O krok od mistrzostwa, czyli nie do końca złote lata GKS-u Katowice
Weszło Extra

O krok od mistrzostwa, czyli nie do końca złote lata GKS-u Katowice

GKS Katowice pierwszy raz w swojej historii na ligowym podium zagościł w 1987 roku, zajmując trzecią lokatę w ówczesnej pierwszej lidze. W następnym sezonie GieKSa podskoczyła w tabeli jeszcze wyżej, kończąc ligowe zmagania na drugim miejscu. Summa summarum, przez dziewięć kolejnych sezonów katowiczanie z pudła spadli tylko dwukrotnie – raz na czwartą, a raz na ósmą lokatę. Flirt z mistrzowskim tytułem trwał zatem właściwie przez dekadę, lecz ostatecznie tylko na flircie się skończyło. Cztery srebrne, trzy brązowe medale – to dorobek GKS-u z tamtych lat. Lat, które dzisiaj – paradoksalnie – trzeba nazwać złotym okresem dla górnośląskiego klubu, choć de facto w lidze ozłocić się go ani razu nie udało. Pozostają tylko i aż wspomnienia triumfów w Pucharze Polski. A także bolesne ukłucie rozczarowania, że GieKSa ani razu nie postawiła mistrzowskiej kropki na i.

Oto opowieść o burzliwych czasach panowania Mariana Dziurowicza, oparta na wspomnieniach ludzi, którzy w Katowicach za rządów „Magnata” grali i pracowali. Zapraszamy.

***

– Mistrzostwo, mistrzostwo. Tyle razy było blisko, a się nie udawało. Ciążyło na nas chyba jakieś fatum. Widocznie nie było nam to dane – smuci się Piotr Piekarczyk, wieloletni zawodnik, a później również trener GieKSy. Człowiek, który poświęcił katowickiemu klubowi lwią część swojego zawodowego życia, przeżywając z zespołem wspaniałe wzloty i dotkliwe upadki. – Mistrzostwo zdobywa się zawsze skutecznym punktowaniem z najsłabszymi. Myśmy dwa czy trzy razy zaprzepaścili swoją szansę w meczach, których wynik – jak się przed pierwszym gwizdkiem wydawało – był oczywisty. Przypisywaliśmy sobie z góry komplet punktów, a ledwie nam się udawało wywalczyć remis. W końcówkach rozgrywek nie potrafiliśmy pokonywać zespołów, które już praktycznie leciały z ligi albo grały o pietruszkę. Może to kwestia psychiki? Chyba nie… Trudno to wytłumaczyć.

– Zawsze nam albo ktoś stanął na przeszkodzie, albo nam… coś stanęło na przeszkodzie – dodaje Dariusz Grzesik, który z GKS-em sięgnął po dwa Puchary Polski. Do klubu trafił w 1987 roku, spędził w nim siedem lat. Pożegnanie nie było przyjemne, ale Grzesik do tamtych czasów ma wciąż olbrzymi sentyment. – Albo ktoś przed sezonem wyjechał, czasami nawet uciekł. Albo sędzia się przestraszył kibiców drużyny przeciwnej w decydującym spotkaniu. Zawsze nam czegoś w ostatecznym rozrachunku brakowało.

– Dlaczego, pomimo tylu lat starań, nie udało się GKS-owi sięgnąć po mistrzostwo Polski?… Dobre pytanie – zastanawia się z kolei Tomasz Pikul. Tomek jest wielkim sympatykiem GieKSy, a przede wszystkim autorem wielotomowej monografii, drobiazgowo przedstawiającej dzieje piłkarskiej sekcji katowickiego klubu. Jako jedenastolatek był na trybunach Stadionu Śląskiego, gdy GKS sięgał po swój pierwszy Puchar Polski. – Powiem w ten sposób. Wydaje mi się, że Marian Dziurowicz był sprytny, ale inni byli jeszcze sprytniejsi. Taką wersję usłyszałem od niektórych piłkarzy, a także bezpośrednio od syna „Magnata”, czyli od Piotra Dziurowicza. Sprytniejsi i mocniejsi organizacyjnie, ujmując to najdelikatniej jak tylko się da.

– Pan dobrze wie, jak to w polskiej piłce wtedy wyglądało, żeby mistrza zrobić. Pan to wie, a ja tego nie mogę otwarcie powiedzieć – gorzko stwierdza Jerzy Kapias, który grał dla GKS-u w latach osiemdziesiątych. – Trzeba losowi pomóc. Teraz chyba to się tak samo dzieje.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że GKS najbliżej mistrzostwa – przynajmniej z matematycznego punktu widzenia – był w sezonie 1993/94. Do wytęsknionego tytułu zabrakło wówczas zaledwie jednego punktu. Nie pomogła nawet owiana licznymi legendami randka w ciemno, jaką katowiczanie urządzili sobie przy Bukowej z Górnikiem Zabrze.

Choć takich sezonów, gdy piłkarze z Katowic otarli się o triumf w rozgrywkach było znacznie, ale to znacznie więcej.

JEDEN PUNKT

GieKSa właściwie już jesienią 1993 roku zasygnalizowała, że będzie się ponownie liczyć w grze o mistrzowski tytuł. A trzeba zaznaczyć, że poprzednie rozgrywki ligowe kompletnie się katowiczanom nie udały. Choć Marian Dziurowicz poszedł wtedy – jak twierdzą ludzie najlepiej pamiętający tamte czasy – na całość, zatrudniając na stanowisku trenerskim Austriaka, Adolfa „Dolfiego“ Blutscha. Prezes liczył, że właśnie ten szkoleniowiec okaże się brakującym elementem jego misternej układanki.

Eksperyment polegający na wykorzystaniu zagranicznej myśli szkoleniowej okazał się jednak niewypałem.

Jasne, GKS dołożył do kolekcji jeszcze jeden triumf w Pucharze Polski. Już trzeci w historii klubu. Styl gry też był w sumie w większości spotkań całkiem przyzwoity. Jednak w lidze zespół zajął zaledwie ósmą lokatę, co w tamtych czasach zostało odebrane jako gigantyczne wręcz rozczarowanie.

W składzie GKS-u roiło się przecież od byłych, obecnych i przyszłych reprezentantów Polski, a także bardzo solidnych ligowców. Charakterni bracia Marek i Piotr Świerczewscy, weteran Janusz Jojko między słupkami, utalentowany, choć niepokorny Adam Ledwoń, występujący w środku pola lub w defensywie. Do tego Dariusz Grzesik, Zdzisław Strojek, Roman Szewczyk, Marian Janoszka… Można tak wymieniać i wymieniać słynne nazwiska. No co tu dużo mówić, konkretna ekipa. Może nie od razu paka, z którą obowiązkiem trenera było zgarnięcie mistrza w cuglach, lecz wypadnięcie z ligowego TOP5 stanowiło po prostu sporego kalibru wpadkę.

***
Dziurowicza ciężko było przegadać. Na każdy temat miał swoje zdanie.
Lechosław Olsza
***

Z różnych anegdot można wywnioskować, że trener Blutsch nie cieszył się szczególnym poważaniem wśród zawodników GKS-u. Piłkarze kilka razy byli świadkami, jak przed startem przedmeczowej odprawy Austriakowi wręczano do rąk karteczkę, na której – wedle domysłów – wynotowane były sugestie odnośnie wyjściowej jedenastki, jaka ma się pojawić na murawie. Autorem zapisków miał być rzecz jasna prezes Dziurowicz we własnej osobie, chcący mieć nad wszystkim stuprocentową kontrolę. Wymowna jest też historyjka z Piotrem Świerczewskim w roli głównej. 21-letni „Świr” już na początkowym etapie swojej kariery cieszył się reputacją zawodnika wybuchowego, którego utemperować potrafił jedynie brat, Marek. Tymczasem po jedynym ze spotkań trener Blutsch miał o coś do niesubordynowanego taktycznie Piotra straszliwe pretensje i urządził mu z tej okazji tyradę. Przemawiając w swoim ojczystym języku.

Za tłumacza robił w takich sytuacjach Romuald Lasczyk, kierownik drużyny, a w istocie człowiek „od wszystkiego” w katowickim klubie.

Blutsch zatem wściekle nadawał, Lasczyk cierpliwie przekładał, starając się jak najdokładniej przekazać sedno uwag trenera. Świerczewski natomiast słuchał. Z coraz większym zniecierpliwieniem. Wreszcie Austriak zamilkł i zaczął piorunować wzrokiem to zawodnika, to tłumacza, wyraźnie oczekując jakiejś pokornej odpowiedzi. Zagotowany „Świr” miał już tego wyraźnie dość i zwrócił się do Lasczyka swoim charakterystycznym głosem niewiniątka: – Ty, a weź mu teraz przetłumacz, że ja zaraz mu przypierdolę.

Wielkiej afery z tego ostatecznie nie było. Jak dociekł Tomasz Pikul w drugim tomie swojej obszernej monografii, Lasczyk przytomnie nie przekazał Austriakowi, co jego niesforny podopieczny miał do powiedzenia. Bąknął tylko: – Piotr nie do końca zgadza się z pana oceną tej sytuacji. Niemniej – widać na podstawie tej z pozoru niewinnej opowiastki, że piłkarze w towarzystwie Blutscha po prostu pozwalali sobie na zbyt dużo i jednym z efektów tego rozprężenia były przeciętne rezultaty w lidze. Dlatego opętany marzeniem o mistrzostwie kraju Dziurowicz podjął decyzję o kolejnej podmiance na stanowisku szkoleniowca GieKSy przed startem kolejnego sezonu. Decyzję kontrowersyjną, ponieważ posadę trenera zaproponował Piotrowi Piekarczykowi. Co dzisiaj pewnie nikogo by aż tak nie zbulwersowało – Piekarczyk miał niespełna trzydzieści pięć lat na karku, stawiał pierwsze kroki w trenerce. Wcześniej był zasłużonym zawodnikiem, bardzo blisko związanym z klubem z ulicy Bukowej. Wydaje się naturalną koleją rzeczy, że wreszcie przejął pieczę nad pierwszym zespołem. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu kształcił się już w tym kierunku.

Jednak w 1993 roku mianowanie żółtodzioba pierwszym trenerem ekstraklasowego klubu było postrzegane w kategoriach ekstrawagancji, a może i czystego wariactwa. Nawet nie ze względu na brak doświadczenia, ale po prostu – z uwagi na wiek. Jak wspomina sam Piekarczyk, starsi szkoleniowcy wymownie dawali mu odczuć, że czują nad nim swego rodzaju wyższość.

Był początkowo traktowany przez kolegów po fachu jak wygodny dla Dziurowicza, niezbyt kompetentny figurant.

– Propozycję poprowadzenia klubu dostałem właściwie dwukrotnie – mówi Piekarczyk. – Za pierwszym razem jeszcze w trakcie trwania sezonu. Zanosiło się, że trener Blutsch wobec niezadowalających wyników osiąganych przez zespół już nie wróci z Austrii do Katowic po przerwie zimowej. Ostatecznie jednak powrócił, a mnie kamień spadł z serca, bo to był naprawdę trudny moment, żeby objąć drużynę. Oferta ze strony prezesa Dziurowicza została jednak ponowiona kilka miesięcy później, po sezonie. W sumie… w jeszcze trudniejszym momencie. Ja nie obawiałem się wtedy samej współpracy z prezesem. Przez tych kilkanaście lat spędzonych w klubie zdążyłem go już trochę poznać. Nie mogę powiedzieć, że miałem na niego sposób, ale na pewno wiedziałem, jak należy z nim rozmawiać. Co lubi, czego nie lubi. Obawiałem się jedynie odpowiedzialności. Ale z „Dziurą” była prosta gadka. Powiedział mi: „Albo się decydujesz i bierzesz tę robotę teraz, albo nigdy”. Czasu do namysłu właściwie nie miałem. Więc uznałem, że do odważnych świat należy. Podjąłem wyzwanie.

– Niby wyrobiłem niezbędne papiery, ale jednak żaden ze starszych trenerów nie roztaczał nade mną protekcji. Tak to się zwykle wtedy odbywało. Jezierski, Kostka czy Lenczyk brali takiego młodego szkoleniowca jak ja na asystenta, potem on zaczynał samodzielną pracę w niższej klasie rozgrywkowej. A ja od razu trafiłem na najwyższy poziom. Drużyna z czuba tabeli, europejskie puchary. Wielkie ambicje – dodaje Piekarczyk. – Człowiek się spotykał na kawie ze starą gwardią trenerską, zawsze w żartach jakąś szpilkę wbili. Trzeba było udowodnić, że się nadaję i że nie jestem – jak to się mówiło – pachołkiem Dziurowicza. Sukces w lidze to też było za mało. „A bo Dziurowicz to zrobił, a bo Dziurowicz ci załatwił”. Tak gadali. Potrzebny był też wynik w europejskich pucharach.

