Najdroższy nie znaczy najlepszy. W Chelsea już to wiedzą
Anglia

Najdroższy nie znaczy najlepszy. W Chelsea już to wiedzą

Jak idziesz do apteki i bierzesz te najdroższe leki na grypę, to masz nadzieję, że poczujesz się wkrótce dużo lepiej niż łykając tylko witaminę C. Jak kupujesz samochód z salonu w najwyższej możliwej wersji, to masz prawo oczekiwać, że nad morze dojedziesz bezawaryjnie i znacznie bardziej komfortowo niż Nissanem Micrą od handlarza z giełdy. Kiedy więc odpowiadasz za transfery klubu piłkarskiego i bierzesz najdroższego bramkarza na świecie, to logiczne, że oczekujesz że raz na jakiś czas wygra ci mecz czy wybroni piłkę, której nie sięgnęłaby większość golkiperów w lidze. Piłka nożna jest jednak taką dziedziną, w której oczekiwania rozjeżdżają się z rzeczywistością częściej niż słoń na lodowisku. I tak właśnie jest w przypadku Kepy Arrizabalagi.

Chelsea wyłożyła na niego 71 milionów funtów, bijąc o kilkanaście milionów klubowy rekord transferowy, robiąc z 23-letniego wtedy Hiszpana najdroższego na swojej pozycji na świecie. Tymczasem dziś naprawdę trudno uzasadnić tę kwotę. Że nie był w dniu przenosin tyle wart, to jasne. Ale płacono za potencjał, który miał się ujawnić po czasie. Gdy zaadaptuje się do ligi angielskiej. Sam powiedział, że do innej niż LaLiga, bo bramkarze dostają od sędziów zdecydowanie mniej ochrony.

Rzecz w tym, że minęło półtora roku i wątpliwości zamiast zostać rozwiane, narastają. Już nie tylko na zewnątrz klubu, jak można przeczytać w niedawnym materiale „The Athletic”. Liam Twomey i Simon Johnson piszą tam, że i wewnątrz klubu wielu nie jest przekonanych, że Kepa to bramkarz, którego cena została jakkolwiek uzasadniona. Wątpliwości wzbudzają przede wszystkim trzy aspekty – bronienie strzałów, wyprowadzenie piłki i gra na przedpolu.

Aspekty dla każdego bramkarza absolutnie fundamentalne, które w największej mierze powinny się składać na jego rynkową wycenę. U Kepy wszystkie razem i każdy z osobna w tym sezonie szwankują.

Najbardziej kompromitująca statystyka, to ta obronionych uderzeń. Spośród 32 bramkarzy, którzy rozegrali przynajmniej 300 minut w Lidze Mistrzów, Kepa ma wraz z Simonem Mignoletem z Club Brugge i Cicanem Stankoviciem z RB Salzburg najniższy procent obronionych strzałów – 50%. Do Keylora Navasa (88,2%) czy Marca-Andre Ter Stegena (83,3%) Hiszpana nie ma nawet co porównywać.

Zrzut ekranu 2020-01-23 o 12.33.05źródło: fbref.com


2020-02-22 13:30
Chelsea
-
Tottenham

2020-02-22 16:00
Burnley
-
Bournemouth

2020-02-22 16:00
Sheffield Utd
-
Brighton

2020-02-22 16:00
Crystal Palace
-
Newcastle

2020-02-22 16:00
Southampton
-
Aston Villa

2020-02-22 18:30
Leicester
-
Manchester City

2020-02-23 15:00
Wolves
-
Norwich

2020-02-23 15:00
Manchester Utd
-
Watford

2020-02-23 17:30
Arsenal
-
Everton

Co gorsza, identycznie jest w Premier League. Wśród golkiperów z co najmniej 1000 minut na koncie nie ma takiego, który obroniłby mniejszy procent uderzeń niż Kepa. Do siatki bramkarza Chelsea wpada niemal połowa (46,4%) uderzeń przeciwników. Dostaje też po łbie inną statystyką – xGA. Ligowi rywale Chelsea, według modelu xG, powinni w tym sezonie zdobyć około 27 bramek (xGA Chelsea wynosi dokładnie 27,1). Kepa piłkę z siatki wyciągał jednak już 41-krotnie.

