Łatka przegranego to stereotyp. Mam pięć medali mistrzostw Polski
Weszło Extra

Łatka przegranego to stereotyp. Mam pięć medali mistrzostw Polski

Nadal chcę pracować w tej branży i nadal mam przekonanie, że niejeden klub i niejeden piłkarz mogą na tym skorzystać. Pan zaczął od tej łatki – a taka ocena stereotypowa jest najgorsza. Trzeba patrzeć na konkrety, a nie na opinie krążące po środowisku. Mam pięć medali mistrzostw Polski. Odcisnąłem swoje piętno na reprezentantach Polski. Jeśli ktoś zna się na piłce, to spojrzy też na takie rzeczy, a nie tylko na średnią punktową – mówi Mariusz Rumak, który po sześciu kolejkach tego sezonu został zwolniony z Odry Opole – zaraz po tym, jak dostał do klubu ultimatum. Jakim trenerem jest – przegranym czy doświadczonym? Jak traktuje rozstanie z Odrą? Dlaczego ocenianie trenera po średniej punktowej jest nietrafione? Czy nie boi się wypadnięcia z karuzeli trenerskiej?

***

Jaka jest prawda o Mariuszu Rumaku? To relatywnie młody trener z dużym doświadczeniem czy trener z łatką przegranego?

Co do łatki przegranego… Zależy, kto ją przykleja. I zależy też od tego, w jakim kontekście się ją rozpatruje.

Za 20 lat przy kominku nie będzie pan raczej wspominał Opola czy Niecieczy z łezką w oku.

Nie, dlaczego? Proszę zwrócić uwagę na pobyt w Odrze. Pracowałem w Opolu ponad rok i na pewno wiele rzeczy udało się w tym klubie zmienić sportowo. Ja tego nie traktuję jako porażkę. Trzeba zadać sobie pytanie – jakie były wobec mnie oczekiwania i jakie stawiano przede mną cele? Myślę, że te założenia zostały zrealizowane. Wiele osób mówiło o awansie, a to były tezy rzucane zupełnie bezpodstawnie, bo nikt w klubie o tym nie mówił. Ludzie sobie dodali dwa do dwóch i myśleli „skoro Rumak idzie do I ligi, to musi awansować”. A jeśli weźmiemy pod uwagę budżet czy kwoty transferowe, jakimi operowaliśmy, to nie da się mówić o zawojowaniu I ligi.

Ale mimo tego został pan zwolniony w połowie kontraktu. Dlaczego?

Trzeba zwrócić uwagę na to, że zmienił się właściciel klubu. Moment rozstania ze mną był bliski zmian organizacyjnych w Odrze – miesiąc później prezydent miasta ogłosił nowego prezesa, który od 1 stycznia trafił do klubu, zmieniła się forma prawna klubu, zmienili się ludzie sponsorujący Odrę. Z zewnątrz dziś tam nikogo nowego nie ma – właściwie poza trenerem. Teraz Odrze przyświeca inna filozofia, trzeba ich zapytać, w którym kierunku chcą teraz iść.

Z początku sezonu nie mógł być pan jednak zadowolony, bo przecież zaczęliście bardzo słabo i tkwiliście w strefie spadkowej.

Tak, ale wynik był oceniany po 6. kolejce. Nie ma na świecie rozsądnego człowieka, który po tak krótkim czasie będzie oceniał pracę trenera. Dzisiaj wiele osób w Ekstraklasie patrzy na rozwój takich klubów jak Pogoń Szczecin, Cracovia czy Piast. Co łączy te zespoły? To, że w pewnym momencie pozwolono trenerom na wyjście z kryzysu i po prostu dano im pracować.  Piast był blisko spadku z ligi, Pogoń i Cracovia miały trudne momenty. Nikt wtedy nie postawił krzyżyka na Michale Probierzu, Waldemarze Fornaliku czy Koście Runjaicu. Jeśli ktoś mądrze inwestuje w futbol i mądrze zarządza klubem, to właśnie tak do tego podchodzi. Mówiliśmy o łatkach, tak? To takie zwalnianie po sześciu kolejkach uważam za tani populizm, który ma się sprzedać. Ma być szum, ma lać się krew.

