Ignaczak odchodzi, kryzys zostaje. Resovia dołuje
Inne sporty

Ignaczak odchodzi, kryzys zostaje. Resovia dołuje

W sezonie 2015/16 zajęli drugie miejsce w PlusLidze. To był ich ósmy z rzędu rok na mistrzowskim podium. Trzykrotnie w tym czasie zostawali najlepsza ekipą w Polsce. Tyle tylko, że kolejne sezony kończyli już niżej. W trwającym – na ten moment – walczą wyłącznie o utrzymanie. Asseco Resovia wpadła w kryzys i podejmuje kolejne próby jego rozwiązania. Dwa tygodnie temu trenerem rzeszowian przestał być Piotr Gruszka, dziś z funkcją prezesa pożegnał się Krzysztof Ignaczak. 

Skąd ten kryzys? Nagroda Nobla dla tego, kto zdiagnozuje co się stało – mówi Krzysztof Sędzicki, dziennikarz WP Sportowych Faktów i Telewizji TOYA. – Od wielu lat jest tak, że przychodzą do Resovii świetni zawodnicy czy trenerzy i okazuje się, że nagle ich poziom drastycznie spada. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Finansowo to klub stabilny, który sportowo powinien się bronić. Mają zawodników, którzy powinni walczyć nawet o podium. Jest Marcin Komenda – talent odnaleziony przez Vitala Heynena, szlifowany teraz w Resovii. Powracający do ligi polskiej Zbigniew Bartman. Nicholas Hoag. To są postaci, które powinny dać sobie radę nawet w europejskich pucharach. Na pierwszy rzut oka indywidualnie wszystko jest okej. A potem się okazuje, że z tych wszystkich znakomitych zawodników czy trenerów nie rodzi się drużyna. Podejrzewam, że to problem dużo głębszy niż tylko to, czy umieją ze sobą grać czy nie. Jestem przekonany, że każdy z tych zawodników w innym klubie grałby lepiej, a tak wciąga ich ten rzeszowski wir.

Faktycznie, na brak wielkich nazwisk w Rzeszowie nigdy nie narzekano. Zresztą przez wiele lat to właśnie była strategia budowy Asseco, którą proponowali kibicom jej włodarze. I to ona przynosiła sukcesy. Gwiazdy polskiej i światowej siatkówki podbijały naszą ligę i osiągały świetne wyniki w Europie. Chętnie przychodzili tam najlepsi zawodnicy, bo od dawna jest to klub stabilny finansowo. Zresztą na to nadal nikt w Rzeszowie narzekać nie może. Podobnie jak na kibiców – ci wciąż dopingują swoją ekipę. Jasne, wobec aktualnej postawy zespołu (20 punktów i zaledwie 6 zwycięstw w 19 meczach) frekwencja nieco spadła. Ale nie można powiedzieć, by fani zawodzili. W przeciwieństwie do zawodników.

Już w zeszłym sezonie w Rzeszowie nie działo się najlepiej. Wtedy, gdy pisaliśmy o kryzysie tej ekipy, sugerowano, że winnych jest kilka czynników. Wymieniano: zatrudnianie osób do sztabu po znajomościach, nastawienie na natychmiastowy sukces, wymianę składu co sezon i to że spora część zawodników przychodzi do Rzeszowa zarobić, a nie walczyć o wyższe cele. Tym bardziej, że co sezon muszą się na nowo zgrywać, bo połowa składu wyjechała. Zresztą budowa składu też była problemem – na niektóre pozycje było zawodników zbyt wielu, na inne – zbyt mało. Generalnie w Rzeszowie nic wówczas nie grało poza stroną finansową.

Żeby to zmienić stanowisko trenera powierzono przed trwającym sezonem Piotrowi Gruszcze, a prezesem został Krzysztof Ignaczak. Dwaj byli, uznani reprezentanci, legendy naszej siatkówki. To miało być dla Rzeszowa nowe otwarcie. I w pewnym sensie było. Tyle tylko, że wyniki wyłącznie się pogorszyły. W Resovii nic nie grało. Nie dziwi więc, że pojawiły się nawet głosy o tym, że opcjonalny spadek z ligi mógłby być… oczyszczający.  – Sam się nad tym zastanawiałem – mówi Sędzicki. – Na Twitterze, gdy poruszyłem ten temat, od razu mnie skontrowano, że przecież wycofaliby się wtedy sponsorzy i w ogóle byłoby gorzej. Ale kiedy jak nie teraz? Jest nowy trener, nowy prezes, większość zawodników pewnie nie zostanie po takim sezonie. Co przeszkadza w tym, by zbudować coś na nowo? Choć może rzeczywiście, warto byłoby robić to w PlusLidze, ale z mniejszymi oczekiwaniami – nie z walką o podium, a spokojnym utrzymaniem. Zobaczymy, czy ktoś w Resovii do tej decyzji dojrzeje. 

