Image and video hosting by TinyPic
JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #17
Trybuna

JAK CO JAKIŚ CZAS… JANUSZ WÓJCIK! #17

Witajcie!

Jak zapewne dobrze wiecie, nie było mnie na tegorocznej Wielkiej Gali Weszło. Ale miałem swoje powody. W tym samym czasie znajdowałem się na liniowcu transatlantyckim RMS Queen Mary 2, na którym mój przyjaciel, Kapitan Iglo, udostępnił mi kabinę typu Grand Duplexes wraz z barkiem w opcji All Inclusive. Negocjowałem tam warunki mojego kontraktu z pewnym poważanym klubem. Jeszcze nic nie jest podpisane, ale widać, że te misie traktują mnie serio- na negocjacjach pojawił się sam prezes klubu. Jako że negocjacje wkroczyły w decydującą fazę i ciągle trwają, wyjątkowo jestem zmuszony zmienić nazwisko prezesa oraz innych osób powiązanych z tym klubem, bo są to informacje tajne łamane przez poufne.

Wypłynęliśmy z Dubaju, i kierowaliśmy się wzdłuż brzegu Omanu, w stronę Madagaskaru. Słońce było w zenicie, tak więc dla ochłody pakowaliśmy do whisky po kostce lodu. Prezes rozpoczął swoją litanię, jaki to wspaniały projekt ma zamiar stworzyć, i że mu całe środowisko podpowiada moją kandydaturę, a on z kolei tak bardzo wierzy w obecnego trenera, i że nie wie, i że by chciał, ale nie jest pewien… kurwa, gorzej niż baba w ciucholandzie.

-Pierdolisz Mariusz!- przerwałem mu w końcu ten smętny konflikt wewnętrzny, którym od 15 minut się ze mną dzielił. Prezes wielkiego klubu, Mariusz Dioduski, aż podskoczył na barowym stołku. Zorientował się, że taką niezdecydowaną postawą może co najwyżej rozsierdzić lwa, który przed nim siedzi.

-No… no.. dobrze. To może… to może Ty mnie przekonasz, dlaczego miałbym Cię zatrudnić?

-Patrzcie Państwo!- wykrzyknąłem teatralnie do całego baru.- Znalazłem się na pokładzie tego statku z zamiarem odwiedzin mojego serdecznego przyjaciela, kapitana Iglo, a ten tutaj rozczochrany chujek dosiadł się w Pakistanie specjalnie po to, żeby ze mną pogadać. I on mi teraz wali w ryj tekstem „przekonaj mnie, żebym Cię zatrudnił!”. Pijany, albo niespełna rozumu!

Stali bywalcy baru, którzy wsłuchali się w mój monolog, kiwali głowami niczym pieski w Polonezie, potakując moim słowom. Czując, że trzymam tego misia w garści, kontynuowałem swój wywód.

-Ale dobrze, skoro chcesz, to dam Ci kilka argumentów. Chcesz golić frajerów, a nie potrafisz ogolić czupryny na głowie. W dodatku jedyny zawodnik, który trzyma całą obronę, za chwilę spieprzy Ci za granicę. Mało tego, ani się obejrzysz, a gwiazdor środka pola też spakuje manatki i ucieknie. Chłopie, drużyna Ci się rozpada, i wiesz, że Pan Niania, którego posadziliście na trenerskim stołku, przepierdoli następny sezon.

-Nie wiem, on ma talent do pracy z młodymi, potrafi znaleźć z nimi wspólny język…

-Talent do pracy z młodymi! Ja przywiozłem srebro z Barcelony z drużyną U-23, a Ty mi mówisz że Pan Niania ma talent do pracy z młodzieżą!

Mariusz Dioduski zamyślił się za chwilę, a ja zacząłem wiercić mu dziurę w brzuchu.

-Pomyśl, misiu kolorowy, klasowa drużyna, z prawdziwym hersztem bandy za sterami… kto mógłby nas powstrzymać?

-PIRACI!!!-rozległ się obcy krzyk po całym barze.

-Kto?

-Piraci! Na morzu! Płyną do nas!- I nagle panika! Ludzie taranują stoliki, uciekają do szalup ratunkowych, dzieci płaczą, kobiety przysięgają mężom że nie oddadzą się po dobroci. Masowa histeria po prostu.

Zostawiłem Szopena i poszedłem na mostek kapitański, do kapitana Iglo.

-Ahoj załoga! Iglo, ja tu mam bardzo ważne rozmowy kontraktowe, czy mógłbyś z łaski swojej uspokoić tą hołotę?- pokazałem na panikujący tłum.

