Jak trwoga to do Hiszpanów
Weszło

Jak trwoga to do Hiszpanów

Z dziewięciu ostatnich bramek Górnika osiem strzelił duet Angulo-Jimenez. Dziś w Górniku  znowu ta para przełamała defensywę Arki i późno, bo późno, ale otworzyła wynik – niewiele duetów w lidze ma tak wielki wpływ na obraz gry swojego zespołu. Gdynianie zagrali tak, jakby chcieli podjąć walkę, ale z ŁKs-em o miano faworyta do spadku.

Pierwsza połowa to klasyczny ligowy dżemik, skład: piłka powietrzna 23%, błędy indywidualne 17%, podania do nikogo 8%, Serrarens 2%, konserwanty. Coś się niby działo, ale z naciskiem na „coś” i „niby”, a nie „działo się”.

Weźmy takie rajdy prawą stroną Jimeneza – przynajmniej trzy były, z ręką na sercu, całkiem imponujące. Raz pobiegł z okolic linii środkowej do pola karnego – niejeden ligowiec nie powtórzyłby tego wyczynu bez rywali. Za drugim razem pokazał, że można w tej lidze kiwać nie tylko na obieg – jeden zwrot, Jimenez idzie z piłką, do rywala trzeba szukać klucza trzynastki, żeby go wykręcić z ziemi. Za trzecim razem na dwóch, trzech metrach zostawił Zbozienia o dwa, trzy metry.

No i ładnie. Tylko co z tego faktycznie wyniknęło? Jakie zagrożenie? Domyślacie się odpowiedzi. Nie jest to akurat tak wina Jimeneza, co ustawieniem kolegów.

Po drugiej stronie mieliśmy jakieś zabłąkane wrzutki Marciniaka przechwytywane przez pierwszego obrońcę, stratę na stracie Młyńskiego, Serrarensa przydającego się tylko przy przechwytach, miotającego się Jankowskiego. Symbolem był Vejinović – nie da się ukryć, facet umie grać w piłkę. Ale czasami mamy wrażenie, że z każdym miesiącem w lidze coraz bardziej o tym zapomina. Wciąż stemplował wszystkie niemal akcje, ale czasem był to stempel wręcz smutny – smutny, bo pamiętamy jaki dym zrobił w lidze, gdy się w niej pojawił. Samodzielnie podnosił jej jakość. A teraz? Obejrzeliśmy w jego wykonaniu censtrostrzał pięć metrów od bramki, przerzut do nikogo, zamachanie łapami, gdy kolega źle przyjął. Nie powiemy – przypomniał o umiejętnościach dwoma dobrymi odbiorami, niezłym strzałem z wolnego, ale to nie to.

Pierwsza połowa miała w zasadzie tylko jeden bardzo wyrazisty moment, który mógł zmienić jej obraz: Maghoma stracił we własnym polu karnym na rzecz Wolsztyńskiego – strata niewybaczalna, choć Steinbors chyba też wrzucił go trochę na konia, to nie była zbyt dobra decyzja, by w ogóle grać do stopera, gdy wokół tyle graczy Górnika. Karny bezdyskusyjny, ale Angulo z niecelnym strzałem – mierny jak na Hiszpana strzał, już lepiej w jego wykonaniu wyglądało uderzenie głową na początku meczu, gdy futbolówka przynajmniej otarła się o poprzeczkę.

W drugiej połowie mecz zmienił o tyle obraz, że Arka pogrążyła się w totalnej ofensywnej impotencji. Aż wstyd mówić co sobie przez ten czas stworzyli. To uderzenie Zbozienia z trzydziestu metrów? Kiedy mu zeszła? I mało, że spudłował, to ewidentnie chciał podnieść piłkę, ale się nie udało? Czy jeszcze jak Jankowski został trafiony przez Vejinovicia w piłkę? Tyle się nachwalił Remigiusz Jezierski w temacie gry głową Jankowskiego, a przyszła okazja, to piłka jakby odbiła się od ściany.

Górnik tymczasem konsekwentnie pracował na gola. Nie, nie było huraganowych ataków, tak, bywały przestoje, kiedy inicjatywę oddawał. Ale:

– zaraz po zmianie stron Wolsztyński miał obowiązek trafić z bliska do siatki, ale ostatecznie jedynie wynalazł zagranie polegające na tak złym przyjęciu, że wychodzi z tego klepka;

– Dobre otwierające podania słał Manneh;

– Angulo nieźle uderzył z dystansu, ale nad bramką – tu błąd Marciniaka, Steinbors nie trącił piłki, a jednak arbiter wskazał na korner;

– Szukał okazji przy stałych fragmentach Bochniewicz, w 75 minucie po kornerze był niepilnowany na czwartym metrze, miał obowiązek przynajmniej trafić w światło bramki;

– Angulo już po podaniu Matrasa witał się z gąską, ale uprzedził go Steinbors.

W końcu przyszła 83 minuta, Angulo złamał linię spalonego, wpadł w pole karne. Był wyrzucony, kąt bardzo ostry, ale załatwił to czystą siłą uderzenia. Choć bramka idzie jednak po części na konto Steinborsa – strzał w krótki róg, prawie po rękach.

Arka w żaden sposób nie odpowiedziała. Była wciąż powolna, jakby spóźniona. Symbolem beznadziejny dziś Młyński, który nic nie dał z przodu, a raz tak się spóźnił, że górnicy już zdążyli wybić piłkę, a ten dopiero wpadł w rywala z całej siły. Dzieła zniszczenia dokonał więc Bochniewicz, był tu ukłon ku absurdalności Ekstraklasy: Bochniewicz dobijał swój własny strzał, z tym, że to pierwsze uderzenie wykonał… plecami.

Niby dwaj rywale w walce o utrzymanie, a jednak różnica zauważalna. Arka dobrych sytuacji praktycznie nie stworzyła, a im dalej w mecz, tym bardziej wyglądała jak na slow motion. Co do Górnika, to trudno powiedzieć, żeby nowi Jirka czy Prochazka błyskawicznie wprowadzili się do zespołu, ale widać, że coraz pewniej czuje się w Ekstraklasie Manneh. Znajdziemy przynajmniej kilku, których pochwalić nie tyle można, co wypada – niemniej pamiętajmy, że na tle takiej Arki nie tak trudno sensownie się pokazać.

arka

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (6)