Sensacyjnie, ale zasłużenie. Sofia Kenin najlepsza w Australii
Inne sporty

Sensacyjnie, ale zasłużenie. Sofia Kenin najlepsza w Australii

Przez cały turniej przedzierała się w znakomitym stylu. Do finału straciła tylko jednego seta – z fenomenalną Coco Gauff – a ograła po drodze między innymi Ash Barty, liderkę rankingu WTA i faworytkę gospodarzy. Grała świetny, skuteczny i ładny dla oka tenis. Sofia Kenin zdecydowanie zasłużyła na zwycięstwo w Australian Open. Choć przed turniejem nie postawiłby na nią nikt. 

Bo nigdy wcześniej nie była nawet w najlepszej „10” rankingu. Awansuje do niej dopiero w poniedziałek, po dodaniu punktów z Australian Open. W Wielkim Szlemie najdalej zachodziła do 1/8 finału – czwartej z siedmiu rund. Ale od dawna wiadomo było, że talent ma ogromny. Jako dziecko budziła wielkie zainteresowanie w Stanach Zjednoczonych, ale i Rosji, z której pochodzi i którą śmiało mogłaby reprezentować, gdyby tylko chciała. Wybrała jednak USA, a Amerykanie dziś mogą się z tego powodu cieszyć.

W ostatnich latach często się pokazywała, żeby potem zniknąć. Wygrała z Sereną Williams na Roland Garros, pokonała Naomi Osakę, gdy ta była liderką rankingu. A jej półfinałowe zwycięstwo z Barty w Australii też nie było pierwszym takim w jej CV – udało jej się to już w Toronto. Powtórzmy jednak: nikt nie mógł spodziewać się takiego turnieju w jej wykonaniu. Nawet ona sama. – To pierwsza taka mowa w moim życiu, ale postaram się dać z siebie wszystko. Chcę powiedzieć, że oficjalnie moje marzenie się spełniło. Więc jeśli też jakieś macie, to starajcie się dążyć do ich spełnienia – mówiła, odbierając trofeum dla mistrzyni.

Dziś w finale mierzyła się z Garbiñe Muguruzą, dwukrotną już mistrzynią wielkoszlemową (Roland Garros 2016 i Wimbledon 2017). Pierwotnie górę brało doświadczenie Hiszpanki. To ona zaczęła lepiej – już w trzecim gemie meczu przełamując rywalkę. Triumfowała bardzo dobrą grą w defensywie, cierpliwością, która dawała jej punkty, ale też świetnymi atakami, bo gdy tylko dostawała szansę na skończenie akcji, to ją wykorzystywała. Innymi słowy: grała znakomicie w każdym elemencie.

Ale nie była w stanie utrzymać takiej postawy przez całego seta. Swoje podanie straciła pod koniec, choć już wcześniej sama mogła po raz drugi odebrać serwis Kenin – Amerykanka wybroniła się jednak wtedy ze stanu 0:40. I to nie jedyny raz w tym spotkaniu. Ale oprócz tego, że się broni, trzeba też atakować – a tego Sofia nie potrafiła zrobić w pierwszej partii. Więc ostatecznie ją przegrała.

Ale potem pokazała, dlaczego w ogóle doszła do finału. Bo jej najmocniejszą stroną bez wątpienia jest niesamowita wręcz waleczność. Kenin nigdy nie odpuszcza. Choćby wydawała się znokautowana, nie można jej lekceważyć. Przez chwilę, na samym początku II seta, wydawało się, że Muguruza pójdzie za ciosem. To był jednak tylko moment, który szybko minął. Seta wygrała Kenin, bezlitośnie punktując Hiszpankę w kolejnych wymianach i, dosłownie, odbierając jej chęci do gry. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej widać było też, że to Garbiñe miała po drodze więcej długich meczów – zaczynało brakowało jej tlenu, nie dobiegała do piłek, źle się ustawiała. Amerykanka skrzętnie z tego korzystała.

