Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Ja wiem, że Krzysztof Piątek na pół roku przed Euro będzie grał regularnie w piłkę w topowej lidze, co w Milanie zniknęło z menu; ja wiem, że to jest Hertha, która dostała niedawno finansowy steryd, która ma ambicje sięgające ho ho, a nawet jeszcze trochę; ja wiem, że i do Polski niedaleko, i pewnie kriokomora wygodna, miasto Berlin ma parę atutów, wbrew pozorom Bundesliga także.

Ale nie jestem w stanie się tym akurat kierunkiem szczególnie podekscytować.

Wiem, że Piątek dobrze zarobi, że wymagania finansowe Milanu mało kto mógł spełnić, a najgorszy scenariusz, to gdyby przez następne pół roku walczył głównie o to, by na mediolańskiej ławce za wiele drzazg nie powchodziło mu w dupę.

Natomiast nie mówmy, że to transfer, który jest w tak oczywisty sposób korzystny dla wszystkich zainteresowanych, jak choćby transfer Majeckiego, gdzie choćbym musiał, ciężko byłoby mi wbić szpilę.

Krzysztof Piątek przebojem wdarł się na firmament europejskiej piłki – i to przebojem co najmniej rangi „Przez twe oczy zielone” Zenka Martyniuka, tak chwytliwym, tylko o zasięgu europejskim, a nawet poza Europę wykraczającym. I to samo w sobie było fenomenem, bo nie da się nic zabrać Krzyśkowi, strzelał fantastycznie, ale czy jego gole miały aż tak wielką wagę? Jak tamta passa wypada choćby przy wyczynach Haalanda? Miał Piątek gole w Genoi, miał fajną passę w Milanie – OK, Serie A to nie rozgrywki o puchar wójta, ale też ani walka o scudetto, ani Liga Mistrzów.

A jednak jego nazwisko hulało wszędzie. Wyjątkowo nie było to polskie złudzenie. Pisałem to już kiedyś: Piątek pomógł sobie cieszynką, swoim trade markiem, który jakby te gole koloryzował. A gdy dodamy fakt, że szedł do Genoi z Ekstraklasy, czyli dla kibica poważnego futbolu znikąd, i tak szybko się rozstrzelał, mieliśmy jeszcze równie barwną ramę kontekstową.

To była fajna historia.

Ciekawie się ją śledziło nie tylko nad Wisłą, miała uniwersalnie interesujące tropy.

Oczywiście wciąż większym majstersztykiem była sama regularność Piątka, ale to naprawdę przykład sytuacji, gdy dobra forma, gdy bramki, zostały wyciśnięte do maksimum. Przecież bez trudu znajdziemy szereg napastników, którzy strzelali sporo, mieli swój sezon życia, a jednak tak głośno jak o Piątku o nich nie było.

Fakt, że akurat Włosi są mistrzami świata w pompowaniu balonika. Jak to się dziś czyta: sama La Gazetta, jeden z top 3 najbardziej wpływowych tytułów piłkarskich Europy, znajdująca w Krzyśku elementy wszystkich najlepszych napastników Rossoneri, od Szewy, przez Inzaghiego, aż po samego van Bastena.

Owszem, budzi dziś moje wątpliwości fakt, że Krzysiek Piątek zamienił Milan na jeden z niewielu zespół w Europie, które grają jeszcze brzydziej i mają jeszcze większe problemy ze stwarzaniem napastnikom dobrych okazji. Ale zastanawiam się nad tym od punktu wizerunkowego, z którego przygoda Piątka była mistrzostwem.

Jasne, Milan dzisiaj jest równie daleko od Ligi Mistrzów co Hertha. Ale to wciąż Milan. Nawet jeśli przegrywa, to pisze się o tym wszędzie. To wciąż Milan, światowa marka, co najlepiej uzmysławia właśnie obecny moment, kiedy od lat nie ma ich w Champions League, kiedy niejednokrotnie są ligowym średniakiem, ale dalej są magnesem, dalej są w ogniu zainteresowania. Oczywiście nie znaczy to, że od kolejnych fiask ich marka się nie kurzy, ale i tak jest zbyt wielka, by o Milanie dało się zapomnieć.

Hertha ma uzasadnione ambicje. To jest jakiś błąd w Matrixie, że takie miasto jak Berlin nie ma żadnego klubu na miarę szczytów europejskiej piłki. Nowy właściciel, biznesmen-ryzykant, dobrze zdiagnozował potencjał, a jak kiedyś fajnie napisał Michał Trela w „PS” – dostrzegł też, że futbol ekonomicznie rozwija się kilka razy szybciej niż gospodarka. Wydaje nam się, że już jest tak przerośnięty, że to zaraz musi pieprznąć, tymczasem on puchnie, a jeszcze ci, co znają grunt tak futbolu, jak i innych branż, chcą tu wchodzić, bo to są pieniądze.

Wierzę, że ten projekt może wypalić – jakiś niezły początek, skuszenie kolejnych inwestorów, sponsorów. Tak, Berlin z mocną ekipą, walczącą o mistrza, grającą w Champions League – pewnie, nie potrzebuję do tego wielkiej wyobraźni.