Czyli nie traktuje pan zwolnienia z Odry w kategoriach porażki trenerskiej?

Traktuję ją jako cenne doświadczenie. Ja dokładnie powiedziałem ludziom z zarządu, kiedy przyjdzie kryzys sportowy, z czego on będzie wynikał, jak on będzie się rozkładał. Wiedziałem, żeby nie zachłysnąć się dobrym pierwszym rokiem, bo później będzie dołek związany z wprowadzeniem nowego systemu pracy. I że latem tego drugiego sezonu pozyskamy zawodników, którzy będą się rozwijali. Proszę spojrzeć na piłkarzy, których ściągnęliśmy do Opola w letnim okienku – Bartek Wdowik z juniorów Ruchu Chorzów dzisiaj już jest w Jagiellonii Białystok i powoływany do reprezentacji. Mateusz Wypych, rezerwowy z Warty Poznań, ale z dużym potencjałem. Patryk Janasik, który pewnie w przyszłości zagra w Ekstraklasie. Do tego Mateusz Czyżycki. Młodzi chłopcy z potencjałem na rozwój – tylko w taki sposób można było budować zespół w Opolu. Nie stać nas było, ale i nie chcieliśmy robić czegoś, co jest oklepane w I lidze, czyli ściąganie piłkarzy relatywnie drogich, wygranych, nasyconych, z przeszłością ekstraklasową. W warunkach Odry jedyną drogą było zbudowanie grupy młodych, utalentowanych chłopaków, którzy będą się rozwijać. Nawet jeśli czasami przypłaci się to kosztem gorszego wyniku tu i teraz. Zresztą – wyniki… My nie przegrywaliśmy 0:5, to były zacięte mecze, w których było 0:0 lub 0:1. Tylko raz wysoko przegraliśmy. Brakowało doświadczenia, które zespół nabierałby z czasem. Powiedziano mi, że bano się powtórzenia sytuacji GKS Katowice. Ale na jakiej podstawie? Przecież to były dwa różne przypadki. My mieliśmy młody zespół, który krzepnął. Nie ma przypadku w tym, że w drugiej połowie rundy drużyna wyglądała już lepiej – właśnie przez to, że okrzepła. Mówiłem władzom klubu, że tak będzie.

Z panem na ławce trenerskie też by tak było?

Jestem o tym w stu procentach przekonany. Ja to przeżyłem już w przeszłości, więc wiem jak to działa.

Tu w Lechu.

Zgadza się. Wprowadziliśmy wielu młodych piłkarzy – Tomka Kędziorę, Dawida Kownackiego, Karola Linettego, Janka Bednarka i kilku innych – a oni dołożyli w trzecim sezonie mistrzostwo Polski. Przecież było to widać gołym okiem, że przy wejściu do zespołu nie byli gotowi do walki o to najważniejsze trofeum – sięgaliśmy razem po wicemistrzostwa, ale w kluczowych momentach brakowało doświadczenia. Do trzeciego sezonu podchodzili już jako zawodnicy, którzy mieli na koncie kilkadziesiąt czy nawet ponad sto występów w Lechu. I już pod wodzą Macieja Skorży zdobyli mistrzostwo. Tak samo byłoby w Opolu, że drużyna robiłaby systematyczny progres. Zagotowały się głowy i to jest dla mnie jasne. Nie było też dialogu z kibicami, którzy wywierali presję na zarządzie, ale presja kibiców jest czymś normalnym w sporcie. Kibic ma prawo do emocji, bo to normalne, on chce zwycięstw. Ale jeśli kadra zarządzająca zachowuje się jak fan, który chce zwyciężać bez zważania na zakładane cele i środki, to jest źle. Byłem przekonany, że zaraz przyjdą wyniki, a wraz z wynikami satysfakcja kibiców. Ale nie pozwolono mi na udowodnienie, że tak by było.

