MUNDIAL A SPRAWA POLSKA (cz. 3 trener)

Jestem tu nowy, więc po prostu Witam po wstępnej rozgrzewce i zapraszam do komentowania… przede wszystkim rodaków z tzw. krwi lub kości.

Do pisania poczułem się niejako zmuszony przez wzbierającą powódź, która z rzeki antypolonizmu uczyniła Amazonkę w porze deszczowej, rozlewając się coraz szerszym nurtem na wszystkie dziedziny życia, także sport. Nie wiem czy budowa jakiegokolwiek wału powodziowego ma jeszcze sens, skoro rzeka ta została już za gigantyczne pieniądze tak solidnie wyregulowana; wciąż pogłębiana, pełna zapór i zbiorników retencyjnych. Kolejne fale powodziowe płyną i czy tych kilka worków z piaskiem może cokolwiek pomóc? Tym bardziej, że za tę powódź nie grozi jakakolwiek odpowiedzialność, nie ma kar, winy… vis maior.

Bezpośrednim bodźcem stała się dla mnie bezprecedensowa i prymitywna nagonka na kapitana reprezentacji Polski w tzw. zachodnich, a przede wszystkim niemieckich mediach (o czym już wspominałem w poprzedniej notce).  Teraz, skoro pierwsza kulminacyjna fala hejtu i dezinformacji po meczu z Senegalem minęła, ciągnę dalej… tym bardziej, że zbliża się kolejny mecz – ponoć ostatniej szansy.

Nie jestem zwolennikiem trenera Adama Nawałki jako selekcjonera reprezentacji niemal od samego początku jego pracy. Czułem się w tym poglądzie przez kilka ostatnich lat  odosobniony, tym bardziej, że nawałkomania po pierwszym zwycięstwie nad Niemcami, zwycięskich eliminacjach do ME 2016 i – ponoć – sukcesie na tej imprezie, rozkręciła się w naszym kraju bezgranicznie i bezkrytycznie. Mnie zazwyczaj bolały zęby od patrzenia na grę reprezentacji Polski pod wodzą tego trenera i bolą zresztą po dziś dzień.

Założenie moje jest takie: Trener Adam Nawałka nie osiąga z tą kadrą największych sukcesów od czasów Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka. Wprost przeciwnie – marnuje największy od tamtych czasów potencjał reprezentacji. Dlaczego tak uważam?

1. Bo pomimo, iż sam był piłkarzem, to ma duszę raczej szachisty. Nie znam człowieka, dlatego mogę się mylić co do znajomości jego duszy, ale fakt pozostaje faktem – zachowuje się jak szachista starający się zamieniać mecze piłkarskie w partię szachów. Wpływy różnych dyscyplin sportu i życia w ogóle na piłkę nożną to nic nowego, ale co najmniej w tym przypadku odnosi to generalnie kiepski skutek. Piszę „generalnie”, bo w taki właśnie sposób Adam Nawałka odniósł największy moim zdaniem sukces – pierwsze zwycięstwo nad Niemcami i kilka innych pomniejszych, jak np. wygrana z Rumunią w Bukareszcie.

Natomiast tak samo niemalże wyglądają wszystkie mecze obecnej reprezentacji, a w wielu aż się prosi o inną taktykę; o przypomnienie sobie, że piłka nożna to tzw. męski sport, że hormony buzują, że to także psychologia i walka, a nie chłodne przestawianie figur jakby w domowym zaciszu. Dobrym przykładem są choćby oba mecze fazy pucharowej ME, gdzie i Szwajcaria z wyraźnym respektem, a Portugalia wręcz lekko wystraszona, wyszły na spotkanie z naszymi reprezentantami. W obu spotkaniach po udanym początku prosiło się utrzymać tempo lub wdrożyć wysoki pressing, a nie cofać się i oddawać inicjatywę rywalom. Potencjał ofensywny ku temu był, zabezpieczone tyły także, a kolejne gole dla nas i definitywne odebranie rywalom wiary wydawały się kwestią czasu (wtedy zresztą po raz pierwszy dotarły do mnie głosy krytyczne w tej sprawie – jakby pierwszy kur zapiał). Dlaczego tak? Dlatego, że moim zdaniem trener Adam Nawałka nigdy nie uwierzył w tę reprezentację i jej możliwości.

