Djoković – Federer 27:23. Jubileuszowy pojedynek dla Serba
Inne sporty

Djoković – Federer 27:23. Jubileuszowy pojedynek dla Serba

Tak to niestety bywa z okrągłymi jubileuszami. Podczas, gdy wszyscy oczekują, że będzie epicko, spektakularnie, przebojowo, że tej imprezy to na pewno nikt nie zapomni, często okazuje się, że jest nieco drętwo, nudno, przewidywalnie. Słowem: przeciętnie. Niestety, dokładnie tak było z jubileuszowym, pięćdziesiątym pojedynkiem tenisowych legend. Novak Djoković do jednej bramki ograł zmagającego się z kontuzją Rogera Federera i zameldował się w ósmym w karierze finale Australian Open.

Napisać, że droga obu tenisowych herosów do dzisiejszego półfinału nie była podobna, to nic nie napisać. Gdybyśmy mówili o kolejnych pojedynkach bokserów w prestiżowym turnieju, jeden wygrywałby kolejne walki po 12-rundowych bojach, w których sam wielokrotnie padał na deski i wstawał tylko siłą woli; zaś drugi wszystkie starcia kończyłby szybkimi nokautami. Novak Djoković w całym turnieju stracił jednego seta – w dodatku w pierwszej rundzie ze Struffem (po przegranej partii kolejną wygrał 6:1, żeby nie było żadnych wątpliwości). Federer był w zupełnie innej lidze. Stary mistrz z Bazylei łatwo wygrał tylko dwa pierwsze mecze, z Johnsonem i Krajinoviciem. W trzeciej rundzie z Millmanem był o włos od eliminacji, w super tie-breaku piątego seta, rozgrywanym do 10 punktów, przegrywał już 4-8. Tylko on sam wiem, jakim cudem zdołał się wybronić. Z Fucsovicsem przegrał pierwszą partię, zanim wygrał kolejne (już dość łatwo). Prawdziwą drogą przez mękę był dla niego ćwierćfinał. Po drugiej stronie siatki był przeciętny rywal, setny w rankingu Tennys Sandgren. Amerykanin wygrał drugiego i trzeciego seta, a w czwartym miał aż siedem piłek meczowych. Przy niektórych był o włos od wyrzucenia z turnieju genialnego Szwajcara. Za każdym razem okazywało się jednak, że ten, niczym kot, ma chyba siedem żyć.

Co ważne, Federer walczył nie tylko ze zmęczeniem (jak wszyscy), nie tylko z wiekiem (jest zdecydowanie najstarszy wśród liczących się tenisistów), ale także z kontuzją pachwiny. Wcale nie były rzadkie głosy, że Szwajcar do półfinałowego meczu z Djokoviciem może w ogóle nie wyjść. Wyszedł. I zagrał naprawdę dobrze. W pierwszym secie dwa razy przełamał Serba i prowadził już 4:1, a potem 5:2. Ostatecznie jednak Djoković doprowadził do tie-breka, w którym bezproblemowo wygrał do 1. Szwajcar poprosił o pomoc medyczną i wydawało się, że to może być przedwczesny koniec jubileuszowego starcia. Czego by jednak nie mówić, Federer ma charakter, jak mało kto, więc na kort wrócił. Robił, co mógł, ale skończyło się na 6:7, 4:6, 3:6 w nieco ponad dwie godziny. Biorąc pod uwagę, że ich pojedynki potrafiły trwać bliżej pięciu (jak choćby ubiegłoroczny finał Wimbledonu) – trudno nie mówić o niedosycie.

Djoković zameldował się w ósmym finale w Australii i będzie w nim faworytem. Bez względu na to, czy jutrzejszy drugi półfinał wygra Dominic Thiem, czy Alexander Zverev, większość argumentów w niedzielnym meczu o wszystko będzie po stronie Serba. Jak choćby ten, że będzie dodatkowo zmotywowany, bo jeśli wygra, wróci na pierwsze miejsce w rankingu. Dodatkowo, z siedmiu dotychczasowych finałów w Australian Open… nie przegrał ani jednego.

Równie dobrą statystykę ma sensacyjna finalistka turnieju kobiet, Sofia Kenin. 21-letnia reprezentantka USA także nigdy nie przegrała wielkoszlemowego finału, ale głównie dlatego, że nigdy w nim nie grała. Do tej pory jej najlepszym wynikiem była 4. runda ubiegłorocznego Wimbledonu. W Australian Open grała póki co dwa razy, wygrała w sumie jeden mecz. Teraz 15. w rankingu Kenin ma na koncie już sześć zwycięstw, w tym dzisiejsze, nad liderką rankingu Ashley Barty. W drodze do finału straciła raptem jednego seta, z rewelacją turnieju, Coco Gauff. O zwycięstwo w Australian Open zagra w sobotę z inną szokującą finalistką, Garbine Muguruzą. Hiszpanka na liście WTA jest dziś dopiero 32., ale to przecież mistrzyni Roland Garros sprzed 4 lat i Wimbledonu sprzed 3 oraz była liderka rankingu. Dziś sprawiła sensację na miarę zwycięstwa Kenin nad Barty, bo w takim samym stosunku 7:6, 7:5 ograła murowaną faworytkę Simonę Halep.

Wiele wskazuje więc na to, że w turnieju panów możemy mieć mistrza, którego przed turniejem wskazywała większość ekspertów oraz mistrzynię, której nie typował nikt. Ot, takie piękno tenisa…

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (0)