Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Haaland – dobry transfer, Borussia zarobi na nim kilkadziesiąt milionów euro. Cafu? Świetnie sprzedany, wydawało się, że więcej się za niego wyciągnąć już nie da. Kto droższy, Bednarek czy Majecki? Kto dzierży ten tytuł klubu, który sprzedał swojego zawodnika za najwyższą cenę? Lech Poznań czy Legia Warszawa? Pismaki warszawskie, koloryzują na korzyść Legii! O nie, nie, to Poznań nie może zaakceptować prymatu stolicy!

Nigdy nie lubiłem okna transferowego, być może dlatego, że mój klub raczej sprzedawał niż kupował. Lato kojarzyło mi się z totalną rewolucją, gdy pół składu wyjeżdżało, a ich miejsca zajmowali najwytrwalsi uczestnicy testów, ewentualnie zbliżający się do emerytury weterani po kontuzjach. Zima była jeszcze gorsza, bo zazwyczaj transferowy szum był zagłuszany przez dyskusje na temat spłacania długów z lat ubiegłych. Generalnie nieliczne momenty radości z moim klubem to czas sezonu, gdy zdarzało się nam wygrywać mecze, robić awanse, udanie bronić się przed spadkiem. Przerwy między rozgrywkami zawsze były mniejszym lub większym ciężarem.

Dlatego też nigdy nie grzały mnie plotki transferowe – i tak zazwyczaj te najfajniej brzmiące transfery się wysypywały. Nie grzały mnie podpisy – zazwyczaj nawet te najlepiej wyglądające życiorysy na murawie nie dawały dużo więcej, niż lokalni juniorzy. Zazwyczaj wzruszałem ramionami – ten przychodzi, tamten odchodzi, bywa. Ceny już w ogóle dla mnie nie istniały – piłkarze, którzy opuszczali Łódź, zazwyczaj rozwiązywali kontrakt zrzekając się zaległości. Piłkarze, którzy do nas trafiali, najczęściej nie mieli pracodawcy.

– Sąsiad, a Ramirez to odejdzie?
– No odejdzie – odpowiadam ze łzami w oczach.
– Ale za więcej niż pięćset?
– Raczej więcej, co to ma za znaczenie?

Już wcześniej zauważałem, że coś dziwnego się dzieje z nami, z kibicami piłkarskimi. Coraz częściej większe emocje wzbudzały kwoty na rynku transferowym, które czasami stawały się tematem wielogodzinnych dyskusji w mediach społecznościowych, niż same mecze. Przez jakiś czas tłumaczyłem sobie, że kibice Lecha Poznań w ten sposób rekompensują sobie niepowodzenia piłkarskie – zobaczcie, to nasi wychowankowie są sprzedawani za grube miliony, to nasi ludzie, tutaj właśnie u nas wychowani, teraz robią kariery w najmocniejszych ligach. Ale ten odpływ kibiców futbolowych w stronę kibiców księgowych jest znacznie szerszy. Widziałem zupełnie serio wpis jednego z fanów z Wielkopolski, który dziwił się, dlaczego jeden z rozpoznawalnych fanów Legii nie cieszy się z transferu Radosława Majeckiego. „Biją rekord, a on nawet słowem nie pochwali”.

Kurczę, daleko zabrnęliśmy, naprawdę! Wczoraj artykuł w Przeglądzie Sportowym o królach okienka transferowego – prowadzi Legia. Legia dobrze sprzedała Majeckiego, Legia drogo oddała Cafu, Legia wynegocjowała świetną stawkę za Jarosława Niezgodę. My naprawdę zaczęliśmy autentycznie cieszyć się z ligowych osłabień. Rozumiem jeszcze, jak legioniści po cichu świętowali, gdy Dinamo Zagrzeb zabierało do siebie Sandro Kulenovicia – można było to traktować jako wzmocnienie oraz zrobienie miejsca dla Niezgody chociażby. Ale dzisiaj? Nie rozumiem kompletnie, czemu kibice Jagiellonii Białystok mieliby się cieszyć ze sprzedaży Patryka Klimali, czemu legioniści mieliby świętować, że ich klub zarobił potężne miliony, skoro na razie to nie przełożyło się w żadnym stopniu na wzmocnienia.

Wrócę do tego Ramireza. Można na jego transfer patrzeć z dwóch perspektyw.

Pierwsza, niech będzie, że przyziemna, która powinna cechować działaczy klubów oraz przede wszystkim ludzi odpowiadających za finanse. Transfer należy ocenić jako niezły – piłkarz z pewnością jest sprzedany powyżej jego ceny rynkowej, bo to przecież 28-letni Hiszpan, który w całej karierze zagrał jedną udaną rundę w najwyższej lidze. ŁKS sprzedaje za taką kwotę pierwszego zawodnika od wielu lat, w dodatku praktycznie zabezpieczając klubowy budżet na ewentualny spadek. Ponad 500 tysięcy euro, a jeśli Lech będzie sobie nieźle radził na boiskach, nawet jeszcze więcej niż ta kwota, powinno wystarczyć, by wraz z wpływami sponsorskimi i oszczędnościami z Ekstraklasy złożyć logiczny I-ligowy budżet. Klub zresztą z miejsca znalazł następcę, Antonio Domingueza, zapewne sporo tańszego. Sportowo dużo gorzej nie będzie (bo być nie może), a finansowo wychodzi naprawdę przyzwoicie.

I okej, ja to wszystko rozumiem, zwłaszcza, że blokowanie Daniego mogłoby sprawić, że wiosną byłby na boisku zdecydowanie smutniejszy niż jesienią. Nie zarzucam mu tu żadnych szantaży wobec klubu, to naprawdę świetny gość, zresztą tak jak i jego menedżer, ale sam nie wiem, jak bym pracował, gdyby przeszła mi koło nosa tak ogromna podwyżka. Zdaję sobie sprawę, że ŁKS postąpił po prostu rozsądnie.

