Liverpool wymyka się żądnej krwi watasze. Choć nie bez ofiar
Anglia

Liverpool wymyka się żądnej krwi watasze. Choć nie bez ofiar

Liverpool wciąż jest w lidze niepokonany – i to jest wiadomość numer jeden dzisiejszego wieczora. Bo po meczu z Wolves wcale niepokonany już być nie musiał. Wilki postawiły bardzo wysokie warunki i nie będzie przesadą stwierdzenie, że otarły się nawet o wygraną.

Nie ma przypadku w tym, że Wolves są jednym z trzech zespołów – obok przepotężnych Liverpoolu i Manchesteru City – które od początku poprzedniego sezonu urwały najwięcej punktów zespołom wielkiej szóstki. Tak jak Wilki czasami mają problem z ogrywaniem ligowych kmiotków, by wspomnieć dwie porażki z żałośnie słabym Huddersfield w sezonie 18/19, tak gdy wszystkie oczy skierowane są na ich starcie z potentatem, wataha Nuno Espirito Santo jest w stanie rozszarpać każdego rywala. Dwa razy w tym sezonie przekonał się o tym już Manchester City. Obrońcom The Citizens do dziś w koszmarach objawia się z pewnością raz na jakiś czas Adama Traore, autor trzech goli i asysty w tych dwóch starciach.

Juergen Klopp mówił o tym zresztą ostatnio, że Wilki to taka drużyna, której styl jest bardzo wymagający dla najlepszych. Zapewniając jednocześnie, że ma na zneutralizowanie Wolves dobry plan. Po 90 minutach można spokojnie powiedzieć, że wielu jego elementów nie udało się wykonać. Bo wygranej 2:1 było bardzo, bardzo daleko do miana spokojnej.

Zaczęło się co prawda tak, jak zaczynała się zdecydowana większość meczów Wolves w tym sezonie – od gola rywali. Wilki mogły co prawda zacząć strzelanie przed Liverpoolem, przerywając tym samym fatalną serię siedmiu kolejnych meczów ligowych, w których jako pierwsze tracą gola. Ale Matt Doherty ani nogą, ani głową nie potrafił skarcić źle pilnującej go defensywy The Reds. Podobnego problemu nie miał Jordan Henderson, korzystając z – której to już w tym sezonie – świetnej wrzutki z rzutu rożnego Trenta Alexandra-Arnolda.

Rzecz w tym, że później Klopp musiał swój plan modyfikować. Bo na pewno nie przewidywał w nim zdjęcia z boiska jeszcze w pierwszej połowie Sadio Mane po tym, jak Senegalczyk wykona młynek palcami i z grymasem bólu na twarzy oznajmi mu krótko: hamstring. Ścięgno udowe.

Mane to oczywiście nie jest jedyne źródło niebezpieczeństwa, rzeka sytuacji strzeleckich Liverpoolu ma zdecydowanie więcej dopływów. Rzecz w tym, że Mohamed Salah – bo to on oddawał większość uderzeń w tym meczu – kompletnie nie umiał się wstrzelić. Przeciwnicy mieli o tyle łatwiej, że mogli część sił skupionych na Mane rzucić w kierunku Egipcjanina. Który zaś nieszczególnie kwapił się, by dogrywać do zmiennika Senegalczyka – debiutującego w lidze Japończyka Minamino. A przynajmniej ze dwa razy sprawiłby tym samym, że ten stanąłby oko w oko z Rui Patricio.

A skoro Salahowi strzały wychodziły jak polskim kabaretom dotrzymywanie kroku stand-upowi, to Wilki cały czas miały Liverpool na dystans jednej bramki. Zupełnie jak kilka tygodni wcześniej, gdy mocno rezerwowy skład Wolves postawił heroiczny opór The Reds. Wtedy gola na 1:1 anulował VAR, spalony przy jednym z zagrań Wilków był minimalny, ale był. Dziś nic jednak Liverpoolu nie uratowało, gdy prawym skrzydłem pomknął Adama Traore i precyzyjną wrzutką obsłużył Raula Jimeneza. A to tylko nakręciło bandę Nuno Espirito Santo, która niedługo później miała kilka świetnych szans, by wyjść na prowadzenie. Alisson ratował swój zespół po strzałach Traore i Jimeneza, kilka razy musieli też popisywać się klasą stoperzy, by zdusić zagrożenie w zarodku.

Ale tak to już z Liverpoolem 19/20 jest, że nawet jak zapowiada się wreszcie na wtopę – dziś naprawdę można było w nią uwierzyć – to i tak potrafi szarpnąć ten jeden raz na tyle zdecydowanie, by przeciągnąć linę na swoją stronę. Tak było choćby w spotkaniu z Leicester, gdy Sadio Mane wywalczył karnego w końcówce, tak było i dziś, kiedy Jordan Henderson dograł do Roberto Firmino, a ten pocelował po widłach tak, że nawet fachura jak Rui Patricio mógł tylko odprowadzić piłkę wzrokiem.

Był to więc mecz piekielnie trudny, ale i zwycięstwo musi dawać Juergenowi Kloppowi ogromną satysfakcję. Bo po raz kolejny mógł się przekonać, że jego zespół potrafi iść niezmiennie do celu nawet wtedy, gdy wiatr z naprzeciwka wieje mu w twarz bardzo mocno. A i Nuno – choć dziś bez punktów – dostał raz jeszcze dowód, jakie efekty przynosi jego praca. Znów jego zespół postawił się wielkiemu rywalowi i doprawdy nie sposób powiedzieć, że w jakimkolwiek aspekcie był od najlepszej klubowej drużyny świata gorszy.

Wolverhampton Wanderers – Liverpool FC 1:2
Jimenez 51’ – Henderson 8’, Firmino 84’

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (10)