Był sobie wyścig #1- Paryż-Nicea 2015

Wielu kolarzy ma swoje zwyczaje dotyczące początku sezonu. Choćby Mark Cavendish, który od 2014 roku na początku sezonu jeździ do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, by tam startować w Dubai Tour (który przed tym sezonem połączył się z Abu Dhabi Tour i dziś nosi nazwę UAE Tour), albo Tom Dumoulin który od kilku lat do startu w Emiratach dokłada także występ w Tirreno-Adriatico. Swój rytuał ma także Michał Kwiatkowski, którego początek sezonu składał się zwykle z Volta ao Algarve, Strade Bianche oraz Tirreno-Adriatico. W tym roku postanowił nieco zmienić swój kalendarz i po raz pierwszy od 2011 roku (kiedy był jeszcze zawodnikiem Radio-Shack) wyrzucić z niego każdy z tych trzech wyścigów. Na podobny krok zdecydował się tylko w 2015 roku, gdy w terminarzu zostawił wprawdzie Algarve, ale wykluczył dwa pozostałe starty.

I o ile dziura po „Białych Drogach” nie została w żaden sposób zasypana, to już „wyścig dwóch mórz” został zastąpiony przez Paryż-Nicea. Celem było czołowe miejsce w „generalce”, ale o to wcale nie musiało być łatwo, gdyż trasa wyścigu była bardzo podobna do tej z Tirreno-Adriatico z poprzedniego roku, które „Kwiato” ukończył na odległej, 18. pozycji. W dodatku za rywali miał m.in. francuskich bohaterów ostatniego Tour de France- Jean-Christophe’a Perauda i Romana Bardet, rewelacyjnego w poprzednim roku Fabio Aru, a także kolarzy Sky, tym razem bez Froome’a, ale za to z Geraintem Thomasem i przede wszystkim z Richiem Portem, dla którego ten wyścig był kolejnym przetarciem przed Giro d’Italia, które miało być jego debiutem w roli lidera ekipy Sky.

Ale zanim przyszły najtrudniejsze etapy kolarze musieli przejechać prolog- około 7-kilometrową „czasówkę”. Tu można było się spodziewać, że „Kwiato” jest w stanie wypracować sobie przewagę nad największymi kolarzami, którzy na czas jeździli od niego trochę (Porte, Thomas), albo dużo gorzej (Aru, Bardet). Ale chyba nikt nie spodziewał się, że Polak pokona Tony’ego Martina oraz Bradleya Wigginsa- absolutnych dominatorów w tej specjalności. A on to zrobił, dzięki czemu założył żółtą koszulkę i, co ważniejsze zbudował sobie potężną przewagę nad wszystkimi poważnymi rywalami poza Thomasem i Portem, którzy tracili do niego odpowiednio 14 i 15 sekund.

Kolejne dwa odcinki nie przyniosły większych zmian w klasyfikacji generalnej, bowiem wygrywali je Alexander Kristoff i Andre Greipel, którzy po prologu tracili do „Flowermana” dużo czasu, więc 10 sekund bonifikaty uzyskane przez nich za zwycięstwo etapowe nie zmieniły w zasadzie nic w walce o żółtą koszulkę. Zupełnie inaczej miały się sprawy po kolejnym płaskim etapie- tym razem zwycięzcą okazał się Michael Matthews, który do Polaka tracił zaledwie 9 sekund, więc nadrobienie przez niego 10 sekund sprawiło, że to on mógł stanąć na podium i otrzymać z rąk hostess trykot przeznaczony dla lidera wyścigu.

Oczywiście wiadome było, że Australijczyk liderem jest tylko na chwilę, ponieważ tak jak całkiem nieźle radzi sobie na czas, tak jak potrafi się odnaleźć na płaskim albo nieco trudniejszym finiszu, to już w górach, delikatnie rzecz ujmując, raczej nie należy do asów. Jednak Australijczyk długo trzymał się dzielnie, jeszcze na początku Croix de Chaubouret- ostatniego podjazdu dzielnie trzymał się z przodu kurczącego się z każdym kilometrem peletonu, tyle że w końcu, na 6 kilometrów przed metą musiał się poddać i odpaść z głównej grupy.