PIEKARCZYK PIOTR (pierwszy plan) - trener. Pilka nozna. Fot. Tomasz Markowski --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Piotr Piekarczyk

Piekarczyk, zwany przez kolegów z boiska „Orzechem”, do GKS-u Katowice trafił w 1980 roku z ROW-u Rybnik. Jako zawodnik przeżył z klubem awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Osiągnął z GieKSą jej pierwsze, wielkie sukcesy w lidze i, przede wszystkim, Pucharze Polski. Miał okazję pracować z wieloma cenionymi – nie tylko na Górnym Śląsku, ale i w całej Polsce – szkoleniowcami. Podedworny, Żmuda, Łysko. Poważne nazwiska. Było się zatem od kogo uczyć, było kogo podpatrywać. Eks-obrońca szybko zresztą zaczął udowadniać, że naprawdę zna się na trenerskiej robocie, pomimo minimalnego doświadczenia w zawodzie. Błyskawicznie uporządkował stosunki z zawodnikami, którzy do niedawna byli jego kumplami z szatni, a nagle stali się podopiecznymi.

Udowodnił, że ma pomysł na zespół. Pomysł, który zaczął się na boisku całkiem przyzwoicie sprawdzać.

– Mówiło się, że każdy trener GKS-u jest sterowany przez Dziurowicza – przyznaje były szkoleniowiec klubu. – Myśmy wtedy sezon zaczęli przede wszystkim młodymi chłopakami. Nie było już Piotrka Świerczewskiego, który wyjechał do Francji, ale poza tym? Sporo niedoświadczonych zawodników, zwłaszcza w drugiej linii. W pierwszej kolejce wypaliło, wygraliśmy, ale przed drugim spotkaniem dostałem do ręki karteczkę, a tam rozpisany całkiem inny skład. I nagle sobie skojarzyłem, że ja przecież często te karteczki widziałem na odprawach w ręku trenera Blutscha. Identyczne, takie małe, kwadratowe, wie pan jakie. Podarłem to na oczach zespołu. Pamiętam, że Heniek Górnik [najpierw piłkarz, potem pracownik GKS-u, asystent Piekarczyka] prawie zawału dostał. Krzyczy: „Co ty robisz?!”.

– A ja mówię: „Albo jestem tu trenerem, albo nie”. Zestawiłem drużynę po swojemu i… przegraliśmy. Jednak żadnej reakcji prezesa nie było. Kolejnych karteczek ze składem też nie dostawałem.

Sam początek sezonu 1993/94 był w zasadzie w wykonaniu katowiczan dość przeciętny. GKS na inaugurację rozgrywek wygrał rzeczywiście z Polonią Warszawa 3:1, ale w kolejnej serii spotkań uległ już Górnikowi Zabrze 2:4. A wiadomo, że starcia z zabrzanami i w ogóle z lokalnymi ekipami zawsze były w Katowicach traktowane szczególnie. Zwłaszcza przez prezesa, który chciał udowadniać swoją wyższość nad konkurencją z regionu. – Dziurowicz często przychodził do szatni przed meczami derbowymi z Ruchem i Górnikiem, obiecując piłkarzom podwójną premię za zwycięstwo – przypomina Pikul. – Po wygranych spotkaniach pieniądze czekały na piłkarzy natychmiastowo, znajdowali gotówkę przy swoich szafkach w szatni już po wyjściu spod prysznica.

W czwartej kolejce ligowych zmagań GKS uległ Hutnikowi Kraków. W piątej w kompromitującym stylu przed własną publicznością przegrał z Siarką Tarnobrzeg. Ten ostatni mecz podobno przelał czarę goryczy. Najbardziej doświadczeni piłkarze GieKSy, z 33-letnim Januszem Jojką na czele, zarządzili kryzysowe zebranie zespołu.

– Panowie, dzwońcie do żon, że dzisiaj nie wracacie na noc do domu. Zostajemy w klubie i rozmawiamy – miał powiedzieć kolegom Jojko.

Takie nocne zawodników rozmowy nie były może w katowickiej szatni na porządku dziennym, ale zdarzały się od czasu do czasu. Gdy drużynie szło nad wyraz kiepsko, starszyzna często nie czekała na reakcję trenera. Problemy rozstrzygane były w zamkniętym gronie. Bywało na takich zebraniach ostro, zdarzały się nawet rękoczyny, ale ogólna zasada była taka, że nazajutrz nikt już do spornych kwestii nie wracał. – Piłkarze mieli swoją ulubioną knajpę na Kostuchnie, restaurację „Rogacz”. Prowadził ją, zdaje się, bliski znajomy Jasia Furtoka. Kiedy zachodziła taka potrzeba, lokal był zamykany. Gromadził się w nim wówczas cały zespół i debatował tam do rana przy wódce czy piwku. Czasami narady odbywały się też w klubie, nawet w szatni – opowiada Pikul. – Zwykle następnego dnia wszystko już w drużynie grało.

Tak było i tym razem. GKS otrząsnął się po wpadce z Siarką i zanotował passę dziesięciu meczów bez porażki w lidze, nieźle się też spisując w Pucharze Zdobywców Pucharów. Katowiczanie już w pierwszej rundzie wylosowali kiepsko i byli skazywani na pożarcie, ale trzeba im oddać, że bardzo wysoko zawiesili poprzeczkę lizbońskiej Benfice.

– Wprowadzałem wtedy swoje przemyślenia, robiłem swoje porządki. Start sezonu nie był dla nas prosty, lecz z czasem zaczęliśmy się rozkręcać – opowiada trener Piekarczyk. – Drużyna początkowo patrzyła na te zmiany trochę nieufnie, z niektórymi zawodnikami były problemy. Przede wszystkim ze świętej pamięci Adamem Ledwoniem, który wtedy przechodził przez taki trochę głupi wiek. Mnie się go zdarzało czasami odstawić od wyjściowego składu, więc jeszcze bardziej zyskałem na autorytecie. Bo wiadomo, że Adam był właściwie trzecim synem Dziurowicza. Ale kiedy zawodnik mnie stawiał w trudnej sytuacji, musiałem się zachowywać twardo. Tak powinien postępować trener. Tłumaczyłem sobie, że to nie jest z mojej strony surowe, lecz po prostu normalne.

– W lidze przełomowy był dla nas mecz z Ruchem Chorzów w dziesiątej kolejce – dodaje. – Przed tym spotkaniem powiedziałem do Heńka Górnika: „No, Heniu, wygrywamy to, albo nas nie ma”. Czułem, że porażka w derbach zakończy naszą krótką, trenerską przygodę. Ale wygraliśmy na Ruchu 1:0. Do tego doszedł bardzo udany dwumecz z Benficą Lizbona, gdzie pokazaliśmy się z naprawdę dobrej strony. Zbudował się w drużynie pewien monolit.

Zdaniem Tomka Pikula, konfrontacja z portugalskimi „Orłami” – choć koniec końców przegrana – to najlepszy pucharowy występ GKS-u w latach dziewięćdziesiątych. Pierwszy mecz zakończył się zwycięstwem Benfiki 1:0, w drugim padł remis 1:1. – Drużyna została wtedy dość mocno skrzywdzona. W pierwszym spotkaniu sędzia nie uznał prawidłowo zdobytej bramki Adama Kucza. Piłka ewidentnie przekroczyła linię, ale z niezrozumiałych względów gol nie został zaliczony. Z kolei w rewanżu Darek Wolny nie trafił z sześciu metrów do pustej bramki. Gdyby wtedy lepiej wcelował, GKS wyszedłby na dwubramkowe prowadzenie i myślę, że Portugalczycy już by tych strat nie zdołali odrobić, bo polski zespół był naprawdę na fali. No ale Wolny spudłował, Benfica wyrównała, a z katowiczan wtedy całkowicie zeszło powietrze. Niemniej – drużyna naprawdę dobrze wyglądała na tle Portugalczyków i stwarzała sobie sporo bramkowych sytuacji.

Ja takie rzeczy dotąd to widziałem przecież tylko w telewizji! – wspominał Marian Janoszka. – To mnie się nawet rok wcześniej nie śniło! Wychodząc na oświetloną murawę, przechodziły dreszcze. Dopiero po pierwszym gwizdku wszystko schodziło.

– Zastanawiałem się podczas oddawania strzału, przed którą z trybun świętować zdobycie bramki – wyznał z kolei ponuro Dariusz Wolny, który tak fatalnie przestrzelił w rewanżu i tym samym, jak się w ostatecznym rozrachunku okazało, pogrzebał szanse GKS-u na awans do kolejnej rundy Pucharu Zdobywców Pucharów. Aczkolwiek drużyna, mimo wszystko, sporo z tamtego dwumeczu wyciągnęła.

Momentami naprawdę udawało się Portugalczyków rozstawiać po kątach.

Sporo przygód wiązało się też z samym przelotem GKS-u do Portugalii. Oszczędny do bólu Dziurowicz załatwił drużynie po kosztach przelot samolotem transportowym, na którego pokładzie przykręcono do podłogi siedzonka dla pasażerów. Wcześniej ten wehikuł służył prawdopodobnie do przewozu maszyn wojskowych. Za ubikację musiało pasażerom wystarczyć cynowe wiadro.

Janusz Basałaj, który wybrał się wówczas do Lizbony jako wysłannik „Przeglądu Sportowego”, opowiadał w jednym z wywiadów, że czuł się jak komandos transportowany na desant. – Lecieliśmy jakimś wojskowym samolotem turbośmigłowym, przerobionym jedynie na cywilny. Przypominał nieco DC-10. Prawdę mówiąc nadawał się już do muzeum. W środku trzęsło potwornie, a do tego sama podróż do Lizbony trwała około pięć-sześć godzin – opowiadał Lasczyk w rozmowie z Tomaszem Pikulem. – Miejscowi dziennikarze robili zdjęcia po przylocie, bo dziwili się, że takie coś jeszcze lata. Nazwali nas „bombardieros”. Ale to chodziło przede wszystkim o koszty, bo czarter LOT-u wychodził znacznie drożej. Poza tym, wtedy był problem z połączeniami lotniczymi z Portugalią.

– Po wylądowaniu w Lizbonie długo musieliśmy czekać, aż ktoś z obsługi lotniska podjedzie pod nasz samolot, bo nikt nie domyślał się, że tą maszyną właśnie przyleciała drużyna piłkarska, na dodatek grająca w europejskich pucharach. Nazajutrz w prasie portugalskiej ukazał się zdjęcia i artykuły o naszym przylocie – dodał Piotr Piekarczyk. Wolny relacjonował natomiast: – To był wehikuł czasu. Jak lecieliśmy, to nic nie słyszeliśmy. Musieliśmy żuć gumę, żeby bębenki w uszach się nie zatykały. Pamiętam, że „Dziura” pozwolił lecieć kobietom do tej Portugalii, ale podczas lotu niektóre z nich mdlały. Do dziś mam gazetę z Lizbony, która napisała, że wehikuł czasu przyleciał z Polski.

Tak czy owak, od czasu dwumeczu z Benfiką i zwycięstwa nad Ruchem Chorzów w dziesiątej serii spotkań, GKS aż do końca ligowych rozgrywek 1993/94 przegrał tylko jedno spotkanie. Choć niewiele brakowało, a katowiczanie polegliby jeszcze raz.

19 marca 1994 roku podopieczni Piekarczyka podjęli przed własną publicznością ekipę Górnika Zabrze, liderującą wówczas w pierwszej lidze. Zabrzanie już po dwudziestu minutach derbowej konfrontacji wyszli na prowadzenie i właściwie niewiele wskazywało na to, że pozwolą gospodarzom na wyrównanie stanu meczu. Aż tu nagle, gdy spotkanie zbliżało się pomalutku do końca, lampy wież oświetleniowych po lewej stronie boiska donośnie zasyczały, po czym… całkowicie zgasły. Arbiter przerwał mecz. – Każdy zawodnik powinien mieć cztery cienie, a teraz ma trzy – stwierdził fachowo.

Sędzia pozostawał całkowicie głuchy na rozpaczliwe apele zawodników i działaczy zabrzańskiej drużyny, którzy za wszelką cenę chcieli dograć mecz za jednym zamachem. Mieli wszak GieKSę na widelcu, dwa punkty znajdowały się na wyciągnięcie ręki.

Awarii nie udało się jednak od ręki naprawić i spotkanie zostało odwołane. Obóz Górnika, na czele z trenerem Hubertem Kostką, zareagował na tę decyzję z dziką furią. Z prędkością światła rozniosła się wtedy pogłoska, że za wszystkim stał bezwzględny „Magnat”, który – widząc niemoc swoich podopiecznych – miał podjąć zakulisową decyzję o wyłączeniu jupiterów i doprowadzeniu do zwarcia w instalacji. Jak się okazuje, w legendzie o „magicznej ręce Dziurowicza” tkwi ziarenko prawdy. – „Dziura” tych świateł nie wyłączył – tłumaczy Tomasz Pikul. – Udało mi się to wyjaśnić. Było tak, że rzeczywiście zgasło światło w całej dzielnicy, gdzie położony jest stadion GKS-u, czyli w Dębie. Romek Lasczyk dostał nawet oficjalne pismo z centrali energetycznej. Naprawdę padło światło. Potwierdzają to też moi znajomi, którzy w tamtym czasie mieszkali w okolicy Bukowej. Dowiedziałem się jednak, że stadion GKS-u – w owym czasie jeden z najnowocześniejszych obiektów w Polsce – miał zapasowe zasilanie, choć nie było jeszcze takiego obowiązku i było to w sumie wówczas rzadkością, żadna norma tego nie wymagała. Wreszcie Piotr Dziurowicz powiedział mi prawdę. „Nie było polecenia – zgasić. Ale nie było też polecenia – włączyć”. I to jest cała tajemnica.

