Może by tak po angielsku?

 

W którymś z artykułów na Weszło.com pojawił się komentarz odnośnie nieprofesjonalności  różnej maści ekspertów telewizyjnych. Przy okazji któregoś z dużych wydarzeń europejskiej piłki, portal uchylił rąbka tajemnicy i wyjaśnił jak od kuchni wyglądają przygotowania do eksperckich wywiadów. Tezą postawioną w początkowej części owego artykułu skupiała się na miernym przygotowaniu merytorycznym takich ekspertów.

Nie pamiętam dokładnie tego artykułu, a także nie sądzę, żeby jego  podlinkowanie wzmocniło wartość merytoryczną tej notatki, ale tamten teksty mocno zapadł mi w pamięć. O artykule tym wspominam nie bez powodu, przypomniał mi się bowiem doskonale po obejrzeniu dzisiejszego wydania programu „Stan Fubtolu”.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, absolutnie nie zamierzam argumentować, że goście programu nie znają się na piłce, przyszli na kacu, nie mają nic ciekawego do powiedzenia, albo podobnie jak Kazek Węgrzyn czy Tomek Hajto mają problem z jasnym wyartykułowaniem tych bardziej złożonej myśli. Co to, to nie! Szczególny podziw dla sposobu wypowiedzi trenera Sterjlau.

Nieco irytujące wydały mi się natomiast rozważania dotyczące legalności niektórych pomysłów dotyczących organizacji naszej przaśnej ligi. O ile jeszcze Piotr Podoliński przyznał, że nie zna się na prawie i próbował uciekać od tej materii, tak pan Andrzej Sterjlau, przeświadczony o swej nieomylności, narzucał konsekwentnie określoną konwencję.

Mógłbym podeprzeć się konkretnymi przepisami prawa EU i wyrokami TSUE na uwiarygodnienie tego co za chwilę napiszę, ale nie miejsce i nie czas na to. Jeśli ktoś mi nie wierzy, może to oczywiście sprawdzić samodzielnie, ale:

– nie, nie jest możliwym wprowadzenie w Ekstraklasie ograniczenia w postaci minimalnej liczby Polaków w składzie zespołu rozgrywającego aktualnie mecz (analogiczne ograniczenie może dotyczyć obywateli wszystkich państw EU ale nie Polski),

– nie jest także możliwe zobowiązania klubów do wydawania określonej kwoty przychodów z praw telewizyjnych na określone cele infrastrukturalne.

Ok., to drugie stwierdzenie jest niceo prowokacyjne, bo zaproponowane przez Podolińskiego rozwiązanie nie jest możliwe do zastosowania na gruncie prawa powszechnego, ale jest możliwe w kontekście wewnętrznego regulaminu PZPN. Oznacza to, że klub nadal mógłby wydać całe środki na dowolny cel i nikt nie mógłby tego unieważnić, ale liczyć musiałby się z rygorem odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec PZPN lub Ekstraklasy. Sytuacja analogiczna jak w przypadku „financial fair play” w wykonaniu UEFA – niby narzuca ograniczenia, ale taki AC Milan ma to gdzieś i woli odpaść z europejskich pucharów niż  podporządkować się przepisom.

Zresztą analogia do „financial fair play” nasuwa się także na innych płaszczyznach. Zaproponowane przez Piotra Podolińskiego rozwiązanie byłoby omijane z jeszcze większą łatwością niż ograniczenia transferowe (pozdrawiam kreatywnych managerów PSG).

Nie o tym miała być jednak ta notatka. Wśród dziennikarzy Weszło.com zauważalna jest zmiana nastrojów odnośnie przepisu o młodzieżowcu. Prezentowany początkowo front absolutnej krytyki zastąpiony zostało przez kurs bardziej wypośrodkowany.

Ja natomiast od początku byłem zwolennikiem nakazu grania jednym młodzieżowcem. Nie daję bowiem wiary argumentom o tym, że dobry młodzieżowiec sam się wybroni i zawsze będzie grał w pierwszym składzie. Guzik prawda. Wskutek wprowadzenia tego przepisu szanse (lub więcej szans) na pokazie się dostało wielu młodych chłopaków, którzy przy innych okolicznościach musieliby czekać jeszcze parę sezonów zanim uznani zostaliby za wystarczająco dojrzałych. Wszyscy pamiętają chyba jeszcze ten wałkowany przez dziennikarzy żart, że w Polsce za młodego i perspektywicznego piłkarza uważa się zawodnika 24-o letniego grajka. Ten żart nie wziął się niestety znikąd, nasza piłkarska rzeczywistość była bowiem faktycznie taka, a nie inna. O tym, że trudno przebić się utalentowanym wychowankom pokazuje także historia hiszpańskich potęg (Barcelona chciał odpalić Puyola, ale wstawił się za nim Xavi).

