Klub złamanych serc

Surrealism-Featured

Życie potrafi być naprawdę przewrotne. Nigdy bowiem nie powiedziałbym, że polska piłka jest ciekawsza od „Gry o tron”. Książki z tego uniwersum przeczytałem, z serialem jestem na bieżąco, a mimo to nie ona nawet w połowie tak emocjonująca, tak obfitująca w zwroty akcji, jak nasza kochana piłka kopana. Pozwoliłem sobie zrobić krótką listę tych „postaci”, które w tym sezonie poległy.

 

Mamy Zagłębie Sosnowiec już pogodzone ze swoim losem. Nie, żebym się tego nie spodziewał. Jeśli bowiem gwarantami w Twojej obronie mają być Polczak i Toth, to tak jakbyś do remontu domu zatrudnił Pata i Mata z „Sąsiadów”. Owszem, mają narzędzia, lecz zamiast remontu to zrobią ci jeden wielki burdel. Tak samo było z pocieszną gromadką z Sosnowca. Słowak miał pomóc w utrzymaniu a tymczasem okazał się jednym wielkim kamieniem u szyi. Parafrazując słynny cytat z „Gwiezdnych Wojen” – „Byłeś wybrany! Miałeś utrzymać Zagłębie w Ekstraklasie a nie je zrzucić!”. Choć tak szczerze raczej nikt za nimi tęsknił nie będzie.

Ta lista nie mogła się obejść bez Ruchu Chorzów. Moich osobistych ulubieńców. Kiedyś powiedziałem, że kibice Ruchu są jak bita żona – wierzą, że będzie lepiej mimo ciosów dawanych mu przez zarząd. Pozwolę sobie dodać do tego określenia syndrom wyparcia. Ciągle bowiem siedzą w tej bańce zwanej „BYŁEM”. Byłem Mistrzem Polski, byłem w Ekstraklasie, byłem królem balu a wszystkie dziewczyny na studniówce były moje, niemożliwe więc, że mogę upaść. Przypomina mi to historię z mojej studniówki, kiedy siedziałem przy stole (nie miałem osoby towarzyszącej więc po prostu siedziałem i piłem wódkę, jako jedyny bez popitki co bardzo imponowało towarzystwu) a niedaleko mnie siedział kompletnie wstawiony wuefista. Opowiadał o tym jak to był sportowcem, do znudzenia mówił o tym gdzie on nie był i czego nie zrobił i że jego karierę przerwał zbieg okoliczności..”Byłem, byłem, byłem…”. Wtedy poszedł inny nauczyciel i rzucił:
– No właśnie kurwa, byłeś. Wystarczy.

Tak samo jest z Ruchem. Byliście wielcy i już nie jesteście. Wystarczy. Obyście poszli naprzód i wrócili silniejsi. Lecz jeśli chcecie robić radykalne zmiany, żądać inwestora i zmiany zarządu w dwa tygodnie to, delikatnie mówiąc, zazdroszczę Wam optymizmu.

Widzew Łódź? Przypomina mi Marcina Najmana. „El Testosteron”, wielki nabuzowany facet znający, ponoć, wszelakie sztuki walki. Widzew miał ogromny budżet, celem było ustawienie sobie ligi tak, by to Widzew sobie grał w piłeczkę a reszta drużyn miała być gówniarzami przeganianymi z orlika przez starszyznę z Łodzi. Jednak gen Najmana został aktywowany i jak ten przypierdolił w piszczel i wyłączył się z walki tak drużyna Paszulewicza sama wyautowała się z walki o awans. A jest to tym bardziej dla nich bolesne, bo ŁKS wraca do Ekstraklasy. Niektórzy wierzą w karmę. Ja tam nie jestem zbyt wierzący, ale wiem jedno. Jeśli istnieje to tutaj zadziałała wręcz perfekcyjnie. Pamiętam gdy ŁKS już się rozpadał a piłkarze jedli kanapki ze stacji benzynowej. Wiecie kto się najbardziej śmiał z tego całego burdelu? Cacek i jego przydupasy. A teraz Cacek chowa ostatnie zegarki przed komornikiem, Widzew gnije w II lidze, a ŁKS wraca do Ekstraklasy. Nie mówiłem, że to ciekawsze niż „Gra o tron”?

Legia Warszawa? Niczym Mufasa z „Króla Lwa” trzyma się pazurami półki skalnej by nie spaść w przepaść. Może się jeszcze wygrzebać, lecz już nie wszystko od nich zależy. Muszą jeszcze liczyć na wpadkę Piasta. Jeśli słowem-kluczem I, II, III ligi jest BYŁEM tak dla Ekstraklasy tym słowem jest LICZĘ.

-Liczę na to, że konkurent się wyłoży.
-Liczę na to, że przeciwnik oleje ten mecz.
-Liczę, że może sędzia nie zauważy.
-Liczę na to, że bramkarz/obrońca dostanie wylewu.

Koniec końców ktoś z tej kalkulacji wychodzi zwycięsko i trafia na salony Europy gdzie po krótkiej gadce ktoś krzyknie „Te, Pitagoras, wypierdalaj” – i tak do następnego sezonu.

Mam nadzieję, że kiedyś, prawdopodobnie jak mnie już wśród nas nie będzie, kluby i piłkarze zrozumieją, że nie ma co żyć przeszłością ani patrzeć w przyszłość. Liczy się tu i teraz. Dziewięćdziesiąt minut, to i tylko to. Z tego się składają statystyki, zwycięstwa i puchary – a nie z tego czy ktoś zdobył Puchar Sołtysa czy z korzystnego układu spotkań.

To samo tyczy się życia. Nie myślcie o tym co było kiedyś, bo nawet jeśli odwaliliście najbardziej wstydliwą rzecz w Waszym życiu to tego nie zmienicie. To już było. Nie macie też co patrzeć w dal, bo możliwe, że jutro wylądujecie w szpitalu, albo ktoś Was potrąci samochodem na pasach i tyle z Waszych planów. Żyjcie chwilą i napawajcie się życiem. Radujcie się grą w piłkę, wyjściem z dziewczyną/chłopakiem na spacer. Carpe diem, jak to pisał jeden z moich ulubionych kryptohedonistów, Horacy. Skoro mówię to Wam ja, smutny człowiek sprzed komputera, którego największym atutem jest mocna głowa do chlania, to znaczy, że coś jest na rzeczy.

Jeśli jest jakaś rzecz, która łączy i piłkę i życie to to, że tlenem dla nich jest pasja a trucizną stagnacja czy przesadna kalkulacja.

 

2
0
Zdjęcie profilowe BC BC

KOMENTARZE ()