Przy pierwszym spotkaniu zmusiłeś do wysiłku fizycznego najbardziej rozpuszczoną bandę w tym kraju. Ludzi tak leniwych i brzydzących się wysiłkiem fizycznym, że co niektórzy są karmieni przez kurtyzany, bo nie chce im się ruszać rękoma, a do kibla jeżdżą na lektyce. Pozwolisz, że przejdziemy sobie na „Ty”. Janusz, skoro takich ludzi zmusiłeś do treningu, to Ty nie jesteś trenerem. Jesteś cudotwórcą! I możesz liczyć na wszystkie dobra, jakie tylko ten kraj jest Ci w stanie zaoferować!

-Oraz bimber!- wykrzyknąłem, wiedząc, że alkohol jest jedynym dobrem, którego ten kraj nie jest w stanie mi zaoferować w zadowalających ilościach.

-Oraz bimber. O alkohol to w ogóle się nie martw. Nam tu tylko oficjalnie, w dzień nie wolno, bo Allah patrzy. Za to w nocy… Wujo, dziś zapraszam Cię do swojego pałacu. Pokażę Ci, jak my sobie tutaj żyjemy.

-Nie dam się prosić, Zajid. Aha, i weź ten swój dwór z boiska. Zobaczysz, po treningu ze mną będą mieli dziś wieczorem formę życia!

I tak pojechaliśmy na kolację do Pałacu Prezydenta Zajida ibn Sultana Al Nahajjana. Ale o tym, co się tam wydarzyło, opowiem w następnym felietonie.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: dworzanie Prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Zajida ibn Sultana Al Nahajjana, wychodzący na trening ze mną. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że na początku piłka nie będzie im do niczego potrzebna.]

Edit: Felieton wrzucam ponownie, z poprawionym zdjęciem, teraz nie powinno ucinać głów dworzanom.

23
1
Klimczok blady

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #11

Maj 10, 2017 in Bez kategorii

Witajcie!

Dziś nie będzie żadnej historii z przeszłości. Ale spokojnie, misie kolorowe! Prędzej to się skończy ropa w Kuwejcie, niż Wujowi opowieści. Dziś natomiast chciałbym odnieść się do kilku spraw bieżących. A jest się do czego odnosić.

Po pierwsze- Legia Warszawa. Żal mi Bogusia Leśnodorskiego, bo równy był z niego chłop. I do szabli, i do szklanki. Ale czy jego wywalenie mnie zaskoczyło? Ani trochę. Powiem jedno: ja osobiście, wielokrotnie oferowałem swoją pomoc. Czy to tutaj, na Weszło, czy na Twitterze, czy w rozmowach telefonicznych. W międzyczasie trenowałem Dyktatorów Afryki, Surykatki, szukałem Wielkiej Stopy, i wszędzie sobie poradziłem. Ale Boguś nigdy nie wyraził chęci skorzystania z mojej pomocy, więc poniekąd na własną prośbę wysadził się ze stołka. Na jego miejsce wskoczył Dareczek Mioduski. Gość dziany, ułożony, i z prezencją. Ale co z tego, skoro dostałem przeciek, że na pierwszym spotkaniu z Magierą, Jacek zaczął mu pierdolić głupoty o szczęściu i farcie, i że tak naprawdę to wicemistrzostwo jest lepsze od mistrzostwa! A prezio, zafascynowany korpo-myśleniem, coachingiem i innymi mentoringami, łykał te bzdety jak młody pelikan! Potem wyszedł przed kamery i bach! Kompromitacja gotowa.