W związku z powyższym do swojej „genialnej strategii” trener Nawałka potrzebuje przede wszystkim nie zawodników, a posłuszne wieże i koniki… dlatego wiedziałem, że powołania na te M.Ś. nie dostanie np. Adrian Mierzejewski czy młodzi zdolni, bo trener postawi na sprawdzone, doświadczone figury, przyzwyczajone już do jego taktyki i podejścia do piłki. Adam Nawałka wygląda tak, jakby chciał nie tyle uśpić czujność rywali, ale własnych zawodników… jakby marzył o maksymalnym zwolnieniu tempa meczu, a najlepiej w ogóle zatrzymywaniu czasu, aby mógł spokojnie analizować sytuację i podejmować właściwe decyzje… szczególnie po strzeleniu pierwszej bramki. Tak, bo mecze pod jego wodzą często składają się z dwóch faz – aktywna gra do czasu strzelenia pierwszego gola, a potem jakby wracało stare – oddanie inicjatywy i liczenie na ewentualne kontry. Jeszcze gorzej, gdy nie udaje się strzelić tej pierwszej bramki, bo wtedy i coraz częściej odnoszę takie wrażenie, że trener stoi przy linii bocznej i nie ma nie tylko pewności co zrobić, ale wręcz bladego pojęcia.

2. No właśnie – zero wariantów taktycznych. Jedna taktyka z ewentualnymi drobnymi modyfikacjami, a także nie stosowanie strategii (i składu) pod konkretnego rywala. Kiedyś Jerzy Engel (a może już i Janusz Wójcik) wiedząc, że piłkarsko jego drużyna odstaje od przeciwników i nie da się uskutecznić ataku pozycyjnego, a na polskie kontry już rzadko kto się nabiera, wprowadził elementy wolicjonalne i wysoki pressing na rywalu od początku meczu. Przyjemnie było oglądać tę nowość, szczególnie po dnie jakie osiągnęła reprezentacja lat dziewięćdziesiątych, często tłamszona bezlitośnie w nieustannej „obronie Częstochowy”  (pamiętam jeszcze ten ogrom bezsilności podczas gapienia się w ekran telewizora). Za Jerzego Engela tak na prawdę wstydziłem się tylko jednego meczu (z Portugalią) i to głównie za wynik 0:4, bo nie za taktykę czy wolę walki.

Adam Nawałka sprawiał początkowo wrażenie, jakby chciał wykorzystać potencjał ofensywny kadry i wprowadzić wreszcie element skutecznego ataku pozycyjnego. Podobał mi się – mimo porażki – mecz rewanżowy z Niemcami i odwaga gry otwartej; ale jak czas pokazał, trener jakby przestraszył się tej porażki, straconych trzech bramek i zaczął wycofywać z pomysłu gry otwartej oraz swobody pozostawianej graczom.

Mecz w Danii z końcówki ostatnich eliminacji definitywnie – mam wrażenie –  Adama Nawałkę przestraszył i odebrał resztki wiary w tę reprezentację… czy także  w siebie jako jej trenera? Było to faktycznie ostatnie ostrzeżenie – drugi kur. Niestety uznano wynik za wpadkę przy pracy (szczególnie po zwycięskim zakończeniu eliminacji). Bzdura oczywista – żadna klasowa drużyna nie dostaje takich batów od średniaka europejskiego z jednym klasowym zawodnikiem w polu. W każdym razie szansa na odpowiednie wnioski została zaprzepaszczona, a trener Nawałka ni z gruszki, ni z pietruszki zaczął poszukiwania nowego ustawienia w obronie z trzema obrońcami i to zaabsorbowało jego uwagę niemal całkowicie przez cały okres przygotowań do M.Ś… Domyślam się, że może chodzić o zero z tyłu, że to 0:4 z Danią zrobiło jednak swoje, ale nie tak jak powinno. Tylko czy bez wiary w swoich zawodników wszystko mogło się potoczyć inaczej?

