Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
„Ziomek, zajebista akcja, trzymaj koszulkę, szacun!” – wywiad z Robertem Ćwiklińskim, Kibicowska Wyprawa
Trybuna

„Ziomek, zajebista akcja, trzymaj koszulkę, szacun!” – wywiad z Robertem Ćwiklińskim, Kibicowska Wyprawa

Korzystając z dobrodziejstw nowej zakładki na Weszło, zamieszczam swój pierwszy tekst. Wywiad z Robertem Ćwikliński z Kibicowskiej Wyprawy, który pierwotnie zamieściłem niecałe dwa tygodnie temu na Footrollu. Miłego czytania!

Układało się wszystko naprawdę bardzo dobrze. My jako kibice Odry Opole nienawidzimy się – można tak powiedzieć – z kibicami Śląska Wrocław. Kiedy wyszła taka sytuacja, że Śląsk nie przekazał mi koszulki, na trasie dogonił mnie kibic, podał mi rękę i mówi: „ziomek, zajebista akcja, trzymaj koszulkę, szacun!

Robert Ćwikliński – prekursor kibicowskich wypraw rowerowych, dzięki którym zbiera pieniądze dla potrzebujących. Ma już za sobą trzy wyprawy, w tym ostatnią – latem – do Anglii, gdzie przejechał rowerem blisko 4 tysiące kilometrów, w międzyczasie walcząc z dokuczliwymi kontuzjami. O tym, dlaczego zapragnął w taki sposób pomagać, jak zapamięta spotkanie z Wasilewskim i Kapustką, o przygodach na trasie, planach na 2017 rok i wielu innych interesujących rzeczach opowiada w rozmowie ze mną.

Norbert Skórzewski: Co sprawiło, że zapragnąłeś w taki, a nie inny sposób pomagać ludziom?

Robert Ćwikliński: Trzeba spojrzeć na tę sprawę troszkę szerzej – należy zacząć od tego, że jest to pierwsza tego typu akcja i wyprawa na świecie, czegoś takiego wcześniej nie było. Choć oczywiście miały miejsce – a może nawet wciąż zdarzają się – próby ponowienia tej wyprawy, troszeczkę jej skopiowania. Niestety ludzie często nie przyznają się do tego, co ich zainspirowało, do faktu, że Kibicowska Wyprawa była prekursorem ich działań… To jest smutne.

Natomiast skąd wziął się mój pomysł – zaczęło się od wyprawy brata, który organizował wyprawy rowerowe, jak i kajakowe (przepłynął m.in. całą Wisłę, zbierając środki dla hospicjum BETANIA). Tak się złożyło, że zabrał mnie do hospicjum, pokazał mi, jak ta placówka funkcjonuje. Na dobrą sprawę po raz pierwszy zobrazował mi, że takie coś w ogóle istnieje – miałem 19 lat i po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że jest coś takiego jak hospicjum.

Potocznie hospicjum kojarzy się dla ludzi z umieralnią, jednak hasłem BETANII, czyli właśnie tego ośrodka, dla którego jechałem podczas pierwszej wyprawy, było: „Hospicjum to też życie”. Na dobrą sprawę jest to bowiem szpital, gdzie opuszczeni starsi ludzie – gdyż to nie była placówka dla dzieci – po prostu czekali na godne zakończenie swojego życia.

Akcją poprzedzającą jeszcze kibicowską wyprawę była zbiórka na stadionie Odry, graliśmy wtedy mecz z Rakowem Częstochowa, i już na 10 minut przed meczem udało się zebrać blisko 2000 złotych, a mówimy przecież o spotkaniu II ligi. Po tym wszystkim ruszyła już pierwsza edycja Kibicowskiej Wyprawy.

 

Jak wygląda Twój typowy dzień?