Zremisować u siebie z biedną jak mysz kościelna Wisłą Kraków, prowadzoną przez podrabianego Kiko, bo z prawdziwym Kiko to ja się mierzyłem w Barcelonie w 1992 roku, to jest wstyd. Powiem jedno: Jacek-placek nie panuje nad tą szatnią, i to widać. Przecież jakby w mojej drużynie ten przykładowy Radovic tak frajersko spierdolił karnego, jak zrobił to w meczu z Pogonią, to kazałbym mu podczas meczu zapierdalać dziesięć kółek wokół boiska, w dodatku bez koszulki, żeby nie hańbił barw. Ale do tego trzeba mieć tak zwane cojones, a nie biegać za dorosłymi chłopami z lekturą szkolną. Bo trener, to ma być, kurwa, trener! Herszt bandy, przywódca watahy wilków, wódz plemienia Nawaho! A oni wzięli belfra z kajetem w ręce. A co najlepsze, następny mecz też wygrają. Słonie z Niecieczy już mają utrzymanie, i dlatego przyjadą ociężali bardziej, niż wymaga tego od nich ich własny pseudonim. A jaka wtedy będzie podnieta, że oto warszawski Guardiola (raz mi Boguś powiedział tą ksywkę, omal go wtedy nie zabiłem śmiechem) dokonuje niemożliwego: na cztery kolejki do końca sezonu pozostaje w grze o mistrza. W klubie z kilkukrotnie większym budżetem niż konkurencja! To ci dopiero pierdolony trenerski magik! Na szczęście dla Placka, nie takich frajerów polska piłka trzyma…

I w ten sposób przechodzimy do finału Pucharu Polski, który miałem przyjemność obejrzeć na żywo. Atmosfera była przepiękna. W loży VIP zimna wódeczka szczypała w gardło bardziej, niż ja niektóre hostessy. Ta kopanina mnie nie za bardzo interesowała. Cały czas było 0-0, przy czym Arka nie grała w ogóle, a Lech grał jak impotent w burdelu: niby przeważał, niby dominował, ale gola nie potrafił strzelić. Jak już wyobracałem parę panienek i opróżniłem barek, postanowiłem przejść się po sąsiednich lożach. Kiedy opiłem już wszystkich oficjeli, z kopa otwarłem drzwi do ostatniej loży!

-Czołem Zbysiu, Rudy Misiu!- zawołałem

-Haha, na tego Wuja to nie ma chuja!- odpowiedział prezes Boniek.

I tak zasiadłem z Rudym, oraz takim Wojtkiem, Karolem i Piotrkiem. No i z prezydentem Dudą, a dla mnie Andrzejem.

-Wujo, mam do Ciebie wielką… prośbę.-szepnął mi na ucho Boniek- Widzisz, Ci trzej Panowie trochę wstydzą się przed Panem Prezydentem za kopaninę, jaka panuje na boisku, więc może rozładujesz atmosferę  serwując im swojego słynnego… drinka: Bladą Śmierć.

-Dobra Zbysiu, daj mi minutkę na znalezienie składników.- Następnie powęszyłem po barkach, wziąłem dwie szklanki i wykrzyczałem do tercetu- Przecież tego się na trzeźwo nie da oglądać! Misie kolorowe, robię drinki, kto idzie się ze mną napić?!

Nikt się nie zgłosił. No cóż, chłopaki ogólnie nie wyglądali na takich, co to znają życie, a moja dobra sława chyba dodatkowo ich przestraszyła. Musiałem uderzyć w inne tony.

-Ehh, tak myślałem- powiedziałem rozżalonym głosem- tylko jeden prezes napił się ze mną drinka według mojego autorskiego przepisu. Wypił naraz trzy czwarte. Ale takich prezesów jak Leśnodorski to już nie produkują…

-Polej mi do pełna.- z powagą w głosie odezwał się Karol.

Oczywiście, nigdy nie piłem tego drinka z Bogusiem, co nie zmienia faktu, że dzięki użyciu odpowiedniego argumentu nie musiałem namawiać Karola dwa razy.

-Proszę bardzo Karolku! Drink nazywa się Blada Śmierć. No, to do dna!

Stuknęliśmy się szklankami i wiecie co? Ten skurwiel wydudnił ze mną naraz całą szklankę!

-Janusz, a dlaczego ten think nazywa się Blada Śmiehć? I jak go moszna zhobić?- Zagadał do mnie zachodnim akcentem Piotrek.

-Można go zrobić bardzo prosto. Widzisz, Piotruś, do stworzenia tego drinka potrzebujesz tylko dwóch składników: spirytusu i… szkła. Spirytus wypijasz na raz, a jak za bardzo wali po gardle, to zagryź szkłem, które zostanie Ci w ręce!