Teraz gra ofensywna więc leży, a obrona – oczko w głowie trenera – która znowu wróciła do „normy” czwórki obrońców, zera z tyłu nie zagwarantowała i żadne coraz bardziej chaotyczne ruchy niczego dobrego przynieść już – obawiam się – nie mogą.

3. Wspomniałem o woli walki kadry Engela. Tam m.in. było jeden za wszystkich… W obecnej kadrze każdy ma swoje miejsce i musi radzić sobie sam. Niewyobrażalne, aby np. w meczu Portugalii kopano bezkarnie Ronaldo, a reszta zespołu stała i przyglądała się temu jak stado antylop na sawannie. W kadrze Nawałki to norma – zwijający się na murawie lider drużyny, gdy inni posłusznie zajmują wyznaczone pozycje, bo egzekutor rzutu wolnego już ustawia piłkę (o ile w ogóle sędzia podyktował jakiś rzut wolny). Żadna drużyna aspirująca do jakichkolwiek sukcesów tak się nie zachowuje.

Do tego dochodzi brak tzw. boiskowego cwaniactwa –  element niezbędny we współczesnym futbolu. Nie dla tej kadry. Ileż to razy, gdy rywal przejmuje inicjatywę i podkręca tempo, aż się prosi wykorzystać np. szczególnie jakiś ewidentny i ostry faul… i poleżeć nieco, podyskutować z sędzią, z przeciwnikami, wytrącić ich z rytmu. Przykład… Wspomniany mecz ze Szwajcarią. Prowadzimy 1:0, druga połowa, oddaliśmy inicjatywę i nagle następuje brutalny faul na Łukaszu Fabiańskim. Aż się prosiło zrobić małą awanturę, podyskutować z sędzią… potem interwencja sztabu medycznego etc. „Skradzione” kilka minut, oddech, mniej przebiegniętych kilometrów w kontekście ewentualnych kolejnych meczów. Tutaj nie minęła minuta, a Łukasz już wykopywał piłkę (potem, właśnie kilka minut przed końcem meczu straciliśmy bramkę).  Dlaczego tak? Nie wiem – przecież szachy to gra szlachetna i może po prostu nie wypada?

Sumując – z doświadczenia podszedłem ostrożnie do nowego trenera kadry (szczególnie po Waldemarze Fornaliku). Zwycięstwo nad Niemcami dało małą, racjonalną nadzieję na przyszłość, jeszcze bardziej rozbudzoną po otwartym meczu rewanżowym. Dalej jednak generalnie było coraz bardziej wsobnie i bojaźliwie. Na ile ten nastrój udziela się obecnie podskórnie wszystkim i dlatego celem na tych mistrzostwach (po kroku od medalu na ME) ma być wyjście z – ponoć dodatkowo – słabej grupy? Dlatego, tak jak napisałem we wcześniejszej notce (przed meczem z Senegalem), dobiega końca czas trenera Adama Nawałki, a zostanie on zapamiętany,  jako ten który po raz pierwszy pokonał Niemców. Tylko tyle i aż tyle.

Nie chcę wierzyć, że zaprzepaszczenie potencjału tej reprezentacji nie jest przypadkowe. Natomiast chciałbym wierzyć, że niemrawy początek na tych mistrzostwach jest planowy… że mylę się grubo, bo reprezentacja i jej trener wierzą jednak w sukces, dlatego oszczędzają siły i środki. Tak przecież dziś generalnie grają na turniejach faworyci – oszczędnie i z wyrachowaniem.

 

4
0
Zdjęcie profilowe Sambor Wielebor Sambor Wielebor

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Miłośnik Badmintona
Reprezentacja

No niestety albo oni czytali to przed meczem, albo „coś w tym jest”

wpDiscuz