– Nastąpiła awaria prądu w całym Dębie i części Wełnowca – potwierdził Lasczyk w drugim tomie monografii GKS-u. – Górnik próbował się odwoływać, ale mieliśmy pismo z Górnośląskiego Zakładu Energetycznego potwierdzające fakt wystąpienia awarii. Przecież zakład miał siedzibę w Gliwicach, więc gdyby było coś nie tak, to zaraz by to wyszło na jaw. Tamte rejony sympatyzowały z Górnikiem. Na tej podstawie Wydział Dyscypliny stwierdził, że klub nie ponosi żadnej winy za to zdarzenie, a Wydział Gier nakazał powtórzenie meczu

Powtórzone miesiąc później spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Mecz rozegrano w środę o 11:00, dlatego przeszedł on do historii jako dzień największych wagarów w historii katowickiego szkolnictwa.

Ostatecznie jednak na tym podziale punktów nie skorzystała ani GieKSa, ani tym bardziej Górnik. Dwa śląskie kluby zostały w mistrzowskim wyścigu pogodzone przez warszawską Legię, która zdobyła tytuł, choć startowała w tym wyścigu z balastem w postaci trzech ujemnych punktów. To pokłosie niezapomnianej „niedzieli cudów”, która zakończyła sezon 1992/93.

***
Zawsze czegoś brakowało… Zwykle bywało tak, że zadyszki dostawaliśmy na początku wiosny. Teraz oceniam, że może po prostu nie byliśmy na tyle mocni kadrowo. W GKS-ie zwykle trzynastu-czternastu zawodników ciągnęło grę przez cały sezon.
Krzysztof Maciejewski, obrońca GKS-u w latach 1990 – 1995, dla gkskatowice.eu
***

Legia mistrzowski tytuł przyklepała dzięki remisowi z Górnikiem w ostatniej kolejce sezonu. Kulminacyjne starcie również upstrzone było kontrowersjami sędziowskimi. – Legii do tytułu wystarczał remis, ale do przerwy po golu Szemońskiego prowadziliśmy 1:0. Potem sędzia Redziński zaczął odstawiać kabaret – pieklił się Marek Bęben, strzegący wówczas dostępu do bramki Górnika. – Po kolei wyrzucał naszych zawodników z boiska. Grając w dziewiątkę, straciliśmy gola. Pamiętam, że rozbawiła mnie sytuacja z ostatnich minut. Wściekły Tomek Hajto, który wcześniej zobaczył już żółtą kartkę, biegł za sędzią krok w krok i puszczał mu takie „wiązanki”, że uszy puchły. W normalnej sytuacji byłby natychmiast wyrzucony z boiska. Gdyby jednak dostał wtedy czerwoną kartkę, to zostałoby nas siedmiu, a wtedy z powodu zdekompletowania drużyny sędzia musiałby przerwać mecz. Arbiter jednak nie chciał dopuścić do jeszcze większego skandalu i udawał, że nic nie słyszy.

Grzegorz Mielcarski w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” nie ukrywał rozgoryczenia, wspominając tamte czasy i utraconą szansę na mistrzostwo kraju: – Kto wie, może to my byśmy zbudowali wtedy zespół na Ligę Mistrzów? A tak, zamiast dopływu sponsorów, zaczął się upadek Górnika. Może zabrakło punktu, który zabrał nam Marian Dziurowicz w Katowicach, każąc wyłączyć w siedemdziesiątej minucie światło podczas spotkania z GKS-em? Prowadziliśmy wtedy 1:0. Nie wiedzieć czemu nie dogrywaliśmy dwudziestu minut, tylko powtórkę meczu. Skończyło się na 1:1.

GKS ostatecznie zakończył rozgrywki o jeden punkt za „Wojskowymi”. Piłkarze z Katowic znów odebrali tylko srebrne medale. Nie mogli wtedy wiedzieć, że klub wyżej w ekstraklasowej stawce już się później ani razu nie uplasuje.

Screenshot_2020-01-19 I liga 1993 1994

fot. 90minut.pl

Na cztery kolejki przed końcem rozgrywek katowiczanie wyjątkowo frajersko zremisowali u siebie z przeciętniutką Stalą Stalowa Wola. Choćby straconego wtedy punkciku w końcowym rozrachunku zabrakło. Zresztą, takich potknięć GieKSa notowała znacznie więcej.

– GKS prowadził 2:0. Mecz pod pełną kontrolą – wspomina Pikul. – Wtedy do akcji wkroczył Bogdan Pikuta ze Stali, który dokonał swoistej zemsty na Marianie Dziurowiczu. Pikuta w poprzedniej rundzie grał w Katowicach, ale musiał w dość nieprzyjemnych okolicznościach pożegnać się z klubem, ponieważ „Magnat” nie potrafił się dogadać z jego managerem odnośnie nowego kontraktu. No i, jak na złość, właśnie ten urażony Pikuta wyrównał, zrobiło się 2:2. GKS stracił punkty, których na finiszu zabrakło do mistrzostwa. Wcześniej zremisował też z Siarką Tarnobrzeg, chyba jeszcze słabszą od Stali. A to byli rywale, których można było przecież… zmotywować, by się mniej starali.

Ano właśnie. Jak to możliwe, że wszechmocny zdawałoby się „Dziura”, pełniący rozmaite funkcje w śląskim i polskim związku piłkarskim, który wszystkich znał, wszystko mógł i każdego trzymał w garści, jakoś nie potrafił dopilnować, by w takich meczach padał wynik pomyślny dla jego drużyny?

– Wbrew pozorom, on miał wielkie ambicje sportowe. Uważał, że pewnych meczów nie wypadało GKS-owi kupować, a należało je po prostu samodzielnie wygrać. Wtedy przeciwnicy podwójnie się sprężali, żeby utrzeć Katowicom i samemu „Magnatowi” nosa. Efekt był taki, że na mecie brakowało pogubionych w ten sposób punktów – twierdzi Pikul. – Oczywiście, że niektóre mecze były kupowane. Trzeba się było dostosować do realiów. I nie ma co tego dziś usprawiedliwiać. Ale prawda jest taka, że parę razy szansa na mistrzostwo uciekła klubowi sprzed nosa. Brakowało ledwie jednego czy dwóch zwycięstw.

Niektórzy z byłych zawodników GKS-u zapewniają, że o żadnym ustawianiu się z rywalami nigdy nie słyszeli, że nic takiego nie miało miejsca. Choć zdaje się, że to tylko sztuczne podtrzymywanie tajemnicy poliszynela.

Liga wyglądała jak wyglądała. Na dodatek przez pewien czas (w sezonach 1986/87 – 1989/90) panował w Polsce dziwny z dzisiejszej perspektywy system, w ramach którego za remis przyznawano jeden punkt, za zwycięstwo dwa punkty, a za triumf odniesiony różnicą co najmniej trzech goli jeszcze dodatkowy punkcik (przegrana drużyna traciła jedno oczko). Takie rozwiązanie dawało spore pole do ustawek w rozmaitych konfiguracjach.

Inna sprawa, że dość szybko się z tej formuły wycofano, a wyniki były później kręcone na jeszcze większą skalę.

– Przypomina mi się końcówka sezonu 1988/89 – opowiada Pikul. – Mistrzem Polski został wtedy finalnie Ruch Chorzów. Na trzy kolejki przed końcem wygrał u siebie z Olimpią Poznań 2:1. Zresztą – przy pomocy sędziego, ale mniejsza z tym. GKS miał równolegle wyjazd do Jastrzębia. Tuż przed tym starciem Polski Związek Piłki Nożnej ogłosił niespodziewanie… reformę w regulaminie rozgrywek – zmieniono liczbę drużyn, jakie bezpośrednio spadały z pierwszej ligi. To ratowało Jastrzębie w ten sposób, że oni już przed meczem z nami mieli pewne baraże o utrzymanie. Wiedzieli, że bezpośrednio nie spadną. Ewentualne zwycięstwo nad GieKSą nie dawało im z kolei nic, bo powyżej miejsc barażowych już i tak nie mogli uciec.

– Z tego co słyszałem, ze strony piłkarzy Jastrzębia wyszła wprost propozycja odpuszczenia meczu. Zażądano sporych pieniędzy, przynajmniej jak na tamte czasy. Chodziło o kilka tysięcy dolarów. Dziurowicz pryncypialne odmówił. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, Ruch, który był wtedy beniaminkiem, uciekł GKS-owi na dwa punkty i przypilnował mistrzostwa w ostatnich dwóch spotkaniach.

Screenshot_2020-01-20 I liga 1988 1989

fot. 90minut.pl

– No i jeszcze jeden słynny mecz, 1990 rok – dodaje autor klubowej monografii. – To był z kolei ten sezon, gdy Lech Poznań sięgnął po mistrzostwo kraju. Wiosną, że tak to ujmę, niemiłosiernie punktując za trzy oczka. GKS w dwudziestej siódmej kolejce tamtych rozgrywek podejmował przed własną publicznością Zagłębie Sosnowiec. Wiem od piłkarzy, że poszła wówczas konkretna propozycja z Zagłębia, żeby ten mecz po prostu odpuścić. Rada drużyny pojawiła się z tą kwestią w gabinecie Dziurowicza, który znów kategorycznie się nie zgodził. Sam pochodził z Sosnowca, gdzie go zresztą bardzo nie lubiano. Podszedł do sprawy ambicjonalnie. Stwierdził, że nie ma mowy o żadnym odpuszczaniu i zażądał od piłkarzy, by sami wygrali ten mecz, na dodatek za trzy punkty. Skończyło się remisem 0:0. GKS miał tyle sytuacji, że dało się nimi obdzielić kilka innych spotkań, ale akurat mecz życia w bramce Zagłębia zagrał Marek Bęben. Sam doskonale pamiętam tamto spotkanie. Bęben od „Sportu” dostał wtedy dziesiątkę, wyczyniał cuda w bramce.

Screenshot_2020-01-20 I liga 1989 1990

fot. 90 minut.pl

– Cały mecz toczył się w deszczu. Obroniłem mnóstwo strzałów, a katowiccy kibice docenili mój występ. Mimo rozczarowania wynikiem nagrodzili mnie brawami, kiedy schodziłem z boiska – mówił Bęben w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Jeżeli chodzi o mecz z Zagłębiem Sosnowiec, który praktycznie przekreślił szanse GKS-u na mistrzostwo Polski w 1990 roku, to Lechosław Olsza – najpierw piłkarz, później wieloletni pracownik klubu – zapamiętał sprawę nieco inaczej niż przedstawił ją Tomek Pikul. – Ach, wtedy naprawdę było bardzo blisko mistrzostwa kraju. Ale tam poszły różne naciski na Zagłębie, oni nam prawie trawę zeżarli na stadionie, tak walczyli o zwycięstwo. Byłby mistrz, byłby mistrz… Wystarczyło wygrać. A myśmy się wyłożyli i to w dodatku u siebie. Choć byliśmy wtedy naprawdę w wielkim gazie. Szczerze mówiąc – myśmy wtedy nawet z Zagłębiem rozmawiali, jednak nacisk od innych drużyn był większy niż ten z naszej strony. Rozumie pan? Niekiedy nic nie można było zrobić. Mecz nie wyszedł, a mistrzostwo poszło z dymem.

***
Handlowało się, dokładnie. Czasami nie wiedziałeś, kto i co. Prezesi dzielili miejscami. Były takie sytuacje, że nie szło patrzeć na to. Ślepy widział, co jest grane. Ale ja nic nie wiem, koniec!
Jan Furtok
***

– Pamiętam, że na sześć kolejek przed końcem tamtego sezonu zremisowaliśmy na Lechu 1:1. To był ważny mecz, bo Lech ostatecznie sięgnął po mistrzowski tytuł – opowiada Dariusz Grzesik. – W ostatniej minucie chyba Marek Świerczewski kiwnął Kazimierza Sidorczuka w polu karnym, ten go ewidentnie powalił. Ale sędzia nie zagwizdał. Bał się, tak napięta była atmosfera na trybunach. Gdybyśmy tam wygrali, mistrzostwo byłoby nasze.

– Dziurowicz nie chciał wydawać pieniędzy w meczach granych z niżej notowanymi rywalami z Górnego Śląska. Moim zdaniem decydowały względy ambicjonalne. Nie po to zbudował w Katowicach tak mocny zespół, żeby jeszcze dokładać do interesu w starciach ze słabeuszami. Chciał udowadniać nad nimi swoją wyższość na boisku, a nie dogadywać się poza nim – uważa Pikul.

PIERWSZY PUCHAR

Jak to się jednak stało, że GKS w ogóle zaczął się liczyć w grze o mistrzostwo Polski?

Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych GieKSa, klub założony dopiero w 1964 roku, należała na Śląsku do grona zespołów – mówiąc nieładnie, choć zgodnie z prawdą – drugiej kategorii. Nie mogła się mierzyć z Górnikiem Zabrze czy Ruchem Chorzów, jeżeli chodzi o historyczny dorobek, umocowanie polityczne, możliwości finansowe, popularność wśród kibiców. Oraz szeroko pojęty prestiż.

W latach 1971-1982 katowicka drużyna występowała zresztą na poziomie drugoligowym, nie licząc trwającego dwa lata epizodu w najwyższej klasie rozgrywkowej. – Elita na Śląsku to był Górnik oraz Ruch – przyznaje Piotr Piekarczyk. – Jakimś przebłyskiem były też Szombierki, które wyłamały się z tej hierarchii, gdy Hubert Kostka na przekór wszystkim zrobił tam mistrzostwo kraju. Czasem się taki sukces komuś udawał. Ale to były raczej wyskoki, meteory. GKS, kiedy ja tam przychodziłem w 1980 roku, był jeszcze klubem z dolnej półki. Aż trudno to opisać, trzeba by było pooglądać na archiwalnych zdjęciach. To naprawdę na pierwszoligowe realia nie wyglądało. Sama baza treningowa… to była tragedia. Mały budyneczek, w którym się wszystko mieściło – odnowa, szatnie, cała administracja. Trybuny stadionu to były praktycznie wały, na których poustawiano jakieś ławki.

– Trzeba sobie w ogóle zdać sprawę, jakie panowały na Śląsku realia – dodaje trener. – Ja w 1980 roku trafiłem do Katowic z ROW-u Rybnik. Miałem z tym straszne problemy. Futbolem wtedy rządziły różne Zjednoczenia, wszystko załatwiało się na szczeblu politycznym. Decydowały międzyresortowe układy. W kolejnych latach to się trochę zmieniło dzięki „Solidarności”, wprowadzono nieco rynkowych rozwiązań. Co pozwoliło odrobinę poluzować tę piłkarską hierarchię, jaka przez lata się w Polsce utrzymywała.

– Chociaż nam to nie do końca było na rękę, bo akurat w czasach „Solidarności” robiliśmy awans do pierwszej ligi i wszystko wskazywało na to, że wyrzucą nas z kopalni – przypomina sobie przy okazji Piekarczyk. – Człowiek nie wiedział, czy klub w ogóle to przetrwa, czy będzie gdzie w piłkę dalej grać na Śląsku.

Podobne wspomnienia zachował z tamtego okresu Jerzy Kapias, który barwy GKS-u Katowice reprezentował w latach 1982-1989. Przygodę z zespołem zaczął zatem od rozgrywek 1982/83, czyli tuż po powrocie klubu do pierwszej ligi. – Do Katowic ściągnięto mnie z Ruchu Chorzów, którego byłem wychowankiem. Wiadomo, jak to wtedy wyglądało – górnictwo, dyrektorzy i tak dalej. Ktoś mnie wypatrzył, zrobiło się o mnie głośno i dogadano się w sprawie transferu – opowiada Kapias. – Wcześniej grałem też na wypożyczeniu w Mysłowicach. Powiem tak. Po przeprowadzce do Katowic nie odniosłem wrażenia, że GKS niedługo stanie się ligową potęgą. Zaplecza praktycznie nie było. Stadion malutki, trudno go było nawet nazwać ligowym. Dopiero później go rozbudowano. Szatnie lepsze miałem nawet w tych trzecioligowych Mysłowicach. Górnik, Ruch… To były na tym tle potęgi. Oni dysponowali luksusami – jacuzzi, baseny do odnowy, wszystko.

Gks_katowice_w_ekstraklasie

GKS w najwyższej klasie rozgrywkowej. fot. Wikipedia

Tak to wyglądało pod względem infrastrukturalnym, dopóki w połowie lat osiemdziesiątych nie przeprowadzono gruntownej (choć nie w stu procentach zrealizowanej) modernizacji stadionu przy Bukowej. Co innego pod względem piłkarskim. – Beniaminkowi ciężko się było utrzymać, w sezonie 1982/83 płaciliśmy frycowe – zauważa Kapias. – Najtrudniejszy był jednak drugi rok. Niby mieliśmy już pewne doświadczenie, a jednak było nam trudniej. Trochę nas już wszyscy w lidze rozpoznali, wiedzieli czego się spodziewać. Niemniej, piłkarsko drużyna była już wtedy całkiem dobra, bardzo zgrana. I regularnie wzmacniana kolejnymi zawodnikami, budowana z głową. Zresztą, żeby się wtedy załapać do ligi, trzeba było umieć grać. Nie pokazałeś się w trampkarzach, to cię skreślano. Nikt nie grał za nazwisko czy ze względu na kontakty swojego agenta.

Na największą gwiazdę zespołu prędko wyrósł napastnik Jan Furtok. Rodowity katowiczanin, który do GKS-u trafił jeszcze jako junior.

– Nie było ciepłej wody, prądu, niczego. Wtedy treningowe boisko to było bagno. I ty musiałeś do tego bagna wchodzić i grać w piłkę! W trampkokorkach się wychodziło, bo wkręcanych korków szkoda było na takie coś, za drogie. Jak żeśmy pojechali na turniej halowy do Oldenburga, to tylko ja z całego klubu miałem normalne adidasy, bo dostałem na kadrze Polski. Chłopaki wyszli na halę w korkotrampkach. Źle im było, to polecieli na trybuny, żeby coś wykombinować. Wzięli od ludzi plastry, jakieś opaski i sobie pozaklejali te buty. I już mieli płaskie! – opowiadał Furtok w rozmowie z Weszło. – Na turnieju było dwanaście drużyn. Leverkusen, połowa Bundesligi, Duńczyki… Paka jak cholera, same gwiazdy. Pierwszego dnia przegraliśmy wszystko jak leci. Potem stawka się odwracała – było tak, że ostatni grał z pierwszym i robiła się normalna drabinka turniejowa.

– Drugiego dnia pytamy się Dziurowicza: „Panie prezesie, możemy się piwa napić?”. A on na to: „Wy?! Wam już, kurwa, nic nie pomoże!”. No to się napiliśmy. Poszliśmy też w czterech do trenera i mówimy: „Trenerze, nie mogą wszyscy grać. To jest halowa piłka, co innego niż zwykła. Niech się pan nie wtrąca w to lepiej. Z całym szacunkiem, prosimy. Sami się poustawiamy”.

– A trener wystawiał nas tak, że grało dwudziestu. Minutka i zmiana, jaki to sens? Machnął ręką i poszedł – kontynuował Furtok. – Żmuda załamany, prezes ryczy, nie wiedzą, co robić… A to już sylwester był, żony z nami pojechały, nastroje wiadomo jakie. I żeśmy wygrali cały turniej! Szliśmy jak burza. Siedemnaście tysięcy marek do wygrania było, wszystko żeśmy skasowali. Na tamte czasy kupę kasy, wszyscy poimprezowali równo. Do szatni przyszedł jakiś gość i dał mojej żonie sukienkę w nagrodę. Tak mu się podobało, jak żeśmy grali! Ale w GieKSie była straszna bida. Kiedyś kontuzję miałem, prawa noga mnie bolała. No i co zrobisz? Musisz walić lewą. Po czasie waliłem lewą tak jak normalnie prawą.

***
Numerem jeden był zawsze Jasiu Furtok. Zawodnika tej klasy nie było w Katowicach ani wcześniej, ani później. Podejrzewam zresztą, że już nie będzie. Prawdziwy koń pociągowy tej drużyny. To był zresztą chłopak stąd. Można go było spotkać na jego dzielnicy, gdzieś na mieście. Nie zachowywał się jak celebryta, był normalnym gościem.
Tomasz Pikul
***

Budowana wokół Furtoka ekipa czyniła stałe postępy, przede wszystkim za sprawą sprytu Dziurowicza. „Magnat” – choć wtedy chyba jeszcze nikt go tak nie nazywał – związał się z sekcją piłkarską klubu pod koniec lat siedemdziesiątych. Najpierw jako wiceprezes, później już w roli samodzielnego prezesa. Ponoć już wtedy imponował elegancją.

Umocowany w Zjednoczeniu, doskonale potrafił się odnaleźć w śląskim futbolu w wydaniu PRL-owskim. Był świetnym organizatorem, no i kutym na cztery nogi cwaniakiem z wielką charyzmą i czutką do futbolu. Wszyscy, którzy go znali twierdzą jednoznacznie: Dziurowicz był nie tylko spryciarzem, on się naprawdę znał na piłce. – W górnictwie przeszedł wszystkie szczeble: od sztygara zmianowego w kopalni Sosnowiec aż do dyrektora generalnego drugiego stopnia w Katowickim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego – pisali o nim Paweł Czado i Tomasz Tosza na łamach „Gazety Wyborczej”. – W GKS-ie Dziurowicz zastał drewniany baraczek, skromną trybunę na ziemnym wale, rozpadającą się zawilgoconą halę zapaśników, zimną wodę z pryszniców, zgnuśniałych działaczy. Ale przecież miał metodę: porządek, dobre warunki, czekać na wyniki. Do perfekcji opanował również system karteczkowy. „Wszystko zapisywał: co, kto, do kiedy ma zrobić” – opowiada pracownik klubu. „Kiedy ktoś próbował się burzyć, wyciągał karteczkę i wypominał: to i to nie było zrobione jak należy”.

Już w 1985 roku, po kilku latach autorytarnej, lecz skutecznej działalności Dziurowicza, GKS znalazł się w finale Pucharu Polski. Nie udało się wówczas katowiczanom odnieść zwycięstwa, przegrali po rzutach karnych z Widzewem Łódź. Ale to był bardzo wyraźny sygnał, że idzie w klubie ku lepszemu. A na Śląsku rośnie jak na drożdżach kolejna, bardzo poważna piłkarska siła.

Co wcale nie oznacza, że zawodnicy GieKSy zaczęli nagle zarabiać koksy.

– Dziurowicz miał wielki zmysł do piłkarzy – sądzi Tomek Pikul. – Zdarzało mu się oczywiście przeprowadzać głośne transfery: Andrzej Rudy, Roman Szewczyk czy Kazimierz Węgrzyn trafiali do Katowic już z wyrobioną w Polsce marką. Ale generalnie do GieKSy nie przychodziły wielkie gwiazdy. „Dziura” wyszukiwał ciekawych zawodników w regionie, a oni dopiero w Katowicach się rozwijali i z czasem stawali gwiazdami ekstraklasowych boisk, trafiając nawet do reprezentacji Polski. No i mało kto zauważa, że Dziurowicz na rynku transferowym nigdy nie wariował. Budował klub bardzo spokojnie, małymi krokami. Kiedy GieKSa w 1982 roku wróciła do pierwszej ligi, to na inaugurację pokonała 3:1 Legię Warszawa, gdzie grało czterech medalistów mundialu w Hiszpanii. Więc ta drużyna już wtedy dysponowała pewnym potencjałem, któremu Dziurowicz pozwolił spokojnie dojrzewać. Te realia z czasem zaczęły przyciągać piłkarzy do klubu. Kusząca była stabilizacja i świadomość, że w GieKSie można się pokazać i zapracować na zagraniczny transfer. „Magnat” miał rozległe znajomości poza granicami Polski, co pomagało mu w sprzedawaniu piłkarzy na zachód.

Podobnego zdania jest Marek Koniarek. Napastnik urodził się co prawda w Katowicach, ale do GieKSy trafił dopiero w 1984 roku, w wieku dwudziestu dwóch lat. Seniorską karierę rozkręcał w Szombierkach Bytom. – Chłopcy z Legii czy Górnika zarabiali znacznie więcej od nas, ale nam też niczego nie brakowało. Nie mieliśmy problemów z otrzymaniem mieszkania czy z talonami na samochód.

– GKS robił pode mnie podchody dość długo. Nasiliło się to od momentu, gdy, jeszcze grając dla Szombierek, wystąpiłem przeciwko GieKSie i zdobyłem ładną bramkę – wspomina Koniarek. – Wtedy zaproponowano mi zmianę klubu. Ja miałem co do tego duże wątpliwości, ponieważ GKS miał naprawdę niezły atak, na czele z Furtokiem, który przebijał się już wtedy do reprezentacji Polski. W końcu jednak postanowiłem odrzucić inne oferty, zaryzykować i przejść do Katowic. Razem ze mną do klubu trafił Mirek Kubisztal. Stworzyliśmy wtedy naprawdę ciekawe, ofensywne trio. Kubisztal, Furtok i ja. Fajnie się w tym towarzystwie grało. Choć wejście do zespołu nie było łatwe. W dawnym budynku klubowym szatnia była podzielona na dwie części – lewą i prawą. Po lewej stronie siedziała stara ekipa, po prawej nowi i młodzi zawodnicy. Ja się znalazłem po prawej stronie, bo na szacunek starszyzny trzeba było sobie zapracować. Na początku miałem trochę szczęścia – kiedy trafiłem do klubu, Jasiu Furtok leczył kontuzję kolana, więc w przedsezonowych spotkaniach wskoczyłem do składu i swojej pozycji już nie oddałem.