Na dobrą sprawę każda wyprawa zaczyna się rok wcześniej. Na przełomie sierpnia i września zakończyłem ostatnią wyprawę do Anglii, pojechałem na drobne wakacje, a już w październiku zacząłem przygotowywać kolejną. Jak widać – jestem non-stop w biegu, załatwiam kluby, wsparcie finansowe wyprawy, no i oczywiście przede wszystkim dużo trenuje. Jeżeli chodzi o pierwszą edycję, obejmującą tylko Polskę, to nie potrzebowałem zbyt wielu treningów, może trochę więcej jeździłem rowerem. Drugą wyprawę pokonałem z kolei na dość mocnej i konkretnie zbudowanej pamięci mięśniowej, którą udało mi się wyrobić. W tym momencie natomiast mój dzień wygląda mniej więcej tak: wstaję około godziny 6-7, potem – w zależności od grafiku – praca albo uczelnia, następnie czas dla siebie, czyli treningi stanowiące dla mnie codzienność, bo są to treningi na siłowni, do tego dochodzi crossfit, który wrzucę jednak dopiero od nowego roku, ze względu na uraz, którego nabawiłem się na ostatniej wyprawie, gdzie zaatakowali mnie uchodźcy. Obecnie biegam i chodzę na siłownie cztery razy w tygodniu.

Staram się to wszystko połączyć, aby to miało ręce i nogi. Podsumowując – mój dzień zaczyna się o 6-7 rano, czasami kończy się nawet o 22. Często wieczorem przychodzę do domu i nie ma tak, że siadam, piję herbatę, idę spać, tylko cały czas działam. Włączam kompa i zaczynam pisać do patronów medialnych, do kibiców, klubów i staram się zrobić cokolwiek, aby rozwinąć następną wyprawę, gdyż pozyskanie tego wszystkiego nie jest proste.

 

A klasyczny dzień na trasie wyprawy?

Jest on o wiele lepszy! Różni się od zwykłego dnia głównie tym, że zamiast siedzieć 7-8 godzin w pracy, siedzę tyle samo, ale na rowerze. Przeważnie wstaję około godziny szóstej, czasami nawet piątej, aby jak najszybciej zacząć. Wszystkie moje wyprawy miały miejsce w lato, więc powiem tak – im wyprawa jest bliżej środka, tym poranki są gorętsze. Godziny dostosowywała mi więc tak naprawdę aura – gdzieś około 10-15 sierpnia trzeba było wyjeżdżać już około godziny 5-6, aby dłużej jechać w chłodzie. W perspektywie 120 kilometrów, gdzie kompletnie nie znasz trasy, korzystasz i starasz się wycisnąć z tej pogody maksimum, aby także troszeczkę się oszczędzić.

Przyjeżdżając do klubu lub kibiców odbieram koszulkę, udzielam jakichś wywiadów, w miarę możliwości staram się zwiedzać nowe miejsca.

 

Często jednak plany się krzyżują.

Tak, na przykład podczas etapu Brytyjskiego nie zwiedzałem zbyt dużo, gdyż uniemożliwiła mi to kontuzja. Plany były zupełnie inne, ale starałem się – pomimo przeciwności losu – jechać dalej.

W wielkim skrócie dzień na wyprawie to około 8 godzin jazdy rowerem, wywiady, odbiór koszulki i zwiedzanie.

 

Pomoc dzieciom zapewne motywuje Cię do wysiłku.

Robi się te wyprawy dla dzieciaków czy dla konkretnych osób i największą motywacją jest moment, gdy wchodzisz na portal siępomaga (LINK) i widzisz, jak ludzie wpłacają te pieniądze. To jest mega motywacja – wstajesz rano, dzień trzeci, i nagle jest 1000 złotych. Zdajesz sobie wtedy sprawę, ile warte są poszczególne dni jazdy. Jest to pewnego rodzaju radocha – jeden dzień typowej pracy po najniższej krajowej od stycznia będzie wart około 11 złotych, więc za dzień – dajmy na to dziesięciogodzinnej roboty – wychodzi coś koło stówki. Z kolei ja jadąc rowerem, zarabiam, jeżeli się uda, czasami nawet i 1000 złotych dziennie.

Wyprawa do Anglii trwała coś koło 38 dni, a zebrałem 25 tysięcy złotych (nie wliczając w to licytacji!), więc średnio wyjdzie około 700 złotych dziennie! Jestem z tego zadowolony, to mnie niesamowicie motywuje, zwłaszcza że kasa przybywa i zdaje sobie sprawę, że wszystko to zostanie przekazane na bardzo dobry cel.

View post on imgur.com

 

Zawsze zastanawiało mnie z czego żyją ludzie tacy jak ty – z wypraw nie masz przecież żadnych pieniędzy.