-Nie dziw im się, Janusz. To statek turystyczny. Moja załoga nie posiada broni, sam statek również nie ma ani jednego działa, więc piraci bez trudu przeprowadzą abordaż. Nie martw się, wypuszczą nas za dwa miesiące. Albo jacyś wojskowi nas odbiją…

Nie mogłem do tego dopuścić. Lada chwila miałem podpisać kontrakt z nowym klubem, nie miałem zamiaru gnić przez dwa miesiące na jakimś somalijskim zadupiu.

-Pokaż mi ich okręt. -powiedziałem do kapitana Iglo.- Rozpoznam ich słabe punkty i zdecyduję od której strony przeprowadzić abordaż.

-Wujo, ale to tak nie działa. Dziś piraci walczą inaczej. Nie posiadają wielkich okrętów, działają bardziej… partyzancko. Jeśli chcesz zobaczyć, z jakim zagrożeniem mamy tutaj do czynienia, to za parę minut nadpłyną od lewej burty!

Wyszedłem z mostku i udałem się do baru. Prezez Dioduski siedział tylko pod stołem, mamrocząc do siebie:

-Jestem prezesem poważnego klubu, na co mi to było… mogłem wysłać Ebona, jego by nie porwali, albo nawet wzięli za swojego! Ja tu ginę, mamo… Nie chcę umierać. Nie tutaj, nie teraz!

Jako że wszyscy się pochowali po kajutach, uznałem że w barze obowiązuje samoobsługa, i nalałem sobie potrójnego Jasia. Gdy tak sączyłem drinka, składającego się z whisky i szklanki, zobaczyłem jakieś punkty na horyzoncie. Wyszedłem na lewą burtę, przyłożyłem wzrok do lornetki turystycznej zamontowanej na pokładzie i… omal nie udusiłem się ze śmiechu.

-Chodź!- Powiedziałem do Dioduskiego, wyciągając go za nogę spod barowego stołu. Nie zależałoby mi na nim, gdyby nie fakt, że facet był moim przyszłym pracodawcą. Wolałem żeby nie zrobił nic głupiego w akcie paniki.

Po raz drugi wparowałem na mostek kapitański,tym razem z Mariuszem pod pachą.

-To wy się, kurwa, tego boicie?!

Załoga znajdująca się przy kapitanie przestała na chwilę pracować. Iglo zabrał głos.

-Wujo, ale z piratami nie ma żartów.

-Nie ma żartów? Nie ma, kurwa, żartów?! Przecież Ci piraci sami w sobie są jednym, wielkim, pierdolonym żartem! To ja myślałem że atakuje nas, no nie wiem, niszczyciel, korweta, czy chociażby kuter desantowy… A to nic więcej, jak banda Murzynów na dwóch zardzewiałych 40-letnich łodziach rybackich, z doczepionymi silnikami Suzuki, o łącznej mocy 15 koni.

-Ale oni mają bron! Przecież podziurawią cały kadłub i pójdziemy na dno…- wtrącił się prezes Dioduski, pogrążając się w coraz większej rozpaczy.

-Czym kurwa podziurawią, 30-lenimi kałachami?! Prędzej te giwery zatną im się w rękach i wybuchną, niż pozwolą na oddanie celnej serii.- po czym odwróciłem się do kapitana Iglo. -Kapitanie, obronię statek przed tymi piratami. Świat jeszcze nie upadł na łeb, żeby banda wymoczków na starych łajbach mogła ot tak porwać Wójcika. Proszę iść do kuchni i przygotować mi parę arbuzów oraz ananasów. Potrzebuję amunicji. Niech wszystko czeka na lewej burcie, tej od której przypływają piraci. Aha, i proszę wywiesić biało-czerwoną na maszt. Czas ładować w dupę frajerów.

-Tak jest!- zasalutował Iglo.

-Panie kapitanie!

-Tak, Wujo?

-I skrzynkę spirytusu rektyfikowanego. Do opatrywania ran.

Cały czas trzymając Mariusza pod pachą, prędko udałem się na burtę. Piraci byli już niebezpiecznie blisko statku. Szykowali się do rzucenia lin aby przeprowadzić abordaż. W tym celu prowadzili ogień zaporowy w kierunku burty. Ja miałem do dyspozycji dwa arbuzy, dwa ananasy, pół skrzynki spirytusu, oraz spanikowanego Dioduskiego. Chciałem trochę rozluźnić atmosferę, dlatego zagadałem do Mariusza:

-Misiu, a w ogóle to dlaczego na rejs tym statkiem wsiadłeś w Pakistanie?