– Piłkarsko najlepszy z nas był właśnie Furtok, ale, jeżeli chodzi o szatnię, to nie zawsze miał dużo do powiedzenia. Najczęściej głos zabierał chyba Franek Sput. Bramkarz, najstarszy w zespole. On pamiętał jeszcze pierwszą pucharową przygodę GKS-u i mecze z Barceloną w Pucharze Miast Targowych – dodaje Koniarek.

O coraz poważniejszej pozycji klubu i „Magnata” w śląskim futbolu najlepiej może zaświadczyć fakt, że nikomu nie udało się wydobyć imponującego bramkostrzelnością Furtoka z GieKSy. A chętnych nie brakowało, oj nie. Górnik Zabrze w 1985 roku wyciągnął Jana Urbana z Zagłębia Sosnowiec i miał też chrapkę na największą piłkarską gwiazdę Katowic. A szarą eminencją zabrzańskiego klubu był w tamtym czasie nie kto inny jak Jan Szlachta, jeden z najpotężniejszych działaczy PZPR-u w regionie, przez pewien czas minister górnictwa. Wielka szycha, postać bez porównania bardziej znacząca w regionalnych strukturach niż „Dziura”.

Stąd nie może dziwić, że Górnik w latach 1984-1988 aż cztery razy z rzędu zdobył tytuł mistrza Polski. – Dziurowicz starał się jak mógł, ale nie dał rady przeskoczyć Szlachty. Bardzo go to gryzło – zauważa Lechosław Olsza.

Jednak Furtoka się zabrzanom przechwycić nie udało.

Polska - Anglia. BARNES JOHN (z lewej) - pilkarz, reprezentant Anglii; FURTOK JAN (z prawej) - pilkarz, reprezentant Polski. Pilka nozna. Fot. Mieczyslaw Swiderski --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Jan Furtok ściga się z Johnem Barnesem

– To świadczyło o rosnącym znaczeniu Dziurowicza – uważa Pikul. – Furtok ostatecznie odszedł do Niemiec. Nie trafił ani do Legii Warszawa, ani do Górnika Zabrze. A jedni i drudzy robili po niego zakusy. Bez Dziurowicza i jego wpływów na pewno zatrzymanie takiego zawodnika nie byłoby możliwe. Tylko słabsi piłkarze odchodzi w tamtym okresie z GKS-u do innych polskich klubów. Najlepsi zawodnicy transferowani byli wyłącznie poza granice Polski, żeby nie wzmacniać konkurencji na krajowym rynku.

– Leżałem akurat kontuzjowany z nogą w gipsie a ludzie z Górnika przywozili mi jedzenie, brali mnie w samochód i zawozili ze szpitala do domu – wspominał Furtok. – Potem przyjeżdżali z GKS-u i na drugi dzień to oni mnie wozili. Ci i ci! Mówię: „co tu się dzieje?”. Tak się o mnie biją, a ja nie mam wyleczonej nogi! Do GieKSy trafił jednak przeciek, że przechodzę do Górnika, chyba jakieś pismo do Dziurowicza trafiło. Nie tak miało być. Dziurowicz przyjechał po mnie, zapakował mnie do Poloneza i koniec. „Nigdzie nie pojedziesz!!!”. Stałem z kulami, noga w gipsie, a podleciał do mnie jeszcze trener Podedworny i zaczął mnie dusić! Przystawił mnie ręką do ściany, wścieklizny dostał. „Ty skurwysynie, my tu drużyna robio, a ty odchodzić chcesz?!”. A jo nic nie mogę – ani nogą się obronić, bo w gipsie, ani ręką, bo przy ścianie jestem. Zostałem. Potem spróbowałem jeszcze raz.

– Pojechałem do Górnika, tam na biurku siedział taki Szlachta, najważniejszy na Śląsku. I powiedział: „To co, zostajesz? Masz od nas to, to, to i to”. Włosy to mnie tak dęba stanęły. Ta pensja a ta pensja… Stałem w miejscu a on mi te sumy mówił. To ja gdzie indziej chyba jestem? Od razu tu idę! Tamci z GieKSy znowu się dowiedzieli i temat się skończył. Wróciłem do nich. Ale Górnika lubię do dziś – opowiadał Kubie Białkowi były reprezentant Polski.

Ten sam Furtok, który był tak blisko odejścia go Górnika, w 1986 roku właśnie Górnikowi zaaplikował hat-tricka. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie. W finale Pucharu Polski. Zapewniając GKS-owi Katowice pierwsze trofeum w historii klubu.

Czwartą bramkę wbił wtedy lokalnym rywalom Koniarek. A przecież i jego też Górnik miał na celowniku. – Pamiętam, że transfer był już w zasadzie dopięty. Nie chciałem nawet pojechać na mecz ligowy GKS-u z ŁKS-em do Łodzi. Zostałem w domu, nagle patrzę przez okno, a tam… Dziurowicz wysiada z białego Poloneza i puka do drzwi. Aż się moja matka przestraszyła, taki był zły. Rozłożył przede mną mapę Polski i mówi: „Gdzie chcesz iść? Nad morze, na wschód, na zachód? Nie chcesz dłużej grać dla nas, to pójdziesz do wojska”. Co miałem zrobić, zostałem w Katowicach. „Dziura” zawsze musiał być górą, nie było na niego bata. Jego musiało być na wierzchu.

Trenerem katowiczan w sezonie 1985/86 był Alojzy Łysko, który zastąpił na stanowisku Zdzisława Podedwornego. Ten drugi szkoleniowiec słynął z nieprawdopodobnego dokręcania śruby zawodnikom, jeżeli chodzi o przygotowanie motoryczne i wytrzymałościowe. – Dramat. Dla mnie dramat – opowiadał Furtok. – Jak jechałem na obóz zimowy, to płakałem. „Kurwa, nie wytrzymię”. Cyganiłem ile się dało. Gdzie tylko można było to leciałem na skróty. Powiedziałem im, że mam lęk przestrzeni i nie wchodzę na górę. Musiałem się wdrapać, ale z płaczem. Wchodziłem na te góry i byłem przerażony. Zawsze chciałem po kilka razy się zatrzymywać. Najgorsze te zimowe obozy. Po co to wszystko?! Achillesy puszczały, kolana, kręgosłupy… W Niemczech przyjechałeś i piłeczka po płaskim tylko. „Wreszcie żyja!”.

U Łyski też trzeba się było napracować, ale nie aż do tego stopnia. Być może z tego wynikał premierowy sukces klubu. Piłkarze głębiej odetchnęli, złapali świeżość i zaczęli piąć się na szczyt.

***
Pierwsze zwycięstwo w Pucharze Polski to najważniejszy mecz w historii GKS-u.
Tomasz Pikul
***

– Nasza drużyna przez praktycznie osiem lat grała w bardzo podobnym składzie, sukcesywnie wzmacnianym – zauważa Piotr Piekarczyk. – Do czasu wyjazdu Jasia Furtoka do HSV w 1988 roku, praktycznie nie byliśmy osłabiani transferami wychodzącymi. Materiał ludzki do siebie pasował. A nawet jak działo się źle, potrafiliśmy się zaraz skrzyknąć i wrócić na odpowiedni tor. Integrowaliśmy się podczas wspólnych imprez czy wyjazdów na wczasy, drużyna się konsolidowała. Dlatego z roku na rok pięliśmy się coraz wyżej. Nad wszystkim czuwał Dziurowicz, choć trzeba pamiętać, że on początkowo był tylko prezesem sekcji piłkarskiej klubu. Wyżej stał pan prezes Bronisław Lisiecki. Przypominam sobie kilka takich spotkań, podczas których było widać, że Dziurowicz ma do Lisieckiego wielki respekt. Myśmy się nawet bardziej spotkań u Lisieckiego obawiali niż zebrań z „Dziurą”.

– Bardzo często zapomina się o roli Bronisława Lisieckiego – wtóruje Tomasz Pikul – Czyli prezesa wielosekcyjnego klubu. To on był inicjatorem budowy nowego stadionu przy Bukowej, a nie Dziurowicz, który później tego projektu po prostu dopilnował. Ale to Lisiecki ruszył z tą budową. Wiem, że sam również mocno doglądał prac robotników. Takie były czasy, że trzeba było ich trochę rozpieszczać, więc na koniec dniówki wpadał nawet na budowę ze skrzynką wódki i dziękował wszystkim za dobrą robotę.

– Zapowiedzią naszego zwycięstwa w Pucharze Polski był pierwszy finał z 1985, który przegraliśmy z Widzewem – wraca do piłkarskich kwestii Piekarczyk. Prowadził nas wtedy trener Podedworny, który na treningach był takim, można powiedzieć, katem. Było widać, że pod względem umiejętności piłkarskich od Widzewa po prostu odstajemy. Nadrabialiśmy tę dysproporcję walecznością i wybieganiem, tylko dlatego udało nam się zremisować i doprowadzić do rzutów karnych. Byliśmy drużyną poskładaną z zawodników będących na dorobku, uważano nas wtedy za zespół zbudowany z piłkarskich wyrobników, może za wyjątkiem Furtoka i jeszcze dwóch-trzech innych graczy, których bardziej szanowano. Myślę, że trochę niesłusznie, ale coś w tym jednak było.

Powrót do finału krajowego pucharu w 1986 roku nie był łatwy. GKS, który w lidze zajął wtedy piątą lokatę, w przedostatniej kolejce przegrał przed własną publicznością 3:4 z Bałtykiem Gdynia. Rozjuszony „Magnat” zwęszył spisek, pozostali działacze również. Posądzono zawodników o sprzedanie spotkania. Na niespełna dwa tygodnie przed decydującą konfrontacją z Górnikiem Zabrze w katowickim klubie doszło zatem do eksplozji. – Jak Dziurowicz wjeżdżał na Bukową, to w ubikacji prostował się nawet papier toaletowy. Pamiętam jego akcję po jednym z nieudanych spotkań, gdy uznał, że sprzedaliśmy mecz. Już w przerwie wpadł wtedy do szatni, a trenerzy ze strachu uciekli do toalety i zabarykadowali się tam – opowiada Koniarek. – „Co wy myślicie, że ja tego, kurwa, nie widzę?” – krzyczał „Dziura”. W drugiej połowie udało nam się na szczęście wyrównać.

Prezesowi zdarzało się też wzywać zawodników na dywanik za pośrednictwem klubowego portiera. – Powiedz tym chujom, niech się wykąpią i zameldują u mnie – rozkazywał „Dziura”. Po klubie poruszał się niekiedy jak prawdziwy despota. Tylko czyhał na pretekst do zrobienia komuś awantury.

– Dziurowicza każdy się bał – mówi Koniarek. – Od portiera, przez sprzątaczki, po nas, zawodników. Kiedy sprzątaczki widziały, że „Dziura” podjeżdża na Bukową czy na Ceglaną, to od razu się chowały. Bo jak tylko zauważyłby niezapięty guzik albo krzywo ustawione krzesło, byłaby afera. On sam w klubie siedział praktycznie bez przerwy. Czasami nawet w nocy potrafił nas pościągać, bo coś mu się nie podobało. Był człowiekiem niezwykle wymagającym, twardym. Uwielbiał żelazną dyscyplinę. Dlatego gdy był niezadowolony, potrafił się zachowywać wobec nas, piłkarzy, bardzo… niegrzecznie. Ale z drugiej strony – był też bardzo dobrym człowiekiem. Jednego dnia opieprzył, a już następnego był w stanie zapewnić nam wszystko. Nie wiem, może trochę żałował tych swoich nerwowych reakcji.

– Co do tego sławetnego spotkania z Bałtykiem Gdynia, które zrobiło tyle zamieszania pod koniec sezonu 1985/86, to do dzisiaj wszystkie szczegóły nie są jasne. Z tego co wiem, Bałtyk chciał ten mecz kupić. Choć ze mną na ten temat nie rozmawiali, więc mogę się mylić – twierdzi Piekarczyk. – Myśmy tę propozycję właściwie odrzucili, ale zawodnicy Bałtyku wzięli nas sposobem. Już na samym boisku zaczęli między nami latać i rozpowiadać, kto tam ile od nich nie wziął. Prowadziliśmy już chyba 3:1, mecz był właściwie rozstrzygnięty, a potem zaczęło się coś niedobrego dziać. Przegraliśmy. Ostatecznie Bałtyk i tak spadł, lecz myśmy narobili sobie smrodu w drużynie.

– Decyzja była taka, że paru zawodników miało za karę zjechać do pracy na dół. Znaczy, na kopalnię – dodaje „Orzech”. – Poszliśmy wtedy z Jaśkiem Furtokiem do Dziurowicza i jakoś to załagodziliśmy. To był tak naprawdę kluczowy moment, bo mogła nam cała drużyna pierdyknąć. Zaryzykowaliśmy. Prezes mógł nas posądzić o współudział spisku. Ale on wbrew pozorom lubił wysłuchać i dopiero potem wyciągać wnioski. Gdy podjął ostateczną decyzję, wtedy był już nieubłagany.