Dokładnie, z wyprawy nie mam nic, Żyje z tego, że pracuję na umowie zlecenie, więc mocno poświęcam się tej sprawie. Większość swoich pieniędzy staram się w to włożyć, gdyż znaleźć sponsora nie jest łatwo. Wygląda to tak, że teraz normalnie chodziłbym do pracy na 8 godzin, a chodzę codziennie na 9, tylko po to, aby mieć w pracy większy luz, kiedy będę chciał wyjechać na wyprawę, jak i aby stać mnie było na opłacenie czynszu czy rachunków, kiedy będę w trasie.

Mieszkam bowiem sam w Opolu, tutaj studiuję, sam się utrzymuję, więc muszę o to wszystko zadbać już rok wcześniej. Samodyscyplina.

 

Domyślam się, że sprzęt też nie jest tani.

Nie jest, muszę przyznać, że tutaj w dużej mierze przychodzą z pomocą sponsorzy. Ludzie czasami wychodzą z błędnego założenia, że ja z tego dużo mam, bo na pierwszy rzut oka widać – jadę rowerem, który zakupuje mi sponsor. Owszem, ale na dobrą sprawę ktoś zakupi mi ten rower (jak chociażby podczas II edycji, gdzie kosztował około 2500 złotych), jednak, aby przygotować go później do trzeciego etapu, wydałem 1700 złotych… Nie możesz przecież jechać na starych oponach, dętkach, wszystko było praktycznie do wymiany. Została jedynie stara rama.

Sprzęt nie jest tani – po prostu jest drogi.

 

Przed tegoroczną wyprawą stawiałeś sobie jakiś konkretny cel?

Tak. Była oczywiście zbiórka na 20 tysięcy na siepomaga.pl (co udało się zrealizować z nadwyżką), no i licytacje koszulek – na ten moment jest już łącznie 30 tysięcy. Kilka koszulek posiada jeszcze hospicjum. Jeżeli ich nie wystawią, po prostu przekaże je na kolejne cele.

Moim założeniem była przede wszystkim także dobra zabawa. Bardzo zależało mi na starej angielskiej miejscowości Bath,  założonej jeszcze przez Rzymian. Znajomi opowiadali mi o wielu zabytkach, jednak niestety kontuzja pokrzyżowała mi plany.

 

Taka wyprawa to zapewne również olbrzymie wyzwanie logistyczne.

Jak mówiłem – każdą wyprawę przygotowuję rok wcześniej. Trzeba załatwić nocleg – na chwilę obecną przygotowuję się do etapu węgierskiego, a już Budapeszt, Sopron czy Ostrawę mam załatwioną. Za noclegi jeszcze się nie zabierałem, staram się w tym momencie nałapać jak najwięcej klubów.

Przedsięwzięcie logistyczne jest bardzo duże. Dochodzi kolejny problem – przejadę przez kilka krajów: Czechy, Słowacja, Austria, Węgry, Ukraina, stąd naturalny problem w postaci walut. Jeżeli nie uda mi się znaleźć sponsorów, będę musiał jeszcze bardziej zacisnąć zęby, chodzić więcej do pracy, tylko po to, żeby mieć przy sobie jakieś pieniądze.

 

Kluby chętnie udostępniały swoje koszulki, czy zdarzały się odmowy?

Polskie kluby, głównie za sprawą kibiców, nawet same się zgłaszały. Dobry przykład – jechałem z Gorzowa do Szczecina, po drodze był taki klub jak Osadnik Myślibórz, który sam zgłosił się na wyprawę – a ja nawet nie wiedziałem, że taki zespół istnieje – okazało się, że mają swoich kibiców, którzy normalnie dopingują i po prostu przyłączyli się do wyprawy. Tak to również wyglądało w przypadku kolejnej Kibicowskiej Wyprawy, kiedy dołączył KKS Kalisz. Ogłosiłem, gdzie mniej więcej zamierzam przejechać, a kluby same się zgłaszały, gdy kogoś pominąłem.