Nikt nie powinien mieć także wątpliwości, że większość polskich klubów budowana jest na tu i teraz. Stąd przecież bierze się tendencja do sprowadzania wątpliwej jakości obcokrajowców z mniej lub bardziej egzotycznych miejsc (6 liga angielska!). Tendencja, która bierze górę nad rozsądnym ale powolnym budowaniem piłki nożnej od podstaw. Przypominam, że Jan Bednarek tuż przed tym jak podpisał kontrakt z drużyną z Premier League nie do końca łapał się do gry w pierwszoligowym Górniku Łęczna. Czy bardziej prawdopodobne jest, że przez dzielące te dwa wydarzenia miesiące zawodnik zrobił aż takie duże postępy, czy może bardziej jednak było tak, że w Górniku na potencjale Janka się nie poznali albo nie chcieli ryzykować gry „młodym i niedoświadczonym”.

Prewencyjnie odniosę się do jednego z kluczowych argumentów przeciwników tego rozwiązania. Otóż zdaniem niektórych w gospodarce wolnorynkowej nie można narzucać takich ograniczeń i mówić komuś co ma robić na swoim poletku. Jasne, panującym ustrojem gospodarczym w polskim Internecie jest licealny neoliberalizm wolnorynkowy. Tymczasem ekonomiści (ale ci dyplomowani na uczelniach, a nie na youtubie) są raczej zgodni, że interwencjonizm państwowy jest konieczny i pozwala na osiąganie lepszych wyników w dłużej perspektywie czasowej (umiejętne spowolnienie gospodarki pozwala na minimalizację ujemnych skutków gospodarczych i społecznych nieuniknionej przecież recesji).

Uważam, że nakładanie podobnych nakazów i ograniczeń przez PZPN czy Ekstraklasę nie jest co do zasady niczym złym, a wszystko sprowadza się do kwestii rozmiaru takiej odgórnej ingerencji. Rezultaty wprowadzenia nakazu gry młodzieżowcem skłaniają coraz więcej osób do wygłaszania przychylnych opinii wobec tego pomysłu. Z drugiej strony pomysł z ograniczeniem transferów spoza EU okazał się całkowitą klapą, zgodnie z oczekiwaniami zresztą.

Podobne zabiegi – te w zakresie narzucania reguł ograniczających wolny rynek z obawy o zwycięstwie chęci szybkiego zysku nad długofalowym efektem skali – nie są zresztą niczym nowym. W Hiszpanii obowiązuje limit dotyczący gry zawodnikami spoza EU. Tam taki pomysł ma swoje uzasadnienie, gdyż realna jest obawa zalania rynku tanimi zawodnikami z Ameryki Południowej, a tymczasem Hiszpanie mają doskonałych zawodników rodzimych, których w jakiś sposób należy chronić. U nas szrot z przykładowej Ukrainy zastąpił jeszcze większy szrot ze Słowacji.

W Premier Leaugue funkcjonuje natomiast nakaz posiadania określonej liczby wychowanków angielskich klubów. Wracając do wątków legalności,  wychowanek angielskiego klubu jest tak zdefiniowany, że w kategorii tej mieści się nadal Wojtek Szczęsny, Polak rodak z krwi i kości. Stosowna regulacja pozwalająca na uzyskanie statusu wychowanka przez zawodników z różnych państw nie stoi w sprzeczności z zasadą swobodnego przepływu osób, ustanowionej w Traktatach UE i dlatego jest legalna.

Dlatego właśnie postuluję wprowadzenia podobnego obowiązku w Ekstraklasie. Oczywiście z innych pobudek niż w Premier League. W Anglii ratio legis takiego obostrzenia sprowadza się do obawy przed przejęciem totalnej kontroli przez płynące strumieniem pieniądze. Właściciel takiego Sunderlandu mógły bowiem dojść do wniosku, że łatwiej kupić mu połowę kadry Kolumbii (pozdrawiam brazylijską Pogoń Szczecin pana Ptaka), niż wychować choćby jednego piłkarza w swojej akademii. Tymczasem efekt narzucony ograniczeń jest taki, że młodzieżowe reprezentacje Anglii zaczęły odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej, co wcześniej zdarzało się raczej wyjątkowo. Zresztą zakładam, że każdy czytelnik potrafi wymienić z głowy kilka nazwisk młodych anglików, którzy mają zadatki na przyszłe gwiazdy światowego futbolu.