Kryzys udało się zatem w porę zażegnać. W efekcie 1 maja 1986 roku doszło na Stadionie Śląskim do sensacji.

Screenshot_2020-01-20 01 05 1986 - Górnik Zabrze - GKS Katowice 1 4 – WikiGórnik

Finał Pucharu Polski 1985/86. fot. WikiGórnik

– Faworytami nie byliśmy, Górnik był naszpikowany gwiazdami – zapewnia Piekarczyk. – Połowa ich drużyny to byli reprezentanci Polski, część tych piłkarzy wyjechała niedługo potem na mistrzostwa świata do Meksyku. My mieliśmy tylko Jasia Furtoka. Tam były gwiazdy polskiej piłki, my byliśmy po prostu zwykłymi ligowcami. Oczywiście zawodnik zawsze marzy i do końca się mobilizuje. Myśmy wtedy bardziej wierzyli w sukces niż nasi działacze. Zresztą ekipa z Zabrza przyjechała na Stadion Śląski z szampanami, gotowa do triumfalnej fety po meczu.

GKS za sprawą dwóch trafień Furtoka schodził na przerwę z prowadzeniem 2:0, ale tuż po wznowieniu gry kontaktowego gola zdobył Ryszard Komornicki. Pod piłkarzami z Katowic zadrżały wtedy nogi. Presja ich przytłoczyła.

– Pamiętam, że straciliśmy nawet gola na 2:2. Takich momentów się nie zapomina. Myśmy już wtedy całkiem głowy pospuszczali. Byliśmy przekonani, że zaraz stracimy i trzecią bramkę. Ale zerknąłem kątem oka na bocznego, Listkiewicz wtedy sędziował. A tam chorągiewka w górze! Kamień spadł mi z serca. Zaraz potem sami strzeliliśmy na 3:1 i już było wiadomo, że spotkanie pozytywnie się zakończy – dodaje Piekarczyk. On sam grał w finale z kontuzją. Kiedy po końcowym gwizdku zdjął but, stopa momentalnie napuchła mu jak bania. Na dodatek była sino-żółta, więc obrońca w desperacji wyobrażał już sobie, że czeka go rychła amputacja. Okazało się jednak, że to tylko farba z nowych getrów, jakie Dziurowicz załatwił swoim zawodnikom na finał. – Po meczu wyglądaliśmy na tle piłkarzy Górnika jak ubodzy krewni. Oni wystrojeni, w garniturkach i krawatach. Gotowi do świętowania. A my nic. Szampana pożyczyliśmy od nich. Opijaliśmy sukces Katowic zabrzańskim alkoholem.

W sumie GKS grał wtedy w finale Pucharu Polski trzy razy z rzędu. W 1985, 1986 i 1987 roku. Udało się wygrać tylko to drugie starcie, choć paradoksalnie było ono jedynym, w którym GieKSa straciła bramkę.

– Trzy razy pod rząd byłem w finale, tylko raz wygrałem. Jednego gola straciłem i to jeszcze w tym wygranym meczu! – piekli się Jerzy Kapias. – O tych przegranych karnych nie chcę nawet dzisiaj mówić… Pchali się ci, którzy nie byli wytypowani do strzelania. To była komuna. Kto się wyróżnił, dostawał mieszkanie czy talony. Każdy chciał błysnąć i takie były skutki. Ale myśmy w tamtych latach mieli poważanie w lidze jako najlepsza defensywa. To widać na przykładzie tych finałów.

– Najważniejszym meczem w historii był i pozostanie zwycięski finał Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze – twierdzi z przekonaniem Tomek Pikul. – Myślę, że to był taki kopniak dla całego klubu, który wyniósł GKS kilka pięter wyżej. Wygrać z Górnikiem w takim rozmiarze, w takich okolicznościach? To była sensacja, która dodała skrzydeł klubowi. Działaczom, zawodnikom, kibicom. Zaczęła gwałtownie wzrastać frekwencja na stadionie w Katowicach, a wcześniej te kibicowskie proporcje w mieście wcale się rozkładały tak korzystnie dla GKS-u jak dzisiaj. Czemu trudno się dziwić – GieKSa była przecież drużyną bez żadnych sukcesów na koncie. Dopiero triumf w Pucharze Polski to odmienił.

„MAGNAT” NA EUROPEJSKICH SALONACH

Gdy Dziurowicz trafił do klubu, drużyna nie potrafiła się wydostać z marazmu i tkwiła w drugiej lidze. W 1986 roku reprezentowała już Polskę w Pucharze Zdobywców Pucharów. W sumie GKS europejskie boje toczył przez dziesięć sezonów z rzędu. Tak regularna obecność w czołówce – pomimo zawirowań społeczno-politycznych, związanych z transformacją ustrojową – jeszcze bardziej podkręcała wizerunek „Dziury” jako wirtuoza nieczystych sztuczek. Bo jak to możliwe, że kolejne śląskie kluby pogrążają się w kłopotach, a GKS stale trzyma fason? Na pierwszy rzut oka naprawdę wyglądało to podejrzanie, zwłaszcza gdy Dziurowicz z biegiem lat zaczął umacniać swoją pozycję w Polskim Związku Piłki Nożnej.

Był człowiekiem ambitnym. Nie zadowalał się tym, co miał. – Do odejścia na emeryturę w 1989 roku Dziurowicz przeżył w Zjednoczeniu Węgla Kamiennego sześciu naczelnych dyrektorów – pisali Czado i Tosza w „Wyborczej”. – „Takich ambitnych pracusiów zazwyczaj się nie lubi. Dlatego kiedy przychodził nowy dyrektor, mówiło się: teraz już po Dziurowiczu. A ci za każdym razem go awansowali” – opowiada ówczesny pracownik Zjednoczenia.

– Jemu przypisywano wszelkie sukcesy GKS-u, ale z takim podtekstem pozasportowym. Skupiano na nim całą nienawiść. A sam Dziurowicz tylko to podkręcał. To nie był człowiek, którego można było za jego medialne wypowiedzi czy wystąpienia polubić. Nigdy nie rzucił żartem, nie uśmiechnął się nawet. Wypowiadał się zawsze ostro i bezkompromisowo – dowodzi Pikul.

***
Jak Polska długa i szeroka, tak na każdym stadionie niesie się pieśń: „Marian Dziurowicz, największa kurwa z Katowic”. A nieprawda to, bo on z Sosnowca, a nie Katowic.
Janusz Atlas
***

Reputację GieKSy jako beneficjenta zakulisowych gierek „Magnata” dodatkowo podkreślało to, że katowiczanie długo nie potrafili swoich udanych występów w lidze i Pucharze Polski przełożyć na grę w Europie. W 1986 roku udało się GKS-owi przebrnąć tylko jedną rundę Pucharu Zdobywców Pucharów, w kolejnej polska drużyna została rozbita przez szwajcarski Sion.

Rok później było jeszcze gorzej. GKS przegrał swój pierwszy dwumecz w Pucharze UEFA z rumuńskim Sportul Studentesc.

– W Bukareszcie sędzia nas tak krzywdził… Powinniśmy co najmniej zremisować – opowiada z żalem Jerzy Kapias. – Ktoś powie, że sobie po latach zmyślam, że usprawiedliwić porażkę. Ale jako obrońca widziałem, jak to wyglądało. Arbiter dawał im co i rusz rzuty wolne w okolicach pola karnego, za każdy kontakt z przeciwnikiem był dyktowany faul. W drugą stronę oczywiście tak to nie działało. Byle tylko Rumuni strzelili nam bramkę. A graliśmy tam w takiej temperaturze, że głowa pękała. Na kolacje nie było co jeść. Skarżyliśmy się, tylko komu się skarżyć? Głodniśmy wyszli na mecz. Te wyjazdy zagraniczne za czasów komunistycznych to była kompletna tragedia. Nie traktowano nas poważnie.

– Cóż ja mogę o tym meczu powiedzieć, jak w Bukareszcie dostałem czerwoną kartkę po czterdziestu minutach? – pyta retorycznie Dariusz Grzesik. – Pyta pan, czy nas skręcił sędzia. To ja odwrócę pytanie. Gdzie wtedy polskie drużyny nie były kręcone?

Nie było również mowy o jakimkolwiek analizowaniu przeciwnika. Takie możliwości pojawiły się dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy zawodnicy i trenerzy GKS-u urywki spotkań swoich pucharowych rywali wychwytywali niekiedy… w Eurosporcie. – Takie było rozpracowanie, że oglądało się jakieś wiadomości sportowe. Trener coś tam próbował się dowiedzieć, gdzieś zadzwonić. Ale tak naprawdę to o naszych rywalach niewiele wiedzieliśmy – przyznaje Marek Świerczewski, jeden z liderów GKS-u w latach 1989 – 1995. Znany pod ksywką „Generał”. – Podczas zagranicznych wyjazdów czuliśmy się trochę… Gorszej rasy, gorszej jakości. Trudno mi to ująć – mówi z kolei Kapias. – Że przyjeżdżamy z tej komuny, wszystko jest dla nas takie nowe. Byliśmy strasznie zakompleksieni. O, tak powiem. A jak się znajdzie w zespole chociaż dwóch-trzech zawodników, którzy nie wytrzymują psychicznie, to od razu siada cała gra. Tu ktoś źle przyjmie, tam źle poda i problemy zaczynają się nawarstwiać.

Jeżeli chodzi o lata osiemdziesiąte, zdecydowanie najsłynniejszą konfrontacją pucharową GieKSy było starcie z Glasgow Rangers w 1988 roku. Szkocka drużyna przystąpiła do rywalizacji naszpikowana gwiazdami i zgodnie z planem zatriumfowała, ale trochę się musiała z polskimi oponentami natrudzić. Katowiczan wykończył wtedy Terry Butcher, boiskowy wojownik i wirtuoz gry w powietrzu.

– Moim zdaniem tylko jesienią 1988 roku można było z pełną świadomością powiedzieć, że GKS miał najmocniejszy skład w polskiej lidze – wspomina Pikul. – To był taki, powiedziałbym, dream team. Zanim Jan Furtok przeszedł HSV, a Andrzej Rudy uciekł do Niemiec. Ale to potrwało tylko chwilę, po wrześniowym dwumeczu z Glasgow Rangers drużyna się trochę rozsypała. Wcześniej rzeczywiście się jednak zanosiło na przełamanie hegemonii Górnika Zabrze, czego ostatecznie dokonał Ruch Chorzów. W dwumeczu z Rangersami naprawdę z dobrej strony się chłopcy pokazali. Mało który zespół zza „żelaznej kurtyny” potrafił sobie wykreować tyle sytuacji na Ibrox Park, a przecież chłopcy zupełnie nie byli przyzwyczajeni do gry na tego typu stadionach.

Wielką kompromitacją zakończyła się natomiast konfrontacja GKS-u z fińskimi amatorami z Rovaniemi w 1989 roku. Na wyjeździe katowiczanie zremisowali z Finami 1:1, a w rewanżowym starciu polegli 0:1. Przed własną publicznością. Choć urządzał ich przecież bezbramkowy remis. – Niekiedy wracam myślami do tego meczu – przyznaje Marek Świerczewski. – Nie chcę zrzucać winy, bo to nieładnie, ale część zawodników nie podeszła wtedy do spotkania na zimno. Chcieliśmy za wszelką cenę strzelić gola, który nam wcale nie był potrzebny.

– Tam był taki motyw, że przed meczem szatnię odwiedził jakiś przedstawiciel tej całej górniczej wierchuszki, chyba z gwarectwa czy coś w tym rodzaju – przypomina sobie Pikul. – Zasygnalizował, że wszyscy zaproszeni oczekują bardzo wysokiego, popisowego zwycięstwa. A zdarzają się w futbolu niestety, takie mecze, gdy piłka po prostu nie chce wpaść do siatki. I to był właśnie taki mecz. Poza tym – zawodnicy za wszelką cenę chcieli się pokazać, wypromować. Więc zaczęło się trochę podwórkowe granie – wszyscy atakowali na hurra, momentami z tyłu zostawał jeden, dwóch obrońców. Tak się nie gra meczów nawet z półamatorskim przeciwnikiem. Ta radosna twórczość skończyła się spektakularną klęską. Pamiętam, że nie chciałem po tym meczu iść do szkoły, tak byłem zrozpaczony po tej kompromitacji. Zawodnicy opowiadali, że oni sami wstydzili się wyjść na miasto i spojrzeć ludziom w oczy.

– Zaraz po meczu z Rovaniemi został zwolniony trener Władysław Żmuda. Choć GKS był liderem tabeli w lidze. Uważam, że wtedy również była wielka szansa na mistrzostwo, gdyby w drużynie zachowano stabilizację. Decyzja o wyrzuceniu Żmudy nie była w żaden sposób przemyślana, podjęta po paru dniach, na podstawie jakiejś analizy. Trener wyleciał bezpośrednio po meczu, chyba nawet tego samego dnia – dodaje Pikul.

