Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Przyznam, traktowałem przekonanie, że polska liga jest nie wiadomo jak fizyczna, trochę w kategoriach wygodnego mitu.

Może określenie”mit” to przesada, przecież widziałem niejeden udany bodik, przecież wiem jak przydatny potrafi być tu prawy łokciowy, przecież wiem jak przeceniany u nas bywa wślizg, ale z drugiej strony, czy to tylko u nas widziałem? Czy gdzie indziej wobec przewinienia faulujący mówi do faulowanego: „Przepraszam, nie chciałem kolego piłkarzu”?

Czy tam tyle wejść fizycznych co w snookerze, czy ledwo co przekroczyć Odrę, Bug, Tatry, Pieniny czy przepłynąć inny Bałtyk a zaczyna się nieustająca boiskowa lambada, rabonami wybijanie piłki z piątki, joga bonito i wszystko wygląda jakby grali Ronaldinho z Berensztajnem (tak, musiałem) i Canniggią?

Cytując klasyka: otóż nie.

Otóż sądziłem, że pogłoski o fizyczności Ekstraklasy są dalece przesadzone. Bo, fizyczna, jest, ale futbol w ogóle stał się znacznie bardziej fizyczny, futbol tę fizyczność na własne potrzeby do granic wyżyłował. Piłkarze, którzy trzydzieści lat temu rządzili na światowych boiskach, dzisiaj – gdyby ich przeszczepić jeden do jednego we współczesny futbol – może spełnialiby się maksymalnie w roli dżokera, nieprzewidywalnej karty w talii do użycia wtedy, gdy wszystko stracone. A może i nawet to nie, bo by zwyczajnie za akcjami nie zdążyli.

Dlatego zasmuciło mnie, gdy trener Mamrot to, co uważałem za przesadę, jednak potwierdził. Praktyka go przekonała, że przesadna wiara w tych, którzy grają w piłkę, w Ekstraklasie nie zdaje egzaminu. Że jak wystawisz samych zawodników potrafiących grać w piłkę, to w grę w piłkę u nas przegrasz. Że składnik grania w Ekstraklasie oczywiście jest, ale kto pominie składnik tego do porzygu podkreślanego charakteru, waleczności, jazdy na dupie, ten przepadnie.

Pomyślałem sobie, że u nas jednak nie gra się w piłkę, u nas się walczy w piłkę. Że ci Hiszpanie przychodzą do nas i przeżywający szok kulturowy, dziwiący się dlaczego piłka ciągle lata, a także dlaczego tyle razy oberwali, to jednak nie tylko anegdota i ciekawostka.

I OK, gdyby ta metoda coś nam dawała. Ale zamiast tego chichot losu, błędne koło – do Ekstraklasy, aby tu nie przepaść, potrzebujesz pokaźnej liczby walczaków. Niektórzy są – z dobrego źródła – boiskowymi kołkami, technicznie poziom więcej niż przeciętny, ale do tego stopnia potrafią to nadrobić walorami pozapiłkarskimi, że jest to więcej niż godne szacunku. Ale nagromadzenie takich zawodników, choć jest potrzebne w ESA, tak mści się w pucharach, bo tu jest bagażem.

Nie wiem tego na pewno – to tylko teoria, nie da się jej udowodnić, ale jakoś zgrywa mi się to z naszymi wpadkami pucharowymi. Gdzie Cracovia, o której prezes Filipiak mówił, że faza grupowa LE to cel, mierzy się ze Słowakami, i nawet nie chodzi o to, że przegrała, nawet nie o to, że tamci mieli większą kulturę gry, ale chodzi o to, że tę różnicę w kulturze gry ich dyrektor sportowy przed dwumeczem dokładnie przewidział.

Nie chodzi o to, by wyrugować walczaków – nie, są potrzebni, są ważni, lubimy ich, ja ich lubię. Najlepszym też są potrzebni. ale chodzi o proporcje. I u nas zdaje się, że wajcha jest wychylona w niezdrowo dalekim kierunku.

Strzelamy w skauting ESA, sam do niego strzelam – rzecz w tym, żeby pamiętać, że chodzi to o strzelanie do nie kwapiących się za jakimkolwiek profesjonalizmem w tej dziedzinie. A ten, kto buduje, ale się pomyli? Do tej ligi naprawdę ciężko sprawdzić pewniaka, który na pewno, ale to na pewno odpali – to też jest fakt.

***

Byłem prawdopodobnie jedną z dwóch osób – drugą Kuba Olkiewicz – które widząc wchodzącego na boisko Janka Sobocińskiego nie wróżyły katastrofy. Wiadomo, że Sobociński jesienią był Panem Katastrofą, wiadomo, że po drugiej stronie Legia, i to Legia, która właśnie nabierała rozpędu.

Ale pomyślałem sobie: no tak, Sobociński. Raz, że to młody chłopak, całą rundę miał na naukę. Dwa, że w zeszłym roku zagrał cholernie dużo meczów, przerwy przez mundial U20 w zasadzie nie miał, więc może i część błędów pochodziła ze zmęczenia. Trzy, że czasem nie tyle coś spektakularnie jakimś swoim skrajnym nieogarnięciem zawalił, co miał ordynarnego pecha, więc powinien i tego pecha w końcu wyczerpać.

A jednak nie.

A jednak Jan Sobociński zaczął z wysokiego C.

Jak w tym powiedzeniu: mogło się przydarzyć każdemu, zdarzyło się właśnie jemu.

Janek, nie wiem, czy czytasz akurat tę rubrykę, pewnie nie, ale wiem, że komentarze na swój temat czytasz, więc jeśli i ten felieton przeczytasz, to moja porada:

Komentarzy chociaż na próbę i przez jakiś czas nie czytaj. Może przyjdzie czas, gdy się uodpornisz, ale teraz gołym okiem widać, że twoje problemy są gdzieś w głowie, a ta akurat lektura w tym momencie najwyraźniej ci nie pomaga.

***

A co tam w Berlinie? A Klinsmann, którego osoba miała ostatecznie przeważyć transferową szalę Piątka, ująć klasą, roztaczaną długafolową wizją, którą swoim nazwiskiem firmował, już poza klubem. Nie twierdzę, że Klinsmann to taka alfa i omega, żeby bez niego Hertha nie zajechała daleko, wręcz przeciwnie, prędzej przypomina mi on lśniący słup, którego faktyczny wpływ jest taki, że kto inny się szeroko uśmiechnie na spotkaniu ze sponsorami, ale przyznajmy:

Śmiesznie to wyszło.

Może śmieszno-strasznie, może tylko śmiesznie, to się okaże.

Ja na razie na mecz Herthy namówić się znowu nie dam, myślę, że istnieją lepsze rozrywki, na przykład oglądanie tej reklamy w kółko.



Leszek Milewski

Fot. kadr z filmu Wrestler

KOMENTARZE (14)