Pilka nozna. Sparing. Ruch Chorzow - Odra Opole. 11.07.2018

Bardziej zabolała pana forma zwolnienia czy właśnie fakt, że przerwano panu pracę w połowie projektu?

Nie lubię wychodzić ze statku, gdy on jeszcze płynie. To było najgorsze. Lubię rozmowę o konkretach, zakładanie precyzyjnych celów, rozliczanie mnie z ich realizacji. A tu jednego tygodnia było tak, drugiego inaczej. Nie chcę komentować formy. Wydaje mi się, że środowisko już to zrobiło. Ale myślę, że najlepiej o moim zaufaniu do Odry świadczy fakt, że to było pierwsze miejsce poza Poznaniem, do którego za pracą sprowadziłem rodzinę. Ani do Bydgoszczy, ani do Wrocławia, ani do Niecieczy nie przeprowadziłem całej rodziny. Do Opola tak – zaufałem w rozsądny projekt na trzyletnią budowę organizacyjno-sportową.

O jakich zmianach organizacyjnych mówimy?

Organizacja życia zespołu nie była nawet na poziomie pierwszoligowym. Proszę sobie wyobrazić, że na początku zespół nie miał swojej szatni. Piłkarze przebierali się w dwóch osobnych pomieszczeniach. Nie było własnego boiska, wynajmowali boisko tylko w wyznaczonych godzinach. Tak samo z szatni, bo czekała już następna grupa na wejście. Zawodnicy sami sobie prali rzeczy. I wiele innych standardów organizacyjnych, które na poziomie centralnym są normą. Ja nie mówię, że zawodnicy muszą mieć ptasie mleczko, ale są pewne standardy, których trzeba wymagać. Do tego skauting, który trzeba było zmienić z przypadkowego na celowy. My to robiliśmy, bo takie miałem zadania. Zmienić stronę sportową klubu.

Nie boi się pan, że nawet jeśli w tych słowach jest wiele racji, to sporo osób znów powie „Rumak ciągle się tłumaczy”?

Ja się nie tłumaczę. Po prostu mówię jak było.

Ale nie ma co ukrywać – skupienie na wyniku przy ocenie pracy trenera jest bardzo wyraźne.

Czas pokaże, kto i ile pracy włożył w dany klub. Nie tłumaczę się, ale pokazuję, jakie były priorytety. Zawirowania wokół pracy klubu, negocjacje z kluczowym sponsorem, to wszystko zaczęło się wymykać i pewnym momencie trzeba było rzucić ludziom kogoś na pożarcie. Padło na mnie, bo trenera jest zwolnić najłatwiej. Umawialiśmy się na coś innego. Gdyby ktoś mi powiedział: „Mariusz, chcemy wyniku tu i teraz”, to pracowałbym inaczej. A jeśli rozkładamy coś w dłuższej perspektywie i chcemy to weryfikować, to oczekujmy, że faktycznie te efekty przyjdą nie dziś, nie jutro, ale za jakiś czas. Przed moim przyjściem do Odry nie było tam mowy o młodzieżowych reprezentantach Polski, o chłopaku na młodzieżowych mistrzostwach świata, o rozgrywaniu sparingów z takimi zespołami jak Lech, Legia czy Śląsk. Tam funkcjonowało się z dnia na dzień. Summa summarum ktoś powiedział: „masz trzy kolejki, chcemy tyle punktów”. Okej, jeśli ktoś chce tak zarządzać klubem i zespołem… Zanim pan przyszedł, to zaczepił mnie kibic Lecha, chwilę porozmawialiśmy. Pan powiedział: „kurcze, żeby chociaż było tak jak za pańskich czasów”. A pamiętam perspektywę przyjmowaną w tamtym okresie, że wicemistrzostwo było uznawane za porażkę.

Ostatni raz Lech był wicemistrzem lub mistrzem pięć lat temu.

Albo spójrzmy na Śląsk, gdzie zespół był budowany właściwie już w trakcie ligi i gdzie w trakcie mojej pracy zmieniano trenerów. Okej, dzisiaj Śląsk ma dobrego trenera, ale też miał swój słabszy okres. Ktoś jednak wytrzymał presję i dał mu pracować. Twierdzę, że szkoleniowiec musi mieć trochę szczęścia do pracodawców.