Ale sam Klinsmann mówi, że to perspektywa za trzy do pięciu lat.

Czyli jest w planach ujęte, że na przykład za rok średnio, za dwa też, o tej wiośnie nawet nie mówiąc, bo plan na nią to utrzymać się i sprawdzić kto jest do wyrzucenia.

No cóż, nie są to, delikatnie mówiąc, światła reflektorów. To nie jest ta ranga rozgłosu, w jakiej ostatnio był. Wiem to nawet – by tak rzec – z polskich źródeł, od osób, które śledzą piłkę od wielkiego dzwonu, ale takim wielkim dzwonem były mecze Piątka, bo Milan. Hertha jest dla nich rozczarowaniem.

Jak Hercie się powiedzie, jak zacznie swój plan realizować – na przykład w następnym sezonie zostanie rewelacją ligi – będzie o niej głośno. Ale to aspirowanie do rangi, jaką już mają kluby, które wymieniano w kontekście Piątka tej zimy, by wspomnieć poważne zainteresowanie Tottenhamu.

Hertha jest placem budowy, w dodatku nowe mocarstwowe plany zderzają się z rzeczywistością od kilku miesięcy. Na razie jest na fazie szukania na siebie pomysłu – futbol lubi skrajne scenariusze, również te pozytywne, ale ja jednak mniej się zdziwię, jeśli na razie berlińczycy będą częściej zmagać się z wybojami niż śmigać autostradą do sukcesu.

***

Wczoraj fatalna dla polskiej piłki okoliczność: trzydzieste urodziny Grzegorza Krychowiaka. Grzesiek pewnie hucznie poświętuje dzisiaj tortem z jarmużu, który popije sokiem z nasion chia, ale my świętować nie mamy czego –  za każdym razem, gdy przychodzi śpiewać mu „sto lat”, „niech mu gwiazdka pomyślności”, „jeszcze jeden i jeszcze raz” zbliżamy się coraz bardziej do momentu, gdy Krychowiakowi broda osiwieje.

Jak bolesne będzie to dla polskiej piłki?

Myślę, że Krychowiak nie zostawi po sobie spalonej ziemi. Przez długie lata polscy defensywni pomocnicy byli zwolnieni z obowiązków ofensywnych – przerwać, wejść hokejowym bodikiem, zatańczyć łokciami i starczy. Może pójść przy stałym fragmencie do główki, ale na tym wystarczy. Za grę z przodu odpowiadał playmaker – jasny podział ról, a tym bardziej się ukorzeniający w myśleniu, że do końca lat dziewięćdziesiątych – obiecuję, kiedyś napiszę felieton bez wzmianki o latach dziewięćdziesiątych – każdy ligowy zespół kogoś takiego miał, naprawdę zdolnego, technicznego, z podaniem, z szybką myślą. Późniejsza niemal całkowita posucha w temacie obnażyła brak kreatywności naszych pomocników, pilną potrzebę zmian – Krychowiak wyznaczył te proporcje. To znaczy, od znających go, trenujących z nim na kadrze, jakiś czas temu już słyszałem, że ich zdaniem powinien być jeszcze odważniejszy z przodu, ze szczególnym uwzględnieniem wzbudzenia w sobie głodu bramek, bo ma huknięcie nie lada – cieszę się, że to wreszcie zrobił i dziś oglądamy Krychowiaka 2.0.

Swoją drogą, w tym roku Robert Lewandowski skończy trzydzieści dwa lata. Wiem tak samo jak wy, że jak będą kręcić nowego Robocopa, to jeśli nie zgłoszą się w pierwszej kolejności do Lewego będą frajerami. Wiem, że czas starzenia się w piłce został jakiś czas temu zmieniony, na stare Lewy właśnie z siwiejącym wąsem improwizowałby Marka Koniarka w polu karnym, na nowe nie tylko nie widać oznak starości, ale jeszcze widać oznaki młodości.

Ale ten moment nadchodzi.

Jest bliżej niż dalej.

Nawet on, przyjdzie taki moment, zwolni. Przyjdzie taki przykry moment, kiedy Robert Lewandowski nie będzie już TYM Robertem Lewandowskim.

Już dziś zastanawiam się jaka będzie polska piłka – wypada tak powiedzieć – postlewandowska. Postbońkowa do najurokliwszych nie należała, trochę Boniek, mimo szeregu innych świetnych piłkarzy, w pewnym sensie zakrzywiał prawdę o naszym futbolu, rzucał na nią cień. To samo dzieje się z Lewandowskim, myślę, że swoją osobą pociągał za sznurki w wielu miejscach, dziedzinach, nawet zupełnie nieintencjonalnie – choćby kwestia boomu na polskich napastników, każdy przypadek osobny, ale coś za dużo tych przypadków, by nie szukać źródła tendencji.

Obawiam się czasem, że rzeczywistość postlewandowsko-postkrychowiakowa będzie rzeczywistością postapokaliptyczną, rzeczywistością z Mad Maxa.

Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (15)