Piotrkowi z przerażenia oczy omal nie wyskoczyły z orbit. Na pytanie o nazwę drinka nie musiałem odpowiadać. Twarz Karola zrobiła to za mnie. Tym oto sposobem mogę powiedzieć: może i Lech frajersko przegrał mecz na boisku, ale na trybunach chociaż powalczył.

Po ceremonii rozdania medali, którą Karol jeszcze jakoś przetrzymał, nadeszła godzina zero. Po tym co mój napój zrobił z prezesem Lecha, nie miałem już chętnych kompanów do picia. Kiedy wychodziłem, zbajerować jakieś dupy, Piotrek wyprowadzał Karola do ustępu. Chyba mu małże zaszkodziły, bo zaczął strasznie wymiotować. Na szczęście Piotrek to ogarnięty gość, i skołował nowy (w sensie że nieobełtany) garnitur, oraz wsadził mu łeb pod zimny kran, żeby troszkę przetrzeźwiał, i chociaż nabrał kolorów na twarzy. Kiedy, po przeczyszczeniu rury pewnej blondynie z loży obok, wróciłem na pożegnalnego rozchodniaczka, Klimczok już dyskutował na murawie z Bońkiem. Garnitur wprawdzie miał nowy, czysty, ale smrodu z japy chyba się nie pozbył, bu Rudy podczas rozmowy zatykał sobie usta i nos, tak jakby każdy kolejny wydech jego rozmówcy miał doprowadzić do zwrócenia obiadu z żołądka.

-Zbyyychu, alee ja cimuwe… Najleprze panienki, to som na Jeżycach! Stosotyyych i jezdeś ich bokiemm.. Se stadionu to dojeziesz tam liną dwieścieszterdziesi… albo dwieściepisiontjedne… i troszku pszejdziesz na pjechote… Zbychu, jedziemy!

-Karol, uspokój się! Po pierwsze, jesteśmy na środku murawy, kamery dookoła, a ty drzesz się do mnie, żebyśmy jechali na kurwy. Po drugie, nie jesteśmy w Poznaniu na INEA Stadionie, tylko w Warszawie na Narodowym, więc twoja perfekcyjna znajomość poznańskiej komunikacji miejsckiej rozbija się o kant… dupy. A po trzecie, mamy Święto Flagi i był finał Pucharu Polski, możemy się dobrze zabawić tutaj.- poinstruował swego rozmówcę Boniek.

-Uuooo… Finał?! To jusz?!… Z kim graliśmy, i jaki wynik?

klimczok boniek

Wstawiony prezes Klimczak namawia prezesa Bońka na tournee po jeżyckich przybytkach uciechy. 

Po odpowiedzi Bońka, następne co usłyszałem, to szloch. Ale to już nie była moja sprawa. Wziąłem taksówkę, i udałem się do jedynej osoby, która chociaż w minimalnym stopniu dotrzymywała mi kroku w piciu. Pojechałem na Bródno.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Prezes Lecha Poznań, Karol Klimczak, tracący kolory z każdą sekundą po wypiciu Bladej Śmierci, oraz Piotr Rutkowski, martwiący się jak doprowadzić swojego kompana do stanu używalności.]

P.S. W ostatnim czasie, na stronie głównej Weszło ukazał się wywiad niejakiego Jakuba Białka z Arturem Wichniarkiem. Oprócz tej kłamliwej anegdoty, jako bym sprzedawał piłkarzom miejsca w pierwszej jedenastce reprezentacji, pojawiło się w nim takie pytanie:
Jak wspominasz sposoby motywacyjne Wójcika?
Wujo to musiał motywować sam siebie, żeby w ogóle wyjść na trening i dać radę utrzymać się na nogach. […]

To teraz posłuchaj mnie uważnie, misiu kolorowy. Od trenowania to byliście Wy, nie ja, więc to Wy mieliście za zadanie utrzymać się na nogach, nie ja. A że ty nie potrafiłeś tego zrobić, i to nawet na trzeźwo, i to nawet po lekkiej 30-kilometrowej porannej przebieżce, to się nie dziw, dlaczego moim zadaniem taktycznym, wymyślonym dla Ciebie, było przyklejenie czterech liter do ławki rezerwowych. I właśnie dlatego nie zagrałeś w historycznym remisie, jaki ugraliśmy z Anglią w Warszawie.

16
2