„Magnat” takiej wpadki nie mógł wybaczyć. Klęska z amatorską drużyną z Finlandii była dla niego jak policzek.

– Dziurowicz był zawiedziony, bo zaprosił na mecz całą górniczą wierchuszkę. Miała być pokazówka, a nic nie wyszło – opowiadał Żmuda w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. – Długi czas miałem do niego żal. Jeden mecz przekreślił mój cały dorobek, a jestem przekonany, że zdobylibyśmy wtedy mistrzostwo. Po latach sam mi przyznał, że popełnił błąd. Proponował mi raz jeszcze pracę w GKS-ie, ale wybrałem wtedy Widzew.

***
Mówiono, że jak Dziurowicz wjeżdżał na Bukową, to w ubikacji prostował się nawet papier toaletowy. Raz po nieudanym meczu wysłał nas za karę na kopalnię po wypłaty. Co tam się wtedy działo… Jak pobieraliśmy pensję, przy okienku zrobił się tłum. Górniki chciały wiedzieć, ile zarabiamy. Myśleliśmy, że nas zjedzą.
Marek Koniarek dla „Przeglądu Sportowego”
***

Dziurowicz – jak przystało na władczego i nerwowego prezesa klubu piłkarskiego – często rozstawał się trenerami pod wpływem chwilowego impulsu. Potem docierało do niego, że popełnił błąd i to wcale nie szkoleniowiec zawalił ten czy tamten mecz. Dlatego trenerzy GKS-u odchodzili i powracali. Żmuda, Piekarczyk, Łysk, Lenczyk, Góralczyk – wszyscy zanotowali więcej niż jedno podejście do prowadzeniae pierwszego zespołu GieKSy.

„Dziura” oczywiście nigdy publicznie by nie przyznał, że się pomylił, ale między wierszami potrafił dać do zrozumienia, że jest świadom swoich błędów i chce zakopać wojenny topór.

Pucharowe podróże i organizowane przez „Magnata” zgrupowania zagraniczne często były dla zawodników okazją, żeby trochę pohandlować. Wiadomo, jak to w PRL-u. Zdzisław Strojek w monografii GieKSy opowiadał między innymi o wyjeździe zespołu do Gruzji: Nakupiliśmy alkoholu, głównie wódki „Stolichnaya”. Kupowaliśmy także złoto oraz narty. Zabawnie zrobiło się na lotnisku w Moskwie, bo zaczęto nas kontrolować. Trener Lenczyk z coraz większym zaskoczeniem patrzył, jak na stołach pojawiało się coraz więcej butelek z przeróżnymi gatunkami alkoholi. Po powrocie dostaliśmy za to reprymendę. Ale na lotnisku było wesoło. Chcieli nam skonfiskować te flaszki oraz narty. Zaczęły się przepychanki, dzwoniono chyba też do Polski. Ostatecznie część rzeczy została, część udało się przewieźć. Pamiętam również, że nie chcieli mi pozwolić przewieźć wojskowej czapki. Mam ją jednak do dzisiaj i przy okazji jakiś imprez w niej paraduję.

– W tamtych czasach, jak się jechało za granicę to trzeba było handlować dodał Marek Świerczewski. W Gruzji kupiliśmy z bratem dwa duże pudła, w których było chyba po dwanaście par nart. Jedna para kosztowała 10 dolarów, więc można je było sprzedać w Polsce z zyskiem. Okazało się jednak, że na lotnisku Szeremietiewo nie chcą nas wpuścić do samolotu z tyloma parami nart. I zaczyna się komedia. Z jednej strony lady celnik, z drugiej Piotrek i każdy ciągnie narty w swoją stronę. Zrobiło się niezłe zamieszanie. Brat im powiedział, że prędzej te narty połamie, niż im je zostawi. Wszyscy już odprawieni czekali na nas, więc mówię do Piotrka żeby w końcu dał im te narty. Oficjele z Dynama Tbilisi, którzy byli z nami, powiedzieli, że przywiozą te narty jak przyjadą do nas do Katowic. Skończyło się jednak tym, że ten celnik w końcu odpuścił. Zapłaciliśmy nadbagaż i mogliśmy lecieć. Później porozdawaliśmy kilka par rodzinie i znajomym. Ze dwie sztuki mam jeszcze chyba gdzieś w garażu. Ciekawe to były czasy.

Dziurowicz z Gruzji przywoził natomiast do Polski piłkarzy, a nie sprzęt narciarski. Furorę na polskich boiskach robił między innymi Gia Guruli, zawodnik z naprawdę niezłą techniczną smykałką.

– Moja pensja wynosiła pięć milionów złotych, to wtedy było pięćset dolarów – opowiadał Guruli w rozmowie z portalem sportslask.pl. – Mieliśmy za to bardzo dobre premie. Za wygrany mecz to było od trzystu do pięciuset dolarów na zawodnika. Nie dostawaliśmy jedynie nic za remis u siebie. W praktyce zarabialiśmy więc miesięcznie około dwóch tysięcy dolarów. Jak na tamte czasy, była to spora kwota. Ale o to chodzi. Pieniądze powinno się dostawać za to, że wygrywasz, a nie za samo wyjście na boisko. Pamiętam, że najwyższą premię dostaliśmy za Puchar Polski – po osiem tysięcy dolarów, co w przeliczeniu wynosiło osiemdziesiąt milionów złotych. Do tego w Katowicach miałem samochód służbowy, bezpłatną benzynę, mieszkanie, wyżywienie.

„Magnat” może nie płacił najlepiej w Polsce, ale swoimi sposobami zawsze starał się dbać, by piłkarzom nie brakowało ptasiego mleka. W gruncie rzeczy ich uwielbiał, nawet jeżeli czasem mieszał z błotem. Spotkania przy Bukowej zawsze obserwował z tunelu, chcąc być jak najbliżej drużyny i boiska. Wypalał jednego papierosa za drugim. Odpalał, zaciągał się, ciskał papierosem na ziemię, sięgając jednocześnie po następnego. Kipiał z emocji. – Myślę, że Dziurowicz nie chciał siedzieć z VIP-ami, bo oni się często nie znali na piłce – mówi Marek Świerczewski. – On chciał ten futbol jak najmocniej przeżywać. Był pasjonatem piłki, integrował się z drużyną. W szatni pojawiał się bardzo często. Czasem żeby się przywitać, podać rękę. Innym razem – żeby opierniczyć całą drużynę.

– U niego nie trzeba było mieć niczego na papierze. Co obiecał, to było. Nigdy nas nie zawiódł – mówi Koniarek. – Zupełne przeciwieństwo wielu innych prezesów, którzy na umowach wiele potrafi zapisać, a potem piłkarz nigdy tych pieniędzy na oczy nie zobaczył.

– Dziurowicz zawsze dbał o zawodników spoza Śląska. Dopieszczał nas, chciał żebyśmy się dobrze w Katowicach czuli – dodaje Świerczewski. – Oczywiście potrafił nam przylać w tyłek, ale kiedy wyniki się zgadzały, wszystko nam wynagradzał. Odbierałem go jako takiego naszego ojca. A że się wściekał? Klub piłkarski to jest poważna sprawa. On tego wszystkiego doglądał na co dzień, naprawdę tym żył. Jego reakcje były ostre, ale zrozumiałe.

– „Dziura” bardzo kochał swoich zawodników – opowiadał Dariusz Wolny. – Aczkolwiek kiedy wpadał po przegranym meczu do szatni, piłkarze mieli głowy między jajami. W spotkaniu z nim nie można było powiedzieć „nie”, on nie lubił tego słowa. Wszystko dało się zrobić. Adam Ledwoń chyba lubił go najbardziej, bo za wszystkie kary, jakie dostawał, Marian oddawał mu pieniądze z własnej kieszeni. Zdarzyła się też taka ciekawa sytuacja po przegranym meczu z Hutnikiem. „Dziura” zebrał drużynę i zapytał Romana Szewczyka: „Panie kapitanie, ma pan coś do powiedzenia?”. Po czym rzucił mu gazetę, w której znajdowały się typy zawodników. Według niej Szewczyk przewidywał, że GKS przegra. „To przed meczem już pan wie, że przegra mecz? Pan chce wygrywać, czy pan nie chce wygrywać? Pan chce w ogóle grać w tym zespole?” Jechał na całego. My wtedy częściej wygrywaliśmy niż przegrywaliśmy, ale kiedy już przytrafiła się porażka, to „Dziura” dbał o to, żeby w szatni zrobiło się gorąco.

Od lewej: NIEMIEC RYSZARD, DZIUROWICZ MARIAN - dzialacz PZPN. Pilka nozna. Fot. Tomasz Markowski --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Marian Dziurowicz

Oczywiście obcokrajowcom takim jak Guruli trudno było z miejsca pojąć realia panujące w świecie polskiego futbolu. Kłopoty mieli z tym nawet niektórzy Polacy, o czym świadczy anegdotka dotycząca dwudziestoletniego Andrzeja Lesiaka, który w 1991 roku zadebiutował na pierwszoligowym poziomie w barwach GKS-u Katowice. Lesiak w swoim drugim meczu rozegranym dla GieKSy ustrzelił debiutancką bramkę. Co zrozumiałe – natychmiast zaczął w sposób szaleńczy celebrować swoje trafienie. Tym bardziej, że było całkiem efektowne. Ale, poza nim, żaden z zawodników GKS-u nie okazał szczególnego entuzjazmu. – Strzeliłem bramkę z szesnastego metra, w drużynie konsternacja – opowiadał Lesiak. – Nikt do mnie nie biegnie, nikt się nie cieszy. Wydało mi się to dziwne. Dopiero po spotkaniu dowiedziałem się, że to był taki mecz, żeby sobie nikt krzywdy nie zrobił. Oczywiście nikt z GKS-u nie miał do mnie pretensji, bo kto mógł przypuszczać, że taki młokos jak ja coś strzeli? Dla mnie to było jednak niezrozumiałe. Jak można grać, żeby nie chcieć wygrać?

– Było 2:2, czyli tak jak miało być – ze śmiechem opowiadał Jan Furtok w rozmowie z Tomaszem Pikulem. – A tu młody strzelił i wszyscy się wkurzyli, bo trzeba było znowu coś puścić, a przecież jaj nie można było sobie na boisku robić.

Pewnym przełomem jeżeli chodzi o europejskie wojaże GKS-u był dwumecz z Galatasaray Stambuł w 1992 roku. Dwumecz przegrany, podobnie jak większość tych, w których GieKSa brała udział. Ale w tamtym starciu to śląski klub padł ofiarą nieczystych zagrywek ze strony drużyny przeciwnej, bo piłkarsko katowiczanie na pewno tureckiej drużynie nie ustępowali. – W Stambule była prawdziwa rzeź – mówił Dariusz Wolny. – Fani nas opluwali i obrzucali butelkami. Na boisku wyglądało to jeszcze gorzej. Nigdy nie lubiłem ostrej gry, ale to, na co pozwolił wtedy sędzia, było żenujące. Piotrek Świerczewski po jednym wejściu miał nawet dziurę w piszczelu. Zaraz pobiegł piłkarza, który go sfaulował, żeby mu oddać. Chciał go tłuc i gdzieś tam go pewnie szturchnął. Dostaliśmy tam cztery czerwone kartki. Trzy w meczu i czwarta po spotkaniu dla Dariusza Grzesika, który zapytał sędziego, ile wziął za mecz. Przy stanie 2:1 arbiter chyba się obawiał, że doprowadzimy do wyrównania i zakończył mecz przed upływem regulaminowego czasu gry.

Mimo wszystko – w tamtej rywalizacji wykuł się charakter drużyny, który potem zaowocował pucharowymi sukcesami. Piłkarze GieKSy wreszcie wyleczyli do końca wspomniane wyżej kompleksy, które wcześniej trochę ich na europejskiej arenie tłumiły.

– Sędzia już nie wiedział, co ma tam robić, żeby nas wyeliminować – mówi Grzesik. – Nawet grając w dziesiątkę tych Turków tłamsiliśmy, więc wyrzucał z boiska kolejnych zawodników. Ja dostałem najdłuższe zawieszenie, do dziś tak naprawdę nie wiem za co, bo na pewno nie za faul. Trzeba się sędziego spytać. Klub się odwołał, ale na odwołanie do UEFA nikt nie pojechał. Dostałem pięć meczów kary, nie wiadomo za co.

Na swoje największe pucharowe sukcesy GieKSa zaczekać musiała jednak aż do 1994, po drodze zaliczając jeszcze obiecujący dwumecz z Benficą. Wówczas udało się w Pucharze UEFA przebrnąć aż trzy rundy. Katowiczanie najpierw rozbili w pył walijski Inter Cardiff, potem w dramatycznych okolicznościach wyeliminowali grecki Aris, aż wreszcie uporali się z niemałym trudem z ekipą Girondins Bordeaux. Szczególnie ten ostatni sukces był imponujący, ponieważ we francuskiej drużynie grało kilku późniejszych mistrzów świata, z Zinedinem Zidanem na czele.

