Alfabet Giro d’Italia 2019 cz.2

L jak Lago Serru

W kontekście jazdy Rafała Majki tamten podjazd był momentem zwrotnym wyścigu. Przed trzynastym etapem wyścigu kolarz z Zegartowic był w klasyfikacji generalnej przed Richardem Carapazem i wydawało się, że to on jest kandydatem numer jeden, do tego by sprawić małą niespodziankę i ukończyć wyścig na podium- oczywiście za świetnie dysponowanymi Nibalim i Rogliciem. Na kilka kilometrów końcem tego wzniesienia Polak zaatakował, natomiast Ekwadorczyk szybko go skontrował, a Majka nie był w stanie za nim pojechać. Dla niego był to jednocześnie ostatni naprawdę udany etap i jednocześnie pierwszy moment, w którym nie dał rady odpowiedzieć na atak kolarza walczącego o zwycięstwo w wyścigu. Natomiast Ekwadorczyk tamtym występem wysłał do rywali sygnał „hej, jestem naprawdę mocny”. Szkoda tylko, że możni tego wyścigu nie wzięli sobie tego do serca. Ale o tym później.

M jak Monument

Podczas oglądania tej edycji Giro kilkukrotnie miałem wrażenie, że oglądam monument, lub inny istotny klasyk. Scenariusze kilku etapów były praktycznie kopią wydarzeń sprzed kilku tygodni- na 17. etapie Nans Peters wcielił się w rolę Alberto Bettiola z Flandrii- odskoczył od rywali i wykorzystał ich niezdecydowanie, dzięki czemu mógł się cieszyć ze zwycięstwa etapowego, natomiast w dwunastym dniu rywalizacji w rolę Alaphilippe’a i Fuglsanga wcielili się Capecchi i Brambilla- czarowali się, czarowali, aż dojechali do nich Caruso, Dunbar i przede wszystkim Cesare Benedetti, który pięknie zagrał Mathieu van der Poela i tak jak on jako pierwszy dojechał do mety. Poza tym na wyścigu znalazł się etap bliźniaczo podobny do Mediolan-San Remo, czy też część trasy Il Lomabardia- nie przypominam sobie równie „monumentalnego” wielkiego touru.

N jak Nagły spadek formy

W tegorocznym wyścigu seryjnie dopadał zawodników- jako pierwszy jego ofiarą padł chyba Simon Yates- pierwsza czasówka była w jego wykonaniu znakomita, na kolejnych etapach również spisywał się nieźle… nagle nadeszła następna czasówka, podjazd pod San Marino, i cyk- być może największy przed chwilą kandydat do zwycięstwa w wyścigu, stał się faworytem do miana największego przegranego. Podobnie Rafał Majka- na Lago Serru wjechał, mimo wszystko w imponującym tempie, a dzień później jedynie korzystnemu ukształtowaniu terenu zawdzięczał to, że nie poniósł strat do większości faworytów (niestety w kolejnych dniach miał mniej szczęścia). Podobnych przykładów można by było jeszcze długo wymieniać…

O jak Osiemnasty etap 

Na drugim wielkim tourze z rzędu na osiemnastym etapie o zwycięstwo etapowe mieli walczyć sprinterzy i znów nic z tego- tak jak na poprzedniej Vuelcie Jelle Wallays, tak teraz Damiano Cima uprzedził sprinterów i wywalczył zwycięstwo etapowe. I być może nie ma się czemu dziwić- większość sprinterów była już dawno poza wyścigiem, dlatego chętnych do gonienia ucieczki było znacznie mniej niż na wcześniejszych etapach, a w dodatku ci którzy decydują się na gonitwę są już mocno podmęczeni wyścigiem. Dlatego być może nie należy być zaskoczonym zwycięstwem Cimy, a raczej tym, że peletonowi w ostatniej chwili udało się wchłonąć Maestriego i Denza.

P jak Pogoda

Zdecydowanie nie dopisała- szczególnie w pierwszej połowie wyścigu- wtedy praktycznie codziennie z nieba lał się rzęsisty deszcz- na jednym z etapów- dzień po olbrzymiej kraksie na czwartym odcinku, zarządzono z jego powodu neutralizację na ostatnich 10 kilometrach wyścigu. Później pogoda nieco odpuściła, choć i tak dorzuciła swoje 3 grosze- przez obfite opady śniegu trzeba było zmienić trasę- podjazd pod Gavię trzeba było zamienić na Mortirolo, jednak i to nie uchroniło kolarzy przed złośliwą matką naturą, bo z kolei na tym szczycie spotkali starego znajomego-deszcz. On z pewnością nie pomógł Rafałowi Majce, który deszczu nie lubi i niestety na słynnym podjeździe nie był w stanie utrzymać tempa faworytów, jednak nie oszukujmy się- jego kłopoty zaczęły się kilka minut przed tym, jak z nieba zaczęły spadać kolejne krople wody, więc zrzucanie winy tylko na pogodę nie ma tu większego sensu.

