Łyżka dziegciu w beczce miodu

Wczoraj zakończył się Wyścig Dookoła Kraju Basków. Ta impreza, która przez wielu uznawana jest za najciekawszą tygodniówkę w kolarskim kalendarzu, jak zwykle zakończyła się sukcesem. Licznie zgromadzeni przy trasie kibice, wspaniałe pojedynki gwiazd światowego peletonu i emocje do samego końca- wyścig idealny, czyż nie? Cóż, było blisko, ale moim zdaniem jedną rzecz można było mu zarzucić- nieco zbyt dużą rolę odgrywało w nim szczęście.

Szczęście, a raczej brak pecha, który towarzyszył faworytom już od drugiego dnia wyścigu. Pierwszą ofiarą kapryśnej fortuny był Adam Yates. Brytyjczyk przyjechał do Kraju Basków, by po raz pierwszy w tym sezonie wygrać klasyfikację generalną wyścigu wieloetapowe. Po czasówce na pierwszym etapie był na bardzo dobrej drodze, by ten cel osiągnąć- był piąty – wyprzedzili go jedynie Schachmann, Alaphilippe, Kwiatkowski i Martinez, których w dalszej fazie wyścigu spokojnie mógł urwać na podjazdach.

Tylko że zanim te podjazdy się zaczęły on praktycznie stracił szansę na zwycięstwo- wszystko przez defekt roweru, do którego doszło na 10 kilometrów przed metą. Anglik spadł do drugiej grupy, która do peletonu traciła 48 sekund i pomimo pomocy pozostałych kolarzy Mitcheltona nie udało się zmniejszyć straty, która na mecie wyniosła ponad minutę.

Na szczęście po tym wszystkim zwycięzca ostatniej Vuelty  brat bliźniak zwycięzcy ostatniej Vuelty był w stanie się pozbierać i jeszcze odegrał ważną rolę w wyścigu (a gdyby od czasu odjąć tą straconą minutę, to wygrałby cały wyścig)- co innego Thomas, Alaphilippe i Kwiatkowski, których pech dopadł dzień później. Oni ucierpieli po gigantycznej kraksie, do której doszło na kilka kilometrów przed metą po wywrotce jednego z kolarzy Deceunicku (prawdopodobnie Enric Mas).

Thomas wprawdzie pojechał dalej, ale stracił masę czasu, więc w dalszej części wyścigu już się nie liczył, natomiast Polak i Francuz postanowili się wycofać z wyścigu. I tego na pewno możemy żałować, bo choć dalsza część wyścigu pokazała, że w klasyfikacji generalnej pewnie i tak by się nie liczyli, to jednak ich pojedynki na 3. i 4. etapie mogłyby być bardzo ciekawe.

Więcej szczęścia miał prawdopodobny sprawca całego zamieszania- on szybko się pozbierał, przyjechał nieco ponad minutę za zwycięzcą, a na kolejnych etapach walczył o czołowe lokaty, dzięki czemu ostatecznie skończył na miejscu 11. Pięć miejsc przed nim znalazł się Tadej Pogacar, który przez kraksę stracił minutę, jednak jego świetna jazda na kolejnych etapach sprawiła, że ta minuta nie miała żadnego znaczenia- i tak zajął w wyścigu świetne 6. miejsce.

Sytuacja powtórzyła się w czwartek- znów na ostatnich 10 kilometrach, znów z przodu peletonu doszło do kraksy. I znów całą sytuację wywołał świetny zawodnik- tym razem Alexey Lutsenko. Mokra nawierzchnia sprawiła, że jadący na czele głównej grupy Kazach wpadł w poślizg, spowodował upadek zawodnika Deceunicku- Honore’a, który zabrał za sobą połowę peletonu.

Tym razem fortuna okazała się łaskawa dla zawodników ze ścisłego topu, ale w kraksie ucierpiał choćby Pello Bilbao. Dla niego ten wyścig był bardzo ważny, ponieważ pochodzi z Guerniki- jednego z najsłynniejszych miast w Baskonii i zapowiadało się, że może poprawić swój najlepszy wynik w „swojej” tygodniówce- do tej pory był co najwyżej 8., a w chwili upadku był 7. w kolejce po żółtą koszulkę. Oczywiście gdy przejechał linię mety kilka minut za czołówką szansa przepadła.

Wisienką na torcie była sytuacja, która przydarzyła się wczoraj Emanuelowi Buchamannowi. Niemiec, który jeszcze po piątkowym etapie był właścicielem żółtej koszulki wczoraj miał gorszy dzień, co wykorzystali rywale, którzy odjechali mu na prawie dwie minuty. Na szczęście na ostatnich dwóch podjazdach udało mu się trochę nadrobić, dzięki czemu szansa na podium znów zaczęła coraz wyraźniej widnieć na horyzoncie.

I gdy wydawało się, że Niemiec jednak stanie na podium- być może nawet na jego drugim stopniu, gdy nagle, jakieś trzysta metrów przed metą, kompletnie nie wiedzieć czemu, zjechał w jakąś małą boczną uliczkę, zamiast jechać, zgodnie z trasą, prosto. Musiał więc zawracać, wytracił prędkość, na czym stracił pewnie z 15 sekund- podium przepadło.

I ciężko tu nie winić organizatorów. Bo choć ruch kolegi Rafała Majki z ekipy wyglądał z boku na kompletnie irracjonalny, to jednak po przemyśleniu sprawy da się go zrozumieć. W końcu był skrajnie wyczerpany pogonią, przez co jego mózg pewnie nie pracował tak jak należy, więc postawiony przed wyborem „skręcić, czy jechać prosto” mógł podjąć złą decyzję. Do takich rozterek organizatorzy nie powinni dopuścić.

Na szczęście szybko przyznali się do błędu- zaliczyli Niemcowi czas Mollemy, który jechał tuż za nim i zachował się dużo przytomniej, wybierając dobrą drogę. Choć nie obyło się bez głosów krytyki- choćby Fuglsanga, który dał wyraz swojego rozgoryczenia po utracie miejsca na podium, to jednak wydaje się, że decyzja była słuszna. Zresztą podobną podjęto przed dwoma laty, po zakończeniu jednego z etapów Tour de France- wtedy Porte’owi i Froome’owi, którzy ucierpieli po kraksie z motocyklem zaliczyli czas… Mollemy, który wtedy także popisał się sprytem.

Dlatego teraz Buchmann może świętować. Mam tylko nadzieję, że do tego świętowania zaprosi także Holendra- w końcu gdyby nie on, kto wie, czy organizatorzy byliby mu w stanie jakoś pomóc.

Więcej moich wpisów znajdziesz TUTAJ

1
0
Zdjęcie profilowe Bartek12 Bartek12

KOMENTARZE ()