Do legendy przeszedł okrzyk Mariana Janoszki, który – zniecierpliwiony boiskową postawą Zizou, co i rusz wymuszającego faule – ryknął w stronę młodego przeciwnika: „Skońc knolić, ino zacnij groć”.

Co ciekawe – niewiele brakowało, a prowadzący skrajnie niezdrowy tryb życia „Magnat” – jakkolwiek upiornie to nie zabrzmi – w ogóle nie dożyłby wiekopomnego triumfu swojej ukochanej GieKSy. Przed rewanżowym starciem z Arisem Dziurowicz trafił bowiem do szpitala w Ochojcu. Diagnoza – stan przedzawałowy. Nie mógł być z drużyną, czego nie potrafił przeboleć, więc słuchał sobie przynajmniej radiowej relacji ze spotkania, zakończonego zwycięskimi dla GKS-u rzutami karnymi. W pewnym momencie leżący z Dziurowiczem na jednej sali pacjenci wyrwali mu jednak radioodbiornik z rąk i nie oddali przed końcem spotkania. „Magnat” tak się stresował, że zaczął naprzemiennie czerwienieć i blednąć na twarzy. Wszyscy wkoło sądzili, że jeszcze odrobina tych emocji i chłop po prostu trzaśnie na zawał.

Sami piłkarze też w Salonikach nie mieli łatwo.

– Atmosfera tam była po prostu fatalna. Już na rozgrzewkę baliśmy się wyjść, gdyż Grecy celowali w nas drachmami. Ale może to nas jakoś zmobilizowało, bo zagraliśmy mimo wszystko całkiem dobry mecz. Po końcowym gwizdku było jeszcze goręcej. Powybijali nam szyby w szatni, obrzucili kamieniami autokar – opowiada Zdzisław Strojek. Dariusz Wolny dodaje: – Greccy kibice są fanatyczni, podobnie jak tureccy. Opluwali nas, rzucali monetami i kamieniami. W pewnym momencie „Ledek” [Adam Ledwoń] zareagował na te zaczepki, odwrócił się do nich i pokazał dupę. Wtedy się zaczęło… Aris był silną drużyną, piłkarsko pewnie lepszą od nas, ale udało nam się awansować po rzutach karnych.

NIEDOSYT

Pokonanie w dwumeczu drużyny Bordeaux okazało się tak naprawdę ostatnim wielkim osiągnięciem GieKSy w latach dziewięćdziesiątych.

– Do dzisiaj pamiętam krzyk radości na Bukowej, kiedy Zdzisław Strojek  zdobył jedyną bramkę w pierwszym meczu – opowiadał Andrzej Zydorowicz w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. – Katowiczanin zaskoczył bramkarza rywali mocnym strzałem w prawy róg bramki. Na rewanż jechałem razem z piłkarzami autokarem. Kibice” Żyrondystów” byli przekonani, że na stadionie Parc Lescure ich ulubieńcy szybko rozwieją nadzieje Polaków na awans do kolejnej rundy. Gospodarze objęli prowadzenie już w osiemnastej minucie, ale później nie mogli pokonać bramkarza GKS-u. W siedemdziesiątej minucie musieli przełknąć gorzką pigułkę, bo po faulu na Strojku rzut karny wykorzystał Krzysztof Walczak. Ta bramka zadecydowała o tym, że futbolowy kopciuszek z Katowic awansował do 1/8 finału Pucharu UEFA, eliminując drużynę, w której grali Zinedine Zidane, Christophe Dugarry i Bixente Lizarazu, już wtedy gwiazdy piłkarskie, późniejsi mistrzowie świata i Europy. Ślązacy mieli więc powody, aby w Bordeaux bardzo cieszyć się z rezultatu. Do Francji poleciały z piłkarzami ich żony. Panie mieszkały w tym samym hotelu co ja. Świętowały tak głośno, że do późna w nocy nie mogłem zasnąć. „GKS Katowice najlepszy jest, GKS Katowice najlepszy jest” – taki śpiew roznosił się po całym hotelu.

Spotkanie rewanżowe miało wielu bohaterów. Jednym z nich był oczywiście Janusz Jojko – bramkarz, który miał spore kłopoty z obliczaniem toru lotu piłki przy dośrodkowaniach, ale prawdziwy fenomen, jeżeli chodzi o refleks i grę na linii. Po końcowym gwizdku dziennikarze ciasnym wianuszkiem otoczyli też Krzysztofa Walczaka, autora bramki na wagę awansu.

– Radość po meczu była tak wielka, że weszliśmy do autobusu i odjechaliśmy wspominał Jojko. Zupełnie zapomnieliśmy o Krzyśku Walczaku. Nawet żona o nim zapomniała. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, nagle padło pytanie: „A gdzie jest „Walec”?.

– Kilku dziennikarzy z Polski chciało przeprowadzić ze mną wywiad, a wiadomo, że po takim meczu bardzo fajnie się rozmawia, więc sporo czasu upłynęło zanim odpowiedziałem na wszystkie pytania tłumaczył kuriozalne zajście Krzysztof Walczak. Kiedy w końcu skończyliśmy, wziąłem swoją torbę i poszedłem do autobusu…. którego już nie było. Byłem kompletnie zaskoczony. Okazało się, że cała ekipa pojechał już do hotelu na uroczystą kolację. Ostatecznie dotarłem na miejsce samochodem policyjnym.

Na tym jednak dobra passa GieKSy się skończyła. Jak tłumaczy trener Piekarczyk – klub nie miał dość szerokiej kadry, by przez całą rundę jesienną skutecznie grać na kilku frontach. Katowiczanie zostali zmiażdżeni przez Bayer Leverkusen i pożegnali się z Pucharem UEFA. A szkoleniowiec… wkrótce pożegnał się z posadą, choć został nawet wybrany Trenerem Roku w Polsce.

– Oni się po prostu pokłócili, a Dziurowicz potraktował sprawę ambicjonalnie – tłumaczył Tomasz Pikul. – W wypowiedziach medialnych tego może nie widać, ale Piotr Piekarczyk to człowiek z charakterem, nie dał sobie wejść na głowę. A „Magnatowi” nikt przecież nie mógł podskoczyć. Dwie osobowości się starły, a ucierpiał na tym klub. Kolejna szansa na mistrzostwo Polski została tym samym zaprzepaszczona. Przez Dziurowicza, tutaj wprost trzeba go o to obwinić. Spokojnie można było się wtedy wycofać, ugryźć w język. To nie była kłótnia o jedną kwestię. Wokół prezesa Dziurowicza zgromadzili się wtedy jacyś podpowiadacze, którzy zaczęli w klubie mącić, proponować zawodników. Ściągnięto do klubu między innymi Jerzego Brzęczka. Dziś trudno mi powiedzieć, czy awantura wybuchła właśnie o ten transfer, czy o jakiegoś innego gracza, którego Piekarczyk w zespole nie widział. On uważał, że nie można ze wzmocnieniami przeszkadzać, bo rozbije się kolektyw. Nałożyły się na to kiepskie wyniki GKS-u w sparingach. Ale umówmy się – przecież to nie rezultaty spotkań kontrolnych decydują o tym, czy trener będzie dalej pracował z zespołem. Do tego doszły kłótnie o podwyżkę zarobków. Piekarczyk w klubie pracował praktycznie za darmo, chyba nawet bez umowy, dogadywał się na gębę.

– Wątków było dużo, skumulowało się wiele sytuacji. Dla mnie takim policzkiem był artykuł „Sportu”, że Dziurowicz jest już po rozmowach z Grzegorzem Latą, który miał przejąć po mnie GKS. To był po prostu niesmaczne. Nie wiem, dlaczego poszła do prasy taka informacja – opowiadał Piekarczyk.

***
„Porządek musi być” – to ulubione powiedzenie Dziurowicza.
Paweł Czado, Tomasz Tosza w „Gazecie Wyborczej”
***

Obaj panowie po czasie doszli do porozumienia, spuścili z tonu. Ale kiedy Piekarczyk wrócił do GieKSy, nie zastał już w Katowicach zespołu aspirującego do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Choć w 1995 Marian Dziurowicz został przecież prezesem PZPN.

– Powiedziałem wtedy publicznie, że miałem taką cichą nadzieję, że ta nominacja nam pomoże, a ona jeszcze bardziej utrudniła nam życie w lidze – wyznał Dariusz Grzesik. Który nigdy nie bał się głośno wyrazić swojego zdania. Kiedy sprzeciwił się w mediach zwolnieniu Piekarczyka, wyleciał z klubu w ułamku sekundy. „Magnat” nie wybaczał takich przewin, nawet bardzo zasłużonym zawodnikom.

Screenshot_2020-01-20 GKS Katowice (piłka nożna) – Wikipedia, wolna encyklopedia

fot. Wikipedia

Wkrótce władzę w GKS-ie zaczął z rąk ojca przejmować pomału syn, Piotr Dziurowicz. – Dużo na niego spadło – smuci się Lechosław Olsza. – Chyba trochę za dużo. Oczywiście Marian nigdy z GKS-u nie wyszedł, zawsze nas wspierał, do końca. Ale to już nie było to.

Marzenia o mistrzostwie Polski wygasły. „Magnat” zmarł w czerwcu 2002 roku, a jego syn trzy lata później przyznał się na łamach „Gazety Wyborczej” do handlowania meczami i ujawnił fakt swojej współpracy z policją, co zaowocowało gigantyczną aferą korupcyjną, która wstrząsnęła światem polskiego futbolu. GKS od kilkunastu lat nie potrafi zaś wrócić do najwyżej klasy rozgrywkowej, nurzając się w coraz to głębszym kryzysie organizacyjno-finansowym.

– Dziurowicz na pewno potrafił załagodzić w Katowicach skutki transformacji ustrojowej, która mocno uderzyła w klub z Górnego Śląska. Za to trzeba być mu wdzięcznym – zauważa Tomasz Pikul. – Ale postawił wtedy wszystko na piłkarską kartę. Pozostałe sekcje klubu zostały przez „Magnata” właściwie zniszczone. Wiele osób do dziś mu tego nie wybaczyło. Sekcja hokejowa, zapaśnicza, szermiercza – wszystko padło. Zniszczono cały sport Katowicach, byle piłka była mocna. (…) Nie chcę generalizować, ale czasami mnie irytuje, kiedy niektórzy podsumowują wszystkie sukcesy GKS-u stwierdzeniem, że każdy mecz był kupiony przez „Magnata”. Najgorsze czasy to końcówka lat dziewięćdziesiątych i początek XXI wieku. Wtedy sędziowie rzeczywiście śmiali się już kibicom piłkarskim z całej Polski w twarz, mając poczucie totalnej bezkarności. Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych… Powiedziałbym, że przekręty nie były jeszcze wtedy robione aż tak chamsko jak później. Dogadywali się ze sobą przede wszystkim prezesi i piłkarze. Później to sędziowie na chama zaczęli robić mecze. Stało się to bezczelne.

– Myślę, że do mistrzostwa przede wszystkim zabrakło nam trochę szczęścia – uważa Marek Koniarek. – Ale też trzeba brać poprawkę na to, że – zwłaszcza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy ja grałem jeszcze w klubie – GKS miał w lidze naprawdę wymagających rywali. Legia Warszawa czy Górnik Zabrze to były bardzo silne drużyny. Choć myśmy akurat z tymi czołowymi ekipami potrafili wygrywać, a traciliśmy punkty na rywalach z dołu tabeli.

 – Gdyby Dziurowicz rzeczywiście był taki mocny, jak się o nim mówiło, to GKS byłby mistrzem Polski nie raz, nie dwa, a trzy albo cztery razy – kwituje Piotr Piekarczyk. – Nasz klub funkcjonował na takich samych zasadach jak inne zespoły. Dobrze wiem, jak wyglądała piłka w latach osiemdziesiątych. Wiem, że nikt, kto wygrywał, krystalicznie uczciwy nie był. A odkąd Dziurowicz zaczął działać w PZPN-ie, to było nam nawet trudniej niż pozostałym. Bo temu, kto jest na świeczniku każdy dwa razy dokładniej patrzy na ręce. „Dziura” był natomiast tym, który w polskiej piłce ruszył schematy istniejące od powojny. To był cel jego życia. Rozbić te układy, dostać się na szczyt. Dlatego cała Polska na niego biadoliła. Poświęcił na to życie i zdrowie.

Cóż – choć nie udało się ostatecznie zgarnąć złota, ten niesamowity okres potęgi GieKSy z całą pewnością – abstrahując od wszelkich kontrowersji – na miano „złotej dekady” zasługuje.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

***
INNE WSPOMINKOWE TEKSTY AUTORA

Jardel, Quaresma i Sa Pinto, czyli ostatnie mistrzostwo Sportingu

Raí – wielkie sukcesy w cieniu pięknej porażki starszego brata

El Matador. Historia Marcelo Salasa

Ostatnia podróż „Boskiego Kucyka”, czyli Roberto Baggio w Brescii

„Rolnicy” na tronie w potrójnej koronie. Złoty rok holenderskiego futbolu

***

etoto

fot. NewsPix.pl / gkskatowice.eu

KOMENTARZE (14)