Był sobie wyścig #8 Wigilia dnia Bastylii

Jeszcze przed południem wigilii Dnia Zburzenia Bastylii- francuskiego święta narodowego wiele wskazywało na to, że dla Francuzów raczej nie będzie to najszczęśliwsza niedziela. W końcu wieczorem miało dojść do finału mistrzostw świata w piłce nożnej, w którym, pomimo nie najgorszego występu, znów miało ich zabraknąć. A jednak około godziny 17:30 poczucie tęsknoty za czasami, w których barwy „Les Blues” przywdziewali tacy piłkarze jak David Trezeguet, Thierry Henry i Lillian Thuram, mogło ustąpić niespodziewanej radości- wszystko za sprawą jednego człowieka- Tony’ego Gallopina.

27-letni zawodnik nie był bynajmniej największą gwiazdą francuskiego kolarstwa. Ciężko było go porównywać z zawodnikami pokroju Pierre’a Rollanda, czy Thomasa Voecklera. Nie plasował się w czołówkach wyścigów tygodniowych, nie mówiąc już o wielkich tourach. Rzadko osiągał też dobre miejsca w klasykach, choć akurat tu miał na koncie jeden duży sukces, a mianowicie zwycięstwo w Clasica San Sebastian- być może największym z letnich klasyków.

Wciąż nie spełnił jednak swojego wielkiego marzenia, którym było zwycięstwo etapowe w Tour de France. Wiele razy próbował- czy to zabierając się w ucieczki, czy to finiszując na pagórkowatych etapach, niestety nieskutecznie. Przed sezonem zmienił grupę- po raz trzeci w swojej krótkiej, 6-letniej zawodowej karierze. Tym razem padło na Lotto Belisol i wiele wskazywało na to, że był to dobry wybór. Od początku sezonu zanotował kilka naprawdę dobrych wyników, jak choćby 6. lokatę w E3 Harelbeke, czy 10. miejsce w Paryż-Nicea.

Przyzwoicie rozpoczął także samo Tour de France- po bardzo dobrym występie na dramatycznym, deszczowym etapie z Ypres do Arenbergu po raz pierwszy w życiu znalazł się w pierwszej „10” klasyfikacji generalnej wielkiego Touru. Jeszcze lepiej było dwa dni później- tym razem był bliski tego, by spełnić wielkie marzenie- przyjechał na trzeciej pozycji- tuż za Peterem Saganem i Matteo Trentinem. Ale co się  odwlecze…

Do 9. etapu Gallopin przystępował z 11. pozycji- słabszy występ na pierwszym górskim sprawdzianie sprawił że sympatyczny Francuz niestety wypadł z top 10. Wróć. Na szczęście wypadł z top 10. Na szczęście, ponieważ gdyby nie to, gdyby wciąż pozostawał w czołówce, prawdopodobnie nie miałby szansy na to by sięgnąć po kolejny życiowy sukces.

Około 20 kilometrów po starcie, chwilę po wjechaniu pod Col de la Schlucht, na odjazd zdecydowała się dwójka Alessandro De Marchi i Tony Martin. Natomiast nieco później, gdy przewaga atakującej dwójki wynosiła około 35 sekund, do boju ruszyła 28-osobowa, w której składzie znaleźli się m.in Fabian Cancellara, Greg Van Avermaet, Steven Kruijswijk, a do tego dobrze radzący sobie w wyścigu Tiago Machado i… Gallopin.

Wydawało się, że przewaga liczebna i mocna obsada pogoni sprawią, że dwuosobowa czołówka nie będzie miała szans na to by w niezmienionym składzie dojechać choćby do kolejnej premii górskiej, zwłaszcza, że z przodu mocne tempo narzucili kolarze Europcaru, których w grupie było aż 5, w tym Pierre Rolland- dwukrotny zwycięzca etapów kończących się na Alpe d’Huez i 4. kolarz ostatniego Giro d’Italia.

Jednak przewaga Martina i De Marchiego zamiast topnieć, stawała się coraz większa- minuta, półtorej, dwie- niezależnie od wysiłku, który w walkę o zwycięstwo wkładali kolarze Europcaru. Szanse na zwycięstwo etapowe stawały się coraz bardziej odległe. Na szczęście coraz bliższa stawała się perspektywa dojechania do mety przed peletonem, który jechał jeszcze wolniej niż uciekinierzy.

Na 85 kilometrów przed metą przewaga pogoni nad peletonem wynosiła już 3 minuty i stale rosła. Dla większości z kolarzy ta informacja nie znaczyła właściwie nic- szanse zwycięstwo etapowe były właściwie już tylko iluzoryczne, a przecież zazwyczaj taki właśnie jest cel zabierania się w ucieczki. Bardzo istotna była natomiast dla Tiago Machado, który był teraz bardzo bliski znalezienia się w czołowej „10”. Ale to i tak nic w porównaniu z tym co mógł osiągnąć Tony Gallopin, przed etapem tracący do prowadzącego Nibalego niespełna trzy i pół minuty…

8 kilometrów później stało się nieuniknione- strata peletonu była już na tyle duża, że zawodnik Lotto stał się wirtualnym liderem wyścigu. W dodatku wcale nie wskazywało, by w najbliższym czasie peleton miał zdecydowanie przyspieszyć. Francuz stał pod wielką szansą, ale by z niej skorzystać, musiał utrzymać się w grupie podczas kolejnych podjazdów, a że to wcale nie jest łatwe, pokazał przykład De Marchiego, który podczas wspinaczki na Markstein został za Martinem. 27-latek musiał uważać, by nie spotkała go podobna przykrość.

