post Avatar

Opublikowane 13.02.2020 13:16 przez

redakcja

Jeśli szukacie złodziei, zajrzyjcie do drugiej szatni – powiedział do carabinierich Osvaldo Bagnoli, trener Hellasu Werona. Jego słowa uderzały w Juventus i przeszły do historii calcio. Wypowiedział je po meczu 1/8 finału Pucharu Europy, w którym Stara Dama za zamkniętymi drzwiami wyrzuciła Mastinich z rozgrywek. Po tragedii na Heysel mecz rozegrano bez udziału publiczności, co według obserwatorów pozwoliło sędziemu na przepchnięcie obrońców tytułu do kolejnej rundy rozgrywek.


Tamto wydarzenie miało wpływ na przyjaźń Gianpiero Bonipertiego i Sergio Chiampana. Szefowie odpowiednio Juventusu oraz Hellasu współpracowali ze sobą na rynku transferowym, ale i poza futbolem. Dzięki temu do Werony trafili piłkarze, którzy przyczynili się do największego sukcesu w historii klubu. Bo żeby zagrać w Pucharze Europy, werończycy musieli przecież zdobyć Scudetto. W 1985 roku niespodziewanie przechytrzyli oni m.in. Juventus, wygrywając wyścig o tytuł. Bianconeri odwdzięczyli się rok później. Mastini byli o krok od awansu do ćwierćfinału rozgrywek, jednak po domowym remisie 0:0, w Turynie mieli zostać oszukani. Niepodyktowany rzut karny i jednostronne sędziowanie sprawiły, że po meczu na stadionie pojawiła się policja. Piłkarze Hellasu wylewali bowiem swoją frustrację na szatni dla gości, co zakończyło się poważnym urazem Antonio Di Gennaro, który rozbił szybę własnym ciałem. Tak zakończyła się historia, która zdarza się raz na sto lat. Historia, której bohaterami byli piłkarze z prowincji, którzy pokonali gigantów w drodze do wiecznej chwały.

***

Werona to Romeo, Werona to Julia, Werona to Hellas. Wie o tym każdy Włoch, tę zależność znają wszyscy fani calcio. Choć w mieście miłości jest też drugi klub, Chievo, mimo że to on w ostatnich latach częściej i lepiej grał w Serie A, miasto należy do Mastinich. Również dlatego, że to Hellas może się pochwalić największym sukcesem w historii Werony – tytułem mistrza Włoch, zdobytym w 1985 roku. W Serie A zdominowanej przez światowe gwiazdy z Bońkiem, Platinim czy Rummenigge na czele zdarzył się cud, który nawet jego autorzy nazywają rzeczą nie do powtórzenia.

– Hellas sięgający po Scudetto pokazał mi, że każdy może osiągnąć wszystko, co sobie wymarzy, jeśli tylko da z siebie wszystko i mocno w to uwierzy.
Maurizio Setti, obecny prezydent klubu

„Veronesi tutti matti” – wszyscy Werończycy to szaleńcy, głosi stare włoskie powiedzenie. Kto więc lepiej pasowałby do roli zagranicznych gwiazd Hellasu niż dwaj szaleni piłkarze? Latem 1984 roku dyrektor sportowy Emilliano Mascetti wpadł na pomysł wymiany stranierich w swojej drużynie. Miasto miłości opuścili więc Władysław Żmuda i Joe Jordan, ale że Scaligerich nie było stać na gwiazdy pokroju Platiniego, wzrok skierowano ku zachodniej Europie. Z Belgii wyciągnięto niegdyś świetnie zapowiadającego się Prebena Elkjaera Larsena, a z Niemiec Hansa-Petera Briegla. Pierwszy miał pseudonim Szaleniec z Lokeren, drugiego zwanego Panzerem. Taki mix zapowiadał się całkiem nieźle.

Elkjaer Larsen szybko potwierdził, że pseudonim nosi nieprzypadkowo. W Weronie zasłynął tym, że uwielbiał jeździć konno nawet na treningi, a z basenu w swojej wilii korzystał również zimą. Sąsiedzi pukali się w czoło, ale dla człowieka północy, jakim był Preben, temperatura była przecież idealna i zdziwienia lokalsów w ogóle nie rozumiał. Podobnie, jak nie zrozumiał swojego trenera. Osvaldo Bagnoli był typem człowieka, który jest oszczędny w słowach, jednak Duńczyk, który dopiero co przybył do nowego klubu, jeszcze o tym nie wiedział. Chciał wkomponować się do drużyny, więc postanowił uciąć sobie pogawędkę ze szkoleniowcem.

Dzień dobry trenerze.
- Dzień dobry, gdzie grasz?
- W ataku.
- W porządku.