Pan ma dziś komfort wyboru klubów, w których chciałby pan pracować? Zbyt długie szukanie klubu idealnego może skutkować tym, że wypadnie pan z karuzeli.

Czy wypadnę… To zweryfikuje środowisko. Żaden trener w Polsce nie ma dziś komfortu wyboru klubu. Jest ograniczona pula klubów, trenerów krajowych jest mnóstwo, a nadal dochodzą kolejni. Do tego zatrudniamy wielu szkoleniowców zagranicznych. Ale wierzę, że taki optymalny klub dla mnie istnieje i że do niego trafię. Podoba mi się to, co dzieje się w Cracovii – Michał Probierz dostał czas, ustalono długoterminowe cele, które konsekwentnie Michał realizował. Dzisiaj patrzymy na Cracovię i widzimy zdrowy, poukładany klub z czołówki tabeli. Tak samo podoba mi się cierpliwość prezesa Mroczka w Pogoni czy prezesa Żelema w Piaście. Z Pawłem Żelemem pracowaliśmy w Śląsku, on mnie zatrudniał. Mieliśmy trudne momenty sportowe, ale merytorycznie potrafiliśmy dojść do porozumienia. Później zwolniono prezesa, a wkrótce i mnie.

W pierwszym sezonie mieliście średnią punktową 2,00 punktu na mecz. Wszystko zepsuło się w drugim sezonie.

I znów wracamy do oceny trenera. Wiele zależy od zespołu, którym dysponujesz. W pierwszym sezonie drużyna była bardzo dobra. Latem odeszli bardzo ważni piłkarze, na zastępstwa czekaliśmy bardzo długo i nie przyszli piłkarze o podobnym poziomie umiejętności. Dlatego powinniśmy też patrzeć na to, jak piłkarze rozwinęli się przy pracy z danym trenerem, a nie spojrzeć jedynie na tabelkę z wynikiem i to wszystko. Ostatnio przeczytałem fenomenalną rzecz – Barcelona przez siedemnaście ostatnich lat tylko raz zmieniła trenera w trakcie sezonu. Kiedy? Niespełna miesiąc temu. Przez siedemnaście lat pozwalali trenerom pracować. A przecież nie zawsze mieli sukcesy, nie zawsze zdobywali mistrzostwo, nie co roku sięgali po Ligę Mistrzów. Chcieli po prostu weryfikować trenerów w dłuższej perspektywie, po pełnym cyklu pracy.

Szuka pan pracy? Czy to praca musi znaleźć pana?

Nie umiem nie pracować. Źle się czuję, gdy nic nie robię. U nas raczej praca znajduje człowieka – ktoś musi cię docenić, spojrzeć na twoje CV, zobaczyć jak rozwinąłeś klub, piłkarzy, ilu twoich zawodników gra w reprezentacji czy w kadrach młodzieżowych, kiedy cię zatrudniano. Bo chodzi też o rzetelną ocenę pracy trenera w danym klubie. Jeśli ktoś mówi, że Odra to porażka, bo nie awansowałem z nią do Ekstraklasy, to źle to ocenia, bo nigdy ani ja, ani władze klubu tego nie zadeklarowaliśmy.

Ale pan chce brać tylko projekty długoterminowe? Zdecydowana większość zmian na ławkach trenerski dotyczy strażaków – mają przyjść i pomóc klubowi tu i teraz.

Nie, nie zamykam się. Takim projektem krótkoterminowym był Śląsk – jedenaście kolejek, weryfikacja po krótkim okresie, dasz radę, to zostaniesz. Ale to jest reaktywne, masz działać tu i teraz. Mi to przypomina dyscyplinowanie dziecka. Jak na nie nakrzyczysz, to w tym danym momencie może będzie posłuszne. Ale jeśli będziesz podnosił głos przez trzy-cztery tygodnie za każdym razem, to stracisz jakiekolwiek narzędzia. Trzeba też na to spojrzeć coachingowo w pewnej perspektywie.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Bruk-Bet Termalica Niecziecza - Legia Warszawa. 05.08.2017

Niektórzy piłkarze krytykowali pana za to, jak zarządzał pan szatnią. Siergiej Kriwiec czy Sito Riera chociażby.

Ja nie komentuję zachowań zawodników publicznie i myślę, że eleganckie z ich strony byłoby też rewanżowanie się tym samym. A jeśli ktoś nie chce być elegancki, to niech ma chociaż na tyle zdrowego rozsądku, by pomyśleć o przyszłości. Bo zawsze z trenerem, którego krytykował, może się też kiedyś spotkać. Zresztą na pewno zna pan tę historię, gdy jeden z polskich piłkarzy ocenił fachowość Diego Simeone. Dzisiaj to chyba Simeone pracuje na wyższym poziomie niż ten zawodnik. Myślę, że nie mam problemu w kontekście coachingu. A warsztat? Każdy ma prawo do swojej oceny. Ja mogę wymieniać przykłady zawodników, którzy mi zaufali i rozwinęli się przy pracy ze mną. Bo mój warsztat opiera się na rozwoju zawodników i myślę, że mam tego wymierne efekty. Ale dużo od nich wymagam.

Ile pan miał lat, gdy poprowadził swój pierwszy trening jako szkoleniowiec?

23 lata. Byłem zaraz po studiach. To był grudzień 2000 roku, pracowałem z takimi dziećmi siedmio, może ośmioletnimi.

I po tych prawie dwudziestu latach pracy zmienił pan swoje spojrzenie na ten zawód? Nie jest pan trochę rozczarowany tym, jak to wygląda?

Dlaczego?

Wydaje mi się, że po kolejnym zwolnieniu bym zgorzkniał.

Dlatego trzeba mieć od tej pracy jakieś odskocznie.

Co jest pana odskocznią?

Nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale odskocznią jest nadal piłka. Ja lubię rozmawiać o futbolu, lubię przekazywać wiedzę, lubię szukać wiedzy. Czasami możliwość dyskusji o piłce jest relaksująca. Nie bycie pod presją, ale poszukiwanie. Reaktywowałem swój projekt edukacji trenerów – warsztaty, zajęcia, prelekcje znanych osób. To mnie kręci – rozmowa o futbolu w inny sposób. Kilka dni temu rozmawiałem z Fabio Micarellim, drugim trenerem przy Marco Giampaolo. Rozmawialiśmy sporo o nowoczesnych tendencji taktycznych w Europie. Takie rzeczy mnie relaksują.

Bierze pan pod uwagę pracę na poziomie II czy nawet III ligi?

Nigdy nie mów nigdy. Ale jestem w takim momencie kariery, że mam ponad 200 meczów w seniorskiej piłce, 42 lata na karku, więc muszę bardzo rozważnie podjąć kolejny krok w pracy trenerskiej. Nadal chcę pracować w tej branży i nadal mam przekonanie, że niejeden klub i niejeden piłkarz mogą na tym skorzystać. Pan zaczął od tej łatki – a taka ocena stereotypowa jest najgorsza. Trzeba patrzeć na konkrety, a nie na opinie krążące po środowisku. Mam pięć medali mistrzostw Polski. Odcisnąłem swoje piętno na reprezentantach Polski. Jeśli ktoś zna się na piłce, to spojrzy też na takie rzeczy, a nie tylko na średnią punktową. Bo co mówi nam średnia punktów na mecz? Nic. W klubie walczącym o mistrzostwo zawsze będzie lepsza niż w klubie walczącym o utrzymanie, a przecież dobrzy trenerzy też pracują w klubach z dołu tabeli. I czasami są nawet lepsi od tych, którzy biją się o puchary. W jednym klubie możesz mieć średnią dwa punkty na mecz, nie zdobędziesz mistrzostwa i jesteś przegranym. A w zespole z dołu tabeli utrzymasz średnią półtora punktu na spotkanie, zapewnisz utrzymanie i to jest sukces.

rozmawiał DAMIAN SMYK

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (15)