Hurkacz z pierwszym takim zwycięstwem, Linette z nie pierwszą porażką
Inne sporty

Hurkacz z pierwszym takim zwycięstwem, Linette z nie pierwszą porażką

Mówi się, że prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale po tym jak kończą. W nocy pokazał nam to Hubert Hurkacz. Nasz tenisista po raz pierwszy w karierze wygrał wielkoszlemowe spotkanie, w którym przegrywał już 0:2 w setach. Szkoda, że w zupełnie odwrotną stronę poszła Magda Linette – zaczęła od wygranej partii, ale z rywalizacją w singlu już się pożegnała.

Powiedzmy sobie szczerze: to nie był taki Hurkacz, jakiego przywykliśmy oglądać. Z dwóch powodów. Pierwszy, niezależny od niego, dotyczył kamery. Główna, pokazująca nam obraz całego kortu od góry, była zaparowana na środku, przez co momentami mogliśmy tylko zgadywać, gdzie dokładnie wyląduje piłka. Gubił się nam nawet sam Hubert, noszący koszulkę zlewającą się nieco z kortem. Gdy realizator w końcu – a zajęło mu to zdecydowanie zbyt wiele czasu – zorientował się, że coś jest nie tak, przełączył obraz na jedną z bocznych kamer. Trudno napisać, by była to zmiana na lepsze, ale przynajmniej nie mieliśmy wrażenia, że tenisiści zapomnieli wziąć przed meczem Rutinoscorbinu.

Drugi powód? Hubert grał słabo, po prostu. Polak popełniał wiele niewymuszonych błędów, jego forehand wyglądał jak pierwsze lepsze zagranie, a nie jak broń, którą potrafi zdominować i ograć takich zawodników, jak Dominic Thiem czy Diego Schwartzman. Dennis Novak – kwalifikant, którego niedawno w ATP Cup pokonał Kacper Żuk – widział problemy Polaka i potrafił je wykorzystać. Austriak z każdym kolejnym błędem Huberta zyskiwał na pewności siebie, a Hurkacz wręcz przeciwnie – prawdopodobnie po raz pierwszy widzieliśmy go aż tak zirytowanego i okazującego te emocje na korcie. I o ile w pierwszym secie Polak trzymał swój serwis, a przegrał partię dopiero w tie-breaku, o tyle w drugim łatwo oddał dwa gemy przy własnym podaniu. Nie pomógł nawet słyszalny doping polskich fanów. Tych zresztą podziwiamy, bo najzacieklej dopingowali naszego tenisistę w tych najgorszych dla niego momentach.

Teraz mogą sobie gratulować, bo gra Huberta odmieniła się po drugim secie. Dopiero wtedy zaczął wyglądać mniej więcej tak, jak oczekiwaliśmy tego od początku. Poprawiły się przede wszystkim serwis i wspomniany już forehand, które wcześniej zupełnie nie funkcjonowały. Choć wciąż nie był to Hurkacz w najlepszym wydaniu, to na tenisistę tej klasy co Austriak taka gra wystarczyła. Tym bardziej, że sam Novak zaczął wyrzucać piłki, które wcześniej wchodziły mu w każdej wymianie. A kiedy niezła gra Huberta pokryje się z gorszą dyspozycją rywala, to nie ma opcji – to musi skończyć się dobrze.

Choć zwrotów akcji jeszcze trochę w tym meczu było. Tak naprawdę Hubert gładko wygrał jedynie trzeciego seta. W czwartym i piątym czuliśmy się trochę jak na naprawdę świetnie przygotowanym rollercoasterze. Hurkacz to przełamywał rywala, to znowu tracił serwis. A nawet gdy wygrywał gemy przy własnym podaniu, to broniąc wcześniej break pointów. Zwykle pojawiających się zresztą po kilka w gemie. Ostatecznie jednak triumfował w całym meczu, przy okazji zostając czwartym w historii polskim tenisistą, który wygrał spotkanie w każdym turnieju wielkoszlemowym (po Wojciechu Fibaku, Łukaszu Kubocie i Jerzym Janowiczu, który zresztą wczoraj, choć nie w Australii, wrócił do gry). Zapominamy więc o stylu i po prostu się tym cieszymy.

W drugiej rundzie na Huberta czeka John Millman, który nieco niespodziewanie w czterech setach wyrzucił z turnieju Ugo Humberta, triumfatora niedawnej imprezy w Auckland (Hurkacz odpadł tam w półfinale). Atutem Millmana z pewnością będzie publika – to Australijczyk, a ci zawsze są w Melbourne żywiołowo dopingowani, z oczywistych względów. Sam John to solidny gracz, taki z gatunku tych, który w tourze jest od dawna, od dawna też gra na niezłym poziomie, ale po prostu nigdy nie był w stanie przebić się do czołówki. Miał jednak swój wielki moment – w 2018 roku w IV rundzie US Open pokonał Rogera Federera. To zresztą Szwajcar – o ile w jego spotkaniu nie wydarzy się sensacja – będzie czekać na lepszego z polsko-australijskiej pary.

Tymczasem w drabince kobiet na lepszą z pary Magda Linette – Arantxa Rus miała czekać Madison Keys. I w tym aspekcie wszystko poszło zgodnie z planem. Problem w tym, że planowaliśmy też obejrzenie meczu drugiej rundy z udziałem Polki, a to już tej nocy okazało się być niemożliwe do zrealizowania. Magda odpadła bowiem już w swoim pierwszym spotkaniu w Melbourne. Porażka boli tym bardziej, że po pierwszym secie wszystko zmierzało raczej w stronę szybkiego, zakończonego gładkim zwycięstwem spotkania.

Bo Magda rozpoczęła od serii wygranych gemów. Grała pewnie, świetnie przyśpieszała wymiany i dyktowała warunki w każdym kolejnym punkcie. Robiła dokładnie to, czego można było od niej oczekiwać, zwłaszcza w starciu, w którym była faworytką. To ona rządziła na korcie. Rus nie była w stanie znaleźć sposobu na taką grę Polki i co chwila wyrzucała piłki daleko w aut. Set skończył się po siedmiu gemach, z których sześć wygrała Linette. Wszystko zmierzało więc w dobrą stronę. I wtedy Magda zgubiła mapę, kompas oraz nawigację. Równocześnie.

W drugiej partii grała beznadziejnie. Nie bójmy się tego słowa. Psuła wszystko, co było do zepsucia, prezentowała rywalce co drugi punkt. Szybko straciła pięć gemów. Wtedy przypomniała sobie najwyraźniej, że przecież drogę już zna i jest w stanie pójść nią, kierując się wyłącznie własną pamięcią. Wychodziło jej to nieźle – obroniła cztery piłki setowe i wygrała trzy gemy – ale w końcu skręciła nie tam, gdzie trzeba i Rus to wykorzystała. Zrobiło się więc 1:1 w setach. Ale że Magda jest specjalistką od długich, nerwowych spotkań, liczyliśmy, że będzie dobrze.

W trzeciej partii obraz gry wyglądał jednak podobnie – Linette każde dobre zagranie przeplatała kilkoma błędami i łatwo oddawała punkty. Holenderka, widząc to, rozegrała tę partię naprawdę mądrze taktycznie. Skoro Polce wyraźnie nie szło, postawiła na obronę, przebijanie piłki i wyczekiwanie na błędy rywalki. Te, niestety, przychodziły i Rus wyszła na prowadzenie. Linette kilkukrotnie zmniejszała jeszcze straty – w tym ze stanu 2:5 na 4:5 – ale nie była w stanie wygrać meczu. Lepsza okazała się Rus, która w głównym turnieju w Melbourne zagrała po raz pierwszy od… 2013 roku i dopiero po raz drugi awansowała do drugiej rundy. Teraz rozumiecie, czemu czujemy się rozczarowani porażką Magdy.

Swój mecz rozegrać miała jeszcze Iga Świątek, ale – ze względu na to, że rozpocząłby się późno, przełożono go na kolejny dzień. Decyzji nie rozumiemy, bo jeszcze później rozpoczynały się inne spotkania, które trwały długo w australijską noc.

Wyniki:

Hubert Hurkacz 6:7(4), 1:6, 6:2, 6:3, 6:4 Dennis Novak

 Magda Linette 6:1, 3:6, 4:6 Arantxa Rus

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)