Natomiast jeżeli chodzi o zespoły angielskie, było bardzo ciężko. Gdyby nie mieszkający tam Polacy, nie miałbym tych fantastycznych koszulek. Anglicy odmawiali mi bardzo często. W jednej lidze mają po 20-24 kluby, ja napisałem do pierwszych pięciu lig. Wyszło około 200 zespołów, a udało się załatwić zaledwie jakieś 10 procent, z czego naprawdę – gdyby nie Polacy, Ariel Borysiuk, Marcin Wasilewski, Bartek Białkowski, to by tego nie było.

 

Za to, co robisz, podziwia Cię zapewne większość. Spotkałeś się jednak z jakimiś negatywnymi opiniami?

Rzadko ma to miejsce, jednak zdarza się. Ostatnie dwa przykłady – jeszcze przed wyprawą angielską, kiedy szukałem kontaktu do Chelsea, zgłosił się do mnie człowiek, który w zamian za to, że dam mu numer do Marcina Wasilewskiego da mi kontakt do kogoś, kto może mi załatwić kontakt na Chelsea. Rzecz jasna się oburzyłem – to jest charytatywna akcja, on chce mieć coś za to, że mi pomoże, gdzie nawet ja nic z tego nie mam, bo przecież nie piszę z Wasilewskim sms-ów, ani że fantastycznie zagrał… Dostałem do niego kontakt i odezwałem się tylko w sprawie wyprawy. Wyprawa się skończyła – koniec tematu. Wiadomo, że Wasilewski to człowiek, który na pewno tych wiadomości ma mnóstwo, więc troszeczkę facet nie uszanował idei tej wyprawy, chcąc znaleźć kontakt do Marcina. Bardzo mi się to nie podobało, a gdy mu odmówiłem, zaczął atakować mnie na facebooku. Skończyło się na tym, że screeny z rozmowy wrzuciłem na fan page Kibicowskiej Wyprawy do oceny ludziom i to oni właśnie go ocenili tak, jak na to zasługiwał.

Drugi incydent, już podczas trwania wyprawy – jechałem po 120 km dziennie, a facet napisał mi na stronie, że 120 to on w niedzielę jedzie na kacu (śmiech). Bardzo się wtedy zeźliłem… Tak się zresztą składa, że przeczytałem fantastyczną książkę, w której była mowa, że na swojej stronie musisz pilnować porządku. Jeżeli ktoś cię atakuje, to ty musisz się bronić i to ty wybierasz rodzaj obrony, czy odpowiesz grzecznie, czy sprowadzisz gościa na ziemię – wybrałem tę drugą opcję i powiedziałem mu: „owszem, ty jeździsz na kacu co niedzielę, ale ja takich niedziel mam 40”, bo prawda jest taka, że podczas tej wyprawy zaplanowałem sobie tylko 5 dni przerwy. Jasne – da się jeździć 180-200 km dziennie i skończyć wyprawę po tygodniu-dwóch, ale to jest po prostu zbyt ciężkie.

Niestety nie wszyscy rozumieją, na czym polega rozłożenie tej wyprawy w czasie. Ogólnie ludzie jednak szanują tę inicjatywę i bardzo mi pomagają. Przede wszystkim nie krytykują – choć wiadomo, że zawsze się ktoś znajdzie – a to jest już duże ułatwienie.

 

Miałeś momenty, gdy bałeś się o swoje życie?

View post on imgur.com

Tak, troszeczkę bałem się o swoje życie. Akurat ten incydent z użyciem racy był takim momentem, kiedy adrenalina przysłaniała mi cały światopogląd. Wyskoczyło na mnie siedmiu rosłych mężczyzn, w których niemal od razu rzuciłem racą. Na szczęście, myśląc, że może ona wybuchnąć, spanikowali i odpuścili atak na mnie.

W ogóle w pierwszym momencie złapałem nóż i chciałem lecieć w ich stronę i bronić się poprzez atak, jednak potem, w przypływie momentu racjonalnego myślenia, zdałem sobie sprawę z konsekwencji. Jeżeli ja bym kogoś zaatakował, byłoby za chwilę, że biały rasista napadł na „biednych” Syryjczyków…

Ogólnie rzecz biorąc, zdarzały się takie momenty. Podczas ostatniej wyprawy do Anglii często bałem się o swoje życie, np. przejeżdżałem przez Antwerpię (druga co do wielkości miejscowość w Belgii), gdzie kazano mi przejeżdżać na drugą stronę miasta tunelem pod wodą. Słyszysz tyle o tych wybuchach, detonacjach, widzisz w tym tunelu przechadzających się Arabów, no to pojawia się naturalny strach, że po prostu ktoś się wysadzi. Bałem się głównie tego, że wszyscy się tam potopimy… To jest smutne.