Ale tu jest właśnie druga perspektywa, kibicowska. To nas przecież odróżnia od działaczy, że możemy mieć w nosie roczne bilanse. Dla mnie nie odchodzi 28-letni Hiszpan z jedną udaną rundą w Ekstraklasie, ale człowiek, który był jednym z najlepszych piłkarzy, jakich miałem przyjemność oglądać na żywo przy al. Unii 2. Odchodzi jeden z symboli tego ostatniego kroku do odrodzenia, czyli awansu do Ekstraklasy. Odchodzi gość, który w każdym meczu dostarczał nam czary i magię – czasem w postaci podań, dryblingów czy strzałów, czasem pojedynczych sztuczek, które na polskich boiskach oglądamy przecież tak bardzo, bardzo rzadko. Latami byłem ostatni do gloryfikowania piłkarzy, zbyt często dostawałem nauczki od tych, za których dałbym sobie uciąć rękę. Ale gdy Dani wykonywał kolejną ruletę, sam pierwszy krzyczałem: ooo, Dani Ramirez.

Co mnie interesuje, za ile on zostaje sprzedany? Mnie się zabiera idola, mózg drużyny, odbiera się czar. Jako kibic – kibic piłkarski, który czuje radość, gdy piłkarze dobrze grają – jestem załamany.

U siebie – czyli człowieka zawodowo zmuszonego do wyciszania raz na jakiś czas emocji – jeszcze zrozumiałbym to przeliczanie. Ba, gdyby prezes Tomasz Salski zapytał mnie czy dobrze zrobił, pewnie musiałbym przyznać: tak, to dobra decyzja. Mądra, odpowiedzialna, rozważna, zresztą jak prawie każda u tego człowieka. Ale kurczę, u zwykłych kibiców? Nie chodzi tu tylko o ŁKS, chodzi o Portowców zadowolonych ze sprzedaży Buksy, o lechitów ukontentowanych, że udało się cokolwiek zarobić na Jevticiu, o legionistach, cieszących się, że już za pół roku ich wychowanek powędruje do AS Monaco.

Chciałbym wierzyć, że to wszystko wynika z wysokiej świadomości mechanizmów rządzących piłkarskim środowiskiem. Ktoś powie – tyle lat apelowałeś o cierpliwość dla władz klubu, tyle lat apelowałeś o wyrozumiałość, a teraz ci nie pasuje, że kibice cieszą się z transferów wychodzących? No tak, bo przecież widzę co się dzieje wokół mnie. Widzę, że to nie chodzi tylko o troskę o swój klub. Haaland jest traktowany nie jako człowiek, który może dać Borussii tytuły, ale facet, na którym dortmundczycy grubo zarobią. Przy kupnie Olmo przez RB Lipsk czytałem więcej o tym, jak RB Lipsk staje się finansową konkurencją dla największych klubów, niż o tym, że to jeden z najbardziej ekscytujących zawodników z tego rocznika w Europie. Ja oglądałem z rozrzewnieniem jego zagrania z młodzieżowego Euro, a potem zderzałem się z komentarzami: tanio, drogo, w sam raz, z potencjałem na zysk.

Boję się, że my, tu w Polsce, już po prostu wiemy, że na murawie nic dobrego nas nie czeka. Że idole pobędą w Ekstraklasie maksymalnie rok, po którym zgłoszą się bogatsi z MLS, z Rosji, z Włoch. Dlatego szukamy jakichś zastępczych tematów, które mogłyby choć w części ucieszyć. „O, drogo sprzedany, najdrożej w historii klubu, ekstra”. Zupełnie zapominając, że to kolejny ciężarek doczepiony do łajby z napisem „Ekstraklasa”. Jeden po drugim, coraz szybciej i mocniej, dociążamy tę łajbę. Zamiast płakać, że drenaż talentów trwa, dopominamy się, by dziennikarze wreszcie rozsądzili, czy droższy Majecki, czy jednak Bednarek. Przenosimy to nawet na zagraniczne kluby, oceniając bardziej ekonomiczną zręczność Borussii niż fakt, że to wzmocnienie być może na walkę o Bundesligę w przyszłym sezonie.

Pamiętam, że część moich znajomych się ucieszyła, gdy usłyszeli, że Jana Sobocińskiego oglądają skauci Sampdorii Genua. Ja się zasmuciłem, bo to znaczy, że zawiną nam go szybciej, niż się spodziewamy, jeśli nie z tak mocnego klubu, to słabszego, ale równie bogatego. Janek przedłużył kontrakt, niektórzy skwitowali – dobrze, będzie można latem więcej zarobić. Kurczę, a może by tak został do końca tego kontraktu, a potem podpisał następny?

Już przestaliśmy nawet marzyć, my, kibice. A jak już my, kibice, nie marzymy, to jest naprawdę źle.

Zostaje nam ekscytacja i licytacja. Patrzcie, naszego to wzięli do MLS. Ha, a naszego do Serie A. A my wygraliśmy to okienko, bo sprzedaliśmy za 16 milionów euro. Zauważyłem nawet delikatne poszturchiwanie fanów Cracovii. A wy, biedaki? Kogo sprzedaliście w tym okienku, co? Żadnych ofert z MLS?

Nie mam nic przeciwko lidze księgowych w klubach – przydałoby się, by kluby wreszcie kontraktowały zawodników, których pensje nie przekraczają ich możliwości finansowych. Ale liga księgowych na trybunach zaczyna być nie do zniesienia.

KOMENTARZE (15)