Zrzut ekranu 2020-01-23 o 12.33.28źródło: fbref.com

Poza przytoczonymi wcześniej liczbami jest też wrażenie, że tak to ujmiemy, wizualne. No bo może jest tak, że wybronione uderzenia to parady światowej klasy? Otóż nie. Tak naprawdę jedynym meczem w Premier League, o którym można powiedzieć, że został przez Kepę wybroniony, był ten z Brighton z 1 stycznia. Mewy zremisowały 1:1 po przepięknej przewrotce Alirezy Jahanbakhsha, ale mogły spokojnie wbić ze dwa gole więcej – Hiszpan jednak popisywał się refleksem po strzałach z bliska Neala Maupaya i Aarona Connolly’ego. Trudno też było nie cmoknąć z zachwytu, gdy ustrzegł The Blues przed utratą trzeciego gola w przegranym 1:2 meczu z Liverpoolem, kiedy to Roberto Firmino dostał piłkę na długi słupek, czego nie przewidział żaden z obrońców The Blues. Tak, to była interwencja najwyższej klasy. Rzecz w tym, że jak na golkipera za 71 milionów funtów to po prostu za mało.

Mocną stroną Kepy miało być wyprowadzenie piłki? Cóż, nie trzeba szczególnie daleko szukać błędów, które bramkarzowi-rozgrywającemu nie mają prawa się przydarzyć. Zagranie przy stanie 1:2 do Theo Walcotta z Evertonu w spotkaniu z The Toffees, które zakończyło się golem Toma Daviesa i pogrzebaniem szans na ugranie choćby punktu w starciu z zespołem z Liverpoolu. W meczu z Manchesterem City tylko poprzeczka uratowała Kepę po jeszcze bardziej karygodnym błędzie – zagraniu prosto pod nogi czatującego przed polem karnym Sergio Aguero.

I tak jak w poprzednim sezonie Kepa mógł się pochwalić najwyższym procentem celnych podań w całej lidze wśród golkiperów – 85% – tak w obecnym spadł na trzecią pozycję, za Edersona i Alissona, pogarszając się o cztery punkty procentowe.

Jest jeszcze trzeci ze wspomnianych na wstępie aspektów, a więc gra na przedpolu. Najtrudniejsza do zmierzenia, ale dość wspomnieć o niedawnym meczu z Newcastle i bramce Isaaca Haydena w samej końcówce. Gdy Allain Saint-Maximin dośrodkował futbolówkę z lewej strony, Hiszpan najpierw ruszył do niej, by zaraz zreflektować się, cofnąć i ani nie wywrzeć presji na strzelcu, ani nie ułatwić sobie w ten sposób interwencji. Podobnie zachował się zresztą także i we wcześniejszej części sezonu w meczu z Burnley, jednak wtedy z odsieczą przyszedł mu VAR, unieważniając trafienie Jeffa Hendricka.

Trudno oczywiście obarczać Kepę winą za całe zło w obronie Chelsea – o nie, źródeł bolączek defensywnych jest zdecydowanie więcej, a ciągłe eksperymenty Franka Lamparda pokazują, że do żadnego z zawodników nie jest tak do końca przekonany, może nie wliczając Azpilicuety. W efekcie w 2020 roku, w którym to The Blues rozegrali dopiero pięć spotkań, mieliśmy okazję oglądać w akcji cztery różne linie obronne.

Zdaniem tych, którzy mieli okazję pracować z Hiszpanem na co dzień, pewności siebie i chęci do pracy mu nie brakuje. Rob Green, który był trzecim bramkarzem Chelsea w poprzednim sezonie chwalił Kepę za to, że zawsze wiedział doskonale, czego trzeba mu na treningu. Mimo że był najmłodszym z trójki golkiperów, zawsze głośno mówił, co jeszcze chciałby przećwiczyć podczas zajęć czując, że to może mu pomóc.

Rzecz w tym, że pracowitość i wiara we własne możliwości – czasami posunięta tak daleko, jak w finale Carabao Cup z Manchesterem City, gdy przed serią jedenastek odmówił zejścia z boiska – jeszcze nie czynią golkipera wybitnym.

A co do tego, czy Kepa ma na wybitnego bramkarza zadatki, pojawia się coraz więcej wątpliwości.

SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK

KOMENTARZE (9)