R jak Rekin, Roglić i Richard

Po wycofaniu się Dumoulina i słabszych występach na czasówce do San Marino Lopeza i Yatesa wydawało się, że sprawę rozstrzygną dwaj pozostali pretendenci do zwycięstwa- Vincenzo Nibali i Primoż Roglić. Sami doszli chyba do podobnego wniosku, dlatego patrzyli tylko na siebie- jakby kompletnie ignorując resztę rywali. Widoczne to było bardzo dobrze na wspomnianym wcześniej Lago Serru, gdzie średnio obchodziło ich to, że zostali daleko za plecami Majki i Carapaza, ale też na podjeździe pod Courmayeur, gdzie również nie kwapili się do pogoni za znikającym w oddali Ekwadorczykiem. Gdyby nie te dwa etapy to pewnie zawodnik Movistaru nie wygrałby wyścigu, a 2 czerwca nie stałby się w jego kraju dniem kolarstwa.

S jak Słoweńcy

Choć jazda Roglicia w tym wyścigu nie mogła zachwycać, bo była zdecydowanie zbyt zachowawcza, to trzeba przyznać, że jego występ w tym wyścigu trzeba uznać za bardzo udany. W końcu podium wielkiego touru to wyczyn, który mógł się wydawać nieosiągalny w momencie, gdy po raz pierwszy wsiadał na rower szosowy- w końcu nie dokonał tego przed nim żaden Słoweniec. W dodatku przez 5 etapów zakładał koszulkę lidera- trzy dni dłużej niż Jan Polanc- kolejny bohater Słoweńców, który był ostatnim właścicielem Maglia Rosa przed Richardem Carapazem. A jeśli dodamy do tego fakt, że w czasie Giro, tysiące kilometrów dalej, Tour of California wygrał 21-letni Tadej Pogacar, to dojdziemy do wniosku, że kolarstwo stało się kolejnym sportem w którym Słoweńcy grają główne role.

T jak Trek

Pisałem już w „Alfabecie” o Ciccone, ale Włoch wcale nie jest jedynym kolarzem Treka, który zasłużył sobie na pochwały. Jest w końcu Brambilla, który był jedynym obok 24-letniego Włocha kolarzem, który miał zaszczyt nosić niebieską koszulkę i był krok od wygrania etapu. Są też Conci, który wiele razy pokazywał się w ucieczkach, czy Moschetti- moim zdaniem sprinterska rewelacja tego Giro. Dwukrotnie był w piątce, a wydaje mi się, że gdyby na 3 etapie drogi nie zajechał mu Viviani (za co zresztą został potem ukarany dyskwalifikacją), to właśnie on cieszyłby się ze zwycięstwa etapowego. Jednak najlepszy z nich wszystkich był Mollema, który zajął piąte miejsce w wyścigu, dzięki czemu po 8 latach wrócił wreszcie do czołowej „5” wielkich tourów.

U jak UAE

Mimo że ich bezdyskusyjny lider- Fernando Gaviria raczej nie spełnił oczekiwań- wygrał zaledwie jeden etap- i to tylko przez dyskwalifikację Vivianiego (porównajcie to z 5 zwycięstwami 2 lata temu), to grupa raczej może być z siebie zadowolona. Dzięki unikaniu kraks i jeździe we właściwych ucieczkach aż 8-krotnie ich kolarze wjeżdżali na etap w koszulce lidera. Zaczął Conti, który prowadził przez 6 etapów, a później koszulkę od niego przejął Polanc, który różowym odzieniem cieszył się nieco krócej, ale za to na koniec wyścigu zajął niezłe- 14. miejsce w klasyfikacji generalnej.

W jak Włoscy bohaterowie drugiego planu

Tak, Elia Viviani bardzo rozczarował- nie wygrał ani jednego etapu. Tak, Nibali może czuć niedosyt, choć drugie miejsce to i tak bardzo dobry wynik. Ale reszta Włochów? W sumie było ich 51 i pewnie o ponad połowie z nich dałoby się powiedzieć bardzo dużo dobrego. Pokazywali się w ucieczkach, pięciokrotnie wygrywali etapy (za każdym razem inny kolarz), kilkukrotnie zakładali białą (Carboni) i różową koszulkę (Conti), a na dzięki kolarzom Treka mieli monopol na niebieską. Byli też świetnymi pomocnikami- „Rekin z Messyny” na każdym etapie mógł liczyć na olbrzymią pomoc ze strony Caruso i Pozzovivo, a na 16. i 17. etapie świetną robotę dla Majki robił Davide Formolo.

Z jak Zapowiedzi

Przed wyścigiem padało wiele szumnych zapowiedzi- i bardzo fajnie, bardzo nie lubię sztucznej skromności. Natomiast dobrze jest, gdy za słowami idą też czyny, a z tym, jak zwykle, bywało różnie. Miguel Angel Lopez zapowiadał przed wyścigiem, że nie boi się strat na czasówkach i… na czasówkach przegrał wyścig. Jeszcze głośniej było o słowach Yatesa, który ogłosił wszem i wobec, że jest tak mocny, że gdyby był na miejscu rywali, to zsikałby się ze strachu. Choć akurat możliwe, że Brytyjczyk nie minął się znowu tak bardzo z prawdą, bo niewykluczone, że rywale patrząc na jego poczynania- szczególnie na czasówce do San Marino- mogli się posikać- tyle że ze śmiechu.

Więcej moich wpisów znajdziesz TUTAJ

0
0
Zdjęcie profilowe Bartek12 Bartek12

KOMENTARZE ()