I to by było na tyle. Elkjaer był przerażony, jak miał nawiązać współpracę z kimś takim? Ale odwrotu już nie było: jego żona zakochała się w Italii od pierwszego wejrzenia. Zresztą, czym innym Hellas mógłby kusić? Tak, co prawda prezydent Celestino Guidotti, znany dealer samochodowy, obiecywał, że jeśli któryś z jego piłkarzy strzeli 15 bramek, otrzyma nowiutkie Maseratti, ale w zasadzie była to jedyna premia przewidywana dla zawodników Mastinich. Z drugiej strony duński napastnik nie miał już wyboru. Przez lata grał w Belgii i choć Lokeren nie było wtedy słabym zespołem, czuł, że nie wykorzystał swojej kariery w stu procentach. Transfer do najlepszej wówczas ligi świata był dla niego drugą szansą od losu.
A co zrobił z pierwszą? Zmarnował ją w sposób wręcz spektakularny. Jako młody piłkarz trafił do Kolonii, ale tam zupełnie sobie nie poradził. Elkjaer był nadzieją duńskiego futbolu, zawodnikiem, któremu wróżono większą karierę niż Michaelowi Laudrupowi. Tyle że Preben w ogóle sobie nie pomagał. Laudrup harował na treningach, a Larsen kopcił jak smok. Z Niemiec wyleciał w zasadzie dyscyplinarnie, skreślając samego siebie w oczach trenera, gdy wyszedł na imprezę. Został wezwany na dywanik, gdzie powiedziano mu, że zeszłej nocy widziano go w klubie z butelką whisky w dłoni i kobietą w loży. Elkjaer zaprzeczył. Powiedział, że to była butelka wódki, a kobiety były dwie.

Sami więc rozumiecie, że Hellas był dla niego zbawieniem. Kiedy już ustatkował się w życiu, stwierdził, że warto spróbować powalczyć o coś więcej, dowieść swojej jakości. Jak pomyślał, tak zrobił i został jednym z głównych bohaterów szalonej, mistrzowskiej historii. Spodziewano się, że będzie on główną gwiazdą drużyny, ale zamiast tego Elkjaer wolał pracować z boku. W duecie z Giuseppe Galderisim robił za kogoś, kto ściąga na siebie rywali, szykując miejsce dla bramkostrzelnego partnera. On sam jednak posłał piłkę do siatki osiem razy, a dwie z tych bramek dały mu wieczną sławę. Przy okazji pozbył się też szalonego pseudonimu, zyskując przydomek „Kopciuszek”. Dlaczego? W październiku 1984 roku Scaligeri grali z mocarnym Juventusem. Mecz był stykowy – Hellas prowadził 1:0, ale w końcówce Stara Dama mogła doprowadzić do wyrównania. Wtedy Preben ruszył z piłką z lewego skrzydła, ściął w kierunku bramki, minął dwóch rywali i… zgubił prawego buta. Komiczna sytuacja powinna położyć kres tej akcji, ale Duńczyk pokazał klasę: strzelił gola na 2:0 i jak sam twierdzi, rozkochał w sobie całą Weronę. Taka bramka zdarza się przecież raz na tysiąc lat.

– Nikt nie spodziewał się przed startem sezonu, że wygramy tę ligę.
Pietro Fanna

Duńczyk zresztą grał na tyle dobrze, że dość nieoczekiwanie… był bliski zdobycia Złotej Piłki. W 1984 roku zajął on trzecie, a rok później drugie miejsce, dwukrotnie ustępując Michelowi Platiniemu. Nie musimy dodawać, że nigdy później żaden piłkarz Hellasu nie dostąpił już takiego zaszczytu.

Ale Preben Elkjaer miał wyjątkowe szczęście i wkrótce powtórzył magiczne trafienie. Tym razem obyło się bez strat w obuwiu, za to pewnie kilka serc przeżyło wówczas mini zawał. Była przedostatnia kolejka rozgrywek, a Hellas grał w Bergamo z Atalantą. La Dea prowadziła, a Mastinim do Scudetto brakowało jednego punktu. Remis równał się z euforią, porażka z walką do ostatnich minut na ligowym finiszu. Niestety, podziału punktów nic nie zapowiadało. Gospodarze dominowali, jednak popełnili jeden błąd. Zostawili trochę za dużo miejsca pewnemu duńskiemu napastnikowi. Ot tyle, że wystarczyło, żeby ten złożył się do pół-woleja, huknął jak z armaty i zdobył najważniejszą bramkę w historii klubu.

Elkjaer do spółki z Brieglem byli też bohaterami słynnego meczu na Stadio Friuli w Udine. Gospodarze zrobili wtedy coś, co po wielu latach zacznie się nazywać „robieniem Stambułu”. Na długo przed finałem z udziałem Liverpoolu i Milanu, Udinese odrobiło straty z 0:3 do 3:3 i mogło urwać werończykom punkty przed ważnymi starciami z Juventusem i Interem, ale wtedy wszyscy przekonali się, po co do Włoch, kraju mistrzów świata, ściągano czołowych piłkarzy z innych krajów. To oni wzięli sprawy w swoje ręce i szybko strzelili dwie bramki. Zdaniem wielu był to moment, w którym Hellas naprawdę uwierzył, że może wyprzedzić gigantów w wyścigu po najważniejszy skalp sezonu.

Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że o wyjątkowym roku dla Mastinich wiedzieli już na starcie rozgrywek. Dlaczego można im wierzyć? Bo w pierwszej kolejce do Werony przyjechało Napoli. Nie jakieś Napoli, a TO Napoli. Klub, który przed chwilą ściągnął Diego Maradonę i znalazł się na ustach całego świata. Boski Diego miał zadebiutować właśnie w spotkaniu z Hellasem, to w mieście Romea i Julii miał rozkochać w sobie Włochów i pokazać, jak silni będą Partenopei z nim w składzie. Tymczasem sprawy przybrały niecodzienny obrót. Gospodarze triumfowali 3:1, a pierwszego gola zdobył Hans-Peter Briegel. Niemiec przyćmił Maradonę nie tylko golem w debiucie, ale też nakrywając go czapką w boiskowej rywalizacji. Było to zaskakujące nie tylko dlatego, że Briegel nie uchodził wcześniej za „jednego z wielkich”. Niemiec został ściągnięty po to, żeby zastąpić na lewej obronie Luciano Maragnona, który nosił się z zamiarem odejścia. Włoch ostatecznie się rozmyślił i sprawił Bagnoliemu spory kłopot. Klubu nie stać było na to, żeby trzymać w kadrze dwóch klasowych lewych obrońców, więc Briegel zaproponował: przesuń mnie do środka pola, zawsze chciałem grać jako pomocnik. Starcie z Napoli było więc dla niego debiutem nie tylko w barwach nowego zespołu, ale i przetarciem w zupełnie nowej roli na boisku, z którego wyszedł uskrzydlony.

Briegel utrzymał kapitalną formę do końca sezonu. Strzelał jak na zawołanie, kończąc rozgrywki z dziewięcioma golami na koncie – o jednym więcej od Elkjaera. Swoją grą zasłużył na historyczne wyróżnienie: jako pierwszy piłkarz grający poza granicami Niemiec, został wybrany najlepszym zawodnikiem w kraju zza naszej zachodniej granicy.

– 
Z Bagnolim czuliśmy się jak ptaki, które ktoś wypuścił z klatki.
Pietro Fanna, piłkarz Hellasu

Zagraniczne gwiazdy były głównymi, ale nie jedynymi aktorami wielkiego sukcesu. Gra Hellasu opierała się w dużej mierze na kapitalnej linii obrony. W 30 spotkaniach Mastini stracili zaledwie 19 bramek. W całych rozgrywkach werończycy przegrali tylko dwa mecze, ale bardzo często remisowali. Wówczas kluczową rolę odgrywali defensorzy, którzy 16 razy zachowali czyste konto. Było to o tyle zaskakujące, że między słupkami drużyny z miasta miłości stał Claudio Garella, golkiper, który w tamtych latach był w Italii wręcz wyśmiewany. Dlaczego? Najprościej ujmując: był ciapowaty. W Serie A utrzymał się tylko przez rok, potem grał o poziom niżej, w Sampdorii Genua. Nie wróżono mu, że kiedykolwiek powróci do gry w najwyższej klasie, a tymczasem gdy rękę wyciągnął do niego Bagnoli, wywalczył z Hellasem awans do Serie A i zapracował na transfer do wielkiego Napoli. Początkowo jednak wciąż żartowano z jego umiejętności.
Kibice Lazio nazywali go Paparellą, a Gianni Agnelli stwierdził kiedyś, że Claudio byłby najlepszym bramkarzem na świecie, gdyby tylko inni nie mogli używać rąk. Garella zachował wtedy spokój i odpowiedział: – Najważniejsze w naszym fachu jest bronienie. Nie ma znaczenia, w jaki sposób to robię, kiedy jestem skuteczny.

Faktycznie, golkiper Hellasu słynął z tego, że potrafił wyciągać strzały nogą, głową, klatką, a pewnie i wszystkimi innymi częściami ciała. Na szczęście nie zawsze musiał popisywać się swoim talentem, bo miał przed sobą kapitalnych obrońców z Roberto Tricellą na czele. Był on jednym z trzech piłkarzy, którzy w mistrzowskim sezonie zagrali wszystko, od deski do deski. Prawdziwa skała w defensywie, człowiek, który w pewnym momencie wygryzł ze składu reprezentacji Włoch samego Franco Baresiego. To chyba najlepsza laurka, jaką można mu wystawić. – Dzięki Bagnoliemu nauczyłem się, jak mam grać bez piłki – przyznawał po latach filar drużyny.