Właśnie, bo problem Resovii jest też taki, że tam nie zmieniają się cele. Choć klub drugi sezon z rzędu gra słabo, wciąż pamięta się sukcesy i liczy na to, że za niedługo rzeszowianie do nich nawiążą. A to nie działa tak, że wystarczy pstryknąć palcami, wypowiedzieć magiczne zaklęcie i nagle wszystko będzie dobrze. Mimo tego w Resovii długo jakby właśnie na to czekano. Zobaczymy, jak będzie teraz. Nowym prezesem został bowiem, jak podali w „Prawdzie siatki” Jerzy Mielewski i Wojciech Drzyzga, Piotr Maciąg, siostrzeniec właściciela, który ma papiery na prowadzenie takiego klubu, ale żadnego doświadczenia w tej roli. Choć Wojciech Drzyzga twierdzi, że od dawna jest on blisko siatkówki i wie, co w trawie piszczy. Jeszcze przed pojawieniem się nowego prezesa trenerem został za to Emanuele Zanini. I tu kolejny problem: bo to szkoleniowiec, który faktycznie potrafi dobrze prowadzić swoje zespoły. Sęk w tym, że jeszcze nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej i wydaje się być typowym strażakiem, który ma pomóc ekipie w krótszym okresie.

Też wydaje mi się, że to tego typu szkoleniowiec. Ale tu moją uwagę zwróciła inna rzecz – że żaden polski trener nie chce objąć Resovii. Wie bowiem, że tamtejsze „ruchome piaski” mogą go wciągnąć. Pytanie brzmi, jak skonstruowany jest kontrakt Zaniniego i czy ma on zostać na stanowisku po tym sezonie. Na logikę nie mógł to jednak być człowiek z wewnątrz, potrzeba było kogoś spoza naszego środowiska, bo wszyscy, którzy mogli objąć Resovię, powiedzieli nie. Oni wiedzą, co tam się dzieje. Choć nie wiedzą dlaczego, bo tego nikt nie zdiagnozował. Te klocki się tam nie składają w jedną całość i to sprawia, że szuka się nowego prezesa czy nowego trenera – mówi Sędzicki.

Rzeszów to specyficznie miasto. Sporty takie jak siatkówka i żużel są tam dla mieszkańców niesamowicie ważne. Dlatego ciśnienie i presja nałożone na Resovię, która przez wiele lat była dumą miasta, jest spore. Zresztą dopiero co nowy prezes, trener i zawodnicy spotkali się z prezydentem miasta, który mówił im, że wie, że są doskonałymi zawodnikami, stać ich na zwycięstwa i „spadek formy jest chwilowy, wszystko na pewno się zmieni”. Na spotkaniu wypowiadali się zresztą również i Piotr Maciąg, i Emanuele Zanini.

– Wszyscy jesteśmy świadomi, że rezultaty sportowe w tym sezonie są poniżej oczekiwań. Te zmiany, które zachodzą teraz w klubie, w szczególności zatrudnienie nowego trenera, one powinny być bodźcem do tego, żeby osiągnąć dobre rezultaty. Nadal mamy szansę na dobrą pozycję w tabeli i na tym trzeba się koncentrować. Mój background to nauki ekonomiczne. Jestem magistrem finansów i doktorem ekonomii. Przez ostatnie lata pracowałem na uczelni. Moje zadania, jeżeli chodzi o pracę w klubie, to zapewnienie dobrej organizacji, jednak na razie muszę się wdrożyć i poznać klub dokładnie od środka – mówił nowy prezes Resovii, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.

I znów pojawia się pytanie: czy rzeszowianie będą chcieli, by ten bodziec natychmiastowo doprowadził ich na szczyt? Bo jeśli tak, mogą się naprawdę mocno rozczarować. Ale gdyby dać sobie czas, na przykład jakieś trzy sezony, postawić na wychowanków – którzy aktualnie z Rzeszowa odchodzą, a potem… ogrywają Resovię w PlusLidze – i zbudować nową tożsamość klubu, to możliwe, że udałoby się nawiązać do jego minionej wielkości. Teoretycznie Resovia jest w o tyle komfortowej sytuacji, że w tabeli ma dziewięć punktów przewagi nad ostatnią w tabeli Visłą Bydgoszcz. I wydaje się, że to bezpieczny zapas (choć nie wykluczamy, że to może się zmienić), przy którym można pokusić się o przebudowę. Czy wręcz jeszcze lepiej – wyburzenie wszystkiego i rozpoczęcie konstrukcji od nowa.

Bo, jakby nie było, Resovia to wielka marka. Źle by się stało, gdyby kryzys trwał. A jeśli drużyna dalej będzie tak prowadzona – szanse na poprawę są naprawdę niewielkie.

Fot. Newspix 

 

 

KOMENTARZE (0)