El Polaco va al cancha (2)

 Jej wysokość i derby La Paz.

Ten mecz od początku wyglądał jak potencjalny hit. Słynny stadion, dwa najbardziej utytułowane zespoły w historii Boliwii, derby, a przy korzystnym wyniku feta mistrzowska Bolivara (w dniu meczu była już pewna). No i liga boliwijska, mało uczęszczane rejony.

Estadio Hernando Siles nie jest lubiany w Ameryce Południowej. A to za sprawą wspomnianej w tytule koleżanki „Altury”. Płyta na wysokości 3577 metrów, to już naprawdę sporo, tylko około 65 procent tlenu. Z medycznego punktu widzenia nie jest nawet rekomendowane latanie tam z poziomu morza (choroba wysokościowa), a tu mówimy o profesjonalnym harataniu w gałę bez aklimatyzacji. I stąd się biorą te wszystkie dziwne wyniki włączając w to słynne 6:1 z Argentyną. Ale to derby, dla miejscowych chleb powszedni. Nie chcę wikłać się w dyskusje czy najwyższe, ale z pewnością te z wyższej półki.

Bolivar to Bolivar, najpopularniejszy klub w kraju. Za to przeciwnik… The Strongest. W jakim trzeba być bajkowozie, żeby wykminić taką nazwę? I jeszcze wzięli tygrysa do herbu. Tyle zajebistych kotów na miejscu, to musieli swojego zaimportować z Azji. No dobra, można się pośmiać, ale jest to najstarszy klub w Boliwii, w dodatku założony przez prawdziwych Paceños (rdzenni mieszkańcy La Paz). I teraz najlepsze. W roku 1930 wygrali ligę boliwijską nie tracąc bramki. I kto jest The Strongest?

Tym razem idę na sektor neutralny. Biletów w kasach brak (a przyszedłem ponad 2 godziny przed). Za to koni z wachlarzami wejściówek mnóstwo. I to całkiem przyjaźni kieszeni klienta, bo łupili tylko 10%. A skoro karta wstępu jest, można udać się na dokładniejszy rekonesans okolic stadionu, czyli trochę upraszczając, bazaru. Ale to specyfika całej Boliwii. Tu prawie na każdej ulicy możesz się dobrze najeść, dokonać pełnych zakupów do domu, a nawet nabyć rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Ja jednak ograniczam się tylko do wciągnięcia dwóch choripanów i po chwili obserwacji tłumu wbijam na stadion.

Na wejściu wszystkich macają i grzebią po plecakach, ale jak zobaczyli gringo to kazali od razu przechodzić. Poczułem się trochę wykluczony, w ramach zemsty następnym razem wniosę im tam jakąś kontrabandę. Wybieram sobie miejsce na górnym piętrze i mogę w końcu rozkoszować się widokiem. Bo stadion ten jest zajebiście położony. Zza trybun wyrastają kolejne piętra miasta, a po lewej bielą się ośnieżone szczyty ponad sześcio tysięcznego Illimani.

Na neutralnym pełno i tylko kilka żółto czarnych koszulek. Liczebność młynów też dużo mówi kto w tym mieście jest królem. Poza tym mam nostalgiczny flash back ze starych stadionowych czasów. Miejsca nienumerowane, ciasno, handlarze jedzenia uprawiający w tłumie akrobatykę lewitacyjną, siedzenie gdzie i jak się da, zatkane ciągi komunikacyjne, dziadek z radiem tranzystorowym, wszechobecne jaranie szlugów. Brakowało tylko słonecznika i drewnianej ławki pod tyłkiem.

Lubię przychodzić na stadion trochę wcześniej, tak aby obejrzeć rozgrzewkę. Dla mnie jest to integralna część widowiska. Ale tu rozgrzewa się tylko Bolivar. Co jest grane? Obawiam się trochę, że może skończyć się walkowerem. Ale brak jakichkolwiek komunikatów, Bolivar działa normalnie, poruszenia wśród ludzi brak. Widocznie jest gdzieś inne dodatkowe miejsce do treningu. Albo Najmocniejsi nie muszą, rozgrzewka jest przecież dla dziewczyn. Na boisko wychodzą jednak o czasie w formie (jak się potem okazało) bez zastrzeżeń.

IMG_20190519_155917

Przed meczem kilkanaście razy leci komunikat o bezwzględnym zakazie używania środków pirotechnicznych. Wiadomo jak to działa. To derby, zaraz latynochłopaki pokażą dobitnie co myślą o tym zakazie. A tu bieda, podymili trochę świecami przy okazji rozwinięcia sektorówki, postrzelali petardami i tyle. Pomimo prawie pełnego stadionu i dwóch młynów to doping nie powala, niby cały czas z obu stron, ale jakiś taki bez mocy. Jedynie BO-LI-VAR jechany na trzy trybuny ratuje trochę sytuację. Nawet awantura o flagę z policją nawiązała do poziomu dopingu i była taka niemrawa. Ot poszarpali się przez płot przez minutę i się rozeszli, akcja jak zakontraktowana, bez możliwości brania nadgodzin.

IMG_20190519_173958

Poziom na murawie to dolne rejony Ekstraklasy. Jak mawiał klasyk, walczyliby o spadek. No chyba, że domowe graliby w La Paz. Wtedy większość naszych asów miała by pewnie problem z wyjściem z szatni bez zadyszki. Za to kopali się po nogach po mistrzowsku (Kaziu Węgrzyn by się jarał). Co jakiś czas odchodził taki wjazd, że bolało od samego patrzenia. U nas skończyli by pewnie po dziewięciu, ale że sędzia był fanem futbolowego Kung Fu, to wyleciał tylko jeden, w dodatku za faul taktyczny. Jak to się stało, że żadnego nie znieśli że złamaną nogą? Nie wiem.

Bolivar przegrał zasłużenie 1:3 i można było przejść do fety, a do tego potrzebna scena. No to się rozpoczął godzinny spektakl walenia młotkiem w nie pasujące do siebie elementy. To druga specjalność Boliwii. Jeżeli myślisz, że właśnie spotkałeś zenit inżynierskiej głupoty, to za chwilę możesz dostać w twarz takim rozwiązaniem technicznym, że jedynym jego wyjaśnieniem jest to, że wykonali to kosmici na LSD. Cały stadion jednak czekał cierpliwie, prawie nikt nie wyszedł. Nawet większość kibiców The Strongers zostało obejrzeć dekoracje. Ciekawe. Z szacunku czy chcieli po prostu zobaczyć pokaż sztucznych ogni?

IMG_20190519_183554

W Sucre poznałem Angola. Kibic Derby i absolwent przyspieszonego kursu zapoznania z latynoświatem. Najpierw w hostelu odkrył, że jego 700 funtów schowane w bagażu nadawanym pożytkuje już ktoś z obsługi lotniska, a w ramach odreagowania poszedł na nocną balangę i trafili go na telefon. Bienvenidos! Mieliśmy iść na ten mecz razem, ale ostatecznie przez problemy komunikacyjne poszedł ze swoim kumplem kangurem. Ich historię poznaję nazajutrz. Musiało im coś chyba zostać po wizycie w słynnym barze Route 36, bo te dwa zuchy postanowiły świętować to mistrzostwo razem z Bolivarem. W drodze na stadion zakupili błękitne koszulki i wuwuzelę (!!!). A że do kupna wejściówek podeszli po najmniejszej linii oporu (pierwsza brama i jest tanio) to dopiero po wejściu ogarnęli, że wylądowali na łuku Najmocniejszych. Dobrze, że to Boliwia (ludzie nie są tacy fanatyczni) i wynik się zgadzał. Na meczu był spokój, ale świętowania nie zaznali. Po gwizdku kończącym spotkanie stwierdzili jednak, że lepiej będzie jak opuszczą imprezę. Drogę do wyjścia przebyli przy akompaniamencie wyzwisk i gwizdów większości sektora.

1
0
Zdjęcie profilowe el.pol4co el.pol4co

KOMENTARZE ()