[etoto league=”ita”]

Tricella grał jako libero i świetnie rozumiał się z mózgiem zespołu: 22-letnim Antonio Di Gennaro, kolejnym zawodnikiem, który dzięki Hellasowi wypromował się do reprezentacji Włoch. Pomocnik był kimś, kogo dziś określamy jako gościa od „noszenia fortepianu”. Miał końskie zdrowie, harował w środku pola i biegał tak samo w doliczonym czasie gry, jak i w pierwszej minucie spotkania. Zasłynął jednak z czego innego. Niedługo po wspomnianym wcześniej meczu z Udinese, Hellas grało z Juventusem. Drużyna wyglądała na wypompowaną, dodatkowo kwadrans przed końcem spotkania straciła gola i przegrywała 0:1. Di Gennaro jako jedyny miał jeszcze siłę, przejął piłkę 30 metrów od bramki, poprawił ją sobie i huknął wprost w okienko, strzelając równie pięknego, jak i ważnego gola.

Do legendy, obok bramki Di Gennaro, przeszedł także wywiad przeprowadzony po tamtym spotkaniu. Pierino Fanna, kolejna niezwykle ważna dla Hellasu postać, wyszedł do dziennikarzy w… niebieskim szlafroku. Wyluzowany i zrelaksowany skrzydłowy w pełni oddawał stan ducha zespołu. Mastini nic nie musieli, to wielcy pokroju Juventusu i Interu mieli ich gonić, oni bawili się piłką. Fanna był jednak delikatnym przeciwieństwem większości swoich klubowych kolegów. Do Werony przyszedł po trzech mistrzostwach z rzędu, które zdobył z Juventusem. W Turynie nie czuł się jednak jak gwiazda. Laury zgarniali ci, na których on po cichu pracował, dlatego ta rola mu się znudziła. Jego szybkość, drybling i pomysł na grę kombinacyjną miał być kluczowym elementem gry ofensywnej Scaligerich. – Dostawałem różne role, ale w każdej czułej się szczęśliwy. W Hellasie stałem się prawdziwym mistrzem – wspominał sam zainteresowany.

– Spytajcie dziecka, co kryje się za golem, zwycięstwem, udaną interwencją. Powie, że chodzi o jedno słowo: radość. Czysta radość, która pozwala utonąć w ramionach kolegów z drużyny, którą można wykrzyczeć. Dla Werony było tym Scudetto Hellasu.

Diego Alvera, pisarz

Wszyscy zawodnicy, bez znaczenia, czyli odrzutkami z wielkich drużyn, mistrzami kraju czy gwiazdami ligi belgijskiej, byli jednak tylko składnikiem w cieście, które piekł Osvaldo Bagnoli. Człowiek, który znał życie i piłkę nożną od podszewki. On też, tak jak Fanna, był niegdyś mistrzem Włoch i członkiem wielkiego zespołu, z którym kompletnie się nie utożsamiał. Jako młody chłopak dołączył do wielkiego Milanu, choć wcale nie planował piłkarskiej kariery. Grał amatorsko, pracował w fabryce i pomagał w utrzymaniu rodziny. Kiedy pierwszy raz miał pojechać na mecz z dorosłą kadrą Rossonerich, odmówił, bo musiał stawić się w pracy. Klub widział w nim jednak talent i zaproponował proste rozwiązanie – zaoferował mu większą pensję niż ta, którą zarabiał pracując fizycznie. Bagnoli dołączył do klubu pełnego gwiazd, zdobył Scudetto, ale szybko opuścił Mediolan i grał w mniejszych zespołach. Kiedy kończył karierę, nie miał na siebie pomysłu. Kolega zaproponował mu, żeby poszedł w trenerkę, ale nie zapowiadało się, że kiedykolwiek odniesie w niej sukcesy.

Z pierwszej pracy zwolnili go po kilku kolejkach, a kiedy w końcu doczłapał się do poziomu Serie A, z hukiem spadł z ligi. – Nie widziałem siebie jako utytułowanego trenera w przyszłości – przyznawał.

Zabawne, bo sukcesy przyszły szybciej niż się spodziewał. Najpierw wprowadził do Serie A Cesenę, potem zrobił to samo z Hellasem. Tak, jak wspomnieliśmy wcześniej, beniaminek niemal z marszu zawojował rozgrywki. – Futbol to bardzo prosta gra. Nie pressing czy gra strefami jest najważniejsza. Najważniejsze, żeby mieć szczęście i znaleźć właściwą osobę, którą można włożyć we właściwe miejsce i pozwolić im wszystkim być wolnym, żeby wyrazili siebie na boisku. Doprowadziłem drużynę do zasłużonego Scudetto bez wymyślania nowych taktyk, makiawelizmu i innych sekretów. Futbol to mecz, jeden, jedyny mecz – tłumaczył po latach.