To oznaczało, że Kwiatkowski znów był liderem- na razie tylko wirtualnym, ale wystarczyło, by wytrzymał jeszcze około 6 000 metrów by najważniejsza koszulka w wyścigu znów trafiła do niego. Na trzy kilometry przed metą sytuacja zdecydowanie układała się po myśli Polaka. Na czele ciągle pracowali zawodnicy Sky, które sprawiało, że główna grupa wciąż się zmniejszała, a on spokojnie jechał tuż za nimi. Wtedy jednak ze zmiany zszedł Wiggins, a na atak zdecydował się Geraint Thomas, za którym zdołał pojechać jedynie Jacob Fuglsang i Simon Spilak z Astany.

Natomiast „Kwiato” początkowo zignorował atak i zdawał się czekać na ruch Richiego Porte’a. Ten nastąpił na kilometr przed metą, gdy Australijczyk zaatakował na tyle mocno, że jedynie Polak był w stanie utrzymać jego koło. W końcu dojechali do Walijczyka i spółki, jednak Australijczyk nie zamierzał zwalniać- w końcu jego celem nie było zniwelowanie przewagi swojego kolegi z drużyny, a urwanie się Kwiatkowskiemu.

I udało mu się. Na ostatnich metrach wraz z Thomasem odjechali od reszty i wyrobili sobie około 10-sekundową przewagę, której nie oddali aż do kreski. Etap wygrał „Pechowy Richie” (o którego pechu więcej możesz przeczytać TUTAJ no i… w dalszej części tekstu), który dzięki temu awansował w „generalce” na drugą pozycję, tuż za zawodnikiem Etixxu-Quick-Step i tuż przed swoim kolegą z zespołu. Sky miało więc wszystko by  rozstrzygnąć wyścig na swoją korzyść.

Na to musieli jednak poczekać dwa dni, gdyż trasa piątego etapu była płaska i raczej nie sprzyjała temu by cokolwiek rozstrzygać. Etap dość niespodziewanie wygrał Davide Cimolai, jednak o wiele ważniejszy był fakt, że i Kwiatkowski i „papużki nierozłączki” ze Sky spokojnie i bez strat dojechali do mety i mogli się zacząć szykować do przedostatniego etapu.

Już trasa sobotniego etapu wskazywała na to, że mogą się dziać na nim bardzo ciekawe rzeczy, a gdy na głowy kolarzy zaczął padać rzęsisty deszcz stało się jasne, że możemy być świadkami niesamowitego etapu. Z takiego obrotu spraw chyba najbardziej cieszył się polski obrońca żółtej koszulki, który w deszczu czuje się świetnie, co zresztą postanowił skrzętnie wykorzystać. On i jego ekipa mocno przyspieszyli, co spowodowało podzielenie się peletonu, w którego drugiej części znaleźli się kolarze Sky. Niestety zawodnicy Dave’a Brailsforda szybko się przebudzili i nie dość, że dogonili grupę Kwiatkowskiego, to jeszcze udało im się od niej odskoczyć, dzięki czemu teraz to Porte był wirtualnym liderem klasyfikacji.

Ale wtedy zdarzyło się coś, co zdarzyć się po prostu musiało- w końcu wyścig trwał już od tygodnia, a „Pechowiec Richie” nie zaliczył jeszcze ani jednego upadku- no to proszę bardzo, na 16 kilometrów do mety Australijczyk upadł, a kilka minut później na ziemi leżał także Walijczyk, który najwyraźniej zaraził się pechem od swojego starszego kolegi. Obaj zawodnicy dołączyli więc do grupy Kwiatkowskiego, który tracił kilkadziesiąt sekund do samotnie prowadzącego Tony’ego Gallopina i nieco mniej do grupki złożonej m.in. z Ruiego Costy, Simona Spilaka oraz Jacoba Fuglsanga.

