Był sobie wyścig #7 Bongiorno mówi do widzenia zwycięstwu na Zoncolanie

„Gramy dla kibiców”, „kibice są dla nas bardzo ważni”- takie zdania można bardzo często usłyszeć z ust sportowców. Dotyczy to niemal każdej dyscypliny- nie ważne, czy to piłka nożna, skoki narciarskie, czy też siatkówka- fani są bardzo ważną częścią niemal każdego sportowego widowiska. Jednak bardzo możliwe, że największą rolę odgrywają w kolarstwie szosowym. Ich okrzyki często dodają wyczerpanym kolarzom dodatkowych sił, a ich nieco szalone stroje dodają kolorytu nudnawym nieraz etapom. 

Niestety kolarscy kibice wcale nie są kojarzeni jednoznacznie pozytywnie- coraz częściej jest wręcz odwrotnie. Wszystko przez garstkę stojących przy szosach idiotów, którzy potrafią utrudnić walkę w klasyfikacji generalnej, albo wręcz całkowicie zrujnować marzenia o wysokiej pozycji. W tegorocznym Giro przekonali się o tym Primoż Roglić, czy Miguel Angel Lopez, natomiast niemal dokładnie 5 lat wcześniej potęgę kibicowskiej głupoty poznał Francesco Bongiorno.

W 2014 Włoch był członkiem bardzo ciekawej ekipy, którą Bardiani wysłało na 97. edycję Giro d’Italia. Co było w niej wyjątkowego? Choćby fakt, że choć składała się ona z 9 (a nie jak w tym roku z 8) kolarzy, to różnica wieku pomiędzy najstarszym, a najmłodszym jej zawodnikiem wynosiła zaledwie 4 lata (a poza Stefano Pirazzim każdy z nich urodził się w latach 1988-90).

Składała się też tylko z włoskich kolarzy i każdy z nich starał się pokazać w swoim domowym wyścigu, więc niemal na każdym etapie w gronie uciekających można było dostrzec ich charakterystyczne biało-zielone koszulki. Choć akurat to jeszcze nie mogło zaskakiwać, bowiem w wielkich tourach obrazki ambitnych zawodników z ekip prokontynentalnych wcale nie należał do rzadkości.

Musiała jednak zdumiewać ich skuteczność- bowiem aż trzem z nich udało się wygrać etap włoskiego wyścigu. Wszystko zaczęło się dość niespodziewanie- od zwycięstwa na 13.- przeznaczonym dla sprinterów etapie. I zwycięzcą wcale nie został ktoś z potrafiącej zafiniszować dwójki Colbrelli-Ruffoni, a Marco Canola- uciekinier, który wykorzystał gapiostwo peletonu i podobnie jak w tym roku Damiano Cima sięgnął w ten sposób po swoje pierwsze (i jak do tej pory ostatnie) zwycięstwo etapowe.

Kolejne dwa zwycięstwa były już jak najbardziej typowe dla wielkich tourów- zarówno Battaglin, jak i Pirazzi swoje zwycięstwa zawdzięczają udziałowi w ucieczkach na górskich etapach, które peleton postanowił puścić, by nie tracić niepotrzebnie sił przed rozgrywką o sekundy w klasyfikacji generalnej.

Jednak to nie zmienia faktu, że obaj musieli sobie to zwycięstwo wywalczyć- Battaglin w starciu z m.in 5. kolarzem poprzedniej Vuelty, mistrzem Włoch Ivanem Santaromitą, czy wreszcie z zawsze mocnym Dario Cataldo, z którym bił się o zwycięstwo do samej kreski, natomiast Pirazzi wygrał po świetnym finiszu z grupki składającej się z Thomasa De Gendta, Tima Wellensa, Jaya McCarthy’ego i Matteo Montagutiego, a więc także bardzo renomowanych kolarzy.

Do tego można dodać także niezłe 5. miejsce Edouardo Zardiniego, czy miejsca w drugiej dziesiątce Colbrelliego, Ruffoniego i Nicoli Boema. A gdzie w tym wszystkim Bongiorno? On uciekał tylko na 11. etapie, gdy ucieczce nie udało się dojechać do mety. Był więc, obok Enrico Barbina najmniej efektywnym kolarzem drużyny. Do 20. etapu, bo właśnie wtedy- na odcinku z metą na legendarnym Zoncolanie po raz drugi w tym wyścigu udało mu się załapać do 19-osobowej ucieczki.

Całkiem mocnej ucieczki- obok Bongiorno znaleźli się w niej choćby Franco Pellizotti, Nicholas Roche, czy Maxime Monfort- a więc zawodnicy z triumfami etapowymi i miejscami w dziesiątce wielkich tourów oraz inni mocni kolarze, tacy jak Riccardo Zoidl, Simon Geschke, czy Dario Cataldo, jednak najgroźniejszym rywalem wydawał się Michael Rogers.

Bo choć Australijczyk miał już 34 lata na karku oraz 3 mistrzostwa świata i medal olimpijski w jeździe indywidualnej na czas, to niewykluczone, że to właśnie teraz jechał wyścig życia. W ogóle nie było po nim widać tego, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej jego kariera stanęła pod znakiem zapytania, po tym, jak w jego organizmie wykryto clenbuterol.

Tamta sprawa na szczęście dla niego szybko się wyjaśniła, dzięki czemu mógł wygrać wspomniany już wcześniej 13. etap Giro, a później świetnie spisywać się w roli pomocnika Rafała Majki. Teraz jednak, dzień po słabszej czasówce Polaka i utracie przez niego szans na podium Rogers znów dostał wolną rękę, więc siłą rzeczy z miejsca stał się kandydatem do tego, by w przypadku dojechania ucieczki przed faworytami, powalczyć o zwycięstwo etapowe.