Faktycznie, jego zespół nie grał niczego innowacyjnego. Nie było to typowe catenaccio, Bagnoli chciał odchodzić od ultradefensywnego stylu, mimo że Mastini świetnie radzili sobie w defensywie i równie skutecznie wykorzystywali kontrataki. – Miał w sobie coś, co sprawiało, że ludzie traktowali go jak księdza. Jego słowa były jak kazania, choć on sam był w nich oszczędny i skromny. Być może dlatego nie jest tak sławny, jak inni wielcy trenerzy. W Hellasie zbudował silną grupę, był dla tych piłkarzy jak ojciec, dlatego oni potrafili się dla niego poświęcić. Miałem to szczęście, że jako młody chłopak obejrzałem z trybun większość domowych meczów tamtej drużyny. Pamiętam, że kiedy w ostatniej kolejce graliśmy z Avellino, miałem Pierwszą Komunię. Po mszy uciekłem z rodzinnej imprezy, żeby dostać się na stadion i świętować tytuł razem z resztą. Kiedy wróciłem do domu, przyjęcie było skończone. Ominąłem własną komunię, ale nie żałowałem, to było historyczne wydarzenie. Werona tamtego dnia zamieniła się w Rio de Janeiro, do dziś z pokolenia na pokolenie przekazywane są opowieści o tamtym Scudetto – opowiadał w rozmowie z „Guardianem” Matteo Fontana, dziennikarz pochodzący z Werony.

Scaligeri szli przez sezon jak burza, ale przez długi czas temat mistrzostwa był tematem tabu. Zwłaszcza dla Bagnoliego, który nie lubił komentować walki o tytuł publicznie. W szatni uczulał piłkarzy, żeby nie rozmawiali o tym zbyt głośno. Ale oni sami zdawali sobie sprawę, że są w stanie tego dokonać. – Pamiętam, że sylwestra świętowaliśmy wspólnie: piłkarze razem ze sztabem i żonami. Wtedy, o północy, Piero Fanna wstał i powiedział: panowie, wiem, że to zrobimy. To będzie nasz rok. To był jedyny moment, kiedy głośno mówiliśmy o Scudetto, ale nigdy nie wyszło to poza naszą szatnię – wspominał trener Mastinich.

– Osvaldo Bagnoli był dla Werony tym, kim Bill Shankly był dla Liverpoolu. Uczynił ludzi szczęśliwymi.
Matteo Fontana, dziennikarz z Werony

Choć opiekun Hellasu zarzekał się, że jego metody nie są nowatorskie, pod pewnymi względami był pionierem. W jaki sposób dobierał piłkarzy do swojego zespołu? Twierdzi, że pomagał mu w tym… album z naklejkami Panini. Szukał pomocników, którzy strzelali po 3-4 gole, ale byli niedoceniani. Dzięki temu osobliwemu „skautingowi” miał podsuwać dyrektorowi sportowemu pomysły na kolejne wzmocnienia. Jego styl był prosty – mówić niewiele, ale konkretnie. – W szatni zwykle siadałem w koncie i przeglądałem „La Gazzettę dello Sport”. Odprawy? A co ja miałem im mówić? Przez cały tydzień ćwiczyliśmy schematy, więc w dzień meczu musieli już je pamiętac. Moje słowa nic by tam nie wniosły – twierdził Bagnoli.

We Włoszech uchodził za człowieka doskonale przygotowanego do zawodu. Jego zmysł taktyczny dał mu przydomek Lo Svizzero, odnoszący się do tego, że wszystko chodziło u niego jak w szwajcarskim zegarku. Nie potrafił jednak opowiadać o swoim sukcesie. Gianni Mura, włoski dziennikarz, wspomina, że pewnego razu zorganizowano we Włoszech konferencję dla trenerów, na którą zjechali się najwybitniejsi ludzie w kraju. Bagnoli usiadł w roku z notesem, spisując ciekawsze fragmenty, aż w końcu zaproszono go na środek. Hellas był wtedy na szczycie tabeli i poproszono go, żeby wyjaśnił, skąd bierze się jego sukces. Osvaldo stanął przed widownią, zakłopotał się i powiedział: – Wyjdę teraz na głupka, bo nie mam niczego do powiedzenia. W Weronie gramy tradycyjny futbol, dużo pressujemy. Tak piszą o nas w gazetach. Przepraszam, ale nie pytajcie mnie o przepis na sukces, bo ja go po prostu nie mam.