Prezes trochę się zawstydził, ale przynajmniej przestał się trząść jak osika, i odpowiedział:

-Wiesz Wujo, wmówiłem mediom, że budżet za zdobyte mistrzostwo się nie spina. Chcę uwiarygodnić wersję, że to przez styl życia poprzedniego prezesa słupki się nie zgadzają. Dlatego muszę trochę przyoszczędzić na pokaz. Wiesz, tak dla picu latam klasą ekonomiczną, czy jeżdżę do pracy tramwajem, z teczką i pudełkiem śniadaniowym pod ręką. A że z tego pudełka za klubowe pieniądze wpieprzam czarny kawior i zapijam Dom Perignon w gabinecie? Tym się już nikt nie interesuje.- uśmiechnął się Dioduski. Ta ciepła, rozdygotana klucha nawet zaimponowała mi swoją przebiegłością.

-Dobrze Mariuszku, ale dalej mi nie odpowiedziałeś na pytanie, dlaczego wsiadłeś na pokład na jakimś zadupiu w Pakistanie?

-Nasz dyrektor sportowy ma biuro podróży, Żebrak Travel się nazywa. No i mi załatwił po taniości. Tylko, że przelot był właśnie z Pakistanu… Oczywiście klasa Eko, no i z przesiadkami w Tibilisi i Aszchabadzie. Z Aszchabadu do Karaczi, a później już do portu, na specjalnie dla mnie podstawionym ośle. Wiem, bo na pośladkach miał moje inicjały. I tak podróż na rejs zajęła mi 78 godzin. Sama kajuta również mogłaby być nieco bardziej, powiedzmy, ekskluzywna, bo trochę czuć wilgoć. I wiadro, które robi za toaletę, jest wymieniane tylko raz dziennie, ale poza tym to nie ma na co narzekać. Tak mi to Żebrak Travel ogarnął, że z całą wycieczką zamknąłem się w pięciu stówach! W dodatku bar i bufet są wliczone w cenę, o ile korzysta się od 4:00 do 4:15 rano, a dziewczynki zasponsoruje mi następny transfer. Może Łysego? A może jednak Dyrygenta?

Kule, które zaczęły mu świstać nad czupryną, skutecznie przerwały rozmyślania, dzięki któremu ze swoich zawodników Dioduski w najbliższym czasie zamoczy. Ja natomiast wziąłem arbuza do ręki, i zza barierki wycelowałem na prawo od podpływającej łodzi. Nagle ogień ustał. Wychyliłem się zza osłony i patrzyłem na to co się dzieje. Nawet Mariusz wstał i z zaciekawieniem obserwował zachowanie piratów.

-Wujo… co oni robią?

-Nie pierdol, tylko rzucaj te ananasy! Mój plan się powiódł.- odrzekłem z dumą.- Widzisz, misiu kolorowy, tu jest Somalia. Ci goście nie widzieli jedzenia na oczy od tygodnia. Rzuć im trochę owoców, to oni popierdolą ten abordaż i zaczną się zabijać o to, który pierwszy do nich dopłynie!

I było dokładnie tak, jak przewidywałem. Jak zobaczyli arbuza i dwa ananasy, to zaczęli wiosłować do nich rękami, ku niezadowoleniu operatora 7,5-konnego silnika Suzuki. Jak podpłynęli do owoców, próbowali je dosięgnąć, ale jak któremuś się udawało, to reszta wskakiwała mu na kark, żeby w ostatnim momencie przechwycić upragnioną zdobycz. I tak ta banda niezdyscyplinowanych baranów przeważyła łódź.

Została jeszcze jedna załoga. Ci byli sprytniejsi. Wiedzieli, że nie zdobędą owoców, bo poprzednia załoga już była w wodzie, i szybciej by do nich dopłynęła. Zaczęli również walić z kałachów do topielców, jak do kaczek. Z uwagi na stan swojej łodzi, musieli obawiać się przeciążenia, oraz tego, że taki baran z ananasem w pysku przechyli łódź przy wchodzeniu. Spojrzałem wtedy na przerażonego Mariusza Dioduskiego, i powiedziałem:

-Panie Prezesie ciężko mi to mówić, ale… nie obronimy się przed nimi za pomocą paru owoców. Prezesie, muszę dokonać aktu najwyższego poświęcenia…

Na twarzy Dioduskiego strach mieszał się z podziwem wobec mnie. Oto ja, Janusz Wójcik, ostatni Trener przez wielkie „T”, chodząca encyklopedia szkoleniowa, zdecydowałem się na tak drastyczny krok, w celu ochrony życia pasażerów.