Jednak zawodnik belgijskiej grupy trzymał się mocno- pojawiło się jednak inne zmartwienie- z tyłu tempo zaczęła nadawać Astana, więc jego przewaga znów zaczęła się kurczyć- z ponad trzydziestu sekund przewagi w wirtualnej tabeli zrobiło się niespełna piętnaście . Pod znakiem zapytania można było postawić nie tylko przejęcie przez niego koszulki lidera, ale też to, czy jego grupa w ogóle dojedzie przed peletonem- bo w zasadzie poza Gallopinem reszta kolarzy nie miała już po co tego ciągnąć, ponieważ z przodu po zwycięstwo niezagrożony jechał Tony Martin, po którym praktycznie nie było widać zmęczenia.

Kolarze powoli dojeżdżali do kolejnej górskiej premii przewaga Martina jeszcze wzrosła, jednak Gallopin mógł odetchnąć z ulgą- peleton znów nieco odpuścił, a przewaga jego grupy stała się jeszcze większa, niż przed przyspieszeniem Astany. Wyglądało na to, że już oswoił się z myślą, że za kilkadziesiąt minut po raz pierwszy w karierze założy żółtą koszulkę. Postanowił więc podjąć ostatnią próbę dogonienia „Panzerwagena”, dzięki czemu mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu…

20 kilometrów przed metą zaatakował razem z Mikaelem Cherelem. Ich strata do Niemca wynosiła 3 minuty- ale właściwie nie było nic do stracenia- nawet jeśli 17-osobowa grupa ich dogoniła, to wątpliwe, by później, na niemal całkowicie płaskim terenie, mieli zostać w tyle. I cóż, nie udało się- można było się tego spodziewać. Na 8 km po rozpoczęciu ataku francuska dwójka została dogoniona, a około 20 minut później, razem z pozostałą 17-tką dojechała do mety.

Zwycięzcą etapu był Niemiec z Quick-Stepu, jednak dla Francuzów najważniejsze było co innego- nowym liderem wyścigu został Tony Gallopin, co oznacza, że w Dzień Bastylii, na wyjątkowym- poniedziałkowym etapie mógł, jako pierwszy od trzech lat Francuz założyć żółtą koszulkę lidera. Podczas wielkich tourów poniedziałek w 2. i 3. tygodniu jest dniem wolnym, jednak przed wyścigiem organizatorzy postanowili, że aby uczcić to święto, kolarze wyjątkowo będą się ścigać, a przerwę będą mieli dopiero we wtorek.

I jak wiadomo decyzja okazała się strzałem w „10”. Dzięki niej 14 lipca był dla Francuzów jeszcze bardziej wyjątkowy niż zwykle, nawet pomimo tego, że przed godziną osiemnastą, wskutek strat poniesionych przez zawodnika Lotto w górach, koszulka wróciła do Nibalego, który po tym jak w trakcie etapu wycofał się Contador, wyglądał, jakby chciał udowodnić, że ewentualnego zwycięstwa wcale nie zawdzięcza pechowi faworytów (wcześniej wycofał się Chris Froome) i żółtego trykotu  nie oddał już do końca wyścigu.

A Gallopin? W dziesiątce utrzymał się do 12. etapu, natomiast dzień wcześniej miał okazję, by raz jeszcze stanąć na podium- tym razem za zwycięstwo etapowe. Znów wykorzystał niezdecydowanie peletonu, dzięki czemu na metę wjechał tuż przed Degenkolbem, Kristoffem i resztą. Sam powiedział później, że to zwycięstwo ceni nawet bardziej niż żółtą koszulkę lidera i pewnie ma rację wtedy patrzący długofalowo Nibali trochę mu odpuścił- trochę jak Roglić Contiemu w tegorocznym Giro, natomiast na 11. etapie sukces zawdzięczał tylko sobie- swojemu sprytowi i nieustępliwości.

Wykonał więc swoje zadanie w stu procentach, zatem po wypadnięciu z „10” właściwie mógłby z czystym sumieniem zakończyć udział w Tourze, a jednak postanowił dojechać aż do Pól Elizejskich. Tam udekorowano m.in pierwszą trójkę wyścigu, w której znalazło się dwóch Francuzów, w tym młodziutki Thibaut Pinot. Biorąc pod uwagę fakt, że wyścig wysoko ukończył również jego rówieśnik- Romain Bardet, można było się spodziewać, że francuskie kolarstwo czekają złote czasy, a Gallopin mianem ostatniego lidera z kraju organizującego TdF nie nacieszy się zbyt długo.

A jednak, cieszył się nim przez niemal 5 lat- dopiero przedwczoraj odebrał mu je Julian Alaphilippe, który w koszulce wytrzymał już dwa dni, jutro będzie trzeci i prawdopodobnie na tym się skończy, bo wtedy na niego i resztę peletonu czekają prawdziwe góry, a w nich raczej nie należy do najmocniejszych. No chyba, że zaskoczy wszystkich i wytrzyma- wtedy Maillot Jaune utrzyma pewnie do 14. etapu, a wtedy jego występ będzie można porównywać z tym Voecklera z 2011 roku.

Więcej moich wpisów znajdziesz TUTAJ

1
0
Zdjęcie profilowe Bartek12 Bartek12

KOMENTARZE ()