Mało tego. Trener Hellasu twierdził, że rok, w którym sięgnęli po mistrzostwo, nie był nawet najlepszym, za czasów jego pracy. – Wszyscy pamiętają o Scudetto, ale kiedy wygrywaliśmy Serie B graliśmy jeszcze lepiej. Byliśmy perfekcyjnie zsynchronizowaną drużyną, w której każdy wiedział, co ma robić. Tytuł? Wywalczyliśmy go, bo każdy z piłkarzy był głodny sukcesów i chciał udowodnić byłemu klubowi, że zbyt łatwo z niego zrezygnował. Byliśmy silni jako grupa, ale nie było u nas przybyszów z innej planety, którzy ciągnęli drużynę do zwycięstw.

Bagnoli twierdził, że miał szczęście. Nie chodzi o wyniki, ale o to, że mając 17 piłkarzy i dwuosobowy sztab, nikt nie wypadał z powodu kontuzji, nikt nie narzekał. Ale mimo że nie wiedział, jak wytłumaczyć swój sukces, przykuł uwagę wielkich klubów. Po dekadzie w Weronie trafił do Genui, a potem do Interu. Jego kariera zakończyła się jednak bardzo szybko, bo już w wieku 58 lat. – Mam wszystko, czego chciałem, żeby być szczęśliwym. Nie chcę się brzydko zestarzeć. Dzisiejszy futbol to już nie to samo. Przyszedł Berlusconi i jego ogromne pieniądze, wokół młodych piłkarzy kręcili się agenci, wszędzie były zakulisowe gierki. Nie chciałem w tym uczestniczyć – przyznawał laureat nagrody dla najlepszego trenera 1984 roku.

Co ciekawe, Berlusconi, który zdaniem Bagnoliego był jednym z tych, którzy zepsuli futbol, chciał go u siebie. Dlaczego Osvaldo nie trafił do Milanu? A kojarzycie opowieść o tym, że Silvio pragnął zatrudnić Maurizio Sarriego, jednak gdy dowiedział się, że ten ma komunistyczne poglądy, zmienił zdanie? Jej prekursorem był Bagnoli. Zdaniem wielu Rossoneri trafiliby pod jego skrzydła, ale w ostatniej chwili Berlusconi dowiedział się, że były piłkarz mediolańskiego klubu głosuje na socjalistów. Znany z nienawiści do swoich przeciwników politycznych Silvio powiedział więc liberum veto i zablokował ten ruch.

– Nigdy nie byłem komunistą. Głosowałem na socjalistów, bo tak samo robił mój ojciec.
Osvaldo Bagnoli

W Weronie kult Scudetto sprzed 35 lat wciąż jest ogromny. Nic dziwnego – dla takiego miasta jest to ogromny powód do dumy. Gdyby zapytań werończyków, czym szczycą się bardziej: balkonem Julii czy mistrzostwem kraju, zapewne wskazaliby sukces odniesiony na boisku. W wielu barach i restauracjach wciąż można natknąć się na symbole minionej epoki: zdjęcia, wycinki gazet, autografy. Co kilka lat odbywają się spotkania charytatywne, w których uczestniczą bohaterowie Scudetto z 1985 roku. Dekadę temu, kiedy Hellas grał w trzeciej lidze, na trybuny przyszło ponad 11000 ludzi, którzy chcieli oddać hołd swoim bohaterom. Na trybunach wywieszono transparent: Najpiękniejsze zwycięstwo pozostanie w naszej pamięci, a ci, którzy je odnieśli, będą żyli w wiecznej chwale.

Pięć lat później klub zaprezentował stroje na nowy sezon, nawiązujące do mistrzostwa sprzed 30 lat. Znalazły się na nich słowa trenera: Jestem jednym z tych, którzy mają żółto-niebieską skórę. W 51. minucie derbowego spotkania z Chievo, cały stadion wzniósł w górę szaliki i zaśpiewał o niezapomnianym golu Elkjaera, zupełnie jakby Duńczyk wpakował piłkę do siatki przed chwilą, a nie ponad trzy dekady temu. Bo tamten wolej już na zawsze wpisał się w pamięć mieszkańców włoskiego miasta miłości.

SZYMON JANCZYK

fot. Wikipedia

Opublikowane 13.02.2020 13:16 przez

redakcja

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
06.06.2020

Kamil Drygas wraca na teren jak po swoje

Pogoń po kilku tygodniach beznadziei doczekała się pozytywnych informacji. Pierwsza, ta najważniejsza – „Portowcy” wygrali po sześciu meczach bez zwycięstwa. Druga – do formy wraca Kamil Drygas. To jego bramka (i ciasteczko od Listkowskiego) była ozdobą meczu, a wręcz… No nie darujemy sobie wbicia szpilki – ta akcja była jedyną rzeczą, na którą w meczu […]
06.06.2020
Niemcy
06.06.2020

Hertha się broniła, ale jednak nie dała rady dowieźć 0:0. Borussia skromnie wygrywa

Ostrzyliśmy sobie zęby na starcie Dortmundu z Herthą, bo i BVB wygląda dobrze w lidze – tylko Bayern po restarcie okazał się mocniejszy – i klub ze stolicy zaskakuje. To już chyba nie jest ta ekipa co wcześniej. Bruno Labbadia zebrał tych piłkarzy do kupy, Hertha punktuje i nie męczy buły, potrafiła przecież ograć Union […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Czy znajdzie się ktoś, kto wreszcie odstawi go od składu?

