Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Jest tak samo jak zawsze. Nic się nie zmienia. Jesteśmy w szponach nałogu.

Jutro wraca Ekstraklasa, wraca na pewno nie jako nieproszony gość, ja, co lubię sobie z niej pożartować, co lubię wbić jej szpilę lub zaserwować całą akupunkturę, już czekam, tak jak i wy, co lubicie sobie z niej pożartować, sprzedać jej kuksańca lub całą serię godną tokijskiego popisu Bustera Douglasa, też czekacie.

Ja nie oszukam was, wy mnie nie oszukacie: nogami przebieram, Arki i Cracovii na boisku tęsknie wypatruję, to dzieje się naprawdę; może garnituru na pierwszą premierę roku nie założę, ale pierwszy gwizdek zabrzmi odświętnie; nie zawsze tak jest, gdy mecze spiętrzają się w nieprzyzwoitych ilościach, gdy łażą po sobie, tłoczą się jak w porannym poniedziałkowym PKS-ie, bywa chwilowy moralniak, szczególnie, gdy się obejrzy trzy mecze ESA jednego dnia trafiając akurat mało fortunny zestaw, taką piłkarską wersję „Srbski film”, ale dziś, w wigilię Powrotu, jest tak samo jak zawsze, nic się nie zmienia, jesteśmy w szponach nałogu.

Niby mogłoby się zmienić, bo przecież wąskie grono umiejących prosto kopnąć piłkę zostało przetrzebione jak populacja rysi w Polsce, może tak samo ktoś kopiących prosto powinien objąć ochroną, akcją społeczną stosownie w telewizji nagłośnioną; wyjazdy rozumiem z punktu widzenia ekonomicznego, taka jest dziś piłka i trzeba umieć się w niej poruszać, wyjazdy rozumiem z punktu widzenia ludzkiego, masz piłkarzu okazję wyjechać z ławki Cracovii do Serie B to wyjeżdżaj, ale dla nas, szeregowych oglądaczy, nie wróży przedawkowania polotu; nie ma to jednak znaczenia, kiedyś porównałem oglądanie ESA do serialu, wszystko pozostaje aktualne, czy ktoś odchodzi czy przychodzi, są to kolejne fabuły; od tych dużych, nadrzędnych, kto zajmie miejsce takie a śmakie, kto za pół roku ku chwale Ojczyzny na podbój pierwszej rundy w eliminacjach posłany zostanie, czy Paweł Cibicki – od którego w czasach jego występów w Lidze Mistrzów dostałem zaproszenie do gry w na FB warzyw przesuwanie – coś ciekawego pokaże, czy Torgil Gjertsen – którego Ben Wells z Norwegii mi zachwalał – jest futsalowcem co się zowie, czy Dani Ramirez maszynistą skutecznym w Lechu się okaże, czy Bartek Białek krok do przodu zrobi, jaki trener zostanie najpóźniej po drugim tygodniu – za przeproszeniem – wypierdolony; gdzie nie spojrzę fabuła, każdy klub osobny Prus, Coben, Masłowska, Tarantino i Netflix, zależy gdzie spojrzeć.

I ja to wiem. I dlatego czekam. Ale zarazem wiem, że są to skarby, które trzeba wynorać jak dzik trufle, ale które dla oglądacza przygodnego są niedostępne.

W USA co marzec ogólnoamerykańską sprawą staje się układanie drabinki March Madness, koszykarze uniwersyteccy wchodzą w bezlitosny play-off, zasady najstarsze w dziejach: wygrany wygrywa, przegrany przegrywa; drabinki układa każdy, od prezydenta po tych każdych, nie układać drabinki nie wypada; jest to jednak już było nie było finisz sezonu, sama faza pucharowa, sporo niby straciłeś, mało kto wcześniej to ogląda, a jednak możesz tu ustawić swój punkt startowy i wejść emocjonowanie się March Madness jest banalnie łatwo, to prosty turniej, w lot złapie się dość kontekstów, by wycisnąć z nich soki.