W naszych pszenno—buraczanych realiach nie musimy obawiać się nadmiaru kapitału, którzy zagraża rozwojowi naszych młodych talentów. Bynajmniej, tego nie musimy się obawiać. Musimy jednak mieć świadomość, że bez inwestycji w szkolenie, nie będzie polskiej piłki – ani klubowej, ani reprezentacyjnej.

Dlaczego nie wymusić więc na klubach, żeby np. połowa kadry meczowej składał się z wychowanków polskich klubów? Oczywiście nie od razu, przykład Lechii Gdańsk, która zabiera na zgrupowania młodzież w wieku szkolnej pokazuje nie tylko, że szkolenie jest potrzebne, bo zawodnicy kontraktowi dzisiaj są a jutro ich nie ma i zawsze najłatwiej uzupełnić ich jest właśnie młodzieżą. Przykład Lechii pokazuje także, że nawet kluby uważane w naszej lidze za poważne nie mają na dziś żadnego zaplecza.

Dlatego przepisy proponuję zaostrzać stopniowo. Wyznaczyć cel  – za 10 lat połowę składu mają stanowić wychowankowie i powoli zmierzać do tego stanu. Jest już wymóg jednego młodzieżowca. To za rok wprowadzimy drugiego. Za 3 lata wprowadzimy 4 wychowanków w tym 2 młodzieżowców i tak dalej.

Gra młodzieżowcami, wychowankami i ogólnie młodymi polakami nie musi być groźna. Żywym przykładem niech będzie Lech Poznań, z którego śmiano się na łamach Weszło.com, że gra składem zaczerpniętym z „Akademii Pana Kleksa”. Tymczasem ten Lech, już w pierwszym roku trwania szeroko krytykowanego eksperymentu polegającego na oparciu składu o zawodników z akademii udowadnia, że z takim składem można osiągnąć niemało. Po dzisiejszym zwycięstwie nad Rakowem Częstochowa poznaniacy tracą do trzeciego w tabeli Śląska zaledwie jeden punkt. Jasne, ktoś powie, że Lech powinien mieć większa ambicje ale na tę chwilę to wynik znacznie lepszy niż w poprzednim sezonie, a wobec początkowego sceptycyzmu środowiska piłkarskiego, ten wynik uznać można za sporo zaskoczenie i pozycję znacznie wyższą niż zakładano. Oczywiście ktoś inny powie, że Lech przegra dwa kolejne mecze i straci tę pozycję. Być może, ale raczej poza pierwszą ósemkę nie wypadnie, wiec gorzej niż w zeszłym sezonie też nie będzie. A tymczasem wychowankowie się rozwijają (kto nie widział bramki Modera niech obejrzy. Zresztą rajdy Jóźwiaka też były miłe dla oka).

Kiedyś na Weszło.com pojawił się też artykuł odnośnie tego, jak wysoki jest udział zawodników Lecha Poznań w kadrach narodowych poszczególnych szczebli. Na dziś w dorosłej reprezentacji to Bednarek, Linetty (no przecież wróci), Kownacki, Kędziora, a także w mniejszym stopniu Bereszyński  czy Bielik. Gdyby tylko inne klubu mogłyby się pochwalić podobnymi efektami szkoleniowymi, to może kompromitacji z Senegalem udałoby się uniknąć.

O tym jak bardzo stawianie na młodzież i gra wychowankami przeszkadza w odnoszeniu sukcesów pokazuje Ajax Amsterdam. Naturalnie, należy zachować wszelkie proporcje, nikt nie uwierzy, że grający młodziakami Piast Gliwice zmierzy się w meczu i finał Ligi Mistrzów z Tottenhamem. Nie sądzę jednak, żeby ten sam Piast Gliwice ogrywających najzdolniejszych młodych Ślązaków nie mógł mierzyć się w batalii o fazę grupową Ligi Europy.

Dużo mówi się o wyjazdach z Ekstraklasy. Mówi się też, że wychowanków nie opłaca się szkolić, bo ledwo pograją 2 dobre sezony i wyjeżdżają. Po pierwsze niech wyjeżdżają! Sprzedaż zawodnika to wpływ do kasy klubu i szansa na sensowny transfer piłkarza zagranicznego. Poza tym nie wszyscy się na wyjazd nadają i obce kluby ich nie chcą (#KuchyKing). Inni wyjeżdżają i po niepowodzeniach wracają do Polski (Starzyński, Jach). Naprawdę ktoś sądzi, że liga w której grałoby więcej Kucharczyków, Starzyńskich i Jachów byłaby gorsza od tego, co obserwujemy tydzień w tydzień?

1
0
Zdjęcie profilowe Odjaniepawlacz_drugi Odjaniepawlacz_drugi

KOMENTARZE ()