Tym razem bez comebacku. Hurkacz odpadł z Australian Open
Inne sporty

Tym razem bez comebacku. Hurkacz odpadł z Australian Open

Liczyliśmy na więcej. Świetna forma Huberta z początku sezonu, gdy odniósł sześć zwycięstw z rzędu i to z wieloma naprawdę renomowanymi rywalami, pozwalała wierzyć, że na Australian Open też będzie świetnie. Ale już pierwszy mecz w turnieju, z Dennisem Novakiem, pokazał nam, że coś tu jest nie tak. Dziś dostaliśmy tego potwierdzenie – Hurkacz pożegnał się z imprezą już w drugiej rundzie.

Zaczął nieźle, to trzeba mu oddać. Początek pierwszego seta w wykonaniu Polaka był całkiem okej. Nie napiszemy, że grał genialnie, nie napiszemy, że źle. Był gdzieś pośrodku i to wystarczało, by dotrzymywać kroku – niesionemu przez australijską publiczność – Johnowi Millmanowi. Ba, przez moment prowadził nawet z przełamaniem, ale szybko tę przewagę stracił. A potem, w kluczowych momentach, lepszy był reprezentant gospodarzy. I tak było przez cały mecz.

A w Hubercie narastała frustracja i zniechęcenie. To było widać. Zresztą ten schemat znaliśmy już z meczu z Novakiem, gdzie Polak też wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. Bo normalnie to gość, którego niemal nie da się wyprowadzić z równowagi i choćby zepsuł pięć piłek z rzędu, to dalej będzie grać po swojemu. W Australii tego po prostu brakowało. I o ile poprawa poziomu gry – choć wciąż daleko mu było do swojej najlepszej wersji – wystarczyła na Novaka, o tyle z Millmanem już tak nie było.

Z czego wynika taka postawa Polaka? Odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Wie to zapewne tylko on sam i ludzie z jego boksu. Fizycznie, z tego co się mówi, wszystko u Huberta wyglądało i wygląda dobrze. Zresztą w trakcie meczu nie było widać żadnych oznak tego, by coś było nie tak. Sytuacja w Australii? Teoretycznie można by próbować tak to usprawiedliwiać, ale w trakcie ATP Cup ogrywał przeciwników właśnie w tym kraju. Mecz z Novakiem próbowano wytłumaczyć wczesną porą (zaczynał o 10:30 czasu australijskiego), ale dziś grał już po południu, a nawet wieczorem. I też było słabo.

Bo, niestety dla Huberta, nakładana na niego presja i oczekiwania rosną. Sprawił to sam, swoją świetną grą. Dlatego celem minimum na ten turniej wydawał się awans do trzeciej rundy i pojedynek z Rogerem Federerem. Po dwóch setach dzisiejszego meczu widzieliśmy jednak, że będzie o to bardzo trudno Żyliśmy jednak nadzieją, bo przecież z Novakiem takie straty odrobił. Tyle tylko, że Millman mu na to nie pozwolił.

To prosty schemat – im gorzej grał Hurkacz i im więcej wyrzucał, tym lepiej radził sobie Australijczyk. Co ciekawe, zaczął nawet przejmować inicjatywę, a to raczej gość, który woli grać z tyłu kortu i czekać na to, co zaproponuje mu rywal. Ale skoro rywal nie proponował nic, to trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce. Millman to zrobił i wygrał. Choć i on miał mały kryzys, i to w momencie, gdy był już niemal pewny wygranej – przy prowadzeniu 4:0 w trzecim secie. Hubert wygrał wtedy trzy gemy z rzędu i miał break pointa na remis. Ale Australijczyk presję wytrzymał, obronił się i dwa gemy później wygrał mecz. Hurkacz wybronił jeszcze co prawda dwie piłki meczowe, ale skapitulował przy trzeciej, atakując z forehandu w siatkę po całkiem ciekawej, dobrej wymianie. I w sumie trudno wyobrazić sobie lepsze podsumowanie tego meczu w jego wykonaniu.

Gdybyśmy mieli oceniać cały styczeń Huberta, moglibyśmy pewnie tylko przyklasnąć. Wygrał kilka spotkań z naprawdę trudnymi rywalami, przebił swój dorobek punktowy z zeszłego roku i po raz pierwszy był rozstawiony w turnieju wielkoszlemowym, na co pozwoliło mu osiągnięcie życiowego rankingu. Ocena samego Australian Open pozostawiałaby jednak wiele do życzenia. I to pokazuje, że przed Hurkaczem wciąż mnóstwo pracy, jeśli chce dojść na najwyższy poziom. A że chce – nie mamy wątpliwości.

Hubert Hurkacz 4:6, 5:7, 3:6 John Millman

Fot. Newspix 

KOMENTARZE (1)