Macie czasami tak, że podczas oglądania horrorów nie możecie nadziwić się temu, jak durne decyzje podejmują główni bohaterowie? Właściwie sami proszą się o problemy i wychodzą prosto w ramiona potwora czy seryjnego mordercy. Mamy tak samo, gdy widzimy, że Dariusz Żuraw po raz kolejny wystawia w pierwszym składzie Karlo Muhara. To już nie jest upartość, […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Radosna twórczość Zagłębia i Lecha w tyłach? Radość dla naszych oczu

Takie popołudnia z Ekstraklasą to czysta przyjemność. Jasne, w dużej mierze mecz Zagłębia Lubin z Lechem Poznań oglądało się tak fajnie dlatego, że obie ekipy miały duże braki w defensywie i nie imponowały dyscypliną taktyczną. „Kolejorz” w pierwszej połowie stworzył ze swojego środka strefę całkowicie zdemilitaryzowaną, robiąc przeciwnikowi mnóstwo miejsca w każdej akcji. Ale z […]
06.06.2020
Włochy
06.06.2020

Dlaczego zawsze on? Brescia rozwiązuje kontrakt z Balotellim

„Dlaczego zawsze ja?” – pytał Mario Balotelli poprzez legendarny już niemalże napis na koszulce. Było to dziewięć lat temu. Włoch, wówczas napastnik Manchesteru City, zdobył otwierającą bramkę w derbach miasta, ostatecznie wygranych przez „Obywateli” 6:1. Można powiedzieć, że to pytanie stało się niejako podsumowaniem kariery Balotellego. Bo jeżeli w świecie futbolu odgrywa się jakiś skandal, […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Robert Janicki Napoleonem Warty. Poznaniacy uciekają Stali

Odkąd pierwszoligowcy wrócili na boiska, obserwujemy dziwną zasadę. Otóż na zapleczu Ekstraklasy bardzo poważnie podchodzą do dawkowania emocji. Zwykle jeden dobry mecz na dzień to maksimum, na jakie możemy liczyć. Znakomite potwierdzenie tej tezy miało miejsce w sobotę. Pierwszy mecz? Walka cios za cios, wysoka intensywność, kochana przez niektórych „jazda na dupie”. Drugi? Macanka, tempo […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Trzy punkty? Wisła Płock: a komu to potrzebne?

Nie powiemy, że Wisła Płock straciła zwycięstwo w Białymstoku w najbardziej frajerski sposób w tym sezonie, bo pamiętamy choćby to, co w Gdyni odwalił Raków Częstochowa, ale na miejscu Radosław Sobolewskiego rozwalilibyśmy dziś ze dwie szafki. Albo zamknęlibyśmy drzwi do autokaru przed nosem kilku delikwentów. Już mieliśmy pisać, że w Ekstraklasie wszystko po staremu, czyli […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Lewandowski pobił kolejny rekord. Tym razem swój osobisty

Fantastyczny dla Roberta Lewandowskiego był sezon 2016/17. Strzelił 43 gole, na rozkładzie miał m.in. Arsenal, Atletico, Real i rzecz jasna BVB. Wydawało się, że do tak wysoko zawieszonej poprzeczki już nie doskoczy. Tymczasem Polak w bieżącym sezonie już przebił tamten wynik. A do rozegrania ma jeszcze cztery kolejki w lidze, być może dwa kolejne w […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Szymon Sićko – następca Karola Bieleckiego w kadrze na lata?

W dniu, w którym reprezentacyjną karierę zakończył Karol Bielecki, powstało pytanie: kiedy w kadrze pojawi się jego następca? Ktoś, kto będzie dysponował piekielnie mocnym rzutem, a co za tym idzie zdobywał z lewego rozegrania dużo bramek. Przez długie miesiące wydawało się, że o takim gościu w najbliższej przyszłości możemy tylko pomarzyć. I wtedy światu objawił […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Słonikom przestało sprzyjać szczęście. Podbeskidzie wygrywa czwarty raz z rzędu

Oko za oko, ząb za ząb. Taką zasadę przyjęli dziś piłkarze Podbeskidzia i Bruk-Bet Termaliki, którzy wysmażyli nam western w samo południe. Western, bo strzelania nie brakowało, mimo że ostatecznie w Bielsku padła tylko jedna bramka. Strzelili ją gospodarze, którym chyba tylko katastrofa mogłaby odebrać awans do Ekstraklasy. W czterech wiosennych meczach „Górale” zdobyli 12 […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

