Promotor wywiózł mnie do Kongo i uciekł. Jestem zniesmaczony
Inne sporty

Promotor wywiózł mnie do Kongo i uciekł. Jestem zniesmaczony

Michał Cieślak w ringu w Kinszasie udowodnił, że nie boi się żadnych wyzwań i ma charakter, jak mało który polski bokser. Teraz odpoczywa po trudach 12-rundowej, nieznacznie przegranej walki o mistrzostwo świata i stresach, związanych z szaloną organizacją całego wyjazdu. W międzyczasie był gościem programu „Ciosek na wątrobę” w radiu Weszło FM, gdzie opowiadał o swoich wrażeniach. Przy okazji udowodnił, że charakter ma także poza ringiem, bo bardzo ostro uderzył w swoich promotorów Andrzeja Wasilewskiego i Tomasza Babilońskiego.

Możesz sobie wyobrazić większe wyzwanie niż to, co przeżyłeś w Kinszasie?

Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić coś cięższego i bardziej skomplikowanego niż ten wyjazd, z którego właśnie wróciłem.

Jak tam było – tak naprawdę. Widzieliśmy trochę w mediach, trochę na Twitterze promotora Andrzeja Wasilewskiego. A jak to wyglądało z twojego punktu widzenia, czy były sytuacje naprawdę niebezpieczne?

Z mojej perspektywy to chyba nie, myślę, że byliśmy zabezpieczeni tak, jak powinniśmy być. Wiadomo, że Demokratyczna Republika Kongo to niebezpieczny kraj, ale nie ma co przesadzać. Cały czas byliśmy pod ochroną, mieliśmy eskortę. Wiadomo, nie wychodziliśmy z hotelu. Ja skupiałem się tylko na walce. Ale całego wyjazdu nie da się opisać, trzeba to było samemu przeżyć.

A miałeś momenty, w których bałeś się o swoje bezpieczeństwo?

Nie, miałem spokój psychiczny, byłem skoncentrowany tylko na zadaniu, które czekało mnie w ringu. To, co działo się wokół mnie, wokół całej walki, jakoś mnie omijało, przechodziło obok.

Czy docierały do ciebie informacje, że ktoś ukradł pieniądze z pokoju promotora Tomasza Babilońskiego, albo że gaża za walkę została wypłacona w gotówce?

Wiedziałem o tym, ale śmiałem się z tego. Dla mnie to był jeden, wielki cyrk. Poważni ludzie, poważni promotorzy, a to wszystko było zorganizowane, cały ten wyjazd, delikatnie mówiąc wszystko, co się tam działo, było niepoważne. Delikatnie mówiąc…

W dniu walki promotorzy Andrzej Wasilewski i Tomasz Babiloński ruszyli w stronę granicy z pieniędzmi. Zazwyczaj Babiloński wychodził z tobą do ringu…

Przepraszam, muszę przerwać. Nie ruszyli z żadnymi pieniędzmi, wszystkie pieniądze zostały w depozycie w hotelu. To, co jest opowiadane to jest jedna, wielka bajka. My do Polski wzięliśmy tyle, ile mogliśmy wziąć, czyli po 10 tysięcy dolarów na osobę, reszta została i ma być dopiero jakoś przelana. Te historie o ucieczce z plecakiem pieniędzy przez granicę to jedna wielka bajka. Jestem delikatnie rozczarowany zachowaniem Tomka Babilońskiego. Andrzej Wasilewski nie jest moim promotorem, chciał wyjechać, to wyjechał. Ale Tomek jest moim promotorem, jesteśmy związani od dawna. Sam załatwiał tę walkę, sam za tym wszystkim chodził. Mnie wywiózł do Kongo, mnie tam zostawił i ja się czuję bardzo rozczarowany i zawiedziony taką postawą. Jak ja z kimś jestem, to na dobre i na złe, a nie jak coś się dzieje, to ktoś mnie zostawia na lodzie. Ja o tym wszystkim nie wiedziałem, dowiedziałem się dopiero po walce.

My podobnie. Z tego co mówisz, wyłania się zupełnie inny obraz sytuacji niż przedstawiali promotorzy. Czyli przed walką nie wiedziałeś, że ich nie ma przy ringu?

Nie, nie wiedziałem. To była dziwna sytuacja, że ani nikt nie przyszedł do szatni na rozgrzewkę, ani nie wyszedł ze mną do ringu. Jestem, delikatnie mówiąc, zniesmaczony tym zachowaniem. Ja zostałem wychowany inaczej. Ja zachowuję się inaczej, ci ludzie, którzy ze mną byli, podobnie, w myśl zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. A nie, że jak coś się dzieje, to jeden ucieka w tę stronę, a drugi w drugą. Tak było tutaj.

Myślisz, że to mogło wpłynąć na to, co działo się potem w ringu?

Myślę, że w ringu nie. Ale obok, jak najbardziej. Kto miał pilnować tego czasu i interweniować?! Trener, który był ze mną w narożniku i musiał się mną zajmować? Cutman? Nie było osoby, która mogłaby w tej sprawie zainterweniować i zrobić porządek z sędzią od czasu.

Właśnie, to były trzy rundy, w których czas się nie zgadzał. W jednej miałeś przewagę i nagle runda potrwała prawie minutę krócej. Gdyby wtedy ktoś się tym zainteresował, mogłoby to wyglądać inaczej.

Ale nie miał kto tego zrobić. Obaj trenerzy i cutman poświęcali mi czas. Są trenerzy i są promotorzy. Trenerzy wywiązali się ze swoich obowiązków, a promotorów nie było.

Miałeś w czasie walki sygnał, że coś jest nie tak z czasem rund?

Miałem, słyszałem, mój trener od przygotowania fizycznego darł się, krzyczał. Ale co mogą trenerzy? Przecież nikt takich osób nie traktuje poważnie. Tu powinni być ludzie z odpowiednią pozycją, jak Andrzej Wasilewski i Tomasz Babiloński. Ale ich tam nie było, nie ma o czym rozmawiać…

Czy widziałeś już walkę na spokojnie?

Na razie oglądałem tylko skróty, póki co nie chcę, muszę najpierw odpocząć, bo mi się trochę przelało. Może w przyszłym tygodniu zobaczę.

Chciałem spytać o tę rundę, która została skrócona o minutę. Myślisz, że mógłbyś go skończyć, gdyby nie ta kradzież?

Teraz możemy sobie gdybać, mówić różne rzeczy. Gdy mi szło, rundy były skracane, kiedy ja miałem kryzys, były wydłużane. Od trenerów wiem też, że przerwy między rundami także miały różny czas.

Chamówa straszna…

No, robili wszystko, żeby tę walkę wygrać. Można się było tego spodziewać, ale kiedy tam jechałem, nie myślałem, że będą to robili aż tak chamsko i w żywe oczy.

Widzisz szanse na skuteczny protest, w związku z nieprawidłowościami z czasem rund?

Ja chcę w to wierzyć, a jak będzie, to zobaczymy. Jak nie dostanę rewanżu w ten sposób, to go sobie wywalczę. O to jestem spokojny, zapracuję sobie na to.

Znalazłeś się w sytuacji, w jakiej, wcześniej czy później, znajduje się większość bokserów: po wielu latach kariery właśnie przegrałeś pierwszą walkę. Jak się z tą porażką czujesz?

Nie wiem. Wiele osób mnie wspiera, eksperci, jak Janusz Pindera i Przemek Garczarczyk bardzo fajnie się wypowiadali. Na razie jestem rozgoryczony. Ale jak na szybko myślę: nie porozbijał mnie, nie narzucił swojego tempa, swojego stylu, tak naprawdę nic mi nie zrobił. Gdyby mnie rozbił, ośmieszył, pewnie bym to inaczej przeżywał. Ale wiem, że dałem z siebie wszystko, stoczyłem ciężki bój i z tego jestem zadowolony. A wynik? Wiadomo, jest przegrana, na razie rozpaczam. Wszyscy mnie klepią po plecach, pocieszają, ale ja muszę to sam przeżyć i przegryźć. Na razie jest, jak jest, ale będzie dobrze.

A Makabu? Czy to był najmocniej bijący zawodnik, z jakim boksowałeś? Zaskoczył cię czymś?

Bił mocno, ale nie tak, żeby mi się zapaliła w wymianach czerwona lampka. Jego ciosy po mnie spływały. W 9. rundzie się odsłoniłem, poszliśmy na wymianę, on przyjął, ja przyjąłem, nic się nie stało. Wiadomo, to jest walka, adrenalina, inaczej się czuje takie ciosy niż w czasie sparingu.