-Panie Prezesie, mam do Pana prośbę. Czy mogę prosić Pana o marynarkę? Potrzebuję czegoś z wytrzymałego materiału.

Mariusz bez wahania, lecz z łezką w oku, oddał mi swoją marynarkę od Armaniego, a następnie udał się pod pokład, do swojej zawilgoconej kajuty ze świeżo zmienionym wiadrem na szczyny, którą wynajęło mu biuro podróży Żebrak Travel.

A ja zrobiłem, co musiałem zrobić. Poświęcenie. Słowo klucz w mojej pracy, jak i w całym życiu. Z bólem serca wyciągnąłem flaszkę spirytusu rektyfikowanego, wyrwałem rękaw z marynarki Kudłatego, owinąłem go wokół butelki i podpaliłem, kiedy już dobrze się nasączył. W ten sposób stworzyłem „koktajl Wójcika”, rodzimą odpowiedź na kacapskiego Mołotowa. Wiedziałem, że jeśli spudłuję, prawdopodobnie będę musiał obciąć drugi rękaw z marynarki prezesa i co najgorsze, wyrzucić do tych bambusów drugą flaszkę spirolu. Ta myśl dodała mi motywacji. Wycelowałem, zrobiłem zamach i… lepiej nie mogłem trafić! Butelka z drogocennym płynem pierdolnęła z mocą tysiąca słońc w sam środek tej ich zafajdanej łajby. Jak Murzyni zobaczyli co do nich leci, to żaden odważny nie został na pokładzie. Później przez radio słyszałem, że ze strachu zapierdalali kraulem pod sam brzeg Somalii, takie im zafundowałem fajerwerki.

burning skiff 16x9

Łódź somalijskich piratów, która dostała koktajlem Wójcika.

Wróciłem na mostek kapitański w glorii i chwale. Kapitan Iglo był tak uradowany z odparcia piratów, że wystawił tygodniowy bankiet na moją cześć. Tylko prezes Dioduski był niepocieszony, gdyż:

-Nie zdążył ze mną nic załatwić, bo przed akcją z piratami za bardzo się motał, a po akcji z piratami był za bardzo pijany,

-Stracił marynarkę od Armaniego,

-Kajuta, którą wynajmował, okazała się schowkiem na miotły,

-Biuro podróży Żebrak Travel i tak wynajęło ten schowek na dwa dni rejsu, co oznaczało, że od czasu wypłynięcia z Dubaju płynął na gapę. Wcześniej nie wykryli go tylko dlatego, że odwrócony plecami i po ciemku, wyglądał jak mop. Niestety, kapitan Iglo był zmuszony wysadzić go na brzeg w Tanzanii. Dyrekcja biura Żebrak Travel postanowiła wyczarterować mu stamtąd samolot do kraju. Dioduski od tamtej pory nie dał znaku życia. A ja wciąż jestem skłonny do dalszych negocjacji.

Pozdrawiam

Janusz „Wójt” Wójcik

[Zdjęcie główne: Pierwsza łódź somalijskich piratów, którą pokonałem za pomocą arbuza i dwóch ananasów.]

30
2
Zdjęcie profilowe Janusz Wójcik Janusz Wójcik

KOMENTARZE (9)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
v. Lynden

MISTRZ.

Terel88

,,Wcześniej nie wykryli go tylko dlatego, że odwrócony plecami i po ciemku, wyglądał jak mop,,- haha

kolor100

Na te wpisy Wuja się czeka, bez dwóch zdań

Sebastian Ro(L)ewski
kup pan cegłę

Wujo ty lepiej zorganizuj jakiegoś grilla dla ekipy Dorny (jemu też się przyda) bo wyraźnie brakuje im integracji. Biedronka chyba nadal jest sponsorem kadry więc dostarczy czarnych vipków i kiełbasek.

Krzysiek111
Legia Warszawa

Zabrakło mi czegoś w stylu: „przejmuje dowodzenie! Kierujesz tym statkiem jak niewidomy” hehe

AndrzejeK
Orzeł Parzeczew

Gdyby whisky piło sie z lodem, to sprzedawaliby ja z lodem

Szewcu

Wujo wieczny szacunek mordo

jeremy

ani słowa o Euro? Gdyby Wujo był trenerem, to kiełbasy całe mistrzostwa byłyby do góry…

zico

Wujo
Nothing compares to You
jakby to powiedział Prince

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY