Wszystko gra i Brzęczy.

No i znowu nic się nie zmieniło. Człowiek siada przed telewizorem, już od startu lekko podirytowany, bo wiadomo co zaraz będzie. Reklamy, idiotyczne studio, znowu reklamy, hymn, dzieci, przebitki na lachony z trybun. Gwizdek. I się zaczyna. Pierwsze podania, pierwsze próby „pressingu”. Faul. Gwizdek. Laga, złe przyjęcie. Złe podanie, przejęcie, leniwy pressing, faul, machanie rękami. Czy ktoś czuje się rozczarowany? Nie. Szpakowski zaczyna tę samą, znaną od lat gadkę o test meczach, o powołaniach, o zaufaniu, o „tej chęci” i próbach rozgrywania. W tym czasie przeciwnik, niezależnie z którego piłkarskiego świata pochodzi, niepostrzeżenie przejmuje kontrolę nad środkiem pola. Anonimowi piłkarze pętający się po peryferiach futbolu z minuty na minutę przeistaczają się w gwiazdy rodem z, jak to mówi Dziekanowski, „czampions lig”. Nasi z kolei wraz z upływem czasu proponują kolejne irracjonalne rozwiązania boiskowe i toczą jakiś wewnętrzny konkurs na kiks meczu. Idą groźne kontry, Fabiański/Szczęsny rozpoczynają loty i parady. Szpakowskiemu głos robi się coraz bardziej matowy.

I tutaj w stosunku do poprzednich edycji kadry coś się zmieniło. Kiedy wydaje nam się, że za chwilę dostaniemy minimum trójkę, wtedy nagle któryś z naszych zamienia potencjalny 187654-ty kiks na bramkę. Rywale dostają chwilowego paraliżu mózgowego, jakby ktoś w polu bramkowym rozpylił gaz pieprzowy. Następuje ta feralna sekunda, kiedy chaos prezentowany przez Polaków zaraża ośrodki percepcji piłkarzy z drużyny przeciwnej. Jakaś debilna wrzutka, kiks, potknięcie rywala, ktoś się gdzieś spóźnił, zamiast wybić piłę od bramki do robi to w kierunku odwrotnym. Rzuca się wtedy na nich stado zombie w białych lub czerwonych koszulkach i rozpoczyna się rozpaczliwa walka: kto dobije ostatecznie tego wtaczaka na 1:0.

W meczu z Macedonią wzniesiono to rozwiązanie taktyczne na wyższy poziom. Bramka dla Polski to po prostu jeden wielki mem. Aż by się chciało puścić jakąś hollywoodzką muzykę pod ujęcie ze zwolnionej powtórki, gdy piłka tak sobie leci do tej macedońskiej bramki, i leci, i leci. Obok przelatują czyjeś piszczele, dłonie w bramkarskich rękawicach, czyjeś okorkowane buty. Nic już jednak nie zatrzyma nemezis. Futbolówka jest już w siatce, nasi biegną w narożnik i z głupkowatymi minami próbują ustalić, „kto tym razem”. Przeciwnik już się nie podnosi. Żegna nas dwoma czy trzema cholernie niebezpiecznymi kontrami i można się rozejść. Studio pomeczowe, reklamy, grill Kowala, siusiu, paciorek i spać.

A nam znowu pozostaje tylko siąść i dalej zastanawiać się, dlaczego jesteśmy jedyną reprezentacją na świecie, która nie umie opanować środka pola niezależnie z kim gra. Czy to Portugalia, czy to Łotwa, czy to Korea Płd. Dlaczego wszyscy piłkarze z polskiej kadry (oprócz momentami Grosickiego i każdorazowo Lewego) przypominają drewnianych defensywnych pomocników z Ekstraklasy. Dlaczego nie potrafią wymienić ze sobą dwóch składnych podań z wyjściem na pozycję.

Możemy powoli zastanawiać się, czy nie zostaliśmy już definitywnie najgorzej grającą drużyną biorąc pod uwagę pierwszą pięćdziesiątkę rankingu FIFA. Jestem oczywiście delikatny, bo ja nie dałbym sobie ręki uciąć, czy nie chodzi już o pierwszą setkę.

W tej powyższej wyliczance meczowej brakuje jeszcze jednego elementu, który muszę sobie zostawić na koniec. Bo są jeszcze wypowiedzi trenera. Miałkie, o niczym, pełne komunałów i co najgorsze idiotyzmów. Potem jeszcze internet zalewają wypowiedzi mejwenów i influencerów. A potem przy następnej transmisji taki Kołtoń znów będzie z tym swoim uśmiechem rozbawionego i niezbyt mądrego dziecka rozrysowywał skład markerem na karteluszce i zastanawiał się, czy Krychowiak może grać z Klichem, czy lepiej z Linettym.

Trzy mecze eliminacyjne, trzy wygrane, zero straconych bramek.

Dom wariatów.

7
0
Zdjęcie profilowe Arkadiuszo-Piatek Arkadiuszo-Piatek

KOMENTARZE ()