I w trzecim secie również tak zrobiła. Kluczowy był tu piąty gem. Serwowała Kenin. Znów było 0:40, Muguruza trzykrotnie mogła ją przełamać i wyjść na prowadzenie. Zapewnić sobie zastrzyk adrenaliny, nowych sił, które być może doprowadziłyby ją do końcowego triumfu. Miała rywalkę na linach, brakowało tak naprawdę jednego ciosu. Tyle tylko, że Hiszpanka go nie zadała. Kenin znów jej się wymknęła, po czym ruszyła z kontratakiem. Wygrała wszystkie gemy do końca meczu, dwukrotnie przełamując przeciwniczkę. Puchar był jej. Żałować można tylko jednego – że wszystko zakończyło się w najgorszy możliwy sposób – podwójnym błędem serwisowym Muguruzy.

Po takim występie Kenin pozostaje zadać sobie tylko jedno pytanie: czy właśnie wyrosła nam nowa gwiazda tenisa? Tak, przynajmniej na moment. Bo wśród kobiet najtrudniejsze okazuje się nie wdrapanie na pozycję mistrzyni, ale utrzymanie na niej. Po dwóch zdobytych tytułach wielkoszlemowych z rzędu spore problemy ma z tym teraz Naomi Osaka. Bianca Andreescu po fenomenalnym US Open znów ma problemy zdrowotne. Muguruza, mająca na koncie dwa tytuły, doszła w Australii do finału niespodziewanie i to bez rozstawienia, bo wcześniej grała słabo. A taka Jelena Ostapenko, mistrzyni Roland Garros 2017, przez długi czas grała beznadziejnie. Obudziła się dopiero końcem poprzedniego sezonu.

Ale Kenin ma możliwości, zresztą ogromne. I jeśli tylko będzie dobrze prowadzona, to powinna utrzymać się w ścisłej czołówce najlepszych zawodniczek.

*****

Wspomnieć musimy tu o jeszcze jednym meczu – w finale turnieju juniorek wystąpiła bowiem Weronika Baszak. Podobnie jak Kenin wśród seniorek, doszła tam niespodziewanie. Tyle tylko, że – w przeciwieństwie do Amerykanki – nie wygrała. Owszem, rozegrała świetnego pierwszego seta, ale potem zmęczenie dało jej się w kość. Po kilku długich meczach z wcześniejszych rund po prostu nie wytrzymała kolejnego. Zaimponowała jednak wszystkim. Swoją pewnością, stylem gry i jednoręcznym backhandem, który u kobiet stał się aktualnie zjawiskiem tak rzadkim, jak śnieg w Polsce w trakcie zimy.

Serio, Baszak ma ogromne możliwości. Nie wiemy, czy takie jak Iga Świątek, ale jej atuty są podobne. Potrafi uderzać mocno, świetnie czuje się w ofensywie, jest bardzo odporna mentalnie, przejmuje inicjatywę w wymianach i dysponuje znakomitym, mocnym serwisem. Ten rok jest jej ostatnim w rywalizacji juniorskiej. Jeśli (znów musimy użyć tego słowa) przejście do seniorek wyjdzie w jej przypadku gładko i przyjemnie – co nie jest tak oczywiste – możliwe, że za niedługo będziemy oglądać jej występy w dużych turniejach, ale już wśród profesjonalistek. Bardzo byśmy sobie tego życzyli, bo jej występy w Melbourne naprawdę cieszyły oko i pokazały skalę możliwości.

Warto dodać też z kim przegrała, bo jej rywalka ma zaledwie… 14 lat. A do tego jest z Andory, kraju bez wielkich tenisowych tradycji. Gra jednak znakomicie i nie zdziwimy się, jeśli za niedługo pójdzie w ślady Coco Gauff i w tak młodym wieku zacznie podbijać rywalizację dla (teoretycznie) dorosłych. Zwie się Victoria Jimenez Kasintseva, a wy powinniście zapamiętać to nazwisko. Tym bardziej, że tak duży sukces osiągnęła już w swoim debiucie w turnieju wielkoszlemowym. Jesteśmy przekonani, że to nie jest jej ostatnie słowo.

Jeśli więc za trzy czy cztery lata w Melbourne zatriumfuje już wśród seniorek – pamiętajcie, ostrzegaliśmy.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)