Simoni, Basso, Anton- dwie legendy włoskiego kolarstwa i zawodnik będący niegdyś wielką nadzieją Hiszpanów na świetne wyniki w wielkich tourach- to poprzedni zwycięzcy etapów kończących się na słynnym Monte Zoncolan. Po przejechaniu słynnej bramy do piekieł położonej u podnóża podjazdu Rogers, Bongiorno i reszta uciekinierów byli już niemal pewni tego, że jeden z nich dołączy do tej jakże renomowanej trójki kolarzy.

Było o co walczyć- więc zaczęła się walka. Nic więc dziwnego, że chwilę po rozpoczęciu wspinaczki z przodu została już niewielka, 7-osobowa grupka kolarzy. Chalapud, Pellizotti, Bongiorno oraz Roche, Rogers, Preidler i Geschke- szybko okazało się, że to oni byli najmocniejszymi z 18 uciekinierów. Ale to oczywiście nie był koniec, bo chwilę później przyspieszenie Pellizottiego sprawiło, że z przodu zostało już tylko 3 kolarzy- na jego kole utrzymali się jedynie Rogers i Bongiorno. Jednak Włoch z Androni szybko zapłacił za swoją wzmożoną aktywność i gdy na atak zdecydował się Australijczyk, to w przeciwieństwie do swojego młodszego rodaka nie był w stanie za nim pojechać.

Zostało więc ich już tylko dwóch- jeden doświadczony, z wieloma dużymi sukcesami na koncie, drugi zaledwie 24-letni, bez większych osiągnięć i raczej bez większych perspektyw na zrobienie oszałamiającej kariery. Z każdej strony otaczali ich tifosi, włoscy kibice, dzielnie wspierający swoich kolarzy. Być może to oni sprawili, że Bongiorno jechał jak natchniony i pomimo upływu kolejnych kilometrów wciąż był w stanie utrzymywać koło wyraźnie rozzuchwalonego Rogersa.

Na około 4 kilometry przed metą sytuacja znów nieco się zmieniła- na zmianę wyszedł Bongiorno. Chwilę później podjął próbę ataku- nieudaną, zawodnik Saxo usiadł mu na kole, druga próba- to samo. Znów schował się na kole Australijczyka, czekając pewnie na swoją kolejną szansę. Na razie był jednak mocno zmęczony swoimi atakami.

Zauważył to fan ubrany w tęczową koszulkę mistrza świata. By umożliwić kolarzowi zaoszczędzenie choćby niewielkiej ilości energii postanowił go lekko popchnąć. Choć pobudki były szlachetne, to działanie to ciężko było uznać za roztropne- przecież za takie coś kolarzowi grozi kara czasowa albo co gorsza utrata równowagi i utrata szans na skuteczną walkę o zwycięstwo.

Niestety tutaj doszło do tej drugiej sytuacji- Bongiorno przechylił się nieco w lewo i aby ratować się przed upadkiem musiał wypiąć buta z pedała. I choć sytuacja w miarę szybko została opanowana, a stopa zawodnika Bardiani szybko wróciła na swoje miejsce, to i tak było już za późno. Niby stracił do Rogersa zaledwie kilkanaście metrów, jednak to kilkanaście metrów na tak stromej górze, to naprawdę dużo. Zwłaszcza, gdy twoja psychika jest zdewastowana, a w twojej głowie cały czas kołacze myśl o tym, że jakiś idiota w tęczowej koszulce zniweczył cały twój trud podjęty podczas tego długiego, trudnego etapu.

Zwycięzcą został więc Rogers, a Bongiorno na metę dojechał dopiero jako trzeci, bo wyprzedził go jeszcze jadący ciągle równo Franco Pellizotti. I podczas gdy Australijczykowi kilka tygodni później udało się jeszcze wygrać jeden z etapów Tour de France, młody Włoch, choć jeszcze dwukrotnie brał udział w Giro d’Italia, nigdy później nie był tak blisko zwycięstwa etapowego.

Nie był też, choćby przez moment członkiem ekipy należącej do World Touru. I choć wcale nie jest powiedziane, że gdyby nie ten kibic, gdyby 24-letni wówczas kolarz wygrał tamten etap, jego historia potoczyłaby się inaczej- przecież triumf etapowy nie zmienił znacząco kariery ani Canoli, ani Pirazziego, jednak to nie ma znaczenia. W końcu kolarstwo trenuje się nie tylko po to, by być w wielkich zespołach, czy wygrywać wielkie wyścigi, ale też po to by na jednym z wielu legendarnych wzniesień choć raz podnieść ręce w geście triumfu.

Niestety Bongiorno został tego pozbawiony w brutalny sposób, jednak jak można było łatwo zauważyć podczas tegorocznego Giro, niektórzy fani w ogóle nie uczą się na błędach swoich przeciwników. Dlatego wciąż jesteśmy świadkami takich akcji jak popychanie Roglicia, które na szczęście nie skończyło się tak jak w przypadku kolarza Bardiani, jednak i tak kosztowało Słoweńca 10 cennych sekund, czy wywrócenie Lopeza, która miała znacznie większe konsekwencje, bo Kolmbijczyk stracił nie tylko szansę na zwycięstwo etapowe i kolejne sekundy w „generalce”, ale też panowanie nad sobą, przez co jego nazwisko może zostać wymazane z klasyfikacji wyścigu.

Dlatego kibice! Róbcie hałas, piszcie nazwiska swoich ulubieńców na drogach, ubierajcie te swoje śmieszne kostiumy, ale proszę, nie dotykajcie kolarzy, bo może mieć to naprawdę opłakane skutki.

Więcej moich wpisów znajdziesz TUTAJ

0
0
Zdjęcie profilowe Bartek12 Bartek12

KOMENTARZE ()