Wyglądało na to, że „Kwiato” znów ma wszystko pod kontrolą. Wprawdzie wciąż nie był wirtualnym liderem- tym pozostawał Tony Gallopin, ale wydawało się, że grupa w której jedzie prędzej czy później dogoni uciekającego od kilkudziesięciu kilometrów Francuza. Niestety tak się nie stało- Francuz tylko powiększył swoją przewagę i sięgnął po największy po zwycięstwie etapowym na Tour de France sukces w karierze, a nieudolny polsko-walijsko-australijski sojusz przyjechał na metę dopiero minutę po zawodniku Lotto Soudal, tracąc sporo czasu także do grupki która goniła Francuza. Na domiar złego na finiszu „Kwiato” zmęczony etapem został nieco za swoją grupką, przez co spadł na trzecie miejsce- ze stratą 37 sekund do Gallopina i zaledwie jednej sekundy do Porte’a.

Jednak po etapie „Kwiato” zapowiadał, że spróbuje jeszcze powalczyć o zwycięstwo. I rzeczywiście, choć przewaga Gallopina nad resztą stawki wyglądała porażająco, to kolarzy na ostatnim etapie czekała jeszcze jazda indywidualna na czas, w której Francuz nigdy nie był zbyt mocny. Choć trasa nie była długa- miała zaledwie 10 kilometrów, to jej wymagający profil sprawiał, że średnia prędkość kolarzy była niższa niż 30 km na godzinę.

Tym razem „Kwiato” nie nawiązał do swojej świetnej jazdy w prologu i zajął dopiero 5. miejsce- za Richiem Portem, który wygrał etap i cały wyścig, gdyż wycieńczony i nieumiejący jeździć na czas zawodnik Ag2R stracił do niego ponad 1,5 minuty przez co wypadł z pierwszej „5” wyścigu. Natomiast nasz kolarz zdobył koszulkę najlepszego młodzieżowca, a w klasyfikacji generalnej znalazł się na drugiej lokacie, choć trzeba przyznać, że miał sporo szczęścia, gdyż Simon Spilak i Rui Costa będący odpowiednio na 3 i 4 pozycji ukończyli wyścig z dokładnie takim samym czasem jak on.

Mimo wszystko swój występ w 73. edycji „wyścigu ku słońcu” świeżo upieczony mistrz świata musiał uznać za udany. Kolejne wyzwania które czekały na naszego reprezentanta to Mediolan-San Remo, które z powodu kraksy skończył dopiero na 67. miejscu, a także Wyścig Dookoła Kraju Basków, w którym zajął nieco gorsze niż rok wcześniej (w 2014 roku był 2.), acz wciąż przyzwoite 8. miejsce.

Ale celem numer 1 był „ardeński tryptyk”. Ten rozpoczął się dla „Flowermana” cudownie, bo od zwycięstwa w Amstel Gold Race (9. był Maciej Paterski). Wydawało się, że „klątwa tęczowej koszulki”, z którą borykało się wielu poprzednich mistrzów świata jego nie dotyczy, a on sam może zacząć myśleć o pójściu w ślady Philippe’a Gilberta (też były mistrz świata), który w 2011 roku wygrał i Amstel Gold, i Strzałę Walońską, i co najważniejsze Liege-Bastogne-Liege. Niestety szybko okazało się to niemożliwe, bowiem obu pozostałych wyścigach „Kwiato”  zajmował odległe miejsca. Zaczął się jego długotrwały kryzys, który był zakończył się tym, że nasz reprezentant odszedł z ekipy Patricka Lefevre’a i związał się z ekipą Sky.

Teraz, dokładnie 4 lata później, „Flowerman” kryzys ma już dawno za sobą. I po raz drugi w karierze jedzie w peletonie „wyścigu ku słońcu”. A dziś, po czwartym dniu rywalizacji znów jest liderem tego wyścigu. Oby tym razem utrzymał koszulkę do końca. I oby wyścig ten nie okazał się znowu jego łabędzim śpiewem.

Więcej moich wpisów znajdziesz TUTAJ

1
0
Zdjęcie profilowe Bartek12 Bartek12

KOMENTARZE ()