Widać było, że mniej więcej po szóstej rundzie zacząłeś słabnąć, tracić siły. Czy to była kwestia aklimatyzacji?

Fakt, od szóstej rundy odcięło mi tlen, jakby ktoś zakręcił mi zawór z dopływem powietrza. I tyle. Dlatego później ta walka wyglądała tak, a nie inaczej, to było już na przetrwanie. To nie była kwestia aklimatyzacji, żebym się tam zaaklimatyzował, musiałbym chyba ze dwa tygodnie wcześniej polecieć, a najlepiej zrobić obóz w podobnych warunkach. Nie będę się tłumaczył, wiedziałem, na co się piszę, jaka tam jest pogoda, jaki upał i wilgotność. Pod tym wszystkim się podpisałem, biorę to na klatę, nie będę się migał. Tu robiłem sparingi po 12 rund i bardzo dobrze się czułem, tam pojechałem i mnie odcięło.

A jak było z tym ciosem poniżej pasa?

Dostałem bardzo mocny cios i ręce same mi opadły. Ja nawet nie wiedziałem, że to były dwa ciosy. Odcięło mnie.

Sędzia mógł tego nie widzieć?

Mógł, bo był za mną. Nie mam do niego pretensji, że nie zareagował. Jeśli mogę mieć do kogoś pretensje, to tylko do siebie, że się nie pilnowałem i dałem się załatwić, jak dziecko.

Pokazałeś się z bardzo dobrej strony. Czy nie boisz się, że teraz trudno będzie znaleźć rywala, który dobrowolnie wyjdzie z tobą do ringu? Może się to skończyć tak, że znów będziesz musiał zdecydować się na trudny wyjazd?

Czy ja, jako zawodnik muszę się o to martwić? Ja nawet się nad tym nie będę zastanawiał. Są promotorzy, niech oni się o to martwią. Ja wykonuję swoją pracę najlepiej, jak mogę i potrafię. Zobaczymy teraz, co oni potrafią. Muszą tak zrobić, żebym miał z kim boksować.

Jaki jest tak naprawdę twój status promotorski? Czy ktoś z dwójki Wasilewski – Babiloński jest ważniejszy?

Najważniejszy jest Zbyszek Ratyński, od zawsze, on o mnie dba, inwestuje, wypłaca stypendium, jest przy mnie cały czas. Jest moim promotorem i menedżerem. Na razie kontrakt mi się kończy w maju, zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Przed nami dwie duże walki w twojej kategorii wagowej: Briedis – Dotricos w finale turnieju Wordl Boxing Super Series oraz Okolie – Głowacki. Jakie masz typy?

Chciałbym, żeby wygrał Dorticos, żeby tego Briedisa przełamał i znokautował. A jeśli chodzi o Główkę, wiadomo, mocno trzymam kciuki, będę bardzo mocno mu kibicował, jestem całym sercem za nim.

Widzisz się w przyszłości w takiej polsko-polskiej walce?

Raczej będę szukał czegoś innego, bardzo mocne walki, ale tylko zagraniczne. W walkach z Polakami raczej się nie widzę, nie chciałbym z nimi walczyć, to by dla mnie dziwnie wyglądało. Nie, że się kogoś boję, ale ze wszystkim wiele razy sparowałem. Sparować z kimś, pomagać mu w przygotowaniach, a potem wyzywać do walki? To dla mnie dziwne.

Każdy bokser marzy o tym, żeby dojść do walki o mistrzostwo świata. Ty doszedłeś, nikt ci tego w prezencie nie dał. Jak ci się podobało?

No, bardzo mi się podobało. Emocje były ogromne, choć może przygaszone, przez to, co się tam działo. Nie było może tego „wow”, jak sobie wyobrażałem, ale i tak były to emocje nie do opisania, każdemu życzę, żeby mógł coś takiego przeżyć. Na pewno nie żałuję, że tam poleciałem.

To co? Życzymy ci, żebyś tam jak najszybciej wrócił.

Ok, ale nie do Kinszasy, tylko do walki o mistrzostwo świata!

ROZMAWIALI: JAN CIOSEK, KACPER BARTOSIAK

***
Audycji posłuchacie tutaj:

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (13)