Albo wróćmy na nasze podwórko i weźmy skoki, tę naszą odpowiedź na March Madness, wiem, kiedyś już to pisałem, ale powtórzmy się, w Pucharze Świata bierze udział kilkudziesięciu zawodników, śledzisz dwa turnieje na weekend i wiesz o sezonie wszystko, nie mówię tego by dokonać zamachu na narodową świętość, sam za sprawą Kubackiego – za klasykiem – troszeczkę się w skokach na nowo zakochałem, czego się zupełnie nie spodziewałem, może to nie burzliwy romans, ale sprawdzam z zadowoleniem wyniki Kubackiego, patrzę ile mu brakuje do pierwszego w Pucharze Świata miejsca, nie do tego jednak pić zamierzałem, a do tego, że – uwaga – konstrukcyjnie, fabularnie, to prostszy do chłonięcia serial.

Czym natomiast będzie Ekstraklasa oczami tych, którzy nie śledzą jej na co dzień, ba, którzy nie interesują się piłką w ogóle? Będzie jak ten szum na Canal+ dwadzieścia lat temu, niby mecz leci, a dalej kodowany, zamatriksowany, bo niby coś leci, niby kopią, niby widać kto do kogo, ale nie wiadomo w jaki to kontekst komuś takiemu umiejscowić, kto i o co gra, jaki ten mecz sobotni o piętnastej dwunastego z czternastym ma autentyczną wagę, od czego tłumaczenie zacząć, by to interesująco sprzedać, jak im pokazać dlaczego to takie ciekawe, bo ciekawe jest, ale wymaga opasłych instrukcji obsługi, czasem całych lat praktyk.

Myślę o tym odkąd w Ekstraklasę weszła TVP, pamiętam, zastanawiałem się jak to będzie, nie z punktu widzenia jakiegoś tam kolejnego zastrzyku pieniędzy, ale z punktu widzenia zwykłego polskiego pochłaniacza sportu; sport przeżywa przecież w Polsce renesans, bije rekordy oglądalności, jak nie wiadomo o czym pogadać poza pogodą można jeszcze o nim, bo siatkarze w półfinale, bo Smarzek-Godek i Stysiak, bo ręczni coś tam powalczyli, bo Zakopane i tak dalej, ale nie Ekstraklasa, jej w tej powszechnej dyskusji brak, jej, najbogatszej ligi kraju, największego ogólnopolskiego przedsięwzięcia sportowego nad Wisłą, czyli jakiś tam potencjał jest.

Są kraje w Europie, gdzie zna się na najlepszej krajowej lidze każdy, u nas też tak bodaj było jeszcze w latach osiemdziesiątych, ESA ma na to papiery, grunt piłkarski jest, reprezentacja i jej oglądalność wyniki robi, ale po tych miesiącach ESA w TVP mam wrażenie, że te mecze są jak rzucane na pożarcie, są nieczytelne, są filmami po mongolsku; kto tym drużynom kibicuje jest na tak, kto ogółem polską piłkę śledzi również, ale grunt do wyciskania frajdy z oglądania sportu to znajomość układu sił, a tu nie ma argumentu „kibicujemy naszym, biało-czerwonym herosom”, a już kto ma jakie karty i z jaką stawką do stołu siada to jest za z Twin Peaks czerwoną zasłoną.

Myślę, że to wyzwanie dla ESA. Takie same jak zbudowanie skautingu wykraczającego poza instynkt i WyScout. Ekstraklasa powinna mierzyć w to, by być ligą prawdziwie ogólnopolską, o takich zasięgach. Tyle lat na płatnych kanałach skutecznie ją zamknęło dla wielu, dla tych osławionych mas, niby była zawsze najdroższa i najgłośniejsza, niczego porównywalnego w polskim sporcie nie ma, a jednak dla całych milionów nie było jej na horyzoncie; liczyłem, że mecze w ogólnodostępnej telewizji będą robić wyłom, ale co tu was będę bajerował, znam dość ludzi, którzy ESA nie żyją, by wiedzieć, że idzie to szalenie opornie.

Samo się nie zrobi, jak zawsze, jak wszystko. Myślę, że to cel ambitny i ważny. I obawiam się, że też niedoceniany. Rywalizacja o szeroko pojętą uwagę jest trudniejsza niż kiedykolwiek, ludzie mają co robić, opcji na wydanie wolnego czasu kilka jest.

Można liczyć, ze zawsze znajdzie się ktoś, kto da parę milionów za juniora i jakoś to się będzie kręcić, abstrahując od zainteresowania.

Ale można też mierzyć gdzie indziej, wyżej.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (24)