LIVE: Miała być walka o mistrzostwo, jest sześć porażek z rzędu

Jeszcze parę kolejek temu Wisła Płock żyła niedalekimi wspomnieniami o fotelu lidera oraz kapitalnej jesieni, która przyniosła nadspodziewanie wysokie loty w lidze. Jagiellonia mniej więcej w tym samym czasie zerkała nerwowo za plecy, bo coraz mocniej zbliżała się do niej cała strefa spadkowa. Dziś obie ekipy zaliczają klasyczną mijankę – Jaga po trzech zwycięstwach z […]
06.06.2020
Niemcy
06.06.2020

Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jak Bruno Labbadia naprawił Herthę

Na przełomie 2019 i 2020 roku berlińska Hertha bez wątpienia aspirowała do miana jednej z najbardziej rozczarowujących drużyn Europy. Szczytem wszystkiego było starcie z FC Koeln. Goście z Kolonii przyjechali na Stadion Olimpijski w Berlinie jak po swoje i zmiażdżyli gospodarzy 5:0. Powiedzieć, że ten rezultat – z przeciętnym w sumie oponentem – dość mocno […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Łukasz Zwoliński – ile znaczy zmiana otoczenia

Stadion Pogoni Szczecin. Do bramki trafia wychowanek. Piłkarz, który – jak trafnie stwierdził kiedyś „Przegląd Sportowy” – ma wszystko, by stać się wymarzonym idolem trybun. – Gola strzelił Łukasz!!! – krzyczy spiker. (cisza) – Łukasz!!! – ponawia okrzyk, mimo że nie doczekał się odpowiedzi. (cisza) – Łukasz!!! Po trzecim razie już przyszła reakcja trybun. Nie […]
06.06.2020
WeszłoTV
06.06.2020

STAN FUTBOLU. Kusiński, Janiak, Kowalczyk, Rokuszewski, Stanowski

Jest sobota, jest godzina 11:30, a zatem zapraszamy na kolejny odcinek Stanu Futbolu. Tym razem w programie pojawi się jego tytułowy gospodarz, czyli Krzysztof Stanowski. Jego gośćmi będą: Wojciech Kowalczyk, Mateusz Rokuszewski, Michał Kusiński (były skaut Rakowa Częstochowa, dziś manager) i Mateusz Janiak (Przegląd Sportowy). Sporo ekstraklasowych i pierwszoligowych tematów do omówienia, więc będzie ciekawie! […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Dlaczego Pogoń Szczecin tak mocno spuściła z tonu?

Pogoń Szczecin od kilku lat ugruntowuje swoją pozycję w Ekstraklasie jako klub z górnej połowy tabeli. Nadal jednak nie potrafi wykonać kolejnego kroku do przodu, który oznaczałby awans do europejskich pucharów. Wydawało się, że w tym sezonie musi się wreszcie udać. Drużyna znalazła się jednak w tak głębokim dołku, że na tę chwilę zagrożona staje […]
06.06.2020
Bukmacherka
06.06.2020

Piszczek czy Piątek? Kto będzie lepszy w polskim starciu w Bundeslidze?

Łukasz Piszczek kontra Krzysztof Piątek. To starcie dnia za naszą zachodnią granicą. Doświadczony defensor niedawno z powodzeniem zatrzymał Roberta Lewandowskiego. Czy ta sztuka uda mu się z Piątkiem, który przechodzi strzeleckie odrodzenie? Sprawdźcie nasze typy na mecz Borussii z Herthą Berlin u legalnego bukmachera BETFAN! Borussia Dortmund – Hertha Berlin Ostatnie mecze bezpośrednie: WWRRW Poprzednie […]
06.06.2020
Bukmacherka
06.06.2020

Czy Zagłębie znów ogra Lecha? „Miedziowi” walczą o grupę mistrzowska

W sobotnie popołudnie w Ekstraklasie czeka nas mecz, na myśl o którym Alan Czerwiński ma spory ból głowy. Jego przyszła drużyna – Lech Poznań, przyjeżdża do obecnej – Zagłębia Lubin. Ale nie tylko o Czerwińskim warto dziś wspomnieć. „Miedziowi” muszą dziś wygrać, żeby zachować szanse na awans do grupy mistrzowskiej. Lech, żeby nie stracić dystansu […]
06.06.2020
Weszło
06.06.2020

Pogoń w kryzysie. Ile winy ponosi Kosta Runjaić?

Pogoń Szczecin długo szukała swojego wymarzonego trenera, ale jakoś nie potrafiła być stała w uczuciach. Do pojawienia się Kosty Runjaicia tylko Dariusz Wdowczyk umiał przebić barierę 500 dni na stołku, w innych przypadkach zawsze było coś nie tak. W Michniewiczu nie pasował styl, Skorża rozczarował totalnie, Moskal odszedł z powodów osobistych. Niby wszyscy wiedzieli, że […]
06.06.2020