 

Ludzie byli nieobliczalni.

Wyprawa była ciężka pod tym względem – niby Europa, a człowiek bał się wszystkiego. Przejeżdżałem obok stacji, jakiś samochód najechał na balony… Myślałem, że ktoś strzelał! Naprawdę, tyle się tego naoglądałem – jechałem przecież przez Niemcy, zalaną Muzułmanami Antwerpię – także było nieciekawie.

Z kolei najśmieszniejszy moment, w którym uległem wypadkowi, miał miejsce, gdy duży czerwony autobus skręcił prosto na mnie, gdzie po prostu odbiłem się od niego łokciem. Na całe szczęście szybko odepchnąłem się nogą od autobusu i wskoczyłem na chodnik. Inaczej by mnie sprasował. Facet mnie nie widział.

 

Jak podczas trasy układały się Twoje relacje z kibicami innych drużyn, których spotkałeś?

Układało się wszystko naprawdę bardzo dobrze. My jako kibice Odry Opole nienawidzimy się – można tak powiedzieć – z kibicami Śląska Wrocław. Kiedy wyszła taka sytuacja, że Śląsk nie przekazał mi koszulki, na trasie dogonił mnie kibic, podał mi rękę i mówi: „ziomek, zajebista akcja, trzymaj koszulkę, szacun!”. Tak to właśnie wyglądało – fani z obcych ekip pomagali mi w uzyskiwaniu kontaktów. Kibice Polonii Przemyśl, trzymający z Wisłą, mnóstwo takich sytuacji, gdzie kibice nie patrząc w ogóle na to, że jestem kibicem Odry, pomagali mi.

Owszem, zdarzały się różnego rodzaju żarty, gdzie na przykład było 5-6 kibiców Motoru Lublin i zaczęli sobie troszeczkę żartować, ale to wszystko oczywiście z humorem. Środowisko kibiców jest, wydaje mi się, takie bardzo hermetyczne, pełne zasad. Na przykład – może to głupio zabrzmi – ale wymierają tradycje, które są podtrzymywane tylko przez kibiców. To znaczy – jedziesz gdzieś w gości, wypadałoby coś ze sobą zabrać. Zauważyłem, że ludzie już dawno przestali to robić. Ja na przykład, gdy jadę do jakiejś starszej pani, kupuję czekoladki, jak wybieram się chociażby do rodziców czy znajomych, kupuję czekoladę, herbatę, kawę, ciastka, cokolwiek. Ten zwyczaj wymiera, a na przykład, kiedy jadę do kibica – zawsze mam przy sobie smyczki, proporczyki, tak by ktoś, kto mi pomógł, miał pamiątkę Kibicowskiej Wyprawy tylko dla siebie – widać od razu coś innego. Do czego zmierzam – ludzie, jakimi są kibice, potrafią się zachować w grupie. Mogą nie lubić Odry, mogą jej nawet nie szanować, ale tego nie pokażą, bo wiedzą, że tak się nie robi. Zdają sobie sprawę, że jestem sam, dodatkowo robię charytatywną akcję.

Zdarzyła się jedna sytuacja, gdzie ktoś mnie wystawił. Z Olsztyna miałem jechać 160 km do Ełku. Chłopak poprosił mnie, bym zmienił trasę i jechał do miejscowości Ruciane Nida. Z Olsztyna wyszło więc 120 km, a do Ełku było kolejne 80. Musiałbym dużo nadrobić, ale facet zaproponował mi nawet nocleg, bym się nie martwił. Gdy dojeżdżałem do miejscowości, nie odbierał telefonów… Zadzwoniłem do kogo trzeba było – Polska nie jest dużym krajem – szybko znalazłem jego kolegów, oni znaleźli jego i powiedzieli mu, w niewybrednych męskich słowach, że po prostu tak się nie robi. Ludzi się nie wystawia.

 

W Leicester spotkałeś m.in. Bartka Kapustkę i Marcina Wasilewskiego. 

To były zupełnie dwa inne spotkania. Z Wasilewskim byłem umówiony i co fajne było w tym spotkaniu, bardzo na niego oczekiwałem – reprezentant Polski, bardzo znany, charakterny grajek. Bardzo cieszyłem się na to spotkanie, gdyż uważałem, że i ja podczas moich wypraw pokazuję troszkę tego charakteru Marcina, na przykład jadąc z kontuzjami. Bardzo napaliłem się na to spotkanie, ale Wasilewski wiadomo, to osoba bardzo zabiegana. Nie miał zbyt dużo czasu, jednak znalazł chwilę, by uścisnąć dłoń i sprezentować nam tę koszulkę (byłem wtedy z mieszkającymi w Leicester kibicami Korony Kielce). Gdy już pojechał, poszliśmy oddać nasze identyfikatory, aż nagle z klubu wyszedł Bartosz Kapustka. Pogadaliśmy z nim dłużej, jednak i on musiał gdzieś wracać.

Dwa zupełnie inne spotkania – Bartek bardzo wyluzowany, spokojny, z kolei Marcina zapamiętam jako bardziej spiętego, nerwowego człowieka. Jednak co śmieszne – Kapustka nie miał prawa poznać, że ja to ja (miałem koszulkę z angielskim logo), natomiast kolega miał na sobie białą koszulkę z wielkim czerwonym polskim orłem. Gdy Bartek to zobaczył, wyszedł i od razu z nami pogadał.

Oba spotkania jednak na zdecydowany plus. Wasilewskiemu co prawa mocno się śpieszyło, jednak mieć z nim zdjęcie to naprawdę wyczyn. Tym bardziej się cieszę, gdyż przejechałem po to zdjęcie tyle kilometrów.

View post on imgur.com

 

Inni polscy piłkarze grający w Anglii starali się pomóc w sprawie koszulek?

Jasne! Taki Ariel Borysiuk oprócz pomocy z załatwieniem koszulki QPR przekazał także 2000 złotych dla dzieciaków. Napisałem w sumie do niego, że mam silną kontuzję, nie dam rady dalej jechać. Poprosiłem go, by napisał na swoim profilu facebookowym o tej akcji, a nuż ktoś coś wpłaci. Brakowało tych 2 tysięcy, a on sam je wpłacił… Był także Bartosz Białkowski z Ipswich Town, fantastyczna postać. Podobało mi się spotkanie z nim, bo umówiliśmy się, że spotkamy się pod stadionem Ipswich, będę jedynym rowerzystom, więc na pewno mnie pozna. A na miejscu okazało się, że odbywał się tam piknik rowerowy, gdzie było około 1500 rowerzystów (śmiech).

Z polskich graczy na wyspach był jeszcze Artur Boruc, On akurat w tamtym czasie przebywał na wakacjach, jednak dosłał mi tę koszulkę. Ponadto, kiedy Łukasz Piszczek i Jakub Błaszczykowski dowiedzieli się o mojej wyprawie, od razu przesłali kolejne.

 

Ile ostatecznie zebrałeś koszulek?

Powiem szczerze, że nie pamiętam. Na dobrą sprawę wystawiłem pierwszą część licytacji przez hospicjum. Tam było około 25 koszulek, a potem nadeszła druga tura licytacji, gdzie pojawiły się inne koszulki, które doleciały do mnie z Anglii, więc nie jestem w stanie ci tego dokładnie powiedzieć. Na pewno było ich sporo.

 

Podczas trwania wyprawy bardzo mocno starałeś się angażować ludzi, aby dokonywali wpłat. Powiedź szczerze – bałeś się, że nie uda się zrealizować zakładanego celu?

W tym roku nawet nie starałem się jakoś specjalnie motywować ludzi – od czasu do czasu wrzuciłem link, ale bardziej skupiłem się na pokonywaniu trasy wyprawy. Rok wcześniej, podczas 2. etapu wyprawy po Polsce, starałem się bardziej motywować ludzi – nagrywałem specjalne filmiki, mówiąc o tym, że naprawdę nie jedzie się łatwo, tylko po to, aby ludzie wpłacali te pieniądze. W tym roku czegoś takiego nie było, a wydaje mi się, że efekt jest lepszy.

Co do pozytywnego zakończenia zbiórki – troszeczkę się bałem, ale powiem tak – mój serdeczny kolega Marcin, kibic Ruchu Chorzów, powiedział mi: „masz 5 tysięcy złotych, za chwilę będzie 10, potem 20. Spokojnie, nie zmieniaj celu, damy radę”. Ja w to troszeczkę wątpiłem, bo 20 tysięcy udało się zebrać dopiero, jak już wracałem do Polski. Później wpłynęły dodatkowe wpłaty i okazało się, że cel udało się przekroczyć. Także, mimo że się bałem, udało się to zebrać.

 

Zapewne dużo zawdzięczasz sponsorom, jak i zwykłym wpłacającym.

Należą się ludziom olbrzymie podziękowania, bo odwalili kawał dobrej roboty. Ja wykonałem trasę, którą sobie wcześniej zaplanowałem, a to oni wpłacali kasę i licytowali te koszulki. Także naprawdę chapeau bas i serdeczne dzięki. Mam nadzieję, że ci ludzie, którzy wspierali mnie przez te trzy lata, będą ze mną podczas czwartej i piątej wyprawy.

View post on imgur.com

 

Trzecia kibicowska wyprawa rowerowa za nami. Powiesz coś więcej o kolejnych akcjach?

Czwarta i piąta akcja są planowane na przyszły rok. To przede wszystkim wyprawa kajakowa. Ci, którzy są ze mną, troszeczkę się z tych dwóch kolejnych wypraw naśmiewają. Zawsze jest bowiem tak, że buduję masę, buduję, a jadąc rowerem, strasznie tę masę tracę. Taka jest prawda, taka jest rzeczywistość, dlatego zdecydowałem się na kajak, żeby – że tak powiem – wyrównać te straty i żeby troszeczkę łapy przypakować, a podczas późniejszej wyprawy rowerowej dobudować nogi i zrobić rzeźbę (śmiech). A tak na poważnie, wyszła taka potrzeba – mój serdeczny przyjaciel Krzychu „Kwachu”, zachorował na nowotwór układu chłonnego, a chłopak ma 33 lata, trzech synów, żonę. To jest kibic Odry, przede wszystkim mój przyjaciel, no i czułbym się źle, gdybym mu nie pomógł, dlatego zrobię coś, czego nigdy nie robiłem – spłynę cała Odrę kajakiem.

Prawdę mówiąc, nie wiem czego się spodziewać – kajakiem pływałem dużo, ale bardziej po dopływie Odry (Małej Panwi). Tak wielkiej rzeki jeszcze nie zaliczyłem, a przecież Odra to jedna z niewielu jeszcze nieuregulowanych rzek. Różni się zdecydowanie od Wisły, jest w jakimś procencie dzika. Technicznie jest bardzo ciężka, bo na dobrą sprawę na całej długości Wisły są trzy przepusty, tak zwane śluzy, gdzie robi się wodowanie, a na Odrze na odcinku między Kędzierzynem-Koźlem a Opolem, około 60 km, jest mniej więcej 30 takich przepustów.

 

Będzie ciężko.

Tak, na pewno. Możliwe, że dołączy do mnie mój brat, więc zobaczymy – może będzie troszeczkę łatwiej. Natomiast jeżeli chodzi o kolejną rzecz, którą chciałbym poruszyć – chodzi o fakt, że planuję kolejny etap Kibicowskiej Wyprawy. Będzie to etap węgierski, który – o czym mówiłem już wcześniej  – prowadzi przez kilka krajów. Na chwilę obecną jest już kilka klubów na trasie: Ujpest, Ferencvaros i Sopron. Staram się załatwić tych klubów jak najwięcej, no i mam nadzieję, że te koszulki pójdą za naprawdę dobre pieniądze.

View post on imgur.com

Więcej o kibicowskich wyprawach możecie znaleźć na:

Twitterze

Facebooku

You Tube

Instagramie

A TUTAJ mój Twitter 😛

 

Norbert Skórzewski

12
0
Zdjęcie profilowe Norbert